– Tylko uważaj na siebie! Bądź grzeczny, dobrze się ucz, nie sprawiaj kłopotów i nie mów nikomu o... swojej dolegliwości. I pamiętaj, by po Uczcie Powitalnej iść do gabinetu dyrektora. Profesor Dumbledore chciał z tobą porozmawiać. Nie pakuj się w żadne kłopoty i pisz do nas. Często. Jeśli zobaczę, że nie piszesz, będę wiedziała, że stało się coś złego i od razu zabieram cię do domu. Och, Remusku! Jak ja będę tak tęsknić! – Hope uścisnęła syna, tak jakby właśnie umierał.
– Spokojnie, mamo. Będę grzeczny. Będę się dobrze uczył i nikomu nie mam zamiaru mówić o tym... Och! – Matka uścisnęła go jeszcze mocniej, prawie łamiąc mu żebra. – I nie pozwolę ci, mamo, wziąć mnie z Hogwartu, zbyt długo czekałem.
– No, Remusie. Trzymaj się. Bądź grzeczny i się ucz! A teraz szybko do pociągu, bo ci jeszcze odjedzie – powiedział z uśmiechem Lyall.
Chłopak został jeszcze raz uściśnięty przez dwójkę rodziców i ciągnąc swój kufer wszedł do pociągu. Ostatnie dzieci weszły i po chwili maszyna mknęła w dal. Remus szedł szukając jakiegoś przedziału. Z jednego z nich wyszła Lily i jakiś blady chłopak z haczykowatym nosem i tłustymi włosami.
– Och, witaj Remusie. To Severus. Mówiłam ci o nim, pamiętasz? – zagadnęła nadal lekko oburzona.
– Cześć. Coś się stało? – zapytał, widząc miny dwójki czarodziejów.
– To tylko spotkanie z idiotami. Nie chce mi się o tym mówić... To... Cześć! – odparła i razem z chłopcem poszła dalej, ciągnąć swój kufer.
Remus patrzył za nią chwilę zdziwiony i poszedł w drugą stronę. Jak się okazało jedynym w miarę wolnym przedziałem był ostatni, gdzie siedzieli Syriusz i James.
– O, Remus! – krzyknęli jednocześnie.
– Wolne? – spytał.
– Jasne, wsiadaj! Właśnie rozmawialiśmy o osobach, które świadomie chcą iść do Slytherinu. Takich powinno się zamknąć w Azkabanie! – krzyknął James. – O, masz sowę! Jak się nazywa?
– Nów.
– Uuu.. Czemu?
– A tak jakoś. Nie mogłem wymyślić żadnego imienia i... akurat był nów. A jak się nazywa twoja? – Wskazał głową na złotą klatkę ze śnieżnobiałą sową.
– No właśnie nie wiem, jak ją nazwać!
Po kilkunastu propozycjach i kilkudziesięciu minutach Syriusz wpadł na pomysł, by szukać po rzeczach, które się lubi. W końcu James nazwał sówkę Znicz.
Gdzieś około południa po korytarzu przeszła miło wyglądająca kobieta z wózkiem wypchanym słodyczami. Chłopcy rzucili się na niego łapczywie. Potem gadali, wymieniali się kartami z Czekoladowych Żab i grali w Eksplodującego Durnia. W końcu zaczęli na zmianę próbować Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta.
Aż w końcu nadszedł ten czas, gdy wszyscy przebrali się w szaty czarodziejów i wyszli na korytarz. Pociąg zaczął zwalniać i zatrzymał się na peronie w Hogsmeade. Uczniowie wysypali się z wagonów jeden po drugim, jednak mimo całego rozgardiaszu Remus, James i Syriusz nie rozdzielili się. Stali w zbitej kupce i tak jak reszta pierwszoklasistów nie wiedzieli, co ze sobą zrobić.
Przedstawiciele starszych klas gdzieś zniknęli. Panika ogarniała powoli wszystkich zgromadzonych. Wszystkich prócz przyszłych Huncwotów tej szkoły i gdy rozmawiali zawzięcie o tajnych skrótach i wyjściach z Hogwartu czekających na odkrycie, podszedł do nich niski, pulchny chłopczyk o szarawych włosach i przerażonym spojrzeniu.
– Cześć. Jestem Peter Pettigrew. Wiecie gdzie mamy dalej iść? Inni zniknęli, a my nie mamy gdzie iść i jak teraz trafimy do zamku, jak nie mamy gdzie iść, no bo ja nie wiem i nikt tego nie wie, więc może wy wiecie, gdzie iść? – bełkotał tak chwilę i spojrzał na nich błagalnie.
James i Syriusz wymienili zdziwione spojrzenia. To Remus odezwał się do chłopca:
– My też nie wiemy, ale na pewno ktoś zaraz przyjdzie. Ja jestem Remus Lupin. To James Potter i Syriusz...
– ... Black, ale nie miej uprzedzeń! Jestem inny od mojej rodziny, nie znoszę ich i nie mam nic do mugoli, więc jeśli... – przerwał mu Black, który nie wiadomo czemu, zaczął się denerwować na Petera.
– ... Więc nie musisz myśleć, że to kolejny czystokrwisty idiota – dodał Remus, czując ukrytą intencję kolegi.
– Spokojnie, mamo. Będę grzeczny. Będę się dobrze uczył i nikomu nie mam zamiaru mówić o tym... Och! – Matka uścisnęła go jeszcze mocniej, prawie łamiąc mu żebra. – I nie pozwolę ci, mamo, wziąć mnie z Hogwartu, zbyt długo czekałem.
– No, Remusie. Trzymaj się. Bądź grzeczny i się ucz! A teraz szybko do pociągu, bo ci jeszcze odjedzie – powiedział z uśmiechem Lyall.
Chłopak został jeszcze raz uściśnięty przez dwójkę rodziców i ciągnąc swój kufer wszedł do pociągu. Ostatnie dzieci weszły i po chwili maszyna mknęła w dal. Remus szedł szukając jakiegoś przedziału. Z jednego z nich wyszła Lily i jakiś blady chłopak z haczykowatym nosem i tłustymi włosami.
– Och, witaj Remusie. To Severus. Mówiłam ci o nim, pamiętasz? – zagadnęła nadal lekko oburzona.
– Cześć. Coś się stało? – zapytał, widząc miny dwójki czarodziejów.
– To tylko spotkanie z idiotami. Nie chce mi się o tym mówić... To... Cześć! – odparła i razem z chłopcem poszła dalej, ciągnąć swój kufer.
Remus patrzył za nią chwilę zdziwiony i poszedł w drugą stronę. Jak się okazało jedynym w miarę wolnym przedziałem był ostatni, gdzie siedzieli Syriusz i James.
– O, Remus! – krzyknęli jednocześnie.
– Wolne? – spytał.
– Jasne, wsiadaj! Właśnie rozmawialiśmy o osobach, które świadomie chcą iść do Slytherinu. Takich powinno się zamknąć w Azkabanie! – krzyknął James. – O, masz sowę! Jak się nazywa?
– Nów.
– Uuu.. Czemu?
– A tak jakoś. Nie mogłem wymyślić żadnego imienia i... akurat był nów. A jak się nazywa twoja? – Wskazał głową na złotą klatkę ze śnieżnobiałą sową.
– No właśnie nie wiem, jak ją nazwać!
Po kilkunastu propozycjach i kilkudziesięciu minutach Syriusz wpadł na pomysł, by szukać po rzeczach, które się lubi. W końcu James nazwał sówkę Znicz.
Gdzieś około południa po korytarzu przeszła miło wyglądająca kobieta z wózkiem wypchanym słodyczami. Chłopcy rzucili się na niego łapczywie. Potem gadali, wymieniali się kartami z Czekoladowych Żab i grali w Eksplodującego Durnia. W końcu zaczęli na zmianę próbować Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta.
Aż w końcu nadszedł ten czas, gdy wszyscy przebrali się w szaty czarodziejów i wyszli na korytarz. Pociąg zaczął zwalniać i zatrzymał się na peronie w Hogsmeade. Uczniowie wysypali się z wagonów jeden po drugim, jednak mimo całego rozgardiaszu Remus, James i Syriusz nie rozdzielili się. Stali w zbitej kupce i tak jak reszta pierwszoklasistów nie wiedzieli, co ze sobą zrobić.
Przedstawiciele starszych klas gdzieś zniknęli. Panika ogarniała powoli wszystkich zgromadzonych. Wszystkich prócz przyszłych Huncwotów tej szkoły i gdy rozmawiali zawzięcie o tajnych skrótach i wyjściach z Hogwartu czekających na odkrycie, podszedł do nich niski, pulchny chłopczyk o szarawych włosach i przerażonym spojrzeniu.
– Cześć. Jestem Peter Pettigrew. Wiecie gdzie mamy dalej iść? Inni zniknęli, a my nie mamy gdzie iść i jak teraz trafimy do zamku, jak nie mamy gdzie iść, no bo ja nie wiem i nikt tego nie wie, więc może wy wiecie, gdzie iść? – bełkotał tak chwilę i spojrzał na nich błagalnie.
James i Syriusz wymienili zdziwione spojrzenia. To Remus odezwał się do chłopca:
– My też nie wiemy, ale na pewno ktoś zaraz przyjdzie. Ja jestem Remus Lupin. To James Potter i Syriusz...
– ... Black, ale nie miej uprzedzeń! Jestem inny od mojej rodziny, nie znoszę ich i nie mam nic do mugoli, więc jeśli... – przerwał mu Black, który nie wiadomo czemu, zaczął się denerwować na Petera.
– ... Więc nie musisz myśleć, że to kolejny czystokrwisty idiota – dodał Remus, czując ukrytą intencję kolegi.
– Lepiej uważaj, Lupin, kogo nazywasz idiotą – rzekł ktoś, przeciągając ostentacyjnie sylaby. James, Syriusz, Remus i Peter odwrócili się jak na komendę. – Tak się składa, że ja wiem o TWOIM drzewie genealogicznym i wiem, że twój ojczulek zmieszał się z mugolką. Nie masz się więc czym szczycić. Półkrew jest prawie tak samo... odrzucana, jak krew szlam.
– Nikogo nie obchodzi czystość krwi, tylko to jaki jest! – krzyknął James. – Przynajmniej nikogo normalnego.
– Właśnie, ty... – zaczął Syriusz, tak jak James broniąc Lupina.
– Leo Cordiannus. A wy – Spojrzał na Pottera i Blacka. – Powinniście wreszcie przejść na właściwą stronę. Czystą stronę. Jeśli wiecie co mam na myśli...
– Nie, dzięki – odpowiedział James zjadliwie.
– Nikogo nie obchodzi czystość krwi, tylko to jaki jest! – krzyknął James. – Przynajmniej nikogo normalnego.
– Właśnie, ty... – zaczął Syriusz, tak jak James broniąc Lupina.
– Leo Cordiannus. A wy – Spojrzał na Pottera i Blacka. – Powinniście wreszcie przejść na właściwą stronę. Czystą stronę. Jeśli wiecie co mam na myśli...
– Nie, dzięki – odpowiedział James zjadliwie.
– Sami wiemy, którą stronę wolimy, nie potrzebujemy pomocy takiego czegoś jak ty – dodał Syriusz i oboje zaśmiali się, jakby właśnie opowiedzieli jakiś dobry dowcip.
– A teraz spadaj! Psujesz nasze powietrze swoją brudną czystością!
– Jeszcze tego pożałujecie, a jeszcze bardziej TY pożałujesz! – Wskazał palcem Lupina i odszedł. Syriusz i James spojrzeli na niego zaniepokojeni.
– Remusie, co on miał na myśli? Dlaczego ciebie tak nienawidzi? Zrobiłeś mu coś? Znacie się? – dopytywali.
– Tak jakby... Jego ojca zna mój ojciec. Razem pracowali, ale raz mieli bardzo ciężką misję i mój tata nie zdążył pomóc jego ojcu. Zaatakowano go i zmarł, a jego żona oskarżała o to moją rodzinę. Wizengamot oczyścił tatę z zarzutów, ale Leo i jego matka chyba nie zamierzają zapomnieć. Nawet nie wiedziałem, że Cordiannusowie mieli dziecko. I to w tym samym wieku – wyjaśnił.
– Jeszcze tego pożałujecie, a jeszcze bardziej TY pożałujesz! – Wskazał palcem Lupina i odszedł. Syriusz i James spojrzeli na niego zaniepokojeni.
– Remusie, co on miał na myśli? Dlaczego ciebie tak nienawidzi? Zrobiłeś mu coś? Znacie się? – dopytywali.
– Tak jakby... Jego ojca zna mój ojciec. Razem pracowali, ale raz mieli bardzo ciężką misję i mój tata nie zdążył pomóc jego ojcu. Zaatakowano go i zmarł, a jego żona oskarżała o to moją rodzinę. Wizengamot oczyścił tatę z zarzutów, ale Leo i jego matka chyba nie zamierzają zapomnieć. Nawet nie wiedziałem, że Cordiannusowie mieli dziecko. I to w tym samym wieku – wyjaśnił.
– Ciężką misję? Gdzie pracuje twój ojciec? – spytał James, ale Remus nie zdążył odpowiedzieć, bo wielka postać szła ku nim z latarnią.
– Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie! No, zbierzcie się, szybko!
– Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie! No, zbierzcie się, szybko!
Do stresu związanego z Ceremonią Przydziału doszły rozważania o groźbie Cordianussa. Tiara Przydziału długo zastanawiała się, dokąd Lupina przydzielić. Mruczała coś pod nosem o Ravenclowie, jednak koniec końców głośno wykrzyknęła: GRYFFINDOR. Syriusz, który także tam trafił, klepnął go przyjacielsko po ramieniu. Chwilę później dołączyli do nich Peter i James. Ten pierwszy wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć, na szczęście na widok jedzenia nabrał kolorów.
Zaraz po skończonej uczcie chłopak rozdzielił się i udał do gabinetu Dumbledore'a. Wyglądał prawie tak samo, jak za czasów Dippeta, jednak tym razem na żerdzi siedział średniej wielkości ptak. Zaskrzeczał przyjaźnie na jego widok.
– Gratuluję, Remusie, zostania Gryfonem. Mam nadzieję, że poczujesz się w nim jak w domu.
– Dziękuję, profesorze.
– Nie prosiłem cię tutaj jednak tylko po to, by gratulować. Musimy rozwiązać sprawę twoich przemian na terenie szkoły.
Chłopak zwiesił głowę i nic nie powiedział. Zastanawiał się całe wakacje, co mógłby zrobić, jednak nic nie wymyślił.
– Zasadziłem na terenie szkoły pewne bardzo specyficzne drzewo. To Wierzba Bijąca. Strzeże wejścia do tunelu, który prowadzi do niezamieszkanego domu w pobliskiej wiosce. Szkolna pielęgniarka, pani Pomfrey, wszystko już wie. Zaprowadzałaby cię tam i wracała do ciebie po pełni, by udzielić pomocy medycznej.
– Dziękuję i przepraszam, że sprawiam tyle problemów.
Dyrektor zaprzeczył temu i wpatrzył się w niego zza okularów. Lupin znowu poczuł się, jakby mężczyzna zajrzał mu w duszę.
Remus obudził się i spojrzał przez okno. Deszcz bił zawzięcie o szyby i chłopak zdziwił się, że nie obudził się wcześniej. Spojrzał na łóżka Jamesa, Syriusza, Petera i Stevena, który także należał do Gryffindoru.
Wstał, przeciągając się ostrożnie, wziął swoje rzeczy i skierował do łazienki. Kiedy wrócił, chłopcy nadal spali. Lupin zszedł do Wielkiej Sali na śniadanie, a jakieś piętnaście minut po nim przyszedł James.
– Hej – mruknął na jego widok. – Nie spałem pół nocy przez ten deszcz! Zasnąłem dopiero nad ranem. Była chyba trzecia... – I klapnął na ławkę. Sięgnął po najbliższą kanapkę i zaczął ją konsumować bez większego apetytu.
Po chwili dołączył się Syriusz z drepczącym za nim Peterem i zapytał z urazą:
– James, dlaczego na mnie nie czekałeś, idioto? – Ten spojrzał na niego nieprzytomnie i wybełkotał coś co brzmiało ''Byłem zmęczony... głodny... zapomniałem...''. Młody Black przyjrzał mu się krytycznie i głośno zaśmiał.
– Spoko, stary! Przecież żartowałem! Ja też się obudziłem, ale potem zasnąłem.
Peter nic nie powiedział, tylko usiadł obok Lupina i przenosił wzrok z Jamesa na Syriusza, z Syriusza na Remusa, a z Remusa z powrotem na Jamesa.
W milczeniu zjedli swoje śniadanie i czekali aż profesor McGonagall rozda im plany zajęć. Kiedy już je dostali okazało się, że cała czwórka chłopców ma takie same lekcje.
Wrócili do dormitorium po torby z książkami potrzebnymi do dzisiejszych zajęć. Razem też weszli do klasy Historii Magii. Uczył jej bardzo stary profesor Binns. Był w tak podeszłym wieku, że wielu zastanawiało się, jakim cudem ma jeszcze siły chodzić i w ogóle czytać swoje nudne notatki.
Usiedli obok siebie i czekali. Drzwi powoli otworzyły się i do klasy wszedł sam profesor Binns. Spojrzał po wszystkich nieprzytomnym wzrokiem i skierował się wolnym krokiem ku katedrze. Wyciągnął z teczki kilka zwojów pergaminu i boleśnie powoli oddzielił je na równe rządki.
Podniósł jeden z nich i po chwili okazało się, że to lista obecności. Czytał powoli, bardzo znudzonym głosem. Gdyby uczniowie co chwilę nie odpowiadali ''jestem'', albo ''obecny'', cała klasa zasnęłaby prawie natychmiast.
Odłożył pergamin i wziął następy.
Zaraz po skończonej uczcie chłopak rozdzielił się i udał do gabinetu Dumbledore'a. Wyglądał prawie tak samo, jak za czasów Dippeta, jednak tym razem na żerdzi siedział średniej wielkości ptak. Zaskrzeczał przyjaźnie na jego widok.
– Gratuluję, Remusie, zostania Gryfonem. Mam nadzieję, że poczujesz się w nim jak w domu.
– Dziękuję, profesorze.
– Nie prosiłem cię tutaj jednak tylko po to, by gratulować. Musimy rozwiązać sprawę twoich przemian na terenie szkoły.
Chłopak zwiesił głowę i nic nie powiedział. Zastanawiał się całe wakacje, co mógłby zrobić, jednak nic nie wymyślił.
– Zasadziłem na terenie szkoły pewne bardzo specyficzne drzewo. To Wierzba Bijąca. Strzeże wejścia do tunelu, który prowadzi do niezamieszkanego domu w pobliskiej wiosce. Szkolna pielęgniarka, pani Pomfrey, wszystko już wie. Zaprowadzałaby cię tam i wracała do ciebie po pełni, by udzielić pomocy medycznej.
– Dziękuję i przepraszam, że sprawiam tyle problemów.
Dyrektor zaprzeczył temu i wpatrzył się w niego zza okularów. Lupin znowu poczuł się, jakby mężczyzna zajrzał mu w duszę.
Remus obudził się i spojrzał przez okno. Deszcz bił zawzięcie o szyby i chłopak zdziwił się, że nie obudził się wcześniej. Spojrzał na łóżka Jamesa, Syriusza, Petera i Stevena, który także należał do Gryffindoru.
Wstał, przeciągając się ostrożnie, wziął swoje rzeczy i skierował do łazienki. Kiedy wrócił, chłopcy nadal spali. Lupin zszedł do Wielkiej Sali na śniadanie, a jakieś piętnaście minut po nim przyszedł James.
– Hej – mruknął na jego widok. – Nie spałem pół nocy przez ten deszcz! Zasnąłem dopiero nad ranem. Była chyba trzecia... – I klapnął na ławkę. Sięgnął po najbliższą kanapkę i zaczął ją konsumować bez większego apetytu.
Po chwili dołączył się Syriusz z drepczącym za nim Peterem i zapytał z urazą:
– James, dlaczego na mnie nie czekałeś, idioto? – Ten spojrzał na niego nieprzytomnie i wybełkotał coś co brzmiało ''Byłem zmęczony... głodny... zapomniałem...''. Młody Black przyjrzał mu się krytycznie i głośno zaśmiał.
– Spoko, stary! Przecież żartowałem! Ja też się obudziłem, ale potem zasnąłem.
Peter nic nie powiedział, tylko usiadł obok Lupina i przenosił wzrok z Jamesa na Syriusza, z Syriusza na Remusa, a z Remusa z powrotem na Jamesa.
W milczeniu zjedli swoje śniadanie i czekali aż profesor McGonagall rozda im plany zajęć. Kiedy już je dostali okazało się, że cała czwórka chłopców ma takie same lekcje.
Wrócili do dormitorium po torby z książkami potrzebnymi do dzisiejszych zajęć. Razem też weszli do klasy Historii Magii. Uczył jej bardzo stary profesor Binns. Był w tak podeszłym wieku, że wielu zastanawiało się, jakim cudem ma jeszcze siły chodzić i w ogóle czytać swoje nudne notatki.
Usiedli obok siebie i czekali. Drzwi powoli otworzyły się i do klasy wszedł sam profesor Binns. Spojrzał po wszystkich nieprzytomnym wzrokiem i skierował się wolnym krokiem ku katedrze. Wyciągnął z teczki kilka zwojów pergaminu i boleśnie powoli oddzielił je na równe rządki.
Podniósł jeden z nich i po chwili okazało się, że to lista obecności. Czytał powoli, bardzo znudzonym głosem. Gdyby uczniowie co chwilę nie odpowiadali ''jestem'', albo ''obecny'', cała klasa zasnęłaby prawie natychmiast.
Odłożył pergamin i wziął następy.
– Kontrakt goblinów z czarodziejami z 1774 – przeczytał. – Kontrakt goblinów z czarodziejami z 1774 roku jest najmniej znanym kontraktem. Sami nie znamy wszystkich jego zasad, a większość z nich jest po prostu czystym domysłem. Nie znaczy to jednak, że nie jest on przynajmniej po części zgodny z prawdą... – Już po chwili większość uczniów drzemała z rękami na blatach swoich pulpitów. Głowy zwiesiły się sennie. Tylko Remus oparł się usypiającym wpływom profesora i co jakiś czas skrobał jakąś króciutką notatkę.
Kiedy zabrzmiał dzwonek, wszyscy ocknęli się nagle i przez chwilę rozglądali nieprzytomnie. Potem zebrali swoje rzeczy i szybko opuścili klasę.
– To chyba najnudniejsza lekcja historii w historii Hogwartu! – oburzył się James i spojrzał na Syriusza, tak jakby właśnie opowiedział dobry dowcip i czekał na śmiech. Ten jednak tylko uśmiechnął się krzywo i nic nie odpowiedział. – Syrek, co jest?
– Nic. Tylko, że ja już się do tych historycznych nudności przyzwyczaiłem w domu. No i myślałem, że chociaż tu będę miał spokój. Marzenie ściętej głowy...
– Oj tak... Ściętej głowy... – zawył duch. Był to Prawie Bezgłowy Nick, który akurat przelatywał tym korytarzem. Jego ręka automatycznie skierowała się ku kryzie. Pociągnął za ucho i głowa odchyliła się, jakby była na zawiasach.
– Co teraz mamy? – zapytał Peter, próbując wygrzebać swój plan lekcji.
– Zaklęcia z Flitwickiem – odparł Remus i nagle odskoczył do tyłu; właśnie mieli skręcić korytarzem, gdy tuż zza niego wypadła Lily i prawie by na niego wpadła.
– Och, cześć Remusie! Lecę po swój podręcznik do zaklęć, kompletnie o nim zapomniałam! – krzyknęła w biegu i już jej nie było.
Huncwoci poszli dalej i nagle zauważyli, że nie ma z nimi Jamesa. Cofnęli się kilka kroków i zobaczyli go stojącego sztywno. Syriusz pomachał mu ręką przed twarzą.
– Co jest? Żyjesz?
– Ty ją znasz... – szepnął James.
– Co?! – zdenerwował się Black.
– Nie! TY ją znasz. – Potter wskazał na zdziwionego Remusa.
Kiedy zabrzmiał dzwonek, wszyscy ocknęli się nagle i przez chwilę rozglądali nieprzytomnie. Potem zebrali swoje rzeczy i szybko opuścili klasę.
– To chyba najnudniejsza lekcja historii w historii Hogwartu! – oburzył się James i spojrzał na Syriusza, tak jakby właśnie opowiedział dobry dowcip i czekał na śmiech. Ten jednak tylko uśmiechnął się krzywo i nic nie odpowiedział. – Syrek, co jest?
– Nic. Tylko, że ja już się do tych historycznych nudności przyzwyczaiłem w domu. No i myślałem, że chociaż tu będę miał spokój. Marzenie ściętej głowy...
– Oj tak... Ściętej głowy... – zawył duch. Był to Prawie Bezgłowy Nick, który akurat przelatywał tym korytarzem. Jego ręka automatycznie skierowała się ku kryzie. Pociągnął za ucho i głowa odchyliła się, jakby była na zawiasach.
– Co teraz mamy? – zapytał Peter, próbując wygrzebać swój plan lekcji.
– Zaklęcia z Flitwickiem – odparł Remus i nagle odskoczył do tyłu; właśnie mieli skręcić korytarzem, gdy tuż zza niego wypadła Lily i prawie by na niego wpadła.
– Och, cześć Remusie! Lecę po swój podręcznik do zaklęć, kompletnie o nim zapomniałam! – krzyknęła w biegu i już jej nie było.
Huncwoci poszli dalej i nagle zauważyli, że nie ma z nimi Jamesa. Cofnęli się kilka kroków i zobaczyli go stojącego sztywno. Syriusz pomachał mu ręką przed twarzą.
– Co jest? Żyjesz?
– Ty ją znasz... – szepnął James.
– Co?! – zdenerwował się Black.
– Nie! TY ją znasz. – Potter wskazał na zdziwionego Remusa.
– Ach! Lily! No tak... Poznałem ją na ulicy Pokątnej.
– Musisz mnie z nią poznać. Ona jest taka... taka... piękna! – krzyknął James. Syriusz spojrzał na niego ze strachem.
– Albo śniadanie było nieświeże, albo Binns tak nudził, że James oszalał. Albo i to, i to... Chodź! – Złapał Pottera za ramię i pociągnął za sobą.
Kiedy doszli do klasy zaklęć James nadal miał rozmarzony wzrok. Profesor Flitwick kazał im ćwiczyć zaklęcie Wingardium Leviosa. James niezbyt skupiony na tej czynności machał tylko swoją różdżką. Brodę oparł o rękę i patrzył w przestrzeń.
– Wingardium Leviosa... – szepnął. Nic się nie stało. Po kilkunastu minutach w klasie latały tylko trzy piórka. Syriusza, Remusa i Lily.
– Brawo, Evans! Jesteś najlepsza! – krzyknął do niej James i odgarnął swoje i tak już rozczochrane włosy do tyłu. Lily tylko uśmiechnęła się lekko i powróciła do ćwiczeń.
– Albo śniadanie było nieświeże, albo Binns tak nudził, że James oszalał. Albo i to, i to... Chodź! – Złapał Pottera za ramię i pociągnął za sobą.
Kiedy doszli do klasy zaklęć James nadal miał rozmarzony wzrok. Profesor Flitwick kazał im ćwiczyć zaklęcie Wingardium Leviosa. James niezbyt skupiony na tej czynności machał tylko swoją różdżką. Brodę oparł o rękę i patrzył w przestrzeń.
– Wingardium Leviosa... – szepnął. Nic się nie stało. Po kilkunastu minutach w klasie latały tylko trzy piórka. Syriusza, Remusa i Lily.
– Brawo, Evans! Jesteś najlepsza! – krzyknął do niej James i odgarnął swoje i tak już rozczochrane włosy do tyłu. Lily tylko uśmiechnęła się lekko i powróciła do ćwiczeń.
Nagle z sufitu zaczęło spadać konfetti. Remus pociągnął rękę Jamesa niżej i syknął mu do ucha.
– Przestań! Patrz co robisz. – Ten rozejrzał się nieprzytomnie i opuścił dłoń z różdżką. Konfetti natychmiast zniknęło.
– Panie Potter! Proszę się skupić na zajęciach! – krzyknął profesor Flitwick.
Koniec lekcji dobiegł już spokojnie. Nie licząc Blacka, Lupina i Evans, nikt nie zdołał podnieść swoich piór.
Wyszli i skierowali się do klasy profesor McGonagall, która nauczała transmutacji. Gdy siadali na krzesłach do sali wbiegł kot z prostokątnymi obwódkami wokół oczu. Stanął przed katedrą nauczyciela i spojrzał na nich surowo.
Nagle kot zaczął rosnąć jakby ktoś puścił filmik przyśpieszonego wzrostu rośliny. Postać wyprostowała się i zamiast kota stała tam sama profesor McGonagall.
– Witajcie – zaczęła. – To co właśnie zobaczyliście to transmutacja ludzka.
– Pani profesor... A co to dokładnie znaczy? – zapytała Penelopa Midgde.
– Ludzi, którzy potrafią zmieniać się w dowolne zwierzę nazywamy animagami. To bardzo zaawansowana umiejętność i nie każdy jest w stanie nauczyć się zmieniać. Ministerstwo Magii zapisuje wszystkich animagów, by w razie czego móc interweniować.
– Pani profesor... Czy wilkołaki są animagami? Bo mój tata mówił, że nie – zapytał James.
– I miał rację. Wilkołaki nie są animagami, ponieważ ulegają przemianie wbrew swej woli.
Przez całą następną lekcję profesor McGonagall opowiadała o różnych sposobach transmutacji, o trudnościach zaklęć i skupieniu, które pomagało, a nawet było niezbędne do prawidłowej przemiany danej rzeczy. Uczniowie robili notatki i od czasu do czasu zadawali pytania.
Gdy zabrzmiał dzwonek szybko opuścili klasę i weszli do Wielkiej Sali na obiad.
– Padam. To dopiero pierwszy dzień, a już musimy ćwiczyć zaklęcie dla Flitwicka, powtórzyć notatki na kartkówkę u McGonagall... Ludzie! To dopiero pierwszy dzień! – krzyknął James.
Czwórka kolegów w milczeniu zjadła posiłek i udała się do pokoju wspólnego, by odpocząć przed następną lekcją.
– Panie Potter! Proszę się skupić na zajęciach! – krzyknął profesor Flitwick.
Koniec lekcji dobiegł już spokojnie. Nie licząc Blacka, Lupina i Evans, nikt nie zdołał podnieść swoich piór.
Wyszli i skierowali się do klasy profesor McGonagall, która nauczała transmutacji. Gdy siadali na krzesłach do sali wbiegł kot z prostokątnymi obwódkami wokół oczu. Stanął przed katedrą nauczyciela i spojrzał na nich surowo.
Nagle kot zaczął rosnąć jakby ktoś puścił filmik przyśpieszonego wzrostu rośliny. Postać wyprostowała się i zamiast kota stała tam sama profesor McGonagall.
– Witajcie – zaczęła. – To co właśnie zobaczyliście to transmutacja ludzka.
– Pani profesor... A co to dokładnie znaczy? – zapytała Penelopa Midgde.
– Ludzi, którzy potrafią zmieniać się w dowolne zwierzę nazywamy animagami. To bardzo zaawansowana umiejętność i nie każdy jest w stanie nauczyć się zmieniać. Ministerstwo Magii zapisuje wszystkich animagów, by w razie czego móc interweniować.
– Pani profesor... Czy wilkołaki są animagami? Bo mój tata mówił, że nie – zapytał James.
– I miał rację. Wilkołaki nie są animagami, ponieważ ulegają przemianie wbrew swej woli.
Przez całą następną lekcję profesor McGonagall opowiadała o różnych sposobach transmutacji, o trudnościach zaklęć i skupieniu, które pomagało, a nawet było niezbędne do prawidłowej przemiany danej rzeczy. Uczniowie robili notatki i od czasu do czasu zadawali pytania.
Gdy zabrzmiał dzwonek szybko opuścili klasę i weszli do Wielkiej Sali na obiad.
– Padam. To dopiero pierwszy dzień, a już musimy ćwiczyć zaklęcie dla Flitwicka, powtórzyć notatki na kartkówkę u McGonagall... Ludzie! To dopiero pierwszy dzień! – krzyknął James.
Czwórka kolegów w milczeniu zjadła posiłek i udała się do pokoju wspólnego, by odpocząć przed następną lekcją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz