Obudził się z samego rana, ale nie otwierał jeszcze oczu. Delektował się tą chwilą błogości, gdy jeszcze może zatopić się w miękkiej pościeli i po prostu leżeć. Nagle usłyszał ciche szepty. Rozbudził się troszkę bardziej i zaczął rozumieć sens słów. James, Syriusz i Peter rozmawiali przyciszonymi głosami. Dobrze rozumiał co mówią dzięki swojemu dobremu słuchowi.
– Może nie powinniśmy przy nim tak żartować i w ogóle... – pisnął Glizdogon.
– I pozwolić mu popaść w depresję? W te wakacje naprawdę dużo przeszedł. Zamiast robić mu psychologiczne rozmowy i terapie, które bardziej go zdołują, zabawiajmy go – zaproponował Syriusz. – Jesteśmy jego przyjaciółmi. Nasza obecność mu pomaga.
– Łapa ma rację. Uważajmy na niego i reagujmy, jeśli zobaczymy, że się zamyśla lub robi przygnębiony, ale starajmy się, by o tym wszystkim nie myślał. Po pewnym czasie wszystko wróci do normalności. Choć to pewnie potrwa.
– Gdybym był Lunatykiem pewnie załamałbym się psychicznie – szepnął Peter.
– Na szczęście Remus jest silny – Syriusz zwrócił się do Jamesa. – Ale martwię się o niego. Przeszedł już zbyt dużo. I chyba ukrywa swój prawdziwy ból.
– Tak. – Rogacz zamyślił się. – Jest wrażliwy, ale dobrze to ukrywa. Zawsze najlepiej ukrywał swoje uczucia. Czasami mam wrażenie, jakby nimi grał. Zawsze nad sobą panuje.
– Musimy tylko być przy nim i go wspierać a będzie wszystko dobrze. Jesteśmy huncwotami. Dla nas nie ma rzeczy niemożliwym. I na pewno damy radę mu pomóc. Przecież na nas zawsze może liczyć. Nie zawiedziemy go.
– Śpi jeszcze?
– Może nie powinniśmy przy nim tak żartować i w ogóle... – pisnął Glizdogon.
– I pozwolić mu popaść w depresję? W te wakacje naprawdę dużo przeszedł. Zamiast robić mu psychologiczne rozmowy i terapie, które bardziej go zdołują, zabawiajmy go – zaproponował Syriusz. – Jesteśmy jego przyjaciółmi. Nasza obecność mu pomaga.
– Łapa ma rację. Uważajmy na niego i reagujmy, jeśli zobaczymy, że się zamyśla lub robi przygnębiony, ale starajmy się, by o tym wszystkim nie myślał. Po pewnym czasie wszystko wróci do normalności. Choć to pewnie potrwa.
– Gdybym był Lunatykiem pewnie załamałbym się psychicznie – szepnął Peter.
– Na szczęście Remus jest silny – Syriusz zwrócił się do Jamesa. – Ale martwię się o niego. Przeszedł już zbyt dużo. I chyba ukrywa swój prawdziwy ból.
– Tak. – Rogacz zamyślił się. – Jest wrażliwy, ale dobrze to ukrywa. Zawsze najlepiej ukrywał swoje uczucia. Czasami mam wrażenie, jakby nimi grał. Zawsze nad sobą panuje.
– Musimy tylko być przy nim i go wspierać a będzie wszystko dobrze. Jesteśmy huncwotami. Dla nas nie ma rzeczy niemożliwym. I na pewno damy radę mu pomóc. Przecież na nas zawsze może liczyć. Nie zawiedziemy go.
– Śpi jeszcze?
Remus usłyszał szelest. To Syriusz ześlizgnął się ze swojego łóżka i cicho podszedł do niego. Przymknął lekko oczy i rozchylił minimalnie usta. Oddychał spokojnie. Syriusz stał za jego plecami i mu się przyglądał. Po chwili wrócił na swoje łóżko.
– Tak, ale pewnie zaraz się obudzi. Kładźmy się. Śniadanie będzie za półtorej godziny, pośpijmy jeszczeeee. – Łapa rozciągnął się i ziewnął naraz. Wszyscy ponownie się położyli. Remus dziwnie się czuł. Jak miał się teraz zachować? Słyszał ich rozmowę. Miał im o tym powiedzieć? Może lepiej nie... Mogliby stać się mniej ufni. Wiedzieli, że miał lepszy słuch, węch i smak, ale myśleli, że śpi. Tymczasem on podsłuchiwał. Co innego podsłuchiwać Zakon Feniksa podczas zebrań, a co innego podsłuchiwać własnych przyjaciół. Poczucie winy ściskało go od środka.
Piętnaście minut później wstał i wziął szybki prysznic. Ubrał się, poczesał i poszedł do salonu. Po trzydziestu minutach dołączyli do niego Syriusz i James. Peter zwlókł się kilka minut po nich, wciąż zaspany i nierozumiejący co się dzieje wokoło niego. Skierowali się do jadalni i w ciszy zjedli śniadanie. Do każdego z nich, poza Peterem, przyleciała sowa z Prorokiem Codziennym. Jedli swoje tosty i czytali nowości w świecie czarodziejów.
– Śmierciożercy rosną w siłę... - mruknął Syriusz. – A moi rodzice umierają ze szczęścia.
– Zakon Feniksa próbuje to powstrzymać, prawda? – James zerknął na Remusa zza gazety.
– Tak, ale to nie jest proste. Mają ostatnio problemy. Ludzie boją się Lorda Voldemorta i wolą siedzieć cicho, niż narażać życie swojej rodziny wstępując do Zakonu. Śmierciożercy mają przewagę, jeśli chodzi o liczebność. No i oni używają czarnej magii, której my nawet się nie uczymy.
– Uważasz, że... że powinniśmy się uczyć czarnej magii? – pisnął Peter. Remus spojrzał na niego z dziwnym, lodowatym błyskiem w oczach.
– Tak. Biała magia jest wystarczająca, ale teraz, gdy nas jest mniej, powinniśmy walczyć na wszystkie sposoby. Śmierciożercy używają białej i czarnej magii. My tylko białej. To nas ogranicza. Ta gra nie jest fair. Gdybyśmy walczyli tak, jak oni, byłoby mniej ofiar śmiertelnych po naszej stronie. O zwycięstwie decydowały umiejętności poszczególnych jednostek, a nie to po czyjej są stronie.
– A co z Voldemortem? Nawet gdybyśmy nauczyli się czarnej magii on jest w tym najlepszy i najniebezpieczniejszy. Zabiłby nas w sekundę.
– Dumbledore jest w stanie go pokonać, ale nie może nic sam zrobić, póki tylu Śmierciożerców jest gotów oddać życie za Voldemorta i...
Nagle urwał. Zbliżała się do nich Mcgonagall. Dała im ich plany i z uśmiechem stwierdzili, że wszystkie zajęcia mają wspólne. Tylko Remus miał kilka lekcji więcej. Po śniadaniu ruszyli w stronę klasy, w której odbyć się miały zajęcia z Historii Magii. Nudny początek dnia, ale równie dobrze mogli troszkę pospać.
- Może oznajmimy szkole nasz przyjazd? Wydaje mi się, że Filch jeszcze żyje nadzieją, że zostaliśmy w domach. – Zaproponował Syriusz.
– Co masz na myśli? – James uśmiechnął się.
– Hm... Może zrobimy kilka pułapek przed wejściem do dormitorium Ślizgonów?
– To jest myśl! Mam nadzieję, że Snape wpadnie choć w jedną z nich. Lub dwie. A najlepiej wszystkie! – Oczy Syriusza zaświeciły się.
– Musimy tylko dokupić dziesięć litrów szamponu. Może to i będą pułapki, ale bądźmy ludźmi - pomożemy Smarkerusowi umyć włosy!
Cała czwórka zaśmiała się cicho. Doszli już do klasy i czekali aż profesor Cuthbert Binns pozwoli im wejść.
– Luniak, Glizdek, wchodzicie w to?
– T-tak – pisnął Pettigrew.
– Nie wiem... Chyba sobie odpuszczę.
– Dlaczego?! – Syriusz wytrzeszczył oczy, ale po chwili przyjrzał mu się z niepokojem; James również.
– Po prostu nie mam ochoty.
– Nie zostawimy cię przecież samego! A możemy to zrobić kiedy indziej. – Syriusz oplótł go ramieniem. – Bez Luniaczka nie ma największej zabawy.
– Co? Wiele razy odpuszczałem sobie udział w waszych zabawach, ale nigdy przez to nie rezygnowaliście z tego.
– Czasy się zmieniły, Remi. – Syriusz uśmiechnął się. W tej samej chwili Binns otworzył drzwi i zaprosił ich do środka. Zajęli swoje zwykłe miejsca na końcu sali i wyciągnęli książki.
– Zaraz zmienię ją w poduszkę - jęknął James patrząc tępo w okładkę.
Profesor Binns nudnym i monotonnym tonem sprawdził listę obecności i zaczął opowiadać o wojnie secesyjnej, w której brali także udział czarodzieje. Później przyjaciele byli na Obronie przed Czarną Magią, Transmutacji i Zaklęciach. Remus poszedł jeszcze na Numerologię. Tego dnia nic więcej się już nie wydarzyło. Przyjaciele uważnie przyglądali się Remusowi, a on udawał, że tego nie widzi. Po zrobieniu pierwszych zadań domowych, wszyscy udali się do sypialni i położyli. Ciszę przerwał James.
– Tęsknisz za nimi?
– Tak – szepnął Remus.
– Tak, ale pewnie zaraz się obudzi. Kładźmy się. Śniadanie będzie za półtorej godziny, pośpijmy jeszczeeee. – Łapa rozciągnął się i ziewnął naraz. Wszyscy ponownie się położyli. Remus dziwnie się czuł. Jak miał się teraz zachować? Słyszał ich rozmowę. Miał im o tym powiedzieć? Może lepiej nie... Mogliby stać się mniej ufni. Wiedzieli, że miał lepszy słuch, węch i smak, ale myśleli, że śpi. Tymczasem on podsłuchiwał. Co innego podsłuchiwać Zakon Feniksa podczas zebrań, a co innego podsłuchiwać własnych przyjaciół. Poczucie winy ściskało go od środka.
Piętnaście minut później wstał i wziął szybki prysznic. Ubrał się, poczesał i poszedł do salonu. Po trzydziestu minutach dołączyli do niego Syriusz i James. Peter zwlókł się kilka minut po nich, wciąż zaspany i nierozumiejący co się dzieje wokoło niego. Skierowali się do jadalni i w ciszy zjedli śniadanie. Do każdego z nich, poza Peterem, przyleciała sowa z Prorokiem Codziennym. Jedli swoje tosty i czytali nowości w świecie czarodziejów.
– Śmierciożercy rosną w siłę... - mruknął Syriusz. – A moi rodzice umierają ze szczęścia.
– Zakon Feniksa próbuje to powstrzymać, prawda? – James zerknął na Remusa zza gazety.
– Tak, ale to nie jest proste. Mają ostatnio problemy. Ludzie boją się Lorda Voldemorta i wolą siedzieć cicho, niż narażać życie swojej rodziny wstępując do Zakonu. Śmierciożercy mają przewagę, jeśli chodzi o liczebność. No i oni używają czarnej magii, której my nawet się nie uczymy.
– Uważasz, że... że powinniśmy się uczyć czarnej magii? – pisnął Peter. Remus spojrzał na niego z dziwnym, lodowatym błyskiem w oczach.
– Tak. Biała magia jest wystarczająca, ale teraz, gdy nas jest mniej, powinniśmy walczyć na wszystkie sposoby. Śmierciożercy używają białej i czarnej magii. My tylko białej. To nas ogranicza. Ta gra nie jest fair. Gdybyśmy walczyli tak, jak oni, byłoby mniej ofiar śmiertelnych po naszej stronie. O zwycięstwie decydowały umiejętności poszczególnych jednostek, a nie to po czyjej są stronie.
– A co z Voldemortem? Nawet gdybyśmy nauczyli się czarnej magii on jest w tym najlepszy i najniebezpieczniejszy. Zabiłby nas w sekundę.
– Dumbledore jest w stanie go pokonać, ale nie może nic sam zrobić, póki tylu Śmierciożerców jest gotów oddać życie za Voldemorta i...
Nagle urwał. Zbliżała się do nich Mcgonagall. Dała im ich plany i z uśmiechem stwierdzili, że wszystkie zajęcia mają wspólne. Tylko Remus miał kilka lekcji więcej. Po śniadaniu ruszyli w stronę klasy, w której odbyć się miały zajęcia z Historii Magii. Nudny początek dnia, ale równie dobrze mogli troszkę pospać.
- Może oznajmimy szkole nasz przyjazd? Wydaje mi się, że Filch jeszcze żyje nadzieją, że zostaliśmy w domach. – Zaproponował Syriusz.
– Co masz na myśli? – James uśmiechnął się.
– Hm... Może zrobimy kilka pułapek przed wejściem do dormitorium Ślizgonów?
– To jest myśl! Mam nadzieję, że Snape wpadnie choć w jedną z nich. Lub dwie. A najlepiej wszystkie! – Oczy Syriusza zaświeciły się.
– Musimy tylko dokupić dziesięć litrów szamponu. Może to i będą pułapki, ale bądźmy ludźmi - pomożemy Smarkerusowi umyć włosy!
Cała czwórka zaśmiała się cicho. Doszli już do klasy i czekali aż profesor Cuthbert Binns pozwoli im wejść.
– Luniak, Glizdek, wchodzicie w to?
– T-tak – pisnął Pettigrew.
– Nie wiem... Chyba sobie odpuszczę.
– Dlaczego?! – Syriusz wytrzeszczył oczy, ale po chwili przyjrzał mu się z niepokojem; James również.
– Po prostu nie mam ochoty.
– Nie zostawimy cię przecież samego! A możemy to zrobić kiedy indziej. – Syriusz oplótł go ramieniem. – Bez Luniaczka nie ma największej zabawy.
– Co? Wiele razy odpuszczałem sobie udział w waszych zabawach, ale nigdy przez to nie rezygnowaliście z tego.
– Czasy się zmieniły, Remi. – Syriusz uśmiechnął się. W tej samej chwili Binns otworzył drzwi i zaprosił ich do środka. Zajęli swoje zwykłe miejsca na końcu sali i wyciągnęli książki.
– Zaraz zmienię ją w poduszkę - jęknął James patrząc tępo w okładkę.
Profesor Binns nudnym i monotonnym tonem sprawdził listę obecności i zaczął opowiadać o wojnie secesyjnej, w której brali także udział czarodzieje. Później przyjaciele byli na Obronie przed Czarną Magią, Transmutacji i Zaklęciach. Remus poszedł jeszcze na Numerologię. Tego dnia nic więcej się już nie wydarzyło. Przyjaciele uważnie przyglądali się Remusowi, a on udawał, że tego nie widzi. Po zrobieniu pierwszych zadań domowych, wszyscy udali się do sypialni i położyli. Ciszę przerwał James.
– Tęsknisz za nimi?
– Tak – szepnął Remus.
– Jak możemy ci pomóc?
– Po prostu bądźcie tacy, jacy jesteście. To w zupełności wystarczy.
– Po prostu bądźcie tacy, jacy jesteście. To w zupełności wystarczy.
Przez następne tygodnie chłopacy uczęszczali na lekcje i uczyli się. Od czasu do czasu żartowali sobie i denerwowali Filcha. Raz poobklejali gabinet woźnego papierem toaletowym. Wyglądało to jak tapeta, tyle, że nie tylko na ścianach, ale też na meblach, przedmiotach, podłodze, suficie i innych pomniejszych przedmiotach. Innym razem w magiczny sposób zostawiali plamy błota na posadzce. Filch podążał ich tropem myśląc, że znajdzie winowajcę. Tym sposobem zamknęli go w schowku na miotły.
Remus przestał już zwracać uwagę na dziwne zachowanie jego przyjaciół. Wiedział, że martwią się o niego, ale idealnie potrafił grać uczuciami. Tylko w nocy, gdy czuł, że nikt go nie widzi pozwalał, by kilka łez spłynęło mu po twarzy. Życie w Hogwarcie nabrało już swojego tempa i byli zasypywani coraz większą ilością prac domowych. Tylko Remus zdawał się z tym nadążać, a czasami nawet pomagał swoim przyjaciołom.
Pewnego ranka James, który wstał najwcześniej, wbiegł z powrotem do dormitorium i skoczył najpierw na łóżko Petera, potem Remusa, a na końcu na Syriusza i na nim już został.
– Słuchajcie! Już niedługo zaczną się treningi Quidditcha!
– No i...? – wymamrotał Remus i zasłonił głowę kołdrą, gdy światło wschodzącego słońca oślepiło jego czuły wzrok. James spojrzał z urazą na przyjaciela. Przeskoczył na jego łóżko i złapał kołdrę, próbując go odkryć.
– Coś ty tam mruczał? Jakie no i? To QUIDDITCH! Najlepszy sport na świecie! A ja, słynny i jakże przystojny James Potter, jestem kapitanem drużyny Gryfonów! Więcej entuzjazmu, inaczej zabronię ci przychodzić na mecze. – Uśmiechnął się zadziornie i po sekundzie cała czwórka się zaśmiała.
– Złaź ze mnie – stęknął Remus i zrzucił Rogacza z siebie.
– Dziś sobie nie polatasz – powiedział Syriusz.
Remus przestał już zwracać uwagę na dziwne zachowanie jego przyjaciół. Wiedział, że martwią się o niego, ale idealnie potrafił grać uczuciami. Tylko w nocy, gdy czuł, że nikt go nie widzi pozwalał, by kilka łez spłynęło mu po twarzy. Życie w Hogwarcie nabrało już swojego tempa i byli zasypywani coraz większą ilością prac domowych. Tylko Remus zdawał się z tym nadążać, a czasami nawet pomagał swoim przyjaciołom.
Pewnego ranka James, który wstał najwcześniej, wbiegł z powrotem do dormitorium i skoczył najpierw na łóżko Petera, potem Remusa, a na końcu na Syriusza i na nim już został.
– Słuchajcie! Już niedługo zaczną się treningi Quidditcha!
– No i...? – wymamrotał Remus i zasłonił głowę kołdrą, gdy światło wschodzącego słońca oślepiło jego czuły wzrok. James spojrzał z urazą na przyjaciela. Przeskoczył na jego łóżko i złapał kołdrę, próbując go odkryć.
– Coś ty tam mruczał? Jakie no i? To QUIDDITCH! Najlepszy sport na świecie! A ja, słynny i jakże przystojny James Potter, jestem kapitanem drużyny Gryfonów! Więcej entuzjazmu, inaczej zabronię ci przychodzić na mecze. – Uśmiechnął się zadziornie i po sekundzie cała czwórka się zaśmiała.
– Złaź ze mnie – stęknął Remus i zrzucił Rogacza z siebie.
– Dziś sobie nie polatasz – powiedział Syriusz.
– Czemu?!
– Dziś mieliśmy iść głębiej w las, nie pamiętasz już?
W tej chwili, gdy to do nich dotarło, James spojrzał z lekkim smutkiem na Remusa.
– Przepraszam, że zapomniałem... – zaczął, ale Remus uśmiechnął się i przerwał mu.
– Nic się nie stało. Ale Syriusz ma racje. Ostatniej pełni chodziliśmy tylko do tej polany na lewo od jeziora. Czas iść trochę głębiej. – Oczy rozbłysły mu podekscytowaniem tak, że wyglądał jakby miał jedenaście lat.
– Dziś mieliśmy iść głębiej w las, nie pamiętasz już?
W tej chwili, gdy to do nich dotarło, James spojrzał z lekkim smutkiem na Remusa.
– Przepraszam, że zapomniałem... – zaczął, ale Remus uśmiechnął się i przerwał mu.
– Nic się nie stało. Ale Syriusz ma racje. Ostatniej pełni chodziliśmy tylko do tej polany na lewo od jeziora. Czas iść trochę głębiej. – Oczy rozbłysły mu podekscytowaniem tak, że wyglądał jakby miał jedenaście lat.
Widać jednak było gdzieś głęboko głęboko pewien strach i zmęczenie. Dzień minął szybko i gdy nastał wieczór James, Syriusz i Peter poszli do dormitorium Gryfonów, a Remus skierował się do Skrzydła Szpitalnego. Po chwili wyszedł na szkolne błonia wraz z towarzystwem pani Pomfrey. Wszedł do tunelu prowadzącego do Wrzeszczącej Chaty i usiadł na skraju łóżka. Czekał kilka minut, patrząc zamyślony w okno.
Gdy zobaczył wschodzący księżyc, poczuł ból w kręgosłupie. Przemiana jak zwykle była bolesna i nie mógł powstrzymać krzyku. Nienawidził tego. Nienawidził swojego ciała, które już na zawsze miało co miesiąc się zmieniać. Czuł jak każda kość, mięsień i każdy skrawek skóry naciąga się i zmienia kształt. Nic nie mogło być gorsze od tego, nawet miażdżenie kości. Po chwili był już wilkołakiem. Stał na czterech łapach. Zawył. Nie wiedział już, kim jest. Nie miał prawie żadnych wspomnień. Nagle usłyszał szczeknięcie. Tak bardzo mu znajome. Do pokoju wbiegł pies i podbiegł do niego. Polizał go po pysku. Poznawał go. To był ktoś bliski dla niego. Pies wyprowadził go na zewnątrz, gdzie czekali już na nich jeleń i szczur. Pachnieli znajomo. Powoli w ich towarzystwie zaczęły mu wracać wspomnienia. Łapa... Rogacz... i Glizdogon. Jego przyjaciele byli tu z nim. Znowu. Łapa z radością skakał naokoło nich, Rogacz przyglądał mu się chwilę z przechylonym na bok łbem. Na jego rogach leżał lekko tłustawy szczurek. Po chwili jeleń wyprężył się prosto, jakby już wiedział, że Remus przypomniał sobie kim byli i zarył kopytem w ziemię. Łapa zapiszczał i pobiegł jeszcze szybciej naokoło nich. Z radością pobiegli w stronę lasu i ukryli się w gęstwinie. Cieszyli się swoim towarzystwem. On i Łapa byli najszybsi i mieli najlepszą zwrotność. Rogacz galopował za nimi mając na swoim łbie Glizdogona, który kurczowo owijał się wokół jego rogów. Jako najmniejsze stworzenie nie mógł im dorównać szybkością, ale był bardzo przydatny, jeśli chodziło o wciskanie się w małe szczeliny.
W oddali zobaczyli już początek polany, którą widzieli z daleka podczas ostatniej pełni. Lunatyk zawył, a Łapa natychmiast zrozumiał, o co chodziło przyjacielowi. W miarę możliwości zrównali się, a później przyspieszyli, ścigając się i klucząc między drzewami. Chwilowo żaden z nich nie mógł wyprzedzić drugiego, ale tuż przed polaną Lunatyk wybił się mocniej, wyciągnął swoje długie ciało i przegonił Łapę o długość pyska. Wbiegli na polanę jak z procy i zahamowali. Potruchtali jeszcze trochę, tracąc na szybkości i zatrzymali się.
Łapa z rozbawieniem skoczył na Remusa i zaczęli tarzać się po ziemi. Rogacz dobiegł minutę później; Glizdogon zbiegł po jego grzbiecie i zeskoczył z niego, natomiast jeleń złapał psa i podniósł za pomocą swoich rogów. Cała czwórka wyszczerzyła zęby w zwierzęcej imitacji śmiechu. Łapa złapał się przednimi łapami jednego z rogów, a Rogacz zaczął potrząsać łbem, by dla żartów go z siebie zrzucić. Glizdogon biegł wokoło nich a Lunatyk skakał próbując uderzyć łapą psa i zrzucić go z rogów Rogacza. Dwójce przyjaciół wspólnie udało się zrzucić Łapę, a ten, nie mogąc pogodzić się z przegraną, znów rzucił się na Lunatyka. Po jakimś czasie wszyscy biegli już dalej, ku terenom, do których nie zaglądali. Wiedzieli co tam jest. Zbliżali się do granicy Hogwartu. Zatrzymali się tuż przed nią i patrzeli w dal. Każdy nowy teren jaki odkrywali pojawiał się na Mapie bez ich udziału. Później zawrócili.
Biegli bardzo długo, po drodze mijając najróżniejsze stworzenia. Zatrzymali się na małej polance ze strumykiem. Stał tam piękny, dorosły jednorożec. Z szacunkiem podeszli do niego spokojnie. Rogacz nawet zgiął jedną nogę i pochylił łeb. Jednorożec także przyklęknął i oddał ukłon. Wypili kilka łyków czystej wody i pobiegli dalej w zwartej grupie. Było już coś koło drugiej w nocy, gdy dobiegli zdyszani do Wrzeszczącej Chaty. Remus wszedł tam sam, natomiast James, Syriusz i Peter zakradli się pod peleryną niewidką do zamku. Rano wstali śpiący, ale szczęśliwi i cały dzień wyczekiwali nadejścia nocy.
– Lunatyk musi się pewnie bardzo nudzić sam w tej Wrzeszczącej Chacie – powiedział ze smutkiem Peter.
– Na szczęście za pięć godzin będziemy mogli do niego iść. Dzisiejszy dzień jest bezchmurny. Jeżeli noc będzie taka sama, możemy iść na te małe wzgórze po drugiej stronie jeziora i poleżeć – zaproponował Syriusz.
Po pięciu godzinach, które wlokły się dla przyjaciół w nieskończoność, zapadł zmrok, a oni wymknęli się szybko z zamku. Dotarli do Wierzby Bijącej, a Syriusz ponownie pobiegł po Lupina. Kilka minut później wszyscy biegli w stronę jeziora. Próbowali zachowywać się jak najciszej, póki nie znajdą się po drugiej stronie zamku, gdzie były tylko same puste klasy. Gdyby jakiś uczeń ich zobaczył na pewno wydawałoby mu się dziwne dlaczego wilkołak, pies i jeleń biegną obok siebie niczym przyjaciele (oczywiście Glizdogon był zbyt mały, by z takiej odległości jakikolwiek uczeń by go dostrzegł).
Początkowo planowali okrążyć jezioro, ale gdy tylko znaleźli się w jego pobliżu Łapa wystrzelił jak strzała i wyprzedził wszystkich, by wskoczyć do jeziora. Woda sięgała mu zaledwie do brzucha, gdyż nie wybiegł zbyt daleko od brzegu. Z radosnym szczekaniem rozchlapywał wodę wokół siebie. Lunatyk i Rogacz stanęli w miejscu i patrzeli z politowaniem na swojego przyjaciela, ale już po chwili się do niego przyłączyli. Tym razem Glizdogon siedział na głowie wilkołaka, więc Lunatyk uważał, by go z siebie nie zrzucić.W końcu szczur stanął na dwóch łapkach, a Łapa podbiegł do nich i złapał go w zęby. Zrobił to delikatnie, więc Glizdogon nie odniósł żadnych obrażeń. Pies zarzucił łbem, sprawiając, że zwierzątko wyleciało w powietrze, a gdy opadało, upadło na miękką sierść na karku Łapy. Szczurek złapał się ząbkami karku Syriusza i wszyscy wybiegli na brzeg otrzepując się i rozpryskując krople wody naokoło. Ruszyli brzegiem jeziora i biegli napawając się chłodnym wiatrem ocierającym się o ich mokre futra.Tym razem to Rogacz biegł na przedzie ze swoją dumną postawą. Odgłos kopyt uderzających o ziemię był równomierny i idealnie współgrał z uderzeniami łap psa i wilkołaka. Biegli niespełna pięć minut i po chwili teren zaczął się łagodnie wznosić ku górze. Zaczęło robić się coraz bardziej stromo. Zwolnili i rozważniej wybierali swoją trasę, by po kilkunastu sekundach wspinaczki stanąć na płaskim wzniesieniu i ujrzeć najpiękniejszy widok, jaki mogli sobie wymarzyć.
Księżyc wznosił się samotnie po niebie, a daleko pod nim roztaczał się las, który szumiał i poruszał wraz z wiatrem. Krajobraz był spokojny i piękny. Cieszył oko swoją delikatnością.Gdy się odwrócili zobaczyli gładką taflę jeziora i wieżyczki Hogwartu. Z każdej strony ów wzgórza roztaczał się inny, niepowtarzalny, aczkolwiek równie piękny widok. To było idealne miejsce do wyciszenia się i wsłuchania w odgłosy natury. W dzień nigdy nie udałoby im się tu dostać. To była zbyt długa droga. A może jednak? Może jest szansa, że zdążyliby tu dobiec i wrócić, zanim ktoś zauważyłby ich nieobecność? Usiedli obok siebie i w spokoju patrzeli na piękno otaczającego ich świata.Tej nocy już nigdzie nie biegli. Napawali się swoją obecnością i ciszą wokoło. Powolnym truchtem wrócili do Wierzby Bijącej i znów rozstali się z Remusem. Jednak następnej nocy Remus nieświadomie omal nie rzucił się na zwykłego królika. Przyjaciele nie mieli mu tego za złe. Teraz był wilkołakiem i zdarzały się takie ''wypadki''. Jednak następnego dnia Remus, gdy odzyskał choć odrobinę sił, udał się do sowiarni i spoglądał smutno przez okno. Stąd nie było widać ich ulubionego wzniesienia. Błonia łagodnie zalewało popołudniowe słońce. Dziś jeszcze nie miał lekcji, ale od jutra miał na nie wrócić. Cała szkoła wydawała się pusta - wszyscy byli w klasach. Jednak po jakimś czasie zabrzmiał ostatni dzwonek i uczniowie powychodzili z sal lekcyjnych. Dopiero po dwudziestu minutach Syriusz znalazł przyjaciela.
– James i Peter też cie szukają. Ja wolałem już na początku sowiarnię. Pamiętasz? To tu uciekłeś, gdy odkryliśmy prawdę o tobie i tutaj cie znaleźliśmy. – Zamyślił się, a później westchnął jakby z sentymentem. – To było tak dawno. I patrz ile się zmieniło. Ja, Rogacz i Glizdek staliśmy się animagami, stworzyliśmy Mapę Huncwotów...
Gdy zobaczył wschodzący księżyc, poczuł ból w kręgosłupie. Przemiana jak zwykle była bolesna i nie mógł powstrzymać krzyku. Nienawidził tego. Nienawidził swojego ciała, które już na zawsze miało co miesiąc się zmieniać. Czuł jak każda kość, mięsień i każdy skrawek skóry naciąga się i zmienia kształt. Nic nie mogło być gorsze od tego, nawet miażdżenie kości. Po chwili był już wilkołakiem. Stał na czterech łapach. Zawył. Nie wiedział już, kim jest. Nie miał prawie żadnych wspomnień. Nagle usłyszał szczeknięcie. Tak bardzo mu znajome. Do pokoju wbiegł pies i podbiegł do niego. Polizał go po pysku. Poznawał go. To był ktoś bliski dla niego. Pies wyprowadził go na zewnątrz, gdzie czekali już na nich jeleń i szczur. Pachnieli znajomo. Powoli w ich towarzystwie zaczęły mu wracać wspomnienia. Łapa... Rogacz... i Glizdogon. Jego przyjaciele byli tu z nim. Znowu. Łapa z radością skakał naokoło nich, Rogacz przyglądał mu się chwilę z przechylonym na bok łbem. Na jego rogach leżał lekko tłustawy szczurek. Po chwili jeleń wyprężył się prosto, jakby już wiedział, że Remus przypomniał sobie kim byli i zarył kopytem w ziemię. Łapa zapiszczał i pobiegł jeszcze szybciej naokoło nich. Z radością pobiegli w stronę lasu i ukryli się w gęstwinie. Cieszyli się swoim towarzystwem. On i Łapa byli najszybsi i mieli najlepszą zwrotność. Rogacz galopował za nimi mając na swoim łbie Glizdogona, który kurczowo owijał się wokół jego rogów. Jako najmniejsze stworzenie nie mógł im dorównać szybkością, ale był bardzo przydatny, jeśli chodziło o wciskanie się w małe szczeliny.
W oddali zobaczyli już początek polany, którą widzieli z daleka podczas ostatniej pełni. Lunatyk zawył, a Łapa natychmiast zrozumiał, o co chodziło przyjacielowi. W miarę możliwości zrównali się, a później przyspieszyli, ścigając się i klucząc między drzewami. Chwilowo żaden z nich nie mógł wyprzedzić drugiego, ale tuż przed polaną Lunatyk wybił się mocniej, wyciągnął swoje długie ciało i przegonił Łapę o długość pyska. Wbiegli na polanę jak z procy i zahamowali. Potruchtali jeszcze trochę, tracąc na szybkości i zatrzymali się.
Łapa z rozbawieniem skoczył na Remusa i zaczęli tarzać się po ziemi. Rogacz dobiegł minutę później; Glizdogon zbiegł po jego grzbiecie i zeskoczył z niego, natomiast jeleń złapał psa i podniósł za pomocą swoich rogów. Cała czwórka wyszczerzyła zęby w zwierzęcej imitacji śmiechu. Łapa złapał się przednimi łapami jednego z rogów, a Rogacz zaczął potrząsać łbem, by dla żartów go z siebie zrzucić. Glizdogon biegł wokoło nich a Lunatyk skakał próbując uderzyć łapą psa i zrzucić go z rogów Rogacza. Dwójce przyjaciół wspólnie udało się zrzucić Łapę, a ten, nie mogąc pogodzić się z przegraną, znów rzucił się na Lunatyka. Po jakimś czasie wszyscy biegli już dalej, ku terenom, do których nie zaglądali. Wiedzieli co tam jest. Zbliżali się do granicy Hogwartu. Zatrzymali się tuż przed nią i patrzeli w dal. Każdy nowy teren jaki odkrywali pojawiał się na Mapie bez ich udziału. Później zawrócili.
Biegli bardzo długo, po drodze mijając najróżniejsze stworzenia. Zatrzymali się na małej polance ze strumykiem. Stał tam piękny, dorosły jednorożec. Z szacunkiem podeszli do niego spokojnie. Rogacz nawet zgiął jedną nogę i pochylił łeb. Jednorożec także przyklęknął i oddał ukłon. Wypili kilka łyków czystej wody i pobiegli dalej w zwartej grupie. Było już coś koło drugiej w nocy, gdy dobiegli zdyszani do Wrzeszczącej Chaty. Remus wszedł tam sam, natomiast James, Syriusz i Peter zakradli się pod peleryną niewidką do zamku. Rano wstali śpiący, ale szczęśliwi i cały dzień wyczekiwali nadejścia nocy.
– Lunatyk musi się pewnie bardzo nudzić sam w tej Wrzeszczącej Chacie – powiedział ze smutkiem Peter.
– Na szczęście za pięć godzin będziemy mogli do niego iść. Dzisiejszy dzień jest bezchmurny. Jeżeli noc będzie taka sama, możemy iść na te małe wzgórze po drugiej stronie jeziora i poleżeć – zaproponował Syriusz.
Po pięciu godzinach, które wlokły się dla przyjaciół w nieskończoność, zapadł zmrok, a oni wymknęli się szybko z zamku. Dotarli do Wierzby Bijącej, a Syriusz ponownie pobiegł po Lupina. Kilka minut później wszyscy biegli w stronę jeziora. Próbowali zachowywać się jak najciszej, póki nie znajdą się po drugiej stronie zamku, gdzie były tylko same puste klasy. Gdyby jakiś uczeń ich zobaczył na pewno wydawałoby mu się dziwne dlaczego wilkołak, pies i jeleń biegną obok siebie niczym przyjaciele (oczywiście Glizdogon był zbyt mały, by z takiej odległości jakikolwiek uczeń by go dostrzegł).
Początkowo planowali okrążyć jezioro, ale gdy tylko znaleźli się w jego pobliżu Łapa wystrzelił jak strzała i wyprzedził wszystkich, by wskoczyć do jeziora. Woda sięgała mu zaledwie do brzucha, gdyż nie wybiegł zbyt daleko od brzegu. Z radosnym szczekaniem rozchlapywał wodę wokół siebie. Lunatyk i Rogacz stanęli w miejscu i patrzeli z politowaniem na swojego przyjaciela, ale już po chwili się do niego przyłączyli. Tym razem Glizdogon siedział na głowie wilkołaka, więc Lunatyk uważał, by go z siebie nie zrzucić.W końcu szczur stanął na dwóch łapkach, a Łapa podbiegł do nich i złapał go w zęby. Zrobił to delikatnie, więc Glizdogon nie odniósł żadnych obrażeń. Pies zarzucił łbem, sprawiając, że zwierzątko wyleciało w powietrze, a gdy opadało, upadło na miękką sierść na karku Łapy. Szczurek złapał się ząbkami karku Syriusza i wszyscy wybiegli na brzeg otrzepując się i rozpryskując krople wody naokoło. Ruszyli brzegiem jeziora i biegli napawając się chłodnym wiatrem ocierającym się o ich mokre futra.Tym razem to Rogacz biegł na przedzie ze swoją dumną postawą. Odgłos kopyt uderzających o ziemię był równomierny i idealnie współgrał z uderzeniami łap psa i wilkołaka. Biegli niespełna pięć minut i po chwili teren zaczął się łagodnie wznosić ku górze. Zaczęło robić się coraz bardziej stromo. Zwolnili i rozważniej wybierali swoją trasę, by po kilkunastu sekundach wspinaczki stanąć na płaskim wzniesieniu i ujrzeć najpiękniejszy widok, jaki mogli sobie wymarzyć.
Księżyc wznosił się samotnie po niebie, a daleko pod nim roztaczał się las, który szumiał i poruszał wraz z wiatrem. Krajobraz był spokojny i piękny. Cieszył oko swoją delikatnością.Gdy się odwrócili zobaczyli gładką taflę jeziora i wieżyczki Hogwartu. Z każdej strony ów wzgórza roztaczał się inny, niepowtarzalny, aczkolwiek równie piękny widok. To było idealne miejsce do wyciszenia się i wsłuchania w odgłosy natury. W dzień nigdy nie udałoby im się tu dostać. To była zbyt długa droga. A może jednak? Może jest szansa, że zdążyliby tu dobiec i wrócić, zanim ktoś zauważyłby ich nieobecność? Usiedli obok siebie i w spokoju patrzeli na piękno otaczającego ich świata.Tej nocy już nigdzie nie biegli. Napawali się swoją obecnością i ciszą wokoło. Powolnym truchtem wrócili do Wierzby Bijącej i znów rozstali się z Remusem. Jednak następnej nocy Remus nieświadomie omal nie rzucił się na zwykłego królika. Przyjaciele nie mieli mu tego za złe. Teraz był wilkołakiem i zdarzały się takie ''wypadki''. Jednak następnego dnia Remus, gdy odzyskał choć odrobinę sił, udał się do sowiarni i spoglądał smutno przez okno. Stąd nie było widać ich ulubionego wzniesienia. Błonia łagodnie zalewało popołudniowe słońce. Dziś jeszcze nie miał lekcji, ale od jutra miał na nie wrócić. Cała szkoła wydawała się pusta - wszyscy byli w klasach. Jednak po jakimś czasie zabrzmiał ostatni dzwonek i uczniowie powychodzili z sal lekcyjnych. Dopiero po dwudziestu minutach Syriusz znalazł przyjaciela.
– James i Peter też cie szukają. Ja wolałem już na początku sowiarnię. Pamiętasz? To tu uciekłeś, gdy odkryliśmy prawdę o tobie i tutaj cie znaleźliśmy. – Zamyślił się, a później westchnął jakby z sentymentem. – To było tak dawno. I patrz ile się zmieniło. Ja, Rogacz i Glizdek staliśmy się animagami, stworzyliśmy Mapę Huncwotów...
– Robiliśmy mnóstwo głupich rzeczy – dodał Remus, a kąciki jego ust uniosły się lekko. – Wspomnienia z Hogwartu będą najpiękniejsze.
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się, ale po chwili Remus zmarkotniał i spojrzał znów na szkolne błonia.
– Zadręczasz się tym królikiem? Remi, to tylko królik.
– Mogłem go zabić. Mogłem skrzywdzić te niewinne stworzonko, które przecież na to nie zasługuje.
– Nie. Nie byłeś sobą, nie powinieneś się obwiniać... – zaczął Syriusz, ale Remus mu przerwał.
– Nie byłem sobą? Właśnie, że byłem. Jestem wilkołakiem. Bestią! Taki już jestem i nie wmawiaj mi, że nie.
– Nie jesteś bestią. Nie robisz tego umyślnie. Nie chciałeś tego.
– Nie chciałem. – Oczy Remusa jakby lekko zwilgotniały, ale nie uronił żadnej łzy. – I nikomu bym tego nie życzył. Ale dlaczego akurat ja? Dlaczego mnie to spotkało? Mam dość. Już tego nie wytrzymuję! Tak jest co miesiąc. Za każdym razem. Już od stu czterdziestu czterech pierdolonych miesięcy!
Syriusz ze smutkiem spojrzał na przyjaciela.
– Remusie, wiem, że ci ciężko, ale jesteś silny. Może kiedyś wymyślą na to lekarstwo...
– Nie mów tego. Nie rób mi tej głupiej nadziei. Nie pozwól mi w to wierzyć! Wolałbym nigdy nie być zdrowy. Wtedy tak bym za tym nie tęsknił...
– To nie jest prawda. Nawet gdybyś urodził się wilkołakiem, pragnąłbyś być zdrowy.
– Nawet jeśli to nie tęsknił bym za tym tak bardzo, a jedyny czas, gdy byłem zdrowy jest tak odległy, że ledwo to pamiętam. Jeszcze jakby było mało... Zabiłem własną matkę...
– Ty nic nie...
– Gdyby się o mnie nie zamartwiała, zajęłaby się swoją chorobą i dalej by żyła. Tata nie chodziłby ciągle zamyślony i też pewnie dalej by żył. Powinienem był umrzeć przy ukąszeniu.
– Proszę cie, Remusie, nie mów tak. Gdybyś umarł, twoja mama by się załamała. Byłeś dla niej najważniejszy. Nie myśl tak o jej śmierci. Nie byłeś niczemu winny. – Syriusz przytulił go, by jakoś go wesprzeć. W tym samym momencie James i Peter weszli do sowiarni, ale nic nie mówili. Milczeli pogrążeni w smutku.
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się, ale po chwili Remus zmarkotniał i spojrzał znów na szkolne błonia.
– Zadręczasz się tym królikiem? Remi, to tylko królik.
– Mogłem go zabić. Mogłem skrzywdzić te niewinne stworzonko, które przecież na to nie zasługuje.
– Nie. Nie byłeś sobą, nie powinieneś się obwiniać... – zaczął Syriusz, ale Remus mu przerwał.
– Nie byłem sobą? Właśnie, że byłem. Jestem wilkołakiem. Bestią! Taki już jestem i nie wmawiaj mi, że nie.
– Nie jesteś bestią. Nie robisz tego umyślnie. Nie chciałeś tego.
– Nie chciałem. – Oczy Remusa jakby lekko zwilgotniały, ale nie uronił żadnej łzy. – I nikomu bym tego nie życzył. Ale dlaczego akurat ja? Dlaczego mnie to spotkało? Mam dość. Już tego nie wytrzymuję! Tak jest co miesiąc. Za każdym razem. Już od stu czterdziestu czterech pierdolonych miesięcy!
Syriusz ze smutkiem spojrzał na przyjaciela.
– Remusie, wiem, że ci ciężko, ale jesteś silny. Może kiedyś wymyślą na to lekarstwo...
– Nie mów tego. Nie rób mi tej głupiej nadziei. Nie pozwól mi w to wierzyć! Wolałbym nigdy nie być zdrowy. Wtedy tak bym za tym nie tęsknił...
– To nie jest prawda. Nawet gdybyś urodził się wilkołakiem, pragnąłbyś być zdrowy.
– Nawet jeśli to nie tęsknił bym za tym tak bardzo, a jedyny czas, gdy byłem zdrowy jest tak odległy, że ledwo to pamiętam. Jeszcze jakby było mało... Zabiłem własną matkę...
– Ty nic nie...
– Gdyby się o mnie nie zamartwiała, zajęłaby się swoją chorobą i dalej by żyła. Tata nie chodziłby ciągle zamyślony i też pewnie dalej by żył. Powinienem był umrzeć przy ukąszeniu.
– Proszę cie, Remusie, nie mów tak. Gdybyś umarł, twoja mama by się załamała. Byłeś dla niej najważniejszy. Nie myśl tak o jej śmierci. Nie byłeś niczemu winny. – Syriusz przytulił go, by jakoś go wesprzeć. W tym samym momencie James i Peter weszli do sowiarni, ale nic nie mówili. Milczeli pogrążeni w smutku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz