Sowa zastukała lekko w okno sypialni. Remus zerwał się szybko i otworzył je na oścież. Brązowy ptak wleciał do środka i upuścił gruby list na jego łóżko. Potem zawrócił i odleciał.
Chłopak porwał szybko przedmiot, po czym przeczytał.
Pan Remus John Lupin
Regent Street 16
Londyn
I piętro
sypialnia
Szybko rozerwał kopertę i wyjął list:
SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA HOGWART
Dyrektor: Albus Dumbledore ( Najwyższy członek Wizengamotu, największy współczesny czarodziej, odznaczony Orderem Merlina I klasy, wybitny filozof... etc... etc... )
Szanowny Panie Lupin, mamy przyjemność poinformować Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Dołączamy listę podręczników oraz niezbędnego wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku, Minerwa McGonagall, zastępca dyrektora.
Z wyrazami szacunku, Minerwa McGonagall, zastępca dyrektora.
Remus wstrzymał oddech już jakiś czas temu i dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Jeszcze kilka razy przeczytał list, nie mogąc uwierzyć w napisane tam słowa. Przez chwilę nawet pomyślał, że coś mu się pomyliło i, że źle odczytał literki.
Stałby tak dalej, gdyby nie przyszła jego matka:
– Remusie, wołałam cię na śniadanie, nie słyszałeś? – I spostrzegła wtedy, że jej syn trzyma w rękach list. – Co ty tam masz? Pokaż.
Szybko podeszła do syna i zajrzała mu przez ramię.
– Och! To list z Hogwartu! Ale... Albus dyrektorem? Kochanie! Wiesz, co to znaczy? Będziesz się uczył w Hogwarcie! Będziesz chodził do szkoły! – Przytuliła go mocno do siebie. Remus nic nie mówił – był w zbyt wielkim szoku. W objęciach matki uśmiechnął się jednak promiennie.
Gdy do domu wrócił zmęczony ojciec chłopaka, od razu się rozpromienił. Wiedział ile dla Remusa znaczył Hogwart i cieszył się, że przez wilkołactwo jego syn nie zostanie jednak wyrzutkiem. Oboje rodziców dziwiło się nagłym awansem Dumbledore'a.
– Jeśli stary Dippet umarł to dziwię się, że nie ma tego w Proroku Codziennym – zastanawiał się głośno Lyall.
– A tam zawsze są najważniejsze informacje? – spytała Hope, która była przecież mugolką.
– Tak, to znaczy... To jest najsłynniejsze czasopismo czarodziejskie. Przeważnie kłamią i wszystko przekręcają, ale da się z niego wyczytać ważne informacje. Hmm... A może nie ma tam wzmianki o Dippecie, bo jest coś znacznie gorszego od śmierci jakiegoś czarodzieja? Może Dumbledore ma rację?
– Chodzi ci o Ciemne Moce, o których mówił? – zgadła Hope.
– Tak.
W kilka dni po otrzymaniu listu Remus wraz z matką i ojcem udał się na ulicę Pokątną, by kupić potrzebne mu rzeczy. Po wizycie w Banku Gringotta i kupnie potrzebnych składników, kociołków i innych tym podobnych rzeczy, rodzina Lupinów zawędrowała do Esów i Floresów. Niestety, w księgarni była długa kolejka i nic nie wskazywało na to, by szybko się przemieszczała.
Rodzice dali Remusowi część pieniędzy i kazali mu kupić szaty, zwierzątko i oczywiście różdżkę, więc chłopak chętnie wyszedł na świeże powietrze. Wziął głębszy wdech i powrócił wspomnieniami do sklepu zielarskiego, gdzie matka prawie wygadała się o jego wilkołactwie.
Jego rodzice od sześciu lat próbowali znaleźć coś, co wyleczyłoby go raz na zawsze i choć chłopak wiedział, że jest to niemożliwe, zdawał sobie sprawę, że bezczynność rodziców w tej sprawie by ich po prostu zabiła. Tak więc karmili się żmudną nadzieją i nie poddawali.
Chłopak zatrzymał się przed sklepem z szatami i odczytał napis: Madame Malkin – szaty na wszystkie okazje.
Wszedł do środka i rozejrzał się szybko. Na stołku stała ruda dziewczyna i czekała, aż szata, którą miała na sobie, będzie odpowiedniej długości.
– Hogwart, co? – spytała wesoło sprzedawczyni i spojrzała na Remusa jakby chciała to z niego wyczytać.
– Tak... Eee... – wystękał.
– Stań tam, zaraz ktoś się tobą zajmie.
Stanął na wskazanym krześle i spojrzał na rudowłosą, która odwzajemniła spojrzenie zielonych oczu. Wydawała mu się bardzo ładna.
– Cześć, Lily Evans – zagadnęła.
– Cześć, Remus Lupin. Też pierwszy rok?
– Tak... – odpowiedziała i wylała z siebie nagły potok słów: – Wiesz, że ja nie wiedziałam w ogóle o istnieniu Hogwartu? Dopóki nie dostałam listu. Nikt z mojej rodziny nigdy nie był czarodziejem. Ale niedaleko mojego domu mieszka jeszcze jeden czarodziej. On też idzie do pierwszej klasy, na pewno się polubicie! – powiedziała to z takim przekonaniem, jakby widziała ich razem podczas wspólnych pogawędek. – Jest bardzo miły i w ogóle fajny. Tak się cieszę, że nie będę tam całkiem sama! A ty wiesz do jakiego pójdziesz domu? Bo Severus mówił coś o Slytherinie, Gryffindorze, Ravenclawie i Hufflepufie. Sam chciałby iść do ''Ślizgonów'', jak powiedział, ale ja jeszcze nie wiem. W ogóle boję się, że będę najgorsza w klasie, bo mam niemagicznych rodziców... – Zwiesiła smutnie wzrok, tak, jakby to Remus zaczął temat jej pokrewieństwa z mugolami. Od razu poczuł wyrzuty sumienia, choć cichy głosik w jego głowie tłumaczył, że przecież nic takiego nie zrobił.
Remus szybko próbował wymyślić jak pocieszyć Lily, bo źle się czuł widząc ją smutną. W końcu udało mu się wystękać:
– Nie martw się. Mój tata mówi, że osoby urodzone w mugolskich rodzinach nie są wcale gorsze od tych z czystą krwią. Są nawet lepsi! A w ogóle to wszyscy zaczynamy od zera, nie?
– Naprawdę? Och, dziękuję, że mi to powiedziałeś, chyba było mi to potrzebne – powiedziała Lily i uśmiechnęła się do niego. – Ty jesteś czarodziejem czystej krwi?
– Nie, jestem półkrwi. Moja mama jest mugolką.
– Och, nie wiedziała...
– Nie szkodzi – wtrącił się chłopak. – Mnie to nie obchodzi. Czysta krew, brudna krew.. To jest jakieś chore! A ty jak myślisz?
– Tak samo. O, nie! Skończone! No to... Cześć. Zobaczymy się w Hogwarcie, Remusie. – Zeskoczyła ze stołka.
Po chwili i Remus miał dobrze uszytą szatę. Zapłacił więc i poszedł do Ollivandera. W sklepie siedziało na ziemi dwóch chłopaków i czekało aż trzeci znajdzie swoją różdżkę.
– Cześć – zwrócił się Remus do czarnowłosego i okularnika i usiadł obok.
– Cześć – odpowiedzieli i spojrzeli na niego.
– Też do Hogwartu? – spytał okularnik.
– Tak... Jestem Remus Lupin – przedstawił się.
– James Potter. – Uśmiechnął się okularnik.
– Syriusz Black. – Czarnowłosy skrzywił się na dźwięk swojego nazwiska.
– Nie lubisz... – zaczął Remus.
– Swojego nazwiska? – wpadł mu w słowo Syriusz. – Tak. Nienawidzę rodu Blacków. Nie chcę być nigdy taki jak oni. Oni czczą... Co myślisz o czystej krwi i osobach urodzonych w rodzinach mugoli? – zapytał nagle.
Remus wytrzeszczył na niego oczy. Dwaj chłopcy patrzyli na niego z powagą i czymś jeszcze w oczach. Tak jakby sprawdzali czy jest wart zaufania. Tak więc Remus odpowiedział zgodnie z prawdą:
– To dla mnie nie ma znaczenia. Czysta krew, brudna... To jakaś paranoja! – Ku jego zdziwieniu James i Syriusz uśmiechnęli się promiennie i spojrzeli porozumiewawczo.
– Wreszcie ktoś normalny! – powiedział z ulgą James.
– Bo wiesz... Moja rodzina czci i kocha czystą krew. Chcą abym był w Slytherinie, ale ja już bym nawet Hufflepuff wolał zamiast tego. Chociaż marzy mi się być Gryfonem. A wam? – spytał Syriusz.
– Ja chciałbym być dumnym i odważnym! – powiedział z uśmiechem James udając, że trzyma miecz.
– Ja też – przyznał mu rację Remus.
– Tamten chłopak tam – wskazał go palcem Syriusz – Też nie chce być Ślizgonem. Ale już pół godziny szuka różdżki. Znaczy tyle już czekamy. Jak się spóźnię przez niego do domu to... – ale najwyraźniej nie mógł wymyślić odpowiedniej kary.
Po dwudziestu minutach chłopak znalazł swoją różdżkę i wyszedł. James przepuścił Syriusza ("Rodzice mnie zamordują, serio!'') i razem z Remusem czekali. Młody Black szybko znalazł swoją różdżkę.
Godzinę później Lupin szedł w kierunku Magicznej Menażerii by kupić zwierzątko. Różdżka leżała bezpiecznie w torbie. Gdy wszedł do sklepu zauważył mnóstwo klatek, sów, kotów, szczurów, żab i skrzeku. Wszędzie cuchnęło karmą i odchodami. Dla Remusa, który miał wrażliwszy węch, była to istna tortura. Wręcz nie miał czym oddychać.
Za ladą stała szczupła kobieta i właśnie wrzucała małe kawałki mięsa do akwarium z piraniami. Wytarła dłonie w fartuch i odwróciła się do niego.
– Mogę w czymś pomóc?
– Nie, tylko się rozglądam – odpowiedział i obszedł kilka klatek z kotami i szczurami. W końcu doszedł do półki z sowami. Były tam różne rasy, a każda miała inne, wyjątkowe upierzenie; były tam białe, czarne, brązowe i mieszane ptaki. Przyglądał się jednej brązowej sowie. Była taka piękna!
– Puszczyk mszarny. Bardzo mądre i przyjazne stworzenie. Dla tego nie mam jeszcze imienia, jest całkiem nowy. Chcesz go? – Sprzedawczyni stanęła za Remusem.
– Tak. Jest fajny. To... ile kosztuje?
Już po chwili Remus wyszedł na ulicę pokątną z wielką klatką oraz torbą z szatą i różdżką. Wrócił do Esów i Floresów i zobaczył tam czekających rodziców.
– Co tak długo? – spytał ojciec.
– Trochę to trwało u Ollivandera i kupiłem sobie sowę.
Pokazał im klatkę z ptakiem, który błądził wzrokiem po książkach i mijanych ludziach.
– Och! Jest prześliczna! Jak ją nazwiesz? – Ucieszyła się matka.
– Jeszcze nie wiem.
Dzięki teleportacji łącznej powrócili do domu przy Regent Street i Remus poszedł obejrzeć nowe książki. W tym samym czasie zastanawiał się, jakie imię dać sowie. Z racji tego, że nie mógł wymyślić nic odpowiedniego, sięgnął do Historii Magii Bathildy Bagshot i próbował znaleźć ciekawe imię jakiegoś sławnego czarodzieja. Gdy nic takiego nie znalazł wpatrzył się w ptaka i zamyślił. Jak mógłby ją nazwać? Nagle do głowy wpadło mu rozwiązanie. Czego on, Remus, nie lubi? Oczywiście, księżyca. Przypomniał sobie fazy księżyca i rozwiązał problem. Jeśli nie ma księżyca to jest...
– Nów. Tak cię nazwę, dobrze? – Pytanie skierował do sowy, która zaskrzeczała przyjaźnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz