Nowy członek Zakonu, którego imienia Moody nie pamiętał, zostawił Lupina na fotelu obok długiego stołu do kawy i wyszedł tłumacząc się czekającą żoną. Dumbledore usiadł naprzeciwko, a Alastor na kanapie pomiędzy. Reszta Zakonu po omówieniu kilku ważnych spraw także wyszła.
– Remusie, opowiesz nam co dokładnie ci się stało? – Dyrektor uśmiechnął się ciepło. Remus wbił spojrzenie w Dumbledore'a i opowiedział jak Felix okazał się zdrajcą i porwał go, gdy wracał do pokoju. Opowiedział jak mężczyzna go uśpił i przetransportował do kryjówki Śmierciożerców. Szybko i bezbarwnie opisał wszystkie tortury jakim został poddany i w końcu doszedł do próby gwałtu.Wydawało mu się, że przez chwile oczy dyrektora zwilgotniały, ale nie był tego do końca pewien.
– Wiesz gdzie zabrał cie Greyback? – spytał lekko zachrypniętym głosem.
– Nie.
– Do Podziemia. Pamiętasz cokolwiek, co ci robił?
– Nie... – Dumbledore znów chciał coś powiedzieć, ale chłopak nie dał mu tej szansy. – Dlaczego? Dlaczego nic z tego nie pamiętam?
– Spotkało cię w bardzo krótkim czasie bardzo dużo... niezbyt miłych zdarzeń. Twój umysł nie mógł sobie z tym poradzić i zapomniałeś o tym. Może kiedyś sobie przypomnisz, co się wtedy stało, ale pewny nie jestem.
– Remusie, opowiesz nam co dokładnie ci się stało? – Dyrektor uśmiechnął się ciepło. Remus wbił spojrzenie w Dumbledore'a i opowiedział jak Felix okazał się zdrajcą i porwał go, gdy wracał do pokoju. Opowiedział jak mężczyzna go uśpił i przetransportował do kryjówki Śmierciożerców. Szybko i bezbarwnie opisał wszystkie tortury jakim został poddany i w końcu doszedł do próby gwałtu.Wydawało mu się, że przez chwile oczy dyrektora zwilgotniały, ale nie był tego do końca pewien.
– Wiesz gdzie zabrał cie Greyback? – spytał lekko zachrypniętym głosem.
– Nie.
– Do Podziemia. Pamiętasz cokolwiek, co ci robił?
– Nie... – Dumbledore znów chciał coś powiedzieć, ale chłopak nie dał mu tej szansy. – Dlaczego? Dlaczego nic z tego nie pamiętam?
– Spotkało cię w bardzo krótkim czasie bardzo dużo... niezbyt miłych zdarzeń. Twój umysł nie mógł sobie z tym poradzić i zapomniałeś o tym. Może kiedyś sobie przypomnisz, co się wtedy stało, ale pewny nie jestem.
Później Dumbledore nawiązał do problemów z ukrytą organizacją Śmierciożerców. Błądził męcząco naokoło tematu i powtarzał te same sytuacje ugryzione z innej strony. Temat był już tak obgadany, że Moody nie wiedział do czego dąży Dumbledore, dopóki mężczyzna nie rozluźnił się, gdy Remus zasnął.
– Czekałeś aż zaśnie? Nie mogliśmy go już dawno temu zanieść do pokoju?
– Nie. – Czarodziej uśmiechnął się. – Remus był już bardzo zmęczony, ale utrzymywał się przytomnym, by dowiedzieć się wielu interesujących go rzeczy. Dlatego nie poruszałem żadnego tematu, którego by nie znał. Jego pamięć z tych trzech dni spędzonych u Greybacka... Greyback wyjawił mu coś, czego nie powinien się na razie dowiedzieć. To mogłoby go zniszczyć. Tobie także tego nie powiem, bo Remus mógłby się przypadkiem dowiedzieć. – Spojrzał swoimi niebieskimi oczami na Moody'ego, który poczuł jakby prześwietlał go na wylot. – I proszę, nie szukaj rozwiązania.
– Albusie, przypadkiem wygadałem Lupinowi, że Greyback go poszukuje. Próbowałem to wszystko odkręcić, ale chyba już za późno...
– Gdybym o tym wiedział, skasowałbym mu tę chwilę wraz ze wspomnieniami sprzed tych dni w Podziemiu, ale teraz nie mogę tego zrobić. – Potarł dłonią czoło. – Gdybym to teraz uczynił, miałby zbyt dużą dziurę w pamięci i zacząłby się domyślać, że mu ją usunięto. No nic. Potrzebuje teraz trochę spokoju, by mógł odzyskać siły i uporządkować myśli.
Auror nagle wstał i zbliżył się do chłopaka. Wyciągnął rękę, by podnieść go z fotela i zanieść do łóżka, gdy Dumbledore syknął cicho:
– Nie ruszaj go!
Spóźnił się jednak o ułamek sekundy. Gdy tylko ręka Alastora dotknęła ramienia chłopaka ten otworzył oczy tak szybko i niespodziewanie, że wyglądało to przerażająco. Drgnął i wbił się w fotel ze strachem w oczach. Po chwili jednak zamrugał zbity z tropu.
Spóźnił się jednak o ułamek sekundy. Gdy tylko ręka Alastora dotknęła ramienia chłopaka ten otworzył oczy tak szybko i niespodziewanie, że wyglądało to przerażająco. Drgnął i wbił się w fotel ze strachem w oczach. Po chwili jednak zamrugał zbity z tropu.
– Ja... zasnąłem? – spytał.
– Tylko na chwilę. – Dyrektor uśmiechnął się uspokajająco. – Za późno zareagowałem, gdy Alastor wyraził chęć przeniesienia cie do pokoju. Wiedziałem, że po tym wszystkim będziesz miał lekki sen.
Moody pomógł chłopakowi wstać i przytrzymał go, by nie upadł na ziemię. Już miał zaprowadzić go do jego pokoju, gdy Dumbledore dodał:
– Wyglądasz bardzo słodko, gdy śpisz. Nawet nie wiesz jak miło czasem na ciebie popatrzeć; nie oceniaj się więc tak źle.
Remus zarumienił się mocno i nic nie odpowiedział. Był bardzo słaby. Czuł też jakby o czymś zapomniał, ale nie mógł sobie tego przypomnieć. Coś co było dla niego ważne... Z pomocą Moody'ego wślizgnął się do łóżka. Ten okrył go delikatnie kołdrą.
– Dlaczego to robisz?
– Co? – Auror udawał, że poprawia coś na jego szafce.
– Dlaczego się tak zachowujesz? Chciałeś mnie tu przenieść, przykrywasz i jeszcze nie obraziłeś mnie w żaden sposób ani nie nawrzeszczałeś na mnie...
– Naprawdę jestem aż tak zły? – zapytał rozbawiony. Po chwili jednak spoważniał. – To moja wina, że musiałeś tak długo czekać na pomoc... I moja wina, że Felixowi udało się ciebie porwać. Przepraszam. Chciałbym to teraz tobie wynagrodzić.
Remus uniósł jedną brew podejrzliwie.
– No dobra... Dumbledore powiedział, że musisz dojść do siebie. Fizycznie i psychicznie. Dlatego postanowiłem być przez jakiś czas miły.
– Wcale nie muszę ''dochodzić do siebie''! Dobrze się czuję! – prychnął chłopak.
– Dobranoc – mruknął auror i wyszedł z pokoju. Wrócił do Dumbledore'a. – Możesz mi teraz powiedzieć co Grey...
– Nie! – zakrzyknął starzec, a Moody zamilkł. – Ściany tego domu mają bardzo wrażliwe uszy. Może kiedy indziej... Teraz lepiej pójdę. Swoją drogą dziwne, że jeszcze nie odkryłeś, jak trudno dochować tajemnic w tym domu. Masz przecież odpowiednią książkę w swojej biblioteczce.
– Co? – Mężczyzna nie zrozumiał od razu, ale czarodzieja już nie było.
Oszołomiony Moody podszedł do swojej biblioteczki i wysunął pierwszą książkę po lewej. Stary egzemplarz Anatomii olbrzyma. Bardzo przydatne przy próbie wkręcenia ich do Zakonu, ale to chyba nie to. Wyjął następną książkę i następną... Każdą choć przez chwilę wertował, czytał poszczególne fragmenty, dokładnie sprawdzał spis treści. Czy Albus nie mógłby choć raz powiedzieć czegoś bez zagadek?!
– Tylko na chwilę. – Dyrektor uśmiechnął się uspokajająco. – Za późno zareagowałem, gdy Alastor wyraził chęć przeniesienia cie do pokoju. Wiedziałem, że po tym wszystkim będziesz miał lekki sen.
Moody pomógł chłopakowi wstać i przytrzymał go, by nie upadł na ziemię. Już miał zaprowadzić go do jego pokoju, gdy Dumbledore dodał:
– Wyglądasz bardzo słodko, gdy śpisz. Nawet nie wiesz jak miło czasem na ciebie popatrzeć; nie oceniaj się więc tak źle.
Remus zarumienił się mocno i nic nie odpowiedział. Był bardzo słaby. Czuł też jakby o czymś zapomniał, ale nie mógł sobie tego przypomnieć. Coś co było dla niego ważne... Z pomocą Moody'ego wślizgnął się do łóżka. Ten okrył go delikatnie kołdrą.
– Dlaczego to robisz?
– Co? – Auror udawał, że poprawia coś na jego szafce.
– Dlaczego się tak zachowujesz? Chciałeś mnie tu przenieść, przykrywasz i jeszcze nie obraziłeś mnie w żaden sposób ani nie nawrzeszczałeś na mnie...
– Naprawdę jestem aż tak zły? – zapytał rozbawiony. Po chwili jednak spoważniał. – To moja wina, że musiałeś tak długo czekać na pomoc... I moja wina, że Felixowi udało się ciebie porwać. Przepraszam. Chciałbym to teraz tobie wynagrodzić.
Remus uniósł jedną brew podejrzliwie.
– No dobra... Dumbledore powiedział, że musisz dojść do siebie. Fizycznie i psychicznie. Dlatego postanowiłem być przez jakiś czas miły.
– Wcale nie muszę ''dochodzić do siebie''! Dobrze się czuję! – prychnął chłopak.
– Dobranoc – mruknął auror i wyszedł z pokoju. Wrócił do Dumbledore'a. – Możesz mi teraz powiedzieć co Grey...
– Nie! – zakrzyknął starzec, a Moody zamilkł. – Ściany tego domu mają bardzo wrażliwe uszy. Może kiedy indziej... Teraz lepiej pójdę. Swoją drogą dziwne, że jeszcze nie odkryłeś, jak trudno dochować tajemnic w tym domu. Masz przecież odpowiednią książkę w swojej biblioteczce.
– Co? – Mężczyzna nie zrozumiał od razu, ale czarodzieja już nie było.
Oszołomiony Moody podszedł do swojej biblioteczki i wysunął pierwszą książkę po lewej. Stary egzemplarz Anatomii olbrzyma. Bardzo przydatne przy próbie wkręcenia ich do Zakonu, ale to chyba nie to. Wyjął następną książkę i następną... Każdą choć przez chwilę wertował, czytał poszczególne fragmenty, dokładnie sprawdzał spis treści. Czy Albus nie mógłby choć raz powiedzieć czegoś bez zagadek?!
Wstał rano i znieruchomiał zdziwiony. Był w swoim pokoju. Wstał ostrożnie, ale przypomniał sobie, że już wczoraj nie czuł bólu ran po torturach. Szybko obejrzał własne ciało i stwierdził całkowity ich brak. Spojrzał na zegarek. Była piąta czterdzieści jeden. Zszedł cicho do salonu, bo nie wiedział co robić... I stanął jak wryty.
Moody siedział wśród stosów książek i wyciągnął tą jedną jedyną, której okładki Remus nigdy nie zapomniał. Książkę o wilkołakach. Natychmiast spanikował. Jeśli Moody ją przeczyta, dowie się, że Remus słyszy każde słowo wypowiedziane podczas posiedzeń, a wtedy zrobi wszystko, by mu to uniemożliwić. To zbyt ważne, żeby mógł to stracić! Jak inaczej dowie się, jak zginął jego ojciec? Rzucił się w stronę aurora i wyrwał mu książkę, zanim ten zdążył zareagować.
– Co ty...?!
– Dzięki, że ją znalazłeś. Wszędzie jej szukałem! – Uśmiechnął się do niego, szczerząc zęby.
– Nie... – wymamrotał czarodziej, przeczuwając następny ruch chłopaka. Już wstał, ale było za późno - wilkołak wybiegł z pokoju. Z książką, której szukał całą noc. Pobiegł za nim, przy okazji potykając się o stosy książek, ale gdy dotarł do pokoju i prawie wyrwał drzwi, zobaczył Lupina z pustymi rękami.
– Gdzie... Gdzie... ona... JEST?!? – wrzasnął.
– Nie wiem o co ci chodzi? – spytał z uśmieszkiem Remus.
– Ty mały...! – Czarodziej zamachnął się na niego ręką, ale zauważył strach w oczach chłopaka. W tym samym momencie przypomniał sobie, przez co musiał przechodzić. Zawahał się więc i stanął z podniesioną ręką.
– Przepraszam, że się... uniosłem. Możesz oddać mi tę książkę? – spytał przymilnym tonem. Remus zmierzył go zimnym spojrzeniem.
– Nie. – Wypchnął go z pokoju, zatrzaskując drzwi. Moody próbował je otworzyć, ale Remus zaparł się i ciągnął w swoją stronę. Siłowali się, jednak Moody był wyćwiczonym aurorem i miał więcej siły. Już po chwili udało mu się przycisnąć klamkę. Chłopak nadal trzymał się jej po swojej stronie i poleciał wraz z drzwiami na Alastora. Zderzyli się i wylądowali razem na podłodze. Mężczyzna skorzystał z okazji, przeturlał się tak, że wilkołak znalazł się pod nim i na nim usiadł całym ciężarem ciała.
– Złaź ze mnie – wystękał, próbując się uwolnić.
Moody siedział wśród stosów książek i wyciągnął tą jedną jedyną, której okładki Remus nigdy nie zapomniał. Książkę o wilkołakach. Natychmiast spanikował. Jeśli Moody ją przeczyta, dowie się, że Remus słyszy każde słowo wypowiedziane podczas posiedzeń, a wtedy zrobi wszystko, by mu to uniemożliwić. To zbyt ważne, żeby mógł to stracić! Jak inaczej dowie się, jak zginął jego ojciec? Rzucił się w stronę aurora i wyrwał mu książkę, zanim ten zdążył zareagować.
– Co ty...?!
– Dzięki, że ją znalazłeś. Wszędzie jej szukałem! – Uśmiechnął się do niego, szczerząc zęby.
– Nie... – wymamrotał czarodziej, przeczuwając następny ruch chłopaka. Już wstał, ale było za późno - wilkołak wybiegł z pokoju. Z książką, której szukał całą noc. Pobiegł za nim, przy okazji potykając się o stosy książek, ale gdy dotarł do pokoju i prawie wyrwał drzwi, zobaczył Lupina z pustymi rękami.
– Gdzie... Gdzie... ona... JEST?!? – wrzasnął.
– Nie wiem o co ci chodzi? – spytał z uśmieszkiem Remus.
– Ty mały...! – Czarodziej zamachnął się na niego ręką, ale zauważył strach w oczach chłopaka. W tym samym momencie przypomniał sobie, przez co musiał przechodzić. Zawahał się więc i stanął z podniesioną ręką.
– Przepraszam, że się... uniosłem. Możesz oddać mi tę książkę? – spytał przymilnym tonem. Remus zmierzył go zimnym spojrzeniem.
– Nie. – Wypchnął go z pokoju, zatrzaskując drzwi. Moody próbował je otworzyć, ale Remus zaparł się i ciągnął w swoją stronę. Siłowali się, jednak Moody był wyćwiczonym aurorem i miał więcej siły. Już po chwili udało mu się przycisnąć klamkę. Chłopak nadal trzymał się jej po swojej stronie i poleciał wraz z drzwiami na Alastora. Zderzyli się i wylądowali razem na podłodze. Mężczyzna skorzystał z okazji, przeturlał się tak, że wilkołak znalazł się pod nim i na nim usiadł całym ciężarem ciała.
– Złaź ze mnie – wystękał, próbując się uwolnić.
– Najpierw książką. Skoro też ją chciałeś przeczytać, to poczytamy sobie na głos.
– N...NIE!!! - krzyknął, jeszcze bardziej próbując mu się wyrwać. Mężczyzna machnął różdżką i z pokoju wyleciała prosto do jego ręki poszukiwana książka. Oczy bolały go po nieprzespanej nocy, ale tryumf zwycięstwa przyćmił wszystko. Otworzył książkę na pierwszej stronie, poza zasięgiem rąk Lupina.
– N...NIE!!! - krzyknął, jeszcze bardziej próbując mu się wyrwać. Mężczyzna machnął różdżką i z pokoju wyleciała prosto do jego ręki poszukiwana książka. Oczy bolały go po nieprzespanej nocy, ale tryumf zwycięstwa przyćmił wszystko. Otworzył książkę na pierwszej stronie, poza zasięgiem rąk Lupina.
– Podsłuchiwał przez cały czas nasze posiedzenia! Zgrywał niewiniątko! Tam, w niewoli, mógł wygadać wszystkie nasze tajemnice! Nie powinno się go trzymać w tym domu. Sprawia zagrożenie nie tylko dlatego, że wie za dużo, ale także dlatego, że jest wil...
– Alastorze! Nie przeginaj! – Dumbledore spojrzał surowo znad swoich okularów-połówek, a potem milej na sprawcę całego zamieszania, który siedział sztywno wyprostowany w fotelu.
– Chce żebyśmy mu zaufali, a nawet nie mówi...
– To dlatego, że i tak byś się nie zgodził! Tylko dlatego, że jestem wilkołakiem! Gdybym ci powiedział, co potrafię, zrobiłbyś wszystko, by uniemożliwić mi słyszenie!
– No właśnie! ''Słyszenie''! – przerwał mu Moody. – A może powinieneś powiedzieć "podsłuchiwanie"?! Po co byłyby ci te informacje? Przyznaj się! Jesteś szpiegiem Greybacka?
– Posuwasz się za daleko! - zagrzmiał dyrektor. Lupin wstał.
– Nigdy. Nie mam zamiaru współpracować z kimś, kto tak zniszczył mi życie! PODSŁUCHUJĘ – krzyknął, akcentując to słowo. – Bo chcę się dowiedzieć, jak zginął mój ojciec i kto go zamordował.
Na te słowa dwaj mężczyźni rzucili sobie szybkie, pełne napięcia spojrzenia. Atmosfera w salonie natychmiastowo zgęstniała.
– To nie tak, że my ci nie ufamy – zaczął niepewnie Dumbledore, bardzo uważając na słowa. – Jesteś po prostu za młody i nie chcemy spychać na ciebie całego ciężaru odpowiedzialności bycia w Zakonie. Misje często są wysoce niebezpieczne, a nie możemy sobie pozwolić na twoją śmierć. Do tego wciąż się uczysz i nie możemy ci w tym przeszkadzać, a członek, który mógłby nam pomagać tylko dwa miesiące rocznie w niczym nam się na razie nie przyda. Dodajmy do tego fakt, że duża część ludzi wręcz marzy o twojej śmierci.
Chłopak nie odpowiedział. Mimo to wiedział, że dyrektor ma rację. W ogóle nie chciał mu pyskować, ani przeciwstawiać się jego zdaniu. Szanował go za to, że mógł uczyć się w Hogwarcie.
– I, Alastorze – tu mężczyzna zwrócił się do wściekłego aurora. – Prosiłem cię, byś nie przemęczał Remusa po tym co zaszło. Proszę, tym razem uważaj na to, co robisz.
– Alastorze! Nie przeginaj! – Dumbledore spojrzał surowo znad swoich okularów-połówek, a potem milej na sprawcę całego zamieszania, który siedział sztywno wyprostowany w fotelu.
– Chce żebyśmy mu zaufali, a nawet nie mówi...
– To dlatego, że i tak byś się nie zgodził! Tylko dlatego, że jestem wilkołakiem! Gdybym ci powiedział, co potrafię, zrobiłbyś wszystko, by uniemożliwić mi słyszenie!
– No właśnie! ''Słyszenie''! – przerwał mu Moody. – A może powinieneś powiedzieć "podsłuchiwanie"?! Po co byłyby ci te informacje? Przyznaj się! Jesteś szpiegiem Greybacka?
– Posuwasz się za daleko! - zagrzmiał dyrektor. Lupin wstał.
– Nigdy. Nie mam zamiaru współpracować z kimś, kto tak zniszczył mi życie! PODSŁUCHUJĘ – krzyknął, akcentując to słowo. – Bo chcę się dowiedzieć, jak zginął mój ojciec i kto go zamordował.
Na te słowa dwaj mężczyźni rzucili sobie szybkie, pełne napięcia spojrzenia. Atmosfera w salonie natychmiastowo zgęstniała.
– To nie tak, że my ci nie ufamy – zaczął niepewnie Dumbledore, bardzo uważając na słowa. – Jesteś po prostu za młody i nie chcemy spychać na ciebie całego ciężaru odpowiedzialności bycia w Zakonie. Misje często są wysoce niebezpieczne, a nie możemy sobie pozwolić na twoją śmierć. Do tego wciąż się uczysz i nie możemy ci w tym przeszkadzać, a członek, który mógłby nam pomagać tylko dwa miesiące rocznie w niczym nam się na razie nie przyda. Dodajmy do tego fakt, że duża część ludzi wręcz marzy o twojej śmierci.
Chłopak nie odpowiedział. Mimo to wiedział, że dyrektor ma rację. W ogóle nie chciał mu pyskować, ani przeciwstawiać się jego zdaniu. Szanował go za to, że mógł uczyć się w Hogwarcie.
– I, Alastorze – tu mężczyzna zwrócił się do wściekłego aurora. – Prosiłem cię, byś nie przemęczał Remusa po tym co zaszło. Proszę, tym razem uważaj na to, co robisz.
Po tym jak Dumbledore opuścił mieszkanie Moody'ego, Remus był pewny, że czeka go dalsze wysłuchiwanie wrzasków i oskarżeń mężczyzny. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Auror przeszedł obok niego, jakby go nie widział, usiadł w fotelu i rozmasował sobie czoło. Wyglądał o wiele starzej niż normalnie; widać było też, że jest przemęczony. Chłopaka coś tknęło i wyszeptał:
– Przepraszam.
Moody drgnął i z niedowierzaniem spojrzał mu w oczy.
– Coś ty powiedziałeś?
– Że przepraszam.
– Phi! – prychnął i odwrócił głowę. – Wyjdź stąd.
Chłopak zamarł zdziwiony, lecz po sekundzie odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. To nie jego wina. Miał prawo zachować to dla siebie. Mimo to cały dzień dręczyło go głupie poczucie winy. Próbował zająć się czymkolwiek, ale nie potrafił. W końcu położył się na łóżku, przytulił do poduszki i zasnął. Następnego dnia rano wstał jak zwykle najwcześniej. Gdy zalewał sobie herbatę, do kuchni wszedł Moody. Chłopak spojrzał na niego pytająco, ale ten nawet na niego nie spojrzał. Traktował go jak powietrze! Usiedli razem do stołu, ale auror dalej okazywał chłodną ignorancję.
– Itadakimasu – zażartował cicho Remus, ale ten nawet nie mrugnął. Westchnął więc. – To nie była twoja sprawa. Miałem prawo zachować to dla siebie.
Dalej nic. W milczeniu zjedli swoje śniadania i Remus wrócił do pokoju. Nigdy nie przepadał za Moody'im, ale to, że ich relacje, jeszcze gorsze niż początkowo, było troszeczkę męczące. Mógłby sam przebywać w domu, ale nie mógłby znieść pomieszkiwania z kimś, kto odczuwa do niego tylko niechęć i obrzydzenie z powodu jego wilkołactwa. Uciekłby. Nawet teraz. Moody by za nim nie pobiegł. Nakłamałby potem Dumbledore'owi, że go szukał, ale nie potrafił znaleźć. A po jakimś czasie... Uznaliby go za zmarłego i zostawili samemu sobie. Odpowiadałoby mu to, ale nie chciał zostawiać przyjaciół; zbyt wiele dla niego znaczyli. No i nie mógł zawieść Dumbledore'a. On podarował mu ''drugie życie'', a teraz miał je odrzucić?
Tydzień później każdy w Zakonie wiedział jak Moody i Remus się ''kochają''. Molly Weasley współczuła chłopakowi, który - jak zauważyła - jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Dumbledore przez cały tydzień był zajęty sprawami w Ministerstwie, więc jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, ale już wkrótce to odkryje i Molly wiedziała, że na Alastora spadnie wielki gniew.
Gdy posiedzenie się skończyło i przy stole została tylko garstka osób, a Remus siedział obok Molly udając zadowolonego z życia, ktoś zapukał do drzwi, zadzwonił na dzwonek i począł szarpać klamkę. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Remus zamarł. Zapach tamtej osoby z kimś mu się kojarzył, ale nie wiedział z kim. Moody poszedł zobaczyć kto to. Po kilku minutach wrócił z jakąś starszawą kobietą.
– Och! To znowu ci twoi przyjaciele! – zakrzyknęła pocierając grube palce i patrząc na wszystkich z przymilnym uśmieszkiem. Nagle wskazała palcem Remusa.
– A to kto?
– Przepraszam.
Moody drgnął i z niedowierzaniem spojrzał mu w oczy.
– Coś ty powiedziałeś?
– Że przepraszam.
– Phi! – prychnął i odwrócił głowę. – Wyjdź stąd.
Chłopak zamarł zdziwiony, lecz po sekundzie odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. To nie jego wina. Miał prawo zachować to dla siebie. Mimo to cały dzień dręczyło go głupie poczucie winy. Próbował zająć się czymkolwiek, ale nie potrafił. W końcu położył się na łóżku, przytulił do poduszki i zasnął. Następnego dnia rano wstał jak zwykle najwcześniej. Gdy zalewał sobie herbatę, do kuchni wszedł Moody. Chłopak spojrzał na niego pytająco, ale ten nawet na niego nie spojrzał. Traktował go jak powietrze! Usiedli razem do stołu, ale auror dalej okazywał chłodną ignorancję.
– Itadakimasu – zażartował cicho Remus, ale ten nawet nie mrugnął. Westchnął więc. – To nie była twoja sprawa. Miałem prawo zachować to dla siebie.
Dalej nic. W milczeniu zjedli swoje śniadania i Remus wrócił do pokoju. Nigdy nie przepadał za Moody'im, ale to, że ich relacje, jeszcze gorsze niż początkowo, było troszeczkę męczące. Mógłby sam przebywać w domu, ale nie mógłby znieść pomieszkiwania z kimś, kto odczuwa do niego tylko niechęć i obrzydzenie z powodu jego wilkołactwa. Uciekłby. Nawet teraz. Moody by za nim nie pobiegł. Nakłamałby potem Dumbledore'owi, że go szukał, ale nie potrafił znaleźć. A po jakimś czasie... Uznaliby go za zmarłego i zostawili samemu sobie. Odpowiadałoby mu to, ale nie chciał zostawiać przyjaciół; zbyt wiele dla niego znaczyli. No i nie mógł zawieść Dumbledore'a. On podarował mu ''drugie życie'', a teraz miał je odrzucić?
Tydzień później każdy w Zakonie wiedział jak Moody i Remus się ''kochają''. Molly Weasley współczuła chłopakowi, który - jak zauważyła - jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Dumbledore przez cały tydzień był zajęty sprawami w Ministerstwie, więc jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, ale już wkrótce to odkryje i Molly wiedziała, że na Alastora spadnie wielki gniew.
Gdy posiedzenie się skończyło i przy stole została tylko garstka osób, a Remus siedział obok Molly udając zadowolonego z życia, ktoś zapukał do drzwi, zadzwonił na dzwonek i począł szarpać klamkę. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Remus zamarł. Zapach tamtej osoby z kimś mu się kojarzył, ale nie wiedział z kim. Moody poszedł zobaczyć kto to. Po kilku minutach wrócił z jakąś starszawą kobietą.
– Och! To znowu ci twoi przyjaciele! – zakrzyknęła pocierając grube palce i patrząc na wszystkich z przymilnym uśmieszkiem. Nagle wskazała palcem Remusa.
– A to kto?
Przyjrzała się pani Weasley, która siedziała obok niego.
– Wreszcie doczekałaś się dziecka! Gratulacje! Ale... ile ma już lat?
Ona i Remus momentalnie się zaczerwienili.
– Ale - pośpieszyła z wyjaśnieniami Molly. – Remus nie jest moim synem, on...
– ... Stracił rodziców i teraz mieszka u mnie.
Kobieta przeniosła wzrok na syna.
– Adoptowałeś dziecko? I ja nic o tym nie wiem? – Podeszła szybko do chłopaka. – Zawsze chciałam mieć wnuka! – Uścisnęła go mocno i nie chciała wypuścić. – Mogłeś chociaż napomknąć, ze zostałeś ojcem.
– Ojcem...? – szepnął zdezorientowany Remus. JEGO ojcem?!
– Ojcem? – Moody zachwiał się dziwnie. OJCEM WILKOŁAKA?! – Nie, nie, nie... Nie adoptowałem go. Tylko... chwilowo u mnie mieszka, ale...
– Do kiedy?
– Może nawet.. Do osiągnięcia pełnoletności...
– Ha! – zakrzyknęła jego matka. – Czyli go adoptowałeś!
– Wreszcie doczekałaś się dziecka! Gratulacje! Ale... ile ma już lat?
Ona i Remus momentalnie się zaczerwienili.
– Ale - pośpieszyła z wyjaśnieniami Molly. – Remus nie jest moim synem, on...
– ... Stracił rodziców i teraz mieszka u mnie.
Kobieta przeniosła wzrok na syna.
– Adoptowałeś dziecko? I ja nic o tym nie wiem? – Podeszła szybko do chłopaka. – Zawsze chciałam mieć wnuka! – Uścisnęła go mocno i nie chciała wypuścić. – Mogłeś chociaż napomknąć, ze zostałeś ojcem.
– Ojcem...? – szepnął zdezorientowany Remus. JEGO ojcem?!
– Ojcem? – Moody zachwiał się dziwnie. OJCEM WILKOŁAKA?! – Nie, nie, nie... Nie adoptowałem go. Tylko... chwilowo u mnie mieszka, ale...
– Do kiedy?
– Może nawet.. Do osiągnięcia pełnoletności...
– Ha! – zakrzyknęła jego matka. – Czyli go adoptowałeś!
Tym razem zwróciła się do chłopaka.
– Zawsze marzyłam, żeby mieć wnuka, zwłaszcza tak słodkiego jak ty! – zapiszczała i zaczęła wygniatać mu policzki.Wszyscy wokoło za wszelką cenę próbowali powstrzymać śmiech, widzieli jak Lupin jest zażenowany. Obojgu z poszkodowanych nie podobało się natomiast to, że musieli teraz być dla siebie mili i traktować się jak rodzina.
Następnego dnia Remus wstał jak zwykle wcześnie i już chciał wyjść z pokoju, gdy poczuł jakiś zapach. Po chwili zgadł, że to omlet i ruszył do kuchni. Stała tam już matka Moody'ego i przyrządzała im śniadanie. Wczoraj zakomunikowała, iż musi poznać swojego ''wnuka'', więc nie zamierza na krok ruszać się z tego domu. Teraz, widząc go zaspanego i lekko rozczochranego, uśmiechnęła się szeroko, a oczy jej zaświeciły.
– Masz ochotę na omlet? – zaświergotała.
– Tak, oczywiście – Remus posłał jej swój czarujący uśmiech i zamrugał. Po chwili dostał swoje śniadanie. – Jest przepyszne, proszę pani!
Następnego dnia Remus wstał jak zwykle wcześnie i już chciał wyjść z pokoju, gdy poczuł jakiś zapach. Po chwili zgadł, że to omlet i ruszył do kuchni. Stała tam już matka Moody'ego i przyrządzała im śniadanie. Wczoraj zakomunikowała, iż musi poznać swojego ''wnuka'', więc nie zamierza na krok ruszać się z tego domu. Teraz, widząc go zaspanego i lekko rozczochranego, uśmiechnęła się szeroko, a oczy jej zaświeciły.
– Masz ochotę na omlet? – zaświergotała.
– Tak, oczywiście – Remus posłał jej swój czarujący uśmiech i zamrugał. Po chwili dostał swoje śniadanie. – Jest przepyszne, proszę pani!
Nie kłamał. Nigdy nie jadł tak wspaniałego omletu.
– Och, mów mi ''babciu'', kotuniu.
Chłopak spuścił wzrok. Przecież to nie jest jego babcia, a Moody nie jest jego ojcem. Czemu musi przez to przechodzić teraz, kiedy tak niedawno stracił ostatniego rodzica? Los naprawdę kochał z nim pogrywać.
– Cześć, mamo. Co tak ładnie pachnie? – Moody podszedł, pocałował ją w policzek i wziął swoją porcję. Do kubka nalał sobie kawy i usiadł. Ziewnął potężnie.
– Nie przywitasz się ze swoim synem, Alastorze?
Oboje drgnęli, jakby się ocknęli z okropnego snu.
– Nie zauważyłem cie – wyjaśnił auror. – Jak się spało... Remusie?
– Dobrze. A tobie... tato... Wyspałeś się? – Uśmiechnął się, przechylając głowę na bok. Moody nigdy mu się nie przyglądał, ale teraz, widząc go zaspanego, rozczochranego i lekko zarumienionego od snu, przyznał rację Dumbledore'owi. Chłopak wyglądał naprawdę uroczo.
– Nie za bardzo. Nie umiałem zasnąć, a nie chciało mi się ruszyć po ciepłe mleko.
– A ty, babciu, wyspałaś się? – kontynuował Remus.
– Och, mów mi ''babciu'', kotuniu.
Chłopak spuścił wzrok. Przecież to nie jest jego babcia, a Moody nie jest jego ojcem. Czemu musi przez to przechodzić teraz, kiedy tak niedawno stracił ostatniego rodzica? Los naprawdę kochał z nim pogrywać.
– Cześć, mamo. Co tak ładnie pachnie? – Moody podszedł, pocałował ją w policzek i wziął swoją porcję. Do kubka nalał sobie kawy i usiadł. Ziewnął potężnie.
– Nie przywitasz się ze swoim synem, Alastorze?
Oboje drgnęli, jakby się ocknęli z okropnego snu.
– Nie zauważyłem cie – wyjaśnił auror. – Jak się spało... Remusie?
– Dobrze. A tobie... tato... Wyspałeś się? – Uśmiechnął się, przechylając głowę na bok. Moody nigdy mu się nie przyglądał, ale teraz, widząc go zaspanego, rozczochranego i lekko zarumienionego od snu, przyznał rację Dumbledore'owi. Chłopak wyglądał naprawdę uroczo.
– Nie za bardzo. Nie umiałem zasnąć, a nie chciało mi się ruszyć po ciepłe mleko.
– A ty, babciu, wyspałaś się? – kontynuował Remus.
– Och, tak, tak. Nawet bardzo.
Po śniadaniu chłopak pomógł jej pozmywać. Potem wyjaśnił, że ma coś do zrobienia i skrył się w swoim pokoju.
– Uff... – westchnął z ulgą i położył się na łóżku. – Tato – powiedział na głos i prychnął. On nie miał ojca. Zacisnął powieki, gdy poczuł, że oczy mu wilgotnieją. Chwilę tak wytrzymał i uspokoił się. Tydzień to wcale nie tak długo. Wytrzyma.
Po śniadaniu chłopak pomógł jej pozmywać. Potem wyjaśnił, że ma coś do zrobienia i skrył się w swoim pokoju.
– Uff... – westchnął z ulgą i położył się na łóżku. – Tato – powiedział na głos i prychnął. On nie miał ojca. Zacisnął powieki, gdy poczuł, że oczy mu wilgotnieją. Chwilę tak wytrzymał i uspokoił się. Tydzień to wcale nie tak długo. Wytrzyma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz