piątek, 1 maja 2015

Rozdział dziesiąty: Niepowodzenia nowego ''tatusia''

       Wszedł do swojego pokoju i położył na łóżku. Ułożył się wygodnie, by nie wydawać żadnych odgłosów i wsłuchał się w ciszę. Czekał kilka długich minut i w końcu usłyszał pukanie do drzwi. Do domu aurora weszło kilka osób. Mężczyzna szorstkim głosem przypomniał im o swoich pułapkach i wszyscy udali się do kuchni. Czekali jeszcze pół godziny, rozmawiając o błahych sprawach, ale gdy przyszli wszyscy członkowie Zakonu (około dwudziestka ludzi) posiedzenie wreszcie się rozpoczęło.
        Remus uspokoił oddech i wsłuchał się w wypowiadane słowa. W końcu dotarł do niego poprzez szuranie krzeseł, chrząknięcia i szelesty kartek, głos Moody'ego:
– Wszyscy są? To zaczynamy. Nasza ostatnia misja przyniosła nawet spore powodzenie. Te potwory służące Voldemortowi są teraz pogrupowane i próbują dojść do siebie. Niestety nie obyło się bez strat z naszej strony – westchnął. – No, ale większość z nas dalej żyje, a wiadomo, że żeby wygrać z Czarnym Panem musimy trzymać się nawet wtedy, gdy przyjaciele odchodzą. Albus miał nam powiedzieć dzisiaj jakieś nowe informacje na temat zwolenników Voldemorta, ale niestety nie mógł tu dotrzeć. Te głupki z Ministerstwa znowu potrzebują jego pomocy. Dlatego jutro, ewentualnie pojutrze znowu odbędzie się spotkanie i Mary, proszę cię, tym razem ściągnij tu Barry'ego, albo sam po niego pójdę, a to nie będzie przyjemne. Tylko ostrzegam. 
      Następnie Moody po wielu mękach z Lewis'em, który trochę znał francuski, przetłumaczył raporty nadesłane z Paryża. Po godzinie posiedzenie skończyło się i większość osób wyszła wśród rozmów. Nikt się nie śmiał, wszyscy byli raczej przygnębieni. Gdy Remus chciał się już odprężyć do jego uszu doszedł głos jakiejś kobiety:
– Alastorze, czy syn Lyalla jest już u ciebie? – spytała.
– Niestety tak – mruknął Moody.
– Czemu ''niestety''?
– Ten chłopak jest dziwny. Przeszedł wszystkie moje pułapki w drzwiach, choć jest tutaj pierwszy raz w życiu. Nie aktywował nawet jednej! Do tego jest jakiś za spokojny jak na swój wiek, no i w końcu jest wilkołakiem! Albus zmusił mnie, żebym się zgodził przyjąć go pod swój dach! Nie zrobił tego wprost, ale jest inteligenty i dobrze wie, że nie mogłem mu odmówić! To była... to była... CZYSTA MANIPULACJA Z JEGO STRONY!!!
– Dziwisz się, że jest taki spokojny? Kilka dni temu dowiedział się, że jego ojciec umarł. Jakbyś się czuł, gdybyś tak nagle został sierotą? Na tego biedaka spadło zbyt wiele nieszczęść – zaprotestowała kobieta.
– Biedaka... - auror prychnął pogardliwie. – Od kiedy to wilkołaki są biedne? Sam widziałem do czego są zdolne. Przecież on może mnie w każdej chwili ukąsić!
– Wierzysz w to?
– W co?
– W to, że cię ukąsi. Wierzysz w to? – Po pytaniu nieznajomej nastała cisza. – Nie znasz go, ale już oceniasz, tylko dlatego, że został ukąszony. Jesteś jak inni "mądrzy" ludzie z Ministerstwa. To nie jego wina, że jakiś wilkołak się na niego rzucił.
– Ja nie... – chciał jej przerwać.
– Co ''ty nie''? Co ''ty nie''?! Jesteś do niego wrogo nastawiony, bo jest taki, jaki jest. Ty go ranisz! Jeśli usłyszę, albo zobaczę...
– Molly, spokojnie – spróbował uspokoić ją jakiś inny głos.
– Arturze, jak mam być spokojna, gdy on mnie tak denerwuje?! Dlaczego Albus nie zgodził się, żebyśmy my go zabrali? – jęknęła kobieta.
– Ponieważ – zaczął mężczyzna nazwany Arturem. – Dom Alastora jest bardziej bezpieczny. Bezpieczniejszy jest tylko Hogwart... No i Bank Gringotta.
        Na kilka minut nastała cisza, ale w końcu Artur zaszurał krzesłem i wyszedł z domu tłumacząc, że śpieszy się do nowej pracy.
– Ja poczekam. Chcę poznać Remusa... Ciekawe jak bardzo jest podobny do Lyalla?
– Bardzo – wtrącił się Moody. – Ma kształt oczu po matce, ale kolor po Lyall'u. A tak to w twarzy widać jego rysy, ale bardziej delikatniejsze.
– I tak zostanę. Chcę go zobaczyć, a nie słuchać jak wygląda z opisu – zadecydowała Molly i nie ruszyła się z miejsca. Tymczasem Remus przestał skupiać się na słuchaniu o czym rozmawiają członkowie Zakonu. Wstał z łóżka i otworzył szafę, by przejrzeć się w lustrze w jej wnętrzu. Nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na to, jak podobny jest do swojego taty. Przyjrzał się swojej twarzy. To, co mówił auror, było prawdą. Powoli ruszył w stronę drzwi. Nie chciał, by kobieta musiała przez niego czekać kilka godzin w cudzej kuchni. Ale nie chciał też by wiedzieli, że podsłuchiwał, a jego nagłe zejście mogło się wydać podejrzane. Zatrzymał się. Co miał robić? Próbował wymyślić jakieś sensowne wyjście z tej sytuacji, ale nie mógł. Przeżycia dzisiejszego dnia zwaliły się na niego wszystkie naraz i poczuł łzy napływające do oczu. Starł je szybko i próbował nie myśleć o swoich zmarłych rodzicach. Został sam, ale musi sobie poradzić. Z rosnącą pewnością siebie wyszedł po cichu z pokoju i bezszelestnie zszedł po schodach. Stanął w drzwiach do kuchni. Przy długim stole siedziała plecami do niego ów kobieta. Moody chował do kredensu jakieś papiery.
         Gdy go zauważył zmarszczył brwi i skrzywił się. Niczym niezrażony chłopak uśmiechnął się miło, by nieznajoma nie zobaczyła jak bardzo cierpi.
– Dzień dobry.
         Molly odwróciła się momentalnie i spojrzała na niego świecącymi oczyma.
– Ach! Dzień dobry! Ty pewnie jesteś Remus?
– Tak – podszedł do niej i usiadł na krześle obok.
– Ja jestem Molly Weasley. Razem z moim mężem Arturem chcieliśmy cie zabrać do siebie, ale Dumbledore nie wyraził na to zgody. Dom Alastora jest bezpieczniejszy, więc na pewno nic ci się nie stanie. – Remus podniósł głowę i spojrzał na nią z ciekawością.
– Czyli coś mi grozi? – spytał. W pierwszej chwili do głowy przyszedł mu Greyback, ale wilkołak który go przemienił zrobił to nieświadomie i na pewno tego żałował. Tak więc co mu zagrażało?
– Ależ nie! Tylko teraz są bardzo niebezpieczne czasy.
– Chodzi pani.. o Sami-Wiecie-Kogo?
        Moody chrząknął dziwnie, wwiercając wzrok w chłopaka. Przecież sam słyszał jak na cmentarzu wypowiedział nazwisko Voldemorta nawet bez drgnięcia powieką. Dlaczego i tym razem tak nie zrobił?
– Tak. Z dnia na dzień wzrasta w siły. Ale nie martw się, póki mamy po swojej stronie Dumbledore'a, nic nam nie grozi!
– Czy pani też należy do Zakonu Feniksa?
– Tak, ale proszę nie wydaj mnie. Jeśli ktoś się dowie, mój mąż Artur straci pracę, a potrzebujemy pieniędzy – chłopak skinął głową, a potem niewinnie zapytał.
– Jak można zostać członkiem Zakonu?
          Moody zamarł, gdy sens pytania do niego dotarł.
– A co, chcesz dołączyć? - spytała w żartach. Odpowiedź Lupina wytrąciła ją z równowagi:
– Tak.
           Molly spojrzała przerażona na Alastora. W końcu Moody uśmiechnął się ironicznie.
– I tak nie możesz. Żeby należeć do Zakonu, trzeba mieć siedemnaście lat, ukończyć szkołę i liczyć się ze śmiercią lub stratą przyjaciół. Z tego co wiem, szkoły jeszcze nie ukończyłeś. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej, widząc rozczarowanie chłopaka.
          W końcu pani Weasley wstała i przytuliła Remusa, który ze zdziwienia szerzej otworzył oczy.
– Ja już muszę iść. Do widzenia, kochaneczku – powiedziała z uśmiechem i wyszła. W kuchni nastała niezręczna cisza.
– Ty naprawdę chcesz należeć do Zakonu? – spytał z pogardą w głosie Moody.
– Tak.
– Po co? Masz teraz szkołę, a możesz nawet zginąć. Po co chcesz się bardziej narażać? – Auror powiedział to takim tonem, jakby marzył, żeby Lupin zaczął bardziej się narażać.
– Po co? Ktoś zamordował mi ojca, bo nie wierzę, by jego śmierć była nieszczęśliwym wypadkiem. W każdej chwili Voldemort może zabić któregoś z moich przyjaciół. Mam stać i czekać, aż kiedyś w końcu to się stanie? Wolę z nim walczyć! Wiem też, że Greyback jest jego zwolennikiem. Chcę go znaleźć.
           Moody spojrzał na niego z przerażeniem w oczach, tak jakby został odkryty.
– To ty wiesz o wszystkim?
– O czym? – Remus zmarszczył brwi. 
– Nie, o niczym... – Moody spojrzał gdzieś w bok. – Idź. Znudziła mnie ta rozmowa.
          Lupin spojrzał na niego zaskoczony, a potem zmarszczył brwi. Wstał, pokłonił się z najwyższą pogardą i rzekł najbardziej obraźliwym tonem, na jaki mógł sobie pozwolić:
– Oczywiście, Wasza Wysokość.
           Twarz Moody'ego wykrzywiła się w grymasie wściekłości, a chłopak z uśmiechem wyszedł z kuchni. W duchu jednak, zastanawiał się, co miał na myśli auror.
       
          Przez następny tydzień musiał mieszkać u Moody'ego, ale Molly bardzo chciała go poznać, więc zaprosiła go razem z aurorem do siebie do domu na jedną noc. Mężczyzna odmówił, tłumacząc się ''ciężką pracą w Ministerstwie'', ale pozwolił Lupinowi u niej zostać. Remus czuł się w końcu naprawdę odprężony. W tym domu było miło i przytulnie. Wreszcie coś innego od tej fortecy Moody'ego. Po domu biegali pięcioletni Bill i trzyletni Charlie.
          Dzień minął mu szybko i gdy kładł się spać, był najedzony i już lekko zmęczony. Tego dnia Molly Weasley odwiedził jeszcze inny członek Zakonu - Felix Gosplay.
        Remus jakoś go nie polubił, gdyż nieznajomy w ogóle nie spuszczał z niego wzroku. Nawet pachniał dziwnie. Wszyscy ludzie wokół mieli swój ludzki zapach. On wyróżniał się jakby piżmową, leśną wonią. Znajomą wonią. Gdy szedł korytarzem do pokoju, w którym miał spać, nadal czuł unoszący się wszędzie zapach Gosplay'a. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Było tam ciemno, a jego oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do ciemności, gdy poczuł jakiś ruch na prawo od siebie. Nim zdążył choćby drgnąć, ktoś brutalnie przycisnął mu różdżkę do gardła.
– Nie... – wydyszał jedynie i osunął się w ciemność.
      
          Moody szedł pustym korytarzem, ciężko stąpając na gładkiej posadzce. Ubrany był w szaty Śmierciożerców ukrywających się przed Voldemortem. Ci dezerterzy odeszli od Czarnego Pana, nie chcąc mieć za sojuszników takich bestii jak wampiry, wilkołaki, dementorzy i olbrzymy. Auror w pełni ich rozumiał. W ogóle, aby dobrze wykonać misję i zgładzić wrogów, trzeba ich rozumieć. Skręcił w boczny korytarz i zobaczył kilka klatek z wampirami. Wilkołaki i inne stwory były na osobnych piętrach. Przeszedł korytarz czując na sobie mordercze spojrzenie krwiopijców. Po przejściu jeszcze kilku korytarzy doszedł do gabinetu szefa tego zgromadzenia. Ów pomieszczenie znajdowało się niedaleko pokoju najgorszych tortur. Wszedł do środka i od razu został przywitany przez obecnych tam Śmierciożerców bez masek.
– Ach! Vincent! Czekaliśmy na ciebie. Chciałem już mówić tu oto zgromadzonym, kogo jutro nam przywiozą nasi posłańcy, ale... Nagle pomyślałem... ''Gdzie to nasz nowicjusz Vincent? Chłopina musi być przygotowany na nowe ofiary''. – Uśmiechnął się, mrużąc oczy i przekrzywiając głowę na bok, jak jakieś zaciekawione dziecko.
– Dobre, Raven, dobre! – Moody podszedł bliżej, uścisnął mu rękę i został jeszcze klepnięty przyjaźnie w plecy, by wreszcie móc dojść do swojego krzesła. Ten imbecyl jest tak łatwowierny, że za niedługo Voldemort ich znajdzie i wymorduje, pomyślał. To i lepiej dla mnie...
– Jutro posłańcy doniosą nam nowe osoby do gnębienia lub do sprzedaży. Nasz Targ Niewolników jeszcze nigdy nie przynosił aż tak wielkich zysków jak od ostatniego miesiąca. Widzicie to - potrafimy bez pomocy Czarnego Pana szerzyć strach, nękać i zabijać. Ha! Ale jak już mówiłem... Jutro dostarczą nam trzy wampiry, jedne dziecko olbrzyma, szyszymorę i wilkołaka.
       Moody drgnął, gdy przed oczami stanął mu chłopak Lupinów, ale zaraz poprawił się, że jest przecież bezpieczny w domu Molly i niepotrzebnie w ogóle zawraca sobie nim głowę. Dumbledore chciał by był bezpieczny. Usłyszał cichy głos w głowie. Ale przecież jest! Próbował się przekonać. Mimo to jego wnętrzności ścisnął niepokój.
– Vincent...?
– Tak?
– Słuchasz mnie w ogóle?
– Tak... oczywiście!
***
         Ocknął się, gdy związywali mu ręce i nogi.
– Och! Patrzcie, kto się obudził! – zaszydził jakiś facet. Remus zauważył stojącego za nim Gosplaya. Mógł jednak tylko spojrzeć na niego tępo, gdyż dalej był otumaniony zaklęciem.
– Ale żeby wilkołak dostarczał nam wilkołaki, byle tylko nie zostać zabitym? Ty to, chłopie, jesteś dziwny!
         Serce Remusa zamarło na sekundę. Gosplay jest wilkołakiem? To dlatego jego zapach wydawał mu się znajomy!
– Ten chłopak jest dzieckiem, któregoś z członków Zakonu? No to ciekawe rzeczy nam wyszczekasz... – zamruczał mężczyzna zwracając się bezpośrednio do niego. Lupin zaczął się wiercić i wyrywać.
– Nic.. wam... NIE POWIEM!!!
– Nie? Nie powiesz? Pożyjemy, zobaczymy! Oczywiście MY pożyjemy. A jak ty... to wątpię – zaśmiał się, sprawdził ostatnie zapięcia i uderzył go bez ostrzeżenia w brzuch. Chłopak jęknął i zgiął się w pół.
         Korzystając z okazji mężczyzna założył mu skórzany kaganiec na pół twarzy i zapiął go czarami w jego włosach.
– Naprawdę nas zaskoczyłeś, Felixie. Spodziewaliśmy się was dopiero rano, a tu taka niespodzianka... Hah! Tym lepiej dla nas. Gorzej, dla chłopaka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz