piątek, 1 maja 2015

Rozdział dziewiąty: Fatum

         Wstali, ubrali się pospiesznie i wyszli na śniadanie do Wielkiej Sali. Wszyscy rozmawiali podekscytowani i trochę zasmuceni perspektywą rozdzielenia się z przyjaciółmi. Nagle potężne drzwi otworzyły się i stanął w nich Hagrid. Pomachał kilku osobom i skierował się w stronę Huncwotów.
 I cu, koniec roku nareszcie, cu nie?  ryknął i klepnął przyjacielsko Remusa w plecy. Z racji tego, że jego ręka była wielkości pokrywki na śmietnik, Lupin prawie wyrżnął głową w stół.
 Och, wybacz  mruknął i posadził go jeszcze gwałtowniej na ławce. Chłopak zatoczył się lekko, ale widać nic poważnego mu się nie stało.
 To... zadowoleni? Z końca roku? Bo ten... Tak jakoś dziwnie samemu tu być i wychowywać Puszka...
 Tego trzygłowego psa, którego kupiłeś na Pokątnej za pozwoleniem profesora Dumbledore'a?
 No...
 Ale Hagridzie, przecież wiesz, że nie możemy zostać w Hogwarcie!  Remus zaśmiał się.
 No tak... Ale naskrobiecie coś czasem? Dla mnie? I dla Puszka! Bardzo by się ucieszył, chłopina...
 Na pewno napiszemy!  Zapewnił go Syriusz.
 Wiedziałem, że zawsze mogę na was liczyć, chłopaki!  Wybuchnął nagle i objął ich wszystkich czterech, prawie łamiąc im kości. Wspólnie jęknęli, gdy ich głowy stuknęły o siebie.
        W końcu wszyscy uczniowie wyszli z Głównej Sali i udali się na błonia, gdzie miały podjechać powozy odwożące ich do Expresu Hogwart. Po raz ostatni pożegnali się z Hagridem i zajęli miejsce w jednym z wolnych przedziałów. Wszyscy czworo zasłonili klatki swoich sów, by zbytnio nie hałasowały i zagrali w Eksplodującego Durnia. Gdy przyszła pani z wózkiem z przekąskami kupili sobie kilka z nich i zabawiali się próbując Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta. Zrezygnowali z tego pomysłu, gdy Peter omal nie zwymiotował po fasolce o smaku smarku z nosa trolla. Odłożyli torbę z cukierkami nie zamierzając szybko do niej wracać.
          Zawsze jest tak, że miłe chwile mijają szybko - tym razem było identycznie. Wyszli z pociągu ciągnąc za sobą swoje kufry i trzymając klatki z ptakami. Przeszli przez żelazną barierkę oddzielającą peron numer 9 i 3/4 od mugolskiego świata. Prawie od razu wypatrzyli w tłumie ojca Remusa, rodziców Jamesa i matkę Petera. W dużej odległości od nich stała rodzina Blacków z Regulusem, który stał i czekał znudzony na przyjście brata. Blackowie rzucili Syriuszowi mordercze spojrzenie, gdy wraz z przyjaciółmi podszedł do ich rodzin. Wymienił kilka krótkich, dowcipnych uwag i ruszył w stronę swojego brata, który zaczął już tupać ze zniecierpliwienia nogą.
- Przestań nam wreszcie przynosić wstyd! - syknęła na niego jego matka. Wywrócił tylko oczami i poszedł zgarbiony za nimi, odliczając w myślach dni do końca wakacji.
***
 Remusie! Przyleciała sowa z twoimi wynikami sumów!  zawołał Lyall. Odpowiedziały mu tylko kroki szybko nadchodzącego syna.
 Już?
 Nie, za rok...  rzucił mu kopertę.  Otwórz!
          Remus nawet się nie zawahał: od razu rozerwał kopertę i wyciągnął pergamin.

Skala ocen 

Pozytywne
:  
Wybitny (W)
Powyżej oczekiwań (P)
Zadowalający (Z)

Negatywne:
Nędzny (N)
Okropny (O)         
Troll (T)

Astronomia: W
Opieka nad magicznymi stworzeniami: W
Zaklęcia: W
Obrona przed Czarną Magią: W
Zielarstwo: W
Historia Magii: W
Eliksiry: P
Transmutacja: W
Numerologia: W
Starożytne Runy: W

 No, Remi, postarałeś się... Ale za ten ''powyżej oczekiwań'' dostaniesz karę. Nie będziesz pisał do swoich przyjaciół aż do września! 
      Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem. 
 Cieszę się, że się starasz...  mruknął ojciec i przytulił go. W ostatniej nucie słowa zabrzmiał jednak z trudem ukrywany smutek. Remus wiedział dlaczego: Nie ważne jak genialne będzie miał stopnie, mało prawdopodobne jest by gdzieś go zatrudnili, bo jest przecież wilkołakiem. Znowu zalała go fala smutku, ale nie dał tego po sobie poznać. W przeciwieństwie do ojca potrafił ukrywać uczucia, a czasem nawet udawać, byleby dać szczęście innym. Przecież nie będę się nad sobą użalał, pomyślał.
 Nasz oddział ma dzisiaj ważną misję  powiedział nagle Lyall i zawahał się, jakby nie wiedział co dodać.  Nie będzie mnie... kilka dni.
 Nie martw się, tato, poradzę sobie.
 Wiem... Mama byłaby z ciebie dumna.  Uśmiechnęli się do siebie smutno. Tak, gdyby mama tu była, byłaby szczęśliwa.

***
        Ojciec nie wracał już od sześciu dni. Remus nie niepokoił się: wiedział, że pracuje i czasami musi wyjeżdżać. Nawiedziła go jednak myśl, że mógłby odwiedzić go dzisiaj w biurze. Dawno nie był w Ministerstwie Magii, a partner zawodowy taty zawsze go lubił (oczywiście nie wiedział o jego likantropii). Dlaczego więc nie miałby udać się do jego biura i dowiedzieć się czegoś więcej?
 IV poziom: Departament Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami z Wydziałem Zwierząt, Istot i Duchów, Urzędem Łączności z Goblinami i Biurem Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników  odpowiedział chłodny kobiecy głos i drzwi windy otworzyły się. Wszedł do jedynego miejsca w całym Ministerstwie, które znał tak doskonale. Dawno tu nie był, ale i tak wiedział gdzie co jest. Doszedł do właściwego boksu i zajrzał tam. Ku swemu zdziwieniu zobaczył tylko bladego Petersona - kolegę ojca. Ten podniósł głowę i spojrzał na niego zmęczonym spojrzeniem smutnych oczu, ale gdy tylko go rozpoznał, rozszerzył je ze zdziwienia.
 Remus?
 Dzień dobry. Jest tata? Nie ma go od kilku dni i pomyślałem...
 Ale... Nikt ci nie powiedział? Twój ojciec nie żyje...
 Co?  Lupin spojrzał na niego zdezorientowany.  Nie... żyje...?
        Błądził wzrokiem po jego twarzy, jakby szukał czegoś, co zaprzeczyłoby temu wszystkiemu. Nie żyje? To niemożliwe! Nagle, pchany jakąś siłą, odwrócił się i wybiegł.
 Remusie!  krzyknął za nim Peterson i chłopak usłyszał jak odsuwa krzesło, by pobiec za nim. Nie zwracał jednak na to uwagi, chciał tylko biec. Uciec od tego miejsca. Jak najdalej.
 Twoje Biuro Badań i Kontroli nad Smokami przeszkadza w pracy Jednostce Przetrzymywania Wilkołaków. Jeśli tak dalej pójdzie damy kogoś innego na to stanowisko. Ludzie z Jednostki uważają, że na wilkołakach nie można przeprowadzać eksperymentów z ukąszeniem smoka  rzekł mężczyzna z pokiereszowaną twarzą w starym, znoszonym płaszczu podróżnym i dodał:  Choć sam, śmiem twierdzić inaczej... Te plugawe stworzenia w ogóle nie powinny żyć na tym świecie. No, ale wracając... Mam nadzieję, że to się wreszcie uspokoi i przestaniecie nas wzywać w każdej błahej sprawie. Aurorzy są szkoleni do walki z czarnoksiężnikami i złymi mocami, nie do rozstrzygania sporów innych istot.
           W tej samej chwili wpadł na niego jakiś chłopak. Spojrzał na niego zielonymi oczami, które wydawały się takie odległe. W kąciku policzka miał trzy małe blizny. Wymamrotał automatycznie przeprosiny i pobiegł dalej.
 Te wasze bachory kręcą tu się co chwilę! Niedopuszczalne! Jak macie pracować w takich warunkach, przecież najważniejsza jest STAŁA CZUJNOŚĆ!

       Nawet nie wiedział, jak trafił do domu. Nie czuł nic. Nawet łez spływających mu po policzkach. Gdy tylko znalazł się w środku, skulił się na kanapie i gorzko zapłakał. Nagle usłyszał ciche stukanie. Spojrzał w stronę okna i zauważył małą sowę płomykówkę z listem w dzióbku. Podszedł do okna, otworzył je i wziął list; ptak odleciał prawie natychmiast. Rozerwał kopertę i wyciągnął pognieciony zwój pergaminu.

Remusie,
Bardzo mi przykro, że nikt Cię nie poinformował. Myślałem, że już to zrobili. Nawet ja sam nie wiem jak zginął. Miał jakąś samodzielną misją, co jest dziwne, bo rzadko zdarza nam się coś takiego. To coś, czym musiał się zająć, musiało okazać się zbyt silne jak na niego. Lyall był naprawdę dobry w zwalczaniu potworów. Pamiętam jak kiedyś musieliśmy zabić pewną grupę wilkołaków. Na początku się wahał, ale potem uśmiercał je, tak jakby coś mu kiedykolwiek zrobiły! Nadal trudno mi w to uwierzyć. Pewnie boli Cię, że jego już z nami nie ma. Przyjmij moje kondolencje. Najpierw opuściła Cię mama, teraz tata. Ale pamiętaj, Remusie: życie toczy się dalej. Podążaj wraz z nim, bo jeśli zostaniesz w miejscu, już nigdy nie uda Ci się zobaczyć iskierki nadziei.
Norbert Peterson
PS.: Pogrzeb odbędzie się 27 lipca na cmentarzu, który znajduje się najbliżej Waszego domu. Nie wiem jak mugole go nazywają, ale myślę, że go znajdziesz. Bądź na nim o 10.

– ... Jakby coś mu kiedykolwiek zrobiły... – szepnął z nowymi łzami w oczach. – Walczył... dla mnie?        Nagle zwrócił uwagę na pierwszą część listu. Skoro Peterson był partnerem zawodowym jego ojca, to czy nie powinien wiedzieć na jakie misje on wyrusza? Kto w ogóle potwierdził, że Lyall Lupin nie przeżył, skoro Petersona tam nie było? Dlaczego go nie poinformowano? Nic do siebie nie pasowało, nic nie trzymało się kupy! A może to ten Zakon Feniksa, o którym jego ojciec czasami opowiadał, gdy myślał, że nic nie słyszy? Może te osoby, z którymi gadał przez kominek, mają z tym coś wspólnego? Musi się tego dowiedzieć... MUSI! Spojrzał z nową determinacją przed siebie. Zgniótł w palcach list i rzucił go w kąt. Podszedł do biblioteczki ojca i zaczął wyjmować oraz przetrząsać wszystkie książki i sekatory. Musiał poznać prawdę! Nagle z jakiegoś tomu wypadła koperta. Zamarł zdumiony, by po chwili ją podnieść. W środku były dwa kawałki pergaminu. Wyciągnął pierwszy z nich. Było tam tylko napisane, że członkowie Zakonu cieszą się, że do nich dołączył i że na następnej kartce jest lista dotychczasowych członków Zakonu Feniksa. Wyciągnął ją. Było tam jakieś czterdzieści nazwisk. Przy większości postawiono małe krzyżyki i dopiero, gdy zauważył ów znaczek przy ''Lyall'u Lupinie'' zrozumiał, że lista jest zaczarowana i odznacza zmarłych. Z bolącym sercem schował ją z powrotem do koperty, z trudem powstrzymał łzy i kontynuował swoje zajęcie. W kilka godzin przeszukał cały dom, ale nigdzie nie znalazł żadnego adresu.
        Zrezygnowany osunął się na pobliski fotel. Co ma teraz robić? Przez ten miesiąc poradzi sobie sam... Znaczy do czasu aż starczy mu pieniędzy. Potem będzie ciężej, bo jako nieletni nie może ani pracować, ani używać magii. Od września będzie w Hogwarcie, więc nie będzie się musiał już tym martwić. Nagle go olśniło: może James albo Peter pozwolą mu u siebie zamieszkać na ten miesiąc? Ale... czy może im się tak narzucać? Nagle po raz drugi tego dnia usłyszał stukanie. Śnieżna sowa przyniosła nowy list. Szybko rozerwał kopertę i ujrzał cienkie, pochyłe pismo.

Zostań tam gdzie jesteś. Proszę, nie opuszczaj domu.

       Nie było żadnego podpisu. Skąd ten ktoś wiedział o jego planach i kto to w ogóle był? Wydawało mu się, że zna to pismo, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd.
       Jego wzrok padł na kopertę z członkami Zakonu Feniksa. W głowie usłyszał głos ojca, który mówił jego matce, że Dumbledore założył Zakon Feniksa. A może... Może to właśnie Dumbledore? Czy Zakon go śledzi? Odwrócił kopertę, ale nigdzie nie było adresu, a ptak już odleciał. Westchnął. To wszystko było takie zagmatwane. Czuł się jakby znał odpowiedź na dręczące go pytania, ale nie mógł ich dosięgnąć, co chwilę mu się wymykały.
    
           Grał w szachy z jakąś ciemną postacią.
– Jesteś silny, ale twoja moc nie wystarczy. Nie wiesz jak jej użyć. Potrzebujesz pomocy, inaczej będziesz bezużyteczny.
– Bezużyteczny?
– ... I szach...MAT. Twoja przeszłość, przyszłość i teraźniejszość przyjdą po ciebie.
         Zauważył jak uderza swoją figurą w króla, który przewrócił się, lekko podskoczył i padł na szachownicę. Gdy to się stało sam czuł się właśnie tak, jakby spadł... Jakby się przewrócił... i miał już nigdy nie powstać... Postać odeszła w stronę księżyca. Gdy odchodziła, nagle zgarbiła się i opadła na cztery łapy, zamieniając się w wilka. Księżyc zabarwił się na niebiesko, jakby ktoś wylał na niego atrament, a potem połowa zamieniła się w czerwień...

           Ocknął się i poderwał. Było już ciemno, za oknem świecił rogalik księżyca. Oparł się i spojrzał przed siebie. Ten sen wydawał się taki prawdziwy...
– Co to znaczy? – jęknął cicho. Nad iloma jeszcze rzeczami będzie się zastanawiał? – A może to ja...
        Przypomniał sobie grę... szachy... Król padł. Gra skończona, przegrał... Zginie? Podciągnął kolana pod brodę i ukrył w nich twarz. Zbyt dużo... zbyt dużo tego wszystkiego! Świeże łzy popłynęły, a on trząsł się. Nie miał już sił. Nie miał już sił żyć!


***
         Stał. Całkiem sam. Wszyscy już poszli. Wpatrzył się w grób swojego ojca i czuł napływające do oczu łzy. Dlaczego trumna była zamknięta i nie mógł nawet zobaczyć jego ciała po raz ostatni? A może było tak zmasakrowane? Ze wszystkich stron słyszał kroki ludzi, ale nagle usłyszał jak ktoś stanął bardzo daleko od niego. W tym samym czasie poczuł nieprzyjemne mrowienie na karku. Osoba zbliżała się w jego kierunku. Ale... to cmentarz. Może ten ktoś przyszedł odwiedzić grób ukochanej osoby? To przecież nic nie znaczy. Zamknął oczy i wsłuchał się w stukot kroków.
        Postać zatrzymała się za nim! Nagle zawiał wiatr i poczuł zapach... Zapach, który czuł po nocnych odwiedzinach kogoś z kominka... gdy wpadł na kogoś w Ministerstwie... to Alastor Moody! Ale co on tu robi? Czy to możliwe? Czy to ktoś z Zakonu? Usłyszał cichy szelest i jeszcze silniejsze mrowienie w karku. A jeśli to Zakon odpowiada za śmierć ojca?

***
– Czego tu chcesz? – Lodowaty głos spowodował, że jego ręka zamarła w połowie drogi. Nie odpowiedział.
– Czego chcesz? – spytał ponownie chłopak i odwrócił się. Spojrzały na niego zielone oczy. Ostrze oczu mogło przeciąć człowieka na kawałki - a przynajmniej tak wydawało się Moody'emu. Poczuł wstręt do tego chłopaka. Wszystkie wilkołaki są takie same, pomyślał. Auror odchrząknął.
– Jestem Alastor Moody, auror – dodał z naciskiem. - Przyszedłem, by zabrać cie do Zakonu Feniksa. To grupa ludzi walcząca...
– Z Voldemortem. Tak, wiem. – Alastor spojrzał na niego z najszczerszym zdziwieniem. Czy ten chłopak właśnie wymówił imię największego czarnoksiężnika wszech czasów i nawet nie zadrżał?! Znowu odchrząknął.
– Tak. Więc wracasz do domu, zbierasz swoje rzeczy i przeprowadzasz się do... mojego domu – wymówił z odrazą. Wilkołak spojrzał na niego ze złością.
– Nawet nie pomyśleliście, by powiedzieć mi, ze zamordowano mojego ojca, a teraz nagle sobie myślicie, ze mnie tak po prostu zabierzecie? Dzięki, ale sam sobie poradzę.
– A ty myślisz, że mi się uśmiecha brać pod swój dach takiego niewdzięcznika jak ty?
– Niewdzięcznika...?!
– Wybacz, chłopcze, ale z racji tego, że jesteś nieletni, MUSZĘ cie zabrać.

          Zaczął szybko pakować swoje rzeczy do walizki. Jęzory gniewu lizały jego wnętrzności. Jak on śmie tak sobie nim rządzić? Za kogo on się uważa?! Ze zdziwieniem stwierdził, że spakował najpotrzebniejsze rzeczy w jakieś piętnaście minut. Zszedł na dół i zauważył Moody'ego w salonie, trzymającego jakąś kartkę.
– Dziewięć wybitnych i jedno powyżej oczekiwań?
– Zostaw to! – Remus podbiegł do niego i wyszarpnął mu kartkę z wynikami jego SUM-ów.  – To i tak nie ma żadnego znaczenia.
– Nie ma żadnego znaczenia? A niby dlaczego? – Nagle zrozumiał, co chłopak miał na myśli. – Ouch... No tak...
        Spojrzał na twarz Lupina i zauważył nienawiść w jego oczach. Przełamując się, chwycił go za ramię i deportował.
          Aportowali się przed jakiś średniej wielkości dom.
– To jest Kwatera Główna Zakonu Feniksa i przy okazji mój dom – odezwał się nagle auror. Zbliżyli się do drzwi, gdy Remus poczuł ogromne przepływy magii. Kilka zaklęć działało też na wycieraczkę.
– Nie stawaj na wycieraczce, bo jak spadniesz, to cię nie wyciągnę – mruknął Moody i machnął różdżką. Chłopak usłyszał szczęknięcia zamków i drzwi się otworzyły.
– Idź za mną i staraj się nie wpaść w żadna pułapkę.
      Remus tylko prychnął lekceważąco i śmiało wszedł do środka. Dopiero kilka dni temu była pełnia, wiec jeszcze dość wyraźnie czuł działanie magii. Bez wahania przeszedł korytarzem. Prawie widział na sobie zdumione spojrzenie Moody'ego. Uśmiechnął się. Stanął u stóp schodów i chwilę czekał, aż Moody do niego dołączy.
– Dobrze ci poszło – warknął mężczyzna. – Śpisz na górze. Czwarte drzwi na lewo.
         Chłopak wszedł po schodach i odnalazł przeznaczony mu pokój. Był mały; znajdowało się tam tylko łózko, biurko i szafa. Średniej wielkości okno wychodziło na las za domem. Zostawił torbę na podłodze i usiadł. Nie podobało mu się tu, a ten Moody w ogóle go nie szanował. Wręcz przeciwnie: traktował go jak robaka!
         Po pewnym czasie z dołu dobiegł go zimny i niemiły głos Moody'ego, który wołał go na obiad. Z westchnięciem zsunął się z łóżka i zszedł piętro niżej. Kiedy jadł, auror co chwilę mamrotał i marudził. Atmosfera w kuchni gęstniała z każdą chwilą, choć żaden nawet się nie odezwał. W końcu Moody postukał niecierpliwie palcami po blacie stołu.
– Możesz się pośpieszyć? Zaraz będzie posiedzenie, a ciebie nie może tu być. Masz nie podsłuchiwać pod drzwiami. Masz BYĆ w swoim pokoju.
– Dlaczego nie mogę zostać na posiedzeniu? – zaprotestował od razu Remus.
– Ponieważ – przeciągnął mężczyzna wyraźnie zdenerwowany. – Nie należysz do Zakonu.
– To mnie przyjmijcie.
– Nie ma mowy, jesteś za młody.
– No i co?
– No i to, że nie możesz!
– Ale...
– ŻADNEGO ''ALE''! POWIEDZIAŁEM MARSZ DO POKOJU I NIE WAŻ SIĘ Z NIEGO WYCHODZIĆ! NO JUUUUUUUUUUŻ!!! – wrzasnął, gdy chłopak ponownie otwierał usta, by coś powiedzieć. Ten tylko spojrzał na niego oczami błyszczącymi gniewem i... pogardą? Odwrócił się i wyszedł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz