Piękny, pełny księżyc świecił nad spokojnym lasem mieszczącym się zaraz przy domach dzielnicy, gdzie czarodzieje byli codziennością. Żaden mugol nie mógł (dziwnym dla niego, mugola, trafem) znaleźć wolnego w tym miejscu domu, choćby patrzył właśnie na wyprowadzkę jednej z rodzin.
W tę właśnie noc pięcioletni Remus biegał ze swoim ojcem. Robili tak zawsze, gdy w lato była piękna pogoda. Matka Remusa siedziała jeszcze w ogródku. Grill, który rozpoczęli po południu miał być zaraz chowany, a mieszkańcy schludnego domku mieli wracać do środka. Ojciec obiecał jeszcze pobawić się ze swoim synem, więc teraz uciekał przed nim. Grali w berka.
Pan Lupin pracował w Ministerstwie Magii w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Zawsze musiał być na zawołanie, tak więc zabawa z synem była często szczęśliwym trafem. Wręcz momentem.
Obcując z różnymi magicznymi stworzeniami ojciec Remusa potrafił znaleźć ślady wampira, smoka, elfa; jednak tej nocy był już lekko zmęczony ciągłymi wezwaniami. Zabawa z Remusem była dla niego wytchnieniem od udręk tego świata. Nieodpowiedzialnie zaniechał tropienia nawet najwidoczniejszego odcisku czy jakiegokolwiek śladu. Popełnił niewybaczalny błąd.
– Mam cię! – krzyknął chłopczyk, dotykając swoją rączką szaty ojca.
– Tak! Brawo! – odparł ze śmiechem tamten i podniósł syna do góry.
Nagle usłyszeli warknięcie. Długie, nieprzyjemne i tak niskie, że od słuchania zaczęła boleć głowa. Mężczyzna odstawił szybko chłopca na ziemię i schował za sobą. Z cienia drzew wyszedł ogromny wilk. Wilkołak!
– Uciekaj. Uciekaj, Remusie! Prosto do mamy! – krzyknął i wyciągnął zza pazuchy różdżkę. – No leć! Ja się nim zajmę!
Remus puścił się szaty ojca, którą ściskał, będąc za jego plecami i pobiegł z powrotem do domu. Niestety nie widział żadnych zabudowań. W trakcie zabawy odbiegli tak daleko!
Za sobą słyszał trzaski i huki - zaklęcia. A potem krzyk ojca:
– NIE!!!
Remus zaryzykował zerknięcie do tyłu. Ku niemu biegł szybko wilkołak a tata leżał na korzeniach drzew.
Chwila ta kosztowała Remusa zbyt wiele. Odwracając głowę, stracił równowagę i potknął się. Upadł na ziemię. Chciał się podnieść, ale coś ciężkiego go przygniotło. Nad sobą widział przekrwione, pożółkłe oczy, ostre, długie kły; na pysku widniała zaschnięta krew.
Wilkołak zacharczał i nachylił swój łeb ku jego szyi. Błysnęło światło. Nie trafiło wilkołaka, ale ten spłoszony zeskoczył z chłopca. Remus zbierał się by uciec, ale wtedy...
Poczuł palący ból w prawej dłoni. Potem ogień i zimno, ale nadal ten przeszywający, nieskończony ból. Krzyknął.
– NIE!!! Nie, błagam, tylko nie to! – krzyk jego matki był ostatnią rzeczą jaką usłyszał. Potem spadł w ciemność.
Nie mógł nic zrobić. Nie mógł się ruszyć. Nic powiedzieć. Czuł tylko ból. Ten straszny ból. Jak żywy ogień poruszający się w jego krwi. Coraz większa część ciała zaczęła go boleć, ale ręka nadal paliła najmocniej. To było straszne. Chciał umrzeć, po prostu już tego nie czuć. Ale nie mógł. Był bezbronny wobec tego niszczącego bólu. Nie miał żadnych wspomnień, nie wiedział gdzie jest. Nie wiedział co się z nim dzieje. Wiedział tylko jedno. Był Remusem Lupinem. Ale czy na pewno? Czy nadal?
Po - jak mu się zdawało - kilku godzinach, był w stanie otworzyć lekko oczy. Był wyczerpany. Uchylił ostrożnie powieki; oślepiło go białe światło. Po chwili przyzwyczaił się do niego i zauważył, że jest w szpitalu. Podniósł się chwiejnie. Leżał na łóżku przy ścianie, na lewo od niego siedziała kobieta czytająca ''Proroka Codziennego''. Miała zabandażowane ramię. Na przeciwko niej leżał jakiś gruby mężczyzna. Wyglądał na zdenerwowanego.
– No! Nareszcie się obudziłeś, smarkaczu! Tych twoich jęków już słuchać się nie dało! – powiedział jadowitym, pełnym gniewu i chłodu głosem na widok podnoszącego się Remusa.
– Gerardzie, daj spokój, to jeszcze dziecko! A w ogóle umiesz czytać? Nie widzisz co się stało temu chłopcu? Pewnie cię bardzo bolało, bidulko... – zwróciła się na końcu do niego.
– T-to było straszne. Ale... co się właściwie stało? Gdzie ja jestem? – zapytał.
– Phi! – prychnął mężczyzna i zapatrzył się w sufit. Kobieta rzuciła mu pełne wyrzutu spojrzenie.
– Jesteś w Klinice Magicznych Chorób i Urazów Szpitala św. Munga w Londynie. Ukąsił cię wilkołak, skarbie... Leżysz tu już trzy dni. – wyjaśniła szybko kobieta. W jej oczach było... współczucie? Remus nie rozumiał czemu.
– A wiesz co mi się przydarzyło? – zapytała żwawo kobieta, widząc smutek na twarzy dziecka. - Ukąsił mnie mały smoczek! Pracowałam w Rumunii nad smokami, ale dowiedziałam się, że ktoś tutaj w Londynie przechowuje nielegalne smoczątko i miałam je skonfiskować. Niestety... Tym razem mi się nie udało wyjść z tego cało.
Mężczyzna znowu prychnął.
– Natomiast on został użądlony przez sklątkę tylnowybuchową. Nie pytaj mnie co to, bo nie wiem, a nasz miły współlokator nie kwapi się do wyjaśnień! – machnęła ręką z politowaniem.
Na kilka minut nastała cisza, a potem usłyszeli podniesione głosy na korytarzu. Po chwili Remus rozpoznał głos swojej matki:
– Muszę się z nim zobaczyć! Będę tylko chwilkę! Wiem, że odwiedziny zaczynają się za pół godziny, ale to jest mój syn!
Drzwi otworzyły się i do sali wpadła szczupła kobieta o mysich włosach, a za nią mężczyzna śmiertelnie blady na twarzy.
– Remus! Kochanie... – krzyknęła kobieta i podbiegła do chłopca. Przytuliła go mocno i szepnęła:
– Nie martw się. Uzdrowiciele ci pomogą i wszystko będzie dobrze... ćśśś... ćśśś... skarbie... – coś w jej głosie, jakaś nuta, kazała się Remusowi głęboko zastanowić o co tu chodzi. Dlaczego jego matka wydaje się być bardziej przerażona od niego? Co się właściwie stało?
Nagle do sali wszedł uzdrowiciel. Pani Lupin puściła od razu syna i odsunęła się, robiąc miejsce obok łóżka. Mężczyzna bez słowa podszedł po kolei do łóżek obu pozostałych pacjentów, wymieniając z nimi uwagi na temat stanu ich zdrowia. Na koniec podszedł do Remusa.
Sięgnął po jego kartę pacjenta zaczepioną o łóżko i uważnie przeczytał marszcząc czoło. Spojrzał na matkę dziecka, która patrzyła na niego z błagalną nadzieją na twarzy, a potem skierował wzrok na jego ojca. Westchnął i powiedział powoli:
– Wasz syn będzie likantropem. Bardzo mi przykro. Nic nie możemy na to poradzić; na to nie ma lekarstwa. Ale możemy mu załatwić miejsce w specjalnej klinice wśród innych wilkołaków. Pełnie będą bolesne i niebezpieczne, ale...
– Nigdy nie oddam mojego syna do żadnej kliniki! On ma dopiero pięć lat! – przerwała matka chłopca.
– Ależ proszę pani! On będzie niebezpieczny dla wszystkich w pobliżu! – prawie krzyknął uzdrowiciel.
Pani Lupin spojrzała na swojego męża. Jej wzrok sam za siebie mówił: ''Nigdy go nie oddam!'' Jeszcze nikt nie zauważył co właśnie przeżywał cel tej rozmowy. Remus wraz ze słowami uzdrowiciela poczuł jakby się rozpadał. Jakby mężczyzna powiedział: ''chłopak umrze''. Dla niego był to koniec świata. Jakby po tym ukąszeniu nie miałby dalej istnieć. Świat się dla niego skończył. Poczuł ból w sercu; tak jakby mu się rozpadało na drobne, nieregularne kawałki. To niemożliwe. To nie może być prawda! On... wilkołakiem? Zapiekły go oczy i ciepłe łzy pociekły po policzkach. Ale nadal sztywno siedział, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy.
Matka widząc to odepchnęła lekko uzdrowiciela i przytuliła chłopca.
– Remusie... ćśśś... cichutko... Nie płacz, wszystko będzie dobrze... Zobaczysz... – i siedziała z nim cały dzień, ten i następny. Była przy nim, gdy jęczał z bólu podczas wcierania jakiej maści w ranę i wtedy, gdy nie potrafił jeść zupy lewą ręką. Była przy nim, by nie mógł wpaść w smutne myśli, ale nie udawało jej się to. Chłopczyk słyszał słowa uzdrowiciela dobitnie powtarzające się w jego głowie: ''Wasz syn będzie likantropem... Nic nie możemy na to poradzić...''.
Coraz częściej Remus zastanawiał się, dlaczego akurat on? Bał się co przyniesie następna pełnia. Czy będzie takim samym potworem, jak ten, który go ugryzł? A może... Może ten stwór nie chciał go skrzywdzić? Może nie wiedział co robi, może wcale nie chciał?
Chłopak poczuł współczucie do tego stworzenia. Przecież ono było tak jak on, Remus, człowiekiem. Podczas pełni mógł nad sobą nie panować. Czy on będzie taki sam? Tak samo groźny? Poczuł dreszcz przebiegający po plecach.
Następnego dnia został wypisany ze szpitala. W grobowej atmosferze rodzina Lupin wróciła do swojego domu na krawędzi lasu. Właśnie wtedy zaczął się najtrudniejszy dla Remusa okres.
Inne czarodziejskie rodziny wkrótce dowiedziały się o przypadłości syna państwa Lupinów i zakazywały dzieciom bawienia się z nim. Chłopak coraz bardziej czuł się odrzucony i niepotrzebny. Czuł się skalany, splugawiony i nieczysty (choć sam nie znał tych słów i po prostu było mu przykro). Przez pierwsze miesiące buntował się; nie chciał mieć takiego ciała. Ciała, które musiało przechodzić katusze raz w miesiącu. Ciała, przez które bali się go dorośli, jak i dzieci, ciała z zarażoną krwią... Nigdy nie zapomni pierwszej przemiany.
Rodzice wynieśli wszystko z piwnicy i włożyli tam miękkie koce, materace i poduszki. W jednym kącie pomieszczenia zostawili trochę jedzenia; w szczególności mięso. Pod koniec dnia pani Lupin przytuliła syna ze łzami w oczach i zaprowadziła go na dół. Potem starannie zamknęła drzwi i poczekała chwilę na męża, który rzucał na nie silne zaklęcia ochronne. Potem oboje przytulili się ze smutkiem i powędrowali na górę.
Remus stał nad jednym materacem, myśląc. Czuł się taki samotny, chociaż wiedział, że rodzice są przy nim. Brzydził się samego siebie, że mógłby zrobić im krzywdę.
Wtedy zesztywniał. Gdzieś w kręgosłupie coś go zakuło. Jego ciało zaczęło drżeć, a on poczuł jak wnętrzności mu się wykręcają boleśnie. Zgiął się wpół, gdy niepohamowany ból zakwitł w jego brzuchu. Czuł jak wszystko się w nim wykręca. Upadł na kolana, nadal ściskając brzuch. Zobaczył swoje palce. Paznokcie boleśnie zmieniały się w pazury. Ból był nieznośny. Wręcz okropny. Jego wspomnienia zaczęły się gdzieś gubić, ulatywać... W końcu zapomniał o rodzicach, o piwnicy i o... sobie... Jęczał jeszcze chwilę, by po kilku sekundach stać się wilkiem. Nie pamiętał już nic więcej...
***
Trzy dni później przeszedł podobną przemianę. Z jękiem opadł na rozdrapane materace. We włosach miał pełno pierza z poduszek. Wszystko go bolało i był osłabiony. Czekał chyba pół godziny zanim usłyszał skrzypienie drzwi. Potem głośny szloch i kroki.
– Remusku, kochanie! Już wszystko dobrze... już dobrze... – to jego mama. Podniosła go delikatnie i pomogła wstać, po czym zaniosła go na górę do jego sypialni, położyła na łóżku i szepnęła: – Spróbuj zasnąć skarbie... Musisz odpocząć... nabrać sił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz