poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rozdział drugi: Profesor Dippet i profesor Dumbledore

    Z czasem Remus nauczył się ukrywać swoje uczucia i grać nimi, gdy tylko wydawało mu się to potrzebne. Widział smutek i cierpienie na twarzach swoich rodziców i wiedział, że zadręczają się z jego powodu.
    Przez jego przypadłość ojciec prawie stracił pracę. Do dziś Lupinowie nie wiedzą, co takiego zrobił Lyall, że go nie zwolnili. Sam nie chciał się przyznać.
     Od czasu ukąszenia państwo Lupin opiekowali się swoim jedynym synem tak, jakby był zrobiony z porcelany, albo gdyby był skorupką jajeczka. Remus ubolewał nad tym, bo nie chciał być ciągle w centrum uwagi. Po kilkunastu miesiącach sytuacja trochę się poprawiła. Hope i Lyall przyzwyczaili się w pewien sposób do odmienności ich syna, ale Lupin nadal widział ból ukryty głęboko w oczach swoich rodzicieli.
      Z roku na rok, gdy Remus stawał się coraz starszy i rozumiał coraz to więcej rzeczy, zaczął myśleć o Hogwarcie. Czy byłby czarodziejem? Jego matka była mugolką, ale ojciec... ojciec nim BYŁ. Jednak zaraz po pojawieniu się tych myśli, w jego głowie odzywał się cichy głosik: Nawet jeśli będę czarodziejem, nie dostanę się ani tam, ani do żadnej innej szkoły, bo jestem jaki jestem.
    Nadzieja, która zaczęła kwitnąć, gdy miał siedem lat powoli, ale nieustannie się wypalała. Racjonalne myślenie wypychało marzenie. Wiedział, że jako wilkołak będzie nikim, lecz zdarzył się dzień, kiedy jego matka nie mogła już znieść bólu syna i jego wystawionych na stracenie marzeń. Zabrała go do Hogwartu.
                               
                                                                                                    ***

     Remus Lupin miał już dziesięć lat. Właśnie wstawał na śniadanie, gdy usłyszał głos matki.
– Lyall, spójrz! Profesor Dippet napisał, że możemy przyjść dzisiaj o godzinie 18! Czyli jest nadzieja! Jak zobaczy Remuska, od razu go przyjmie!
– Hope, nie nakręcaj się tak, proszę. Nie chcę, żebyś potem cierpiała... – odparł jej mąż.
– Co masz na myśli? – Zdenerwowała się kobieta. – Sądzisz, że nie ma już żadnej nadziei? Żadnej szansy dla Remusa? Jak moż...
– Nie! Hope! Po prostu... po prostu... Ech, nie wiem jak to powiedzieć... Nie chodzi mi o to, że nasz syn nie zostanie przyjęty, ale spójrz na niego! Nie pamiętasz jak się napalił na szkołę? I nie pamiętasz jak cierpiał, gdy w końcu zrozumiał, że z tego nici? Nie chcę znowu tego widzieć. Nie chcę widzieć krzywdy na twarzy mojego dziecka! – zawołał desperacko.
– Kochanie... – szepnęła Hope. – Wiem... wiem, ja też nie chcę. Ale musimy spróbować. Dla Remusa. Jak mogłabym mu potem spojrzeć w twarz i wiedzieć, że nawet nie próbowałam? Ja tak nie mogę , John. Pojedziesz dzisiaj z nami do Hogwartu? – spytała szeptem, przytulając się do męża.
– Niestety, nie mogę. Mam we Włoszech sprawę wampira. Pozwoliliśmy mu ''żyć'' – parsknął śmiechem, jakby to był dobry dowcip. – Jeżeli obieca nam nie torturować ofiar i nie siać paniki. Niestety, ledwo tydzień i już plolicja... mlilicja... bonicja...?  Mniejsza z tym... Służby specjalne opowiadają o jakieś złej mafii, która porywa osoby albo rozszarpuje ich ciała. Ślady krwi na ulicach, nagłe zniknięcia pasażerów całego autobusu. Koszmar. I ja mam tam wracać. Ten wampir ma już jakieś pięćset lat, na Merlina! Jak ja mam go schwytać?
      Do pokoju chłopca dobiegł dźwięk pięści uderzającej o stół
– Auu! Głupia kawa! – krzyknął ojciec dziecka.
    Remus uznał, że dłuższe udawanie spania po tak głośnym zachowaniu ojca byłoby wielce podejrzane. Udał, że dopiero się rozbudza. Potem wszedł do łazienki i wziął szybki prysznic uważając na ostatnio zdobyte podczas przemiany ranki i przecięcia. Rozczesał swoje lekko rozczochrane mysie włosy i zszedł na dół. W kuchni siedziała już jego matka i patrzyła jak ojciec sprząta roztrzaskany kubek po kawie.
– Już nie śpisz – powiedziała, gdy tylko go ujrzała.
– Taak...
– To moja wina, Remi... Przepraszam – Usprawiedliwił się ojciec, patrząc na niego ze zmieszaniem.
– Nie szkodzi, tato. Już się wyspałem.
     Mama podała mu wkrótce śniadanie i wszyscy jedli w milczeniu. Po kilku wymienionych przez panią i pana Lupin znaczących spojrzeniach, Hope podniosła wzrok znad talerza i powiedziała:
– Remusie, profesor Dippet, dyrektor Hogwartu zaprosił nas do siebie, byśmy zobaczyli szkołę i zdecydowali, czy masz się w niej uczyć... Cieszysz się? – To ostatnie pytanie powiedziała z lekką nutą lęku w głosie, na co jej mąż spojrzał na nią dziwnie.
    Młody dziedzic Lupinów spojrzał powoli na matkę (sztukę aktorską miał wyćwiczoną do perfekcji) i otworzył szeroko oczy. Rozchylił lekko usta, znowu je zamknął i przemówił:
– Zaprosił? Dyrektor? Do Hogwartu? Czy to znaczy, że będę mógł się uczyć?!  – I nareszcie, po kilkunastu minutach męczarni, wreszcie mógł opuścić maskę ''obojętności'' i pozwolić zawitać na jego twarzy nadziei. Jego znienawidzonemu uczuciu. Uczuciu, które zawsze pozostawiało po sobie gorycz, smutek i żal. Złość i - w jego przypadku - obrzydzenie.
– Prawdopodobnie tak, kochanie! Ale jeszcze to przemyślę. Po historiach twojego ojca nie wiem czy Hogwart to dobra szkoła – Remus wiedział o co jej chodzi. Chciała mu obrzydzić Szkołę Magii i Czarodziejstwa, by ból po stracie nadziei był mniejszy. Jednak na niego to nie działało, bo on TEŻ słyszał te opowieści i historie.
    Po śniadaniu wszyscy ładnie się ubrali i wyszli. Ojciec Remusa musiał iść do pracy, dlatego wezwał dla swojej żony i syna Błędnego Rycerza i dał im kilka czarodziejskich monet. Wszyscy pożegnali się podekscytowani.
     Po długiej podróży trzypiętrowym, wściekle zielonym (''Jutro przefarbujemy, co nie, Ern?'') autobusem wyszli na szarą uliczkę Hogsmeade i rozejrzeli się wokoło.
– Mamy jeszcze dużo czasu. Co powiesz, Remusie, na zwiedzenia tej... wioski?
– Tak! Będzie fajnie! – Ucieszył się chłopiec.
    Byli w Miodowym Królestwie i Pod Trzema Miotłami. Zwiedzali też wiele innych ciekawych sklepów, a także oglądali różnej wielkości sowy w Magicznej Poczcie Czarodziejskiej.
    W końcu nadszedł czas na spotkanie w szkole. Ruszyli szybko w stronę ciemnej sylwetki zamku. Stanęli przed wysoką bramą. Po chwili z zamku wyszedł jakiś garbaty człowiek z latarnią i zaprowadził ich do środka. Gdy prowadził ich do gabinetu dyrektora, co chwilę spoglądał na chłopca, jakby jego nienaganne zachowanie, lśniące oczy i co chwilę odwracana głowa, by obejrzeć te wszystkie cuda zamku, wydawały mu się podejrzliwe. Burknął coś, westchnął i stanął. Chwilę pomasował się po brodzie i nagle podskoczył jakby coś sobie przypomniał.
– Sorbet czekoladowy! – wycharczał gderliwie i odszedł zostawiając oniemiałych Lupinów samych z ruchomą chimerą, która posunęła się nagle, przepuszczając ich. Oczom chłopca ukazały się ruchome schody. Hope zapukała kołatką w kształcie gryfa.
– Proszę! – Usłyszeli znudzony głos i drzwi otworzyły się nagle.
    Za biurkiem w okrągłej komnacie siedział stary czarodziej i czytał jakieś papiery. Podniósł wzrok na gości i poprawił sobie okulary.
– Usiądźcie, proszę – Wskazał im dwa krzesła naprzeciwko biurka. Oboje opadli na nie cicho i wpatrzyli się w twarz dyrektora. Ten ponownie zaczął czytać swoje pergaminy. Po dziesięciu minutach Remus zaczął się niecierpliwić. Jak długo mają jeszcze czekać?
    Wpatrzył się w czarodzieja stojącego przy oknie. Był wysoki i szczupły. Brodę miał długą i przeplataną srebrnymi pasmami. Na nosie, który wyglądał jakby był złamany przynajmniej w dwóch miejscach, spoczywały okulary-połówki. Mężczyzna odwzajemnił spojrzenie. Oczy miał niebieskie, a Remusowi wydawało się, jakby prześwietlał go na wylot. Szybko odwrócił wzrok.
    W końcu profesor Dippet westchnął, przetarł ręką czoło i odłożył papiery. Westchnął jeszcze raz i spojrzał na matkę, a potem na chłopca. Tylko raz, szybko, ledwo kilka sekund.
– O czym chciała pani ze mną porozmawiać? – Hope spojrzała szybko na syna, teraz wyszło na jaw, że go okłamała. Przełknęła ślinę i powiedziała:
– O przyjęciu mojego syna do tej szkoły.
– Nie widzę specjalnej potrzeby. Za... rok. Doszedłby list – odparł chłodno.
– Tylko, że... Remus jest... On jest chory.
    Dumbledore spojrzał z zaciekawieniem na chłopca, który wbił wzrok w podłogę. Profesor Dippet zdawał się myśleć o czymś innym.
– Mamy fachową opiekę medyczną, jestem pewien, że...
– On jest chory w INNYM sensie... – przerwała mu kobieta i znowu się zacięła.
– W innym... - powtórzył profesor. – To znaczy jakim?
   W gabinecie zaległa cisza. Po co ona mnie tu brała, myślał Lupin. Od samego początku wiedziałem, że mnie nie przyjmą.
– No, proszę pani! O co chodzi?
– Remus... Mój syn... on... On cierpi na... Choruje na... Likantropię... – wydukała w końcu pani Lupin, mówiąc ostatnie słowo prawie szeptem.
    Atmosfera w gabinecie zgęstniała. Dippet zmarszczył czoło, oczy rzucały groźne błyski. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy czarodziej stojący pod oknem rzekł szybko:
– Zapowiada się nudna rozmowa. Chodź Remusie, pokażę ci szkołę i błonia. Jezioro jest naprawdę piękne o tej porze. – I wyprowadził szybko chłopca z sali.
    Gdy szli, tylko się na niego patrzył. Jak ma z nim porozmawiać? W jego oczach czaiła się inteligencja i zrozumienie, ale czy na pewno? Przecież to jeszcze dziecko! Ledwo dziesięciolatek!
    Wkrótce doszli na błonia. Pierwszy odezwał się Remus:
– Profesor Dippet nie przyjmie mnie do szkoły - rzekł tak, jakby mówił o kimś innym.
– A dlaczegóż to?
    Chłopiec spojrzał na niego z politowaniem w oczach.
– Przecież pan wie.
– Nie wiem, naprawdę.
– Jestem wilkołakiem – odparł z nutą obrzydzenia w głosie.
– A co to ma do rzeczy? W czym ci to przeszkadza? – zapytał zdziwiony mężczyzna i spojrzał uważnie na dziecko.
– Jak to w czym? Jestem wilkołakiem! Jestem niebezpieczny! – prawie krzyknął Remus. – Nigdzie nie ma dla mnie miejsca, nikt mnie nie chce! Zdążyłem się przyzwyczaić... – To ostatnie powiedział prawie szeptem. W jego inteligentnych oczach pojawił się smutek i bezgraniczny ból, w którym można było utonąć. Ku zgrozie mężczyzny w zielonych oczach czaiło się też obrzydzenie do samego siebie.
    Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore zaniemówił chyba po raz pierwszy od bardzo wielu lat. Nie wiedział co powiedzieć chłopcu, który nosił tak ciężkie brzemię na sobie.
– Idzie moja mama – uprzedził go Remus i rzeczywiście. Chwilę potem usłyszeli kroki, a może usłyszał je tylko Albus, bo chłopak wyglądał jakby słyszał je już wcześniej.
    Albus spojrzał w tamtym kierunku. Po błoniach szła kobieta a na jej twarzy widniało ogromne rozczarowanie. Po chwili zniknęło, gdy zaczęła się zbliżać do dwójki ludzi; prawdopodobnie chciała je ukryć przed synem.
– Ona jeszcze nie wie, że ja wiem lepiej – szepnął Remus jakby zapominając, że nie jest sam.
    W końcu matka stanęła przed chłopcem. Zawahała się chwilę i rzekła powoli:
– Ta szkoła mi się nie za bardzo podoba. Myślę, że lepsza będzie nauka w domu...
– Ja też tak myślę – odpowiedziało dziecko perfekcyjnie ukrywając rozczarowanie.
– Bardzo panu dziękuję za przypilnowanie syna. Do widzenia – pożegnała się matka.
– Och, to drobnostka! Do widzenia.
     Gdy chłopiec przechodził obok patrzył mu w oczy i Albus zauważył spojrzenie mówiące: ''A nie mówiłem?''. Wszelkie uczucia z owych oczu zniknęły. Wtedy to Albus postawił sobie za nowy życiowy cel ujrzenie tego chłopca z Tiarą Przydziału na głowie. Prawie krzyknął za odchodzącą parą:
– Mam takie przeczucie, Remusie, że jeszcze się zobaczymy. Prędzej niż myślisz! – Nikła nadzieja na twarzy chłopca ukoiła trochę jego nerwy.
    Gdy wrócił do zamku wciąż dręczyły go te słowa: ''Ona jeszcze nie wie, że ja wiem lepiej... Ona jeszcze nie wie, że ja wiem lepiej...''. Co to może znaczyć? Szybko skierował się do biblioteki.
– Dobry wieczór, Irmo... – zwrócił się do bibliotekarki pani Pince. – Chciałbym jakąś książkę o wilkołakach.
– Ale mam nadzieję, że żaden pana nie ugryzł! – zakrzyknęła zdenerwowana.
– Och, nie, nie. Nic z tych rzeczy! Po prostu... – Zawahał się. – Po prostu to bardzo interesujące istoty, a ja zawsze muszę wiedzieć wszystko o tym, co mnie interesuje - wybrnął Dumbledore z uśmiechem.
– To dzięki Bogu! Wilkołaki są okropne! Gdybym była Ministrem Magii kazałabym wszystkie od razu wytępić! – odparła pani Pince i ruszyła na poszukiwania odpowiedniej książki. Dumbledore poczuł jak uśmiech spełza mu z twarzy. Jacy ci ludzie są niemili i egoistyczni! Nie zna żadnego wilkołaka, ale od razu chce go tępić, pomyślał w duchu. Zaraz przed oczami stanął mu straszny obraz Remusa leżącego na ziemi i wijącego się z bólu, gdy nad nim stał jakiś czarodziej i celował w niego różdżką. Wołał: ''Crucio!''. A chłopak wrzeszczał i jęczał.
– Oto ona! ''Pełnia miesięczna. Czyli wszystko o wilkołakach''
       Dumbledore otrząsnął się szybko, podziękował za książkę i wrócił do swojego gabinetu.
     Płomień świecy powoli dogasał, gdy Albus znalazł to, czego szukał:
       Wilkołaki, choć przeklęte na wieki złą klątwą jadu, mają specyficzne dary, które posiadają w prawie takim samym stopniu co wampiry. A mianowicie: lepszy węch, wzrok i słuch. Siła nie występuje u nich tak jak u wampirów, ale są oczywiście szybsze. Niestety, albo może stety dla nas, ich ofiar, nie posiadają szybkości wampirów. Są LEDWO szybsze od każdego normalnego człowieka (czarodzieja czy mugola).
    Dumbledore skończył czytać. Pierwszą myślą po przeczytaniu tego tekstu było to, jaki idiota napisał tę książkę, a drugą, że wreszcie wie, co miał na myśli Remus. A mianowicie ( ''Na Merlina, przez tę książkę robię się tak dziwny jak autor!'' ) Hope Lupin nic nie wiedziała o zdolnościach chłopca. Zrobił to umyślnie? Na pewno tak, skoro to powiedział. ''... Wiem lepiej...''. Czyli podsłuchuje! Wie o czym rozmawiają rodzice i od początku wiedział, że matka nie mówi mu całej prawdy!
– A to zmyślny chłopak! – szepnął do samego siebie.
                              
                                                                                                       ***
     Po użyciu Proszku Fiuu, użyczonego przez Mademe Rosmetre, właścicielkę pubu Pod Trzema Miotłami, wrócili do domu. Remus zjadł kolację, powiedział dobranoc i poszedł spać. Słyszał doskonale jak jego rodzice szepczą w kuchni na jego temat. Znowu. Tym razem matka opowiadała o przebiegu spotkania w gabinecie dyrektora. Opowiedziała też o czym rozmawiała z samym dyrektorem, gdy Remus był na błoniach.
    Z tego co usłyszał matka broniła go na wszystkie możliwe sposoby, ale argumenty Dippeta też były mocne, a czasami nawet poniżej pasa. Remus wzruszył się, że rodzice tak mocno go bronili i wspierali, ale zaraz potem zasmucił, że teraz cała rodzina jest smutna. Jutro będę musiał udawać szczęśliwego. Przynajmniej trochę, myślał. Żeby i oni w końcu byli szczęśliwi... Zasnął, a po policzku spłynęła mu jedna, malutka łezka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz