czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział siódmy: Carly i mapa

     Trwał trzeci tydzień piątego roku w szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Remus przeszedł korytarzem, by dojść do sali, w której miała się zaraz odbyć lekcja Numerologii i usiadł w jednej z wolnych ławek. Weszła profesor Septima Vector. Lekcja była taka sama, jak zwykle, aż nagle Carly, która siedziała przed nim, odwróciła się i uśmiechnęła promiennie. Odwzajemnił uśmiech.
     Gdy zabrzmiał dzwonek i wszyscy zaczęli się pakować, Carly podeszła do niego.
– Jesteś bardzo fajny, wiesz?
– A ty jesteś bardzo miła. – Uśmiechnęli się do siebie.
– Na co teraz idziesz?
– Na transmutacje, a ty?
– Ja też. – Znowu się do siebie uśmiechnęli.         
        Ruszyli razem w kierunku sali numer 67, w której McGonagall miała swoją lekcją. Nie śpieszyli się: szli obok siebie i rozmawiali na różne tematy. W końcu znaleźli się w klasie. Było tam mało osób, bo jeszcze nie było dzwonka.
       Remus ruszył ku ławce, w której przeważnie siedział z Peterem. Tuż obok ławki z Jamesem i Syriuszem.
        Carly usiadła obok. Oparli się o stoliki i nadal rozmawiali. Coraz bardziej zaczynał lubić tę dziewczynę.
        Kiedy zabrzmiał dzwonek i wszyscy zajęli swoje miejsca, kot wbiegł do sali i stanął na środku pomieszczenia. Nagle zmienił się w człowieka.
      Chłopcy uśmiechnęli się do siebie. Od siedmiu miesięcy oni także potrafili się zmieniać. Włóczyli się z Remusem po Zakazanym Lesie. Znali go już bardzo dobrze i gdy raz dostali karę, w której musieli iść z Hagridem do lasu, omal nie wybuchnęli śmiechem. Nagle James dmuchnął w kartkę, którą trzymał w ręku. Ta złożyła się w malutkiego jelonka i pogalopowała po ławce w jego stronę. Przeskoczyła pomiędzy dwoma stolikami i stanęła przed nim. Gdy tylko ją dotknął rozpadła się. Swoim niechlujnym pismem James wyskrobał:


Ta dziewczyna obok ciebie cały czas się na ciebie gapi.

      Remus obejrzał się i rzeczywiście Carly mu się przyglądała. Oboje zarumienili się i wbili spojrzenia w blaty stołów. Remus odwrócił kartkę i odpisał:

To Carly. Trochę dzisiaj gadaliśmy.

       Dmuchnął w kartkę, a ta zmieniła się w malutkiego wilczka i pobiegła ku Jamesowi. Przeskoczył pomiędzy ławkami i usiadł naprzeciwko chłopaka. Ten, gdy przeczytał, co napisał mu Lupin, spojrzał na niego wymownie z jakimś figlarnym uśmiechem. 
   Remus zrozumiał o co chodzi przyjacielowi i delikatnie pokręcił głową. James natomiast przytaknął i uśmiechnął jeszcze szerzej.
    Machnął różdżką i poruszył ustami, a kartka złożyła się w skrzydlate serduszko i poleciała ku niemu. Remus machnął lekko swoją różdżką i szepnął zaklęcie. Karteczka zmieniła się w mgłę i zniknęła. Potter uśmiechnął się jeszcze szerzej, a Syriusz po raz pierwszy odwrócił wzrok od profesor McGonagall i zauważył, co się dzieje. Wyraz znudzenia zniknął z jego przystojnej twarzy.
      On też machnął różdżką i kolejna kartka pobiegła złożona w psa. Gdy Remus ją przeczytał zmiażdżył piętnastolatka wzrokiem. Na niewinnej karteczce nabazgrano:


Fajną sobie dziewczynę znalazłeś, zazdro ;)

     Gdy dzwonek obwieścił koniec zajęć, a uczniowie spisali z tablicy zadania domowe, Carly podeszła do Remusa.
– Co teraz masz? Bo ja Historię Magii.
– Zaklęcia – odparł Lupin, udając, że nie widzi Syriusza i James'a pokazujących na migi serduszka i pocałunki. Na szczęście dziewczyna stała odwrócona do nich plecami i nic nie widziała.

***  
     James już miał skręcić w następny korytarz, gdy podszedł do niego jakiś pierwszoroczniak i zapytał:
– Przepraszam, gdzie tu jest biblioteka?
– Dwa razy w lewo, prawo i prosto. Takie wielkie, drewniane drzwi. – Gdy chłopczyk odszedł odwrócił się do Syriusza. – Kiedy my byliśmy w tym wieku wszystko sami znajdywaliśmy. Nikogo nie błagaliśmy o pomoc. Młodsze pokolenie jest takie... lalusiowate.
      Black parsknął śmiechem.
– Niby dlaczego ''lalusiowate''? O wiele ładniej brzmi ''nieżyciowe'' albo ''bezbronne''.
– Nagle zza korytarza wyszła jakaś dziewczyna z koleżanką, której obficie krwawił nos, z którego wystawały dwie łodygi.
– Gdzie jest Skrzydło Szpitalne?
– Prawo, prosto, prosto, lewo... – odpowiedzieli mechanicznie.
      Dziewczynka nawet nie podziękowała, tylko pobiegła dalej. James chwilę narzekał na wszystkich ''sklerotyków tego zamku'', gdy nagle uniósł palec w górę. Przez chwilę naprawdę wyglądał, jakby coś go oświeciło.
– MY znamy się najlepiej na tym zamku. Na błoniach, tajnych przejściach i Pokoju Życzeń. MY znamy drogę do... Eee... No wszędzie!
– I? – zagaił Syriusz.
– Stwórzmy mapę. Mapę Huncwotów!
– Dlaczego akurat "huncwotów"?
– Bo zgubiliśmy już dawno skrzydła i aureole.  


       Syriusz starannie zamknął drzwi jakiejś pustej sali. Wszyscy czworo pochylili się nad czystym kawałkiem pergaminu. Każdy z nich machał różdżką, ale nijak nie mogli zrobić tego, czego nie mogli wypowiedzieć słowami. Zaklęcia niewerbalne miały być dopiero za rok!
– A może – zaczął powoli Remus – Powinniśmy to zrobić wszyscy razem?
      Przytaknęli i wyciągnęli różdżki. Każdy z nich zaczął rysować nad kartką jakieś płynne wzory, tunele i przejścia.
         Na pergaminie zaczął się znikąd pojawiać atrament i wsiąkać w niego. Jednak zanim do końca znikł wywijał jakieś linie. Co jakiś czas płaszczyzna wydawała się odrywać od materiału i być w trójwymiarze.
– Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego... – szepnęli razem. – Panowie...
– ... Lunatyk...
– ... Glizdogon...
– ... Łapa...
– ... i Rogacz... 
– ... mają zaszczyt – zaczęli znów razem. – Przedstawić Mapę Huncwotów.
       Mapa rozbłysnęła czterema światłami, różdżki złączyły się końcówkami tuż nad nią i posypał się grad iskier, które osiadły na kartce. Każda z nich zmieniła się w maleńką postać, a obok nich wyrósł napis: imię i nazwisko, przy każdej kropce, która poruszała się pomiędzy liniami.
       Chłopacy patrzeli na to dziwne zjawisko i mimowolnie na ich usta cisnęły się słowa:
– ... Koniec psot...
       Mapa zniknęła. Kartka pozostała pusta.

       Remus i Carly zaczęli być parą po miesiącu od poznania. James czuł się lekko zazdrosny, bo sam chciałby, żeby Lily patrzyła na niego tak, jak Carly na Remusa, a nie jak na jakiegoś wyjątkowo ohydnego karalucha. Byli bardzo szczęśliwą parą, ale dziewczyna nic nie wiedziała o przypadłości chłopaka. Pierwszym z zajęć miały być dzisiaj eliksiry ze Ślizgonami. Gdy tylko zaczęli, przyczepił się do nich Snape.
– Gdzie wy tak ciągle się wymykacie? – spytał po raz setny.
      Syriusz zmierzył go pogardliwym spojrzeniem od stóp do głów. James, Peter i Remus byli teraz po drugiej stronie sali, wygrzebując potrzebne ingrediencje do swoich eliksirów.
– Jeśli tak bardzo cię to interesuje, to przyjdź wieczorem pod Wierzbę Bijącą.
– Tak, żeby mnie zabiła swoimi gałęziami. Nie jestem głupi!
– No chyba jednak jesteś, Smarku. Wystarczy połaskotać ją czymś w pień, a nieruchomieje – powiedział Black jak do małego dziecka.
       Snape tylko łypnął na niego podejrzliwie i nic nie odpowiedział. 

 ***   
     Wyjrzał przez lekko uchylone drzwi wyjściowe i ruszył truchtem ku drzewu.  Stanął w bezpiecznej odległości i mu się przypatrzył. Wierzba była nieruchoma i mylnie bezpieczna. Zastanowił się chwilę i machnął różdżką w wyćwiczony sposób: obrót i smagnięcie.
– Wingardium Leviosa – szepnął.
        Jakaś gałąź z ziemi poderwała się i leniwie poszybowała ku pniu drzewa. Dźgnęła go lekko, a wierzba zamarła. Snape zrobił kilka niepewnych kroków do przodu, a potem podszedł już swoim zwykłym, pająkowatym chodem. U stóp drzewa zauważył jakiś tunel. Wszedł do niego i zaczął się zagłębiać.
       Zamarł, gdy na końcu korytarza zauważył Lupina z grupką przyjaciół. Chłopak zmieniał się w wilkołaka.     
        Nagle Potter złapał go za ramię i szybko wyszarpnął na zewnątrz.
 – Wilkołak! – syknął Snape pokazując na tunel. – On nim jest!
 – Snape, czekaj, nie! – krzyknął za nim James, gdy piętnastolatek pobiegł do szkoły. Ale było już za późno. Zrozpaczony James zmienił się w jelenia i pogalopował do lasu. Teraz już nie mógł wejść do Wrzeszczącej Chaty, bo Remus już pewnie się przemienił. Gdy za trzy dni dowie się, co się stało, będzie zrozpaczony. 

***

– Co?! Syriuszu! Jak mogłeś coś takiego zrobić? Przez ciebie Snape dowiedział się... prawdy! – krzyknął Remus, gdy wreszcie mógł rozmawiać z przyjaciółmi w swojej ludzkiej postaci.
         Potter przestąpił z nogi na nogę niepewnie, a Glizdogon wpatrzył się w Łapę pustym wzrokiem. Ten przyjrzał się wszystkim po kolei i w końcu wybuchnął: 
– To był tylko taki żart! Nie wiedziałem, że do tego dojdzie, Luniaczku, przepraszam... – Remus spojrzał tylko na niego smutno. 
– Jeśli jeszcze tego nie rozpowiedział całej szkole, to wkrótce to zrobi... Albo będzie nas szantażował; a wtedy... Wtedy będę musiał pożegnać się z Hogwartem.
      Huncwoci zwiesili głowy i wyszli na korytarz. Drzwi do Pokoju Życzeń zniknęły. O dziwo pokój ''Przychodź-Wychodź'' nie pojawił się na mapie, ale teraz mieli o wiele większe problemy od tego.
      Nagle z bocznego korytarza wyszedł profesor Slughorn. 
– O! Pan Lupin! Dyrektor pana szukał. Hasło brzmiało ostatnio... hmm... A! Karaluchowy blok! – mrugnął do niego. – To chyba coś poważnego... – i odszedł.
     Lunatyk zbladł śmiertelnie i spojrzał z rozpaczą na przyjaciół. ''Przepraszam, stary'', szepnął mu bezgłośnie Syriusz. Remus skierował się w stronę gabinetu dyrektora i stanął przed dwoma gargulcami.
– Karaluchowy blok?
– Jak najbardziej – odparł gargulec i odsunął się. 
      Wszedł na kręte schody i stanął przed mosiężnymi drzwiami z kołatką w kształcie gryfa. Zapukał delikatnie i usłyszał zmęczone ''Proszę wejść!''.
     Z czarnymi myślami wszedł do gabinetu Dumbledore'a. Ten siedział za biurkiem z pochyloną głową i palcami złączonymi w ''wieżyczkę''. Spojrzał na piętnastolatka swoimi przeszywającymi jak promienie Roentgena oczami i zatrzymał na nim wzrok.
– Pewnie już wiesz, ale Severus Snape odkrył, że jesteś likantropem. To źle. Nawet bardzo źle, ale na szczęście wszystko sobie z Severusem wyjaśniliśmy i obiecał, choć z pewnym oporem, że nikomu tego nie powie. Masz naprawdę duże szczęście, Remusie. – Chłopak tylko zwiesił głowę. 
     Dumbledore przyjrzał mu się z lekką ciekawością, której nie potrafił ukryć. 
– Nie przejmuj się, naprawdę. Nic się nie stało. – Choć patrzył na chłopca z uprzejmością, w jego głosie pojawiła się jakaś nikomu nieznana siła. Zielone oczy spojrzały na niego ze szczerym zdziwieniem. 
– Ale...
– Żadne ''ale''. Chociaż mugole mówią, że ''<<ale>> to jest takie piwo''. Wyjaśniliśmy to sobie z Severusem i wszystko jest już dobrze.
      Wstał i podszedł do Remusa, któremu ścisnęło się gardło. Zmierzwił mu włosy i zaśmiał krótko. 
– Przecież nie mógłbym karać mojego najlepszego prefekta za mały, tyci problem! – Lupin zamarł. – Nie będę cię tu dłużej zatrzymywać, możesz wracać do dormitorium.

                                              
    Te dni były najgorsze dla Huncwotów. Za każdym razem, gdy mijali się ze Snape'em ten wpatrywał się w Lupina z wyższością i ignorancją, tak jakby był kimś lepszym. James i Syriusz krzywili się za każdym razem i byli bliscy rzucenia się na Ślizgona. Powstrzymywał ich tylko strach, że jeśli go zaatakują, on zdradzi szkole tajemnicę Remusa, a tego by sobie nie wybaczyli.
        Aż pewnego dnia, gdy Remus szedł korytarzem, podeszła do niego Carly. Miała zacięty wyraz twarzy, usta ściągnięte w ostrą jak brzytwa linię. Dosłownie ciskała piorunami, bo aż cała wibrowała złością.
– Co się...? – Zdążył wykrztusić chłopak, zanim otworzyła drzwi do składzika na miotły i wepchnęła go tam brutalnie.
       W środku było ciemno, ale stali tak blisko siebie, że bez problemu widzieli swoje twarze.
– Powiedz, czy to prawda... – szepnęła. – Powiedz, czy to prawda, że jesteś wilkołakiem?!
        Remus zamarł i schylił głowę zasmucony. Dziewczynie zadrżały usta. 
– Jak... Jak mogłeś?! Jak mogłeś tak mnie okłamać?! Nic mi nie powiedziałeś, a ja myślałam, że mnie kochasz!
– Kocham!
– Nienawidzę cię... Nienawidzę cię i nie chcę już nigdy więcej widzieć! – krzyknęła.
      Uniosła rękę i uderzyła go w twarz, potem wybiegła, płacząc. Remus natomiast stał jeszcze chwilę roztrzęsiony z głową przechyloną po uderzeniu. Powoli, mokrymi oczami, spojrzał w ślad za nią. Nagle nadleciała zgnieciona kartka. Na niej napisane było tylko: 

 Nie powiem nic Dumbledore'owi, bo Severus powiedział, że to i tak nic nie pomoże. Mógłbyś chociaż za to podziękować, ale nie chcę, żebyś się do mnie zbliżał.

      Severus. Jeszcze tak niedawno nazywała go ''Smarkiem'', i ''Ślizgaczem Swojego Ogona''. Zawsze śmiali się z tej ostatniej nazwy, a teraz? Teraz wolała go bardziej od niego.
    Wrócił do pokoju wspólnego Gryfonów, a James, Syriusz i Peter od razu zauważyli, że coś się stało. Nie pytali o nic: wiedzieli, że kiedy będzie chciał, wszystko im powie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz