wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział szósty: Pierwszy sezonowy mecz Quidditcha

      Dwa tygodnie później byli już zakopani głęboko pod pracami domowymi. Nauczyciele nie dawali im nawet chwili wytchnienia. Rano wstawali niechętnie na śniadanie, a wieczorem padali zmęczeni na swoje łóżka.
      Chłopak, który dzielił z nimi pokój, w ogóle nie zwracał na nich uwagi; nie odzywał się. Kilkakrotnie próbowali nawiązać z nim jakikolwiek temat. Zawsze bez skutku. W końcu także nauczyli się go ignorować.
      W pewną sobotę James wyskoczył z łóżka prawie o świcie.
 Wstawajcie!  krzyknął.
       Skoczył na łóżko Syriusza, potem Petera i w końcu na Remusa. Ten próbował go z siebie zrzucić.
 Spadaj...  mruknął.
      James uśmiechnął się szerzej i skoczył na Syriusza, który znowu zaczął chrapać. Ściągnął z niego kołdrę i pociągnął za rękę.
 Syriusz! Wstawaj! No, chłopaki!
       Remus podniósł się zrezygnowany. James uśmiechnął się do niego, dalej szarpiąc się z Blackiem.
 Po co budzisz nas tak wcześnie?  mruknął Lupin i zszedł z łóżka.
 Bo. Dzisiaj. Być. Mecz. Q-U-I-D-D-I-T-C-H'-A!  powiedział to, jakby byli jakimiś debilami. Remus spojrzał na niego krzywo i poszedł do łazienki.
      W końcu i Syriusz był już na nogach. Po chwili zaczął dzielić zachwyt z przyjacielem. Tylko Peter wydawał się być dziwnie cichy, więc Syriusz dał mu kuksańca w bok.
 Co jesteś taki milczący? Musisz być obecnym kibicem Gryfonów!      
      Zeszli razem na śniadanie i zauważyli prawie cały stół Gryffindoru przepełniony ludźmi. Na środku siedziała drużyna. Wyglądali na spiętych, zestresowanych i byli przeraźliwie bladzi.
 Chyba nie wyglądają za dobrze  pisnął Peter przerażony, że mogą przegrać. W ogóle Peter bał się prawie wszystkiego.
 A myślisz, że to nie jest stres?  James spojrzał na niego krzywo.  Trybuny chcą byś wygrał, chcesz wygrać dla siebie, domu, dla drużyny i... Żeby skopać tyłki przeciwnikom!  Wyszczerzył zęby w uśmiechu.  Chciałbym być szukającym Gryfonów. Byłoby  s u p e r!
 No, James! Ale ambicja! Tylko, że spadanie z miotły nie zwiększa szans dostania się do drużyny!  krzyknął ze śmiechem Syriusz.
    Potter rzucił się na niego i przyjacielsko się bili.
 Odszczekaj to!  warknął na wpół śmiejąc się.  Jeszcze NIGDY nie spadłem z miotły!

    Siedzieli na trybunach i machali, czym się dało. Połowa uczniów (Gryfoni i Krukoni) ubrana było w czerwono-złote szale, flagi z lwem i transparenty. Reszta przyozdobiła się w żółto-czarny strój Puchonów.
      Pani Hooch, najmłodsza nauczycielka w Hogwarcie przyniosła skrzynię z czterema piłkami. Z szatni wyszły obie drużyny i ustawiły się naprzeciwko siebie. Kapitanowie uścisnęli sobie ręce.
 Na miotły!  Padł rozkaz.  Na mój gwizdek... Raz... Dwa... Trzy!
         Pomimo wrzasku publiki nie znalazłaby się osoba, która nie usłyszałaby gwizdu. Czternaście osób wyprysnęło  w górę. Pani Hooch rzuciła kafla i także poderwała miotłę. James wyglądał jakby miał się zsikać z podniecenia.
      
     Wracali przez błonia do zamku ciesząc się zwycięstwem. Byli jak upici szczęściem.
 Nie mogę się doczekać, kiedy to JA będę ścigającym.
 A jak się nie dostaniesz?  zauważył Remus.
 To utopię się w kiblu, a wam zostawię sprawy pogrzebowe. – Wszyscy wyszczerzyli do siebie zęby i zaśmiali się głośno.
      Nagle tuż obok nich przeszedł Severus.
 O, popatrzcie! Głupia banda Pottera myśli, że jest najlepsza!
 Przymknij się, Smarkerusie! Mam napisać do twojej matki, by ci przysłała szampon, czy może ona też go nie używa?  Syriusz parsknął śmiechem i odszedł nonszalancko wraz z kolegami, którzy prawie zataczali się ze śmiechu.
       W pokoju wspólnym balanga trwała do drugiej nad ranem, dopóki do akcji nie wkroczyła profesor McGonagall  ich opiekunka. Wkurzeni, ale zmęczeni, wrócili do swoich dormitoriów i pozasypiali.
        W niedzielny poranek Remus wstał jak zwykle pierwszy i  nie wychodząc z łóżka – zamyślił się. W przyszłym tygodniu miała być pełnia. Jak ma ukryć swoje trzydniowe zniknięcie przed kolegami? O tym z dyrektorem nie pomyśleli.

***

    Co miesiąc Remus szedł z panią Pomfrey do Wierzby Bijącej. Przebywał w chacie z dala od ludzi i mógł bezpiecznie przeczekiwać pełnię. Zaintrygowanym jego comiesięcznym znikaniem mówiono, że wyjeżdża do chorej matki. Nawet James, Syriusz i Peter nie wiedzieli, kim tak naprawdę jest ich przyjaciel. Tak minął pierwszy i drugi rok w Hogwarcie.

***
       Szedł korytarzem zamku, gdy nagle dopadli go jego przyjaciele. Już chciał się przywitać, gdy wepchnęli go bezceremonialnie do jakiejś klasy. Otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy go uprzedzili.
– Gdzie byłeś? Powiedz prawdę!
– Przecież wam mówiłem, że...
– ... Byłeś u swojej matki? Powiedz PRAWDĘ! Peter widział cię, jak szedłeś gdzieś z panią Pomfrey! Wyjaśnij nam to! – krzyknął Syriusz.
       Remus znieruchomiał. Widzieli. Co ma im teraz powiedzieć? Nie chciał stracić ich przyjaźni, ale nie mógł też milczeć i dalej ich okłamywać. Co miał zrobić?!
– Ja nie...
– Widać nie chcesz nam powiedzieć... Myślałem, że przyjaciele chociaż trochę się dla ciebie liczą –syknął Black i odwrócił się w stronę drzwi. Lupin zdenerwował się, że gdy wyjdą, to będzie już koniec. Do oczu napłynęły mu łzy wzrastającej złości.
– Dobrze! Jeśli tak bardzo chcecie wiedzieć to nigdy nie pojechałem w roku szkolnym do domu! Musiałem znikać na te kilka dni, bo... Bo jestem wilkołakiem! – Chłopcy zamarli i wpatrzyli się w niego. – Gratulacje – warknął. – Teraz wiecie wszystko...
      Wybiegł z sali i zostawił ich tam osłupiałych. Wszedł do sowiarni kilka pięter wyżej i usiadł na skraju ławki. Nagle usłyszał kroki trójki uczniów i trzaskanie drzwi. W końcu wpadli i do jego kryjówki.
– Remusie! – krzyknął James i rzucił się na niego. Razem spadli z ławki, a Potter przygniótł go swoim ciężarem ciała. – Syriusz, Peter! Mam go! Tutaj! – ryknął.
– Co ty... – stęknął Lupin, ale James tylko się uśmiechnął. W końcu z niego zszedł.
– Co to miało być?!
– Myśleliśmy, że poszedłeś do Dumbledore'a, by... eee... No właściwie to nie wiem po co, ale po coś na pewno!
– Nawet jeśli bym poszedł, to co?
– Remusie, ale nam nie przeszkadza, że jesteś wilkołakiem! A w ogóle to podejrzewaliśmy to już od pewnego czasu, no ale wiesz, nie mogliśmy tak po prostu podejść i palnąć: ''Hej, Remi, jesteś może wilkołakiem? Tak się tylko zastanawiamy''.
– Naprawdę wam to nie przeszkadza?
– Nie – odezwał się James. – Jesteś naszym przyjacielem i bratem! Tylko dlaczego nam tego nie powiedziałeś?
– Myślałem, że mnie zostawicie, gdy się dowiecie... Nie chciałem, byście mnie zostawili.
– Och! – westchnął, gdy wszyscy trzej podbiegli do niego i go przytulili.
– Nigdy. Nigdy byśmy ci nic takiego nie zrobili.
                                
      Później, tego samego dnia, znowu szedł korytarzem. Nagle zauważył uchylone drzwi. Nie wiedzieć czemu, coś ciągnęło go do zajrzenia tam, więc wszedł do klasy i... zamarł.
     Ławki były usunięte pod same ściany, a na środku sali znajdowało się lustro. Podszedł bliżej i odczytał na jego ramie jakieś słowa. AIN EINGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTĄ WTE IN MAJ IBDO.
      Wpatrzył się w swoje odbicie i doznał kolejnego szoku. Za nim, w oknie, świecił księżyc w pełni. Przerażony odwrócił się, ale zobaczył tylko słońce. Znowu spojrzał na zwierciadło i wtedy zauważył, że nie ma żadnych blizn na twarzy. Wyciągnął drżącą, prawą rękę przed siebie i uniósł wierzchem do lustra; nie było żadnego śladu po ugryzieniu. Za nim stali i uśmiechali się jego przyjaciele.
– To niemożliwe... – westchnął, ale nadal wpatrywał się jak zahipnotyzowany w lustro.
– Tak, Remusie. To niemożliwe – odezwał się głos za jego plecami. Lupin szybko odwrócił się i zobaczył Albusa Dumbledore'a.
– Czy wiesz, mój drogi, co przedstawia to zwierciadło, jeśli uważasz, że pokazuje rzeczy niemożliwe?
   Uśmiech miał łagodny i wyczekujący. Chłopak zamyślił się chwilę, a potem odpowiedział, ostrożnie dobierając słowa:
– Myślę... myślę, że to lustro pokazuje to, co chcemy zobaczyć?
– Tak! Jesteś zaiste bardzo inteligenty! – Remus zarumienił się lekko. W końcu nie każdy był w swoim życiu chwalony przez dyrektora. 
– Gdyby u nas w Hogwarcie ktoś uczył języków, może mógłbyś spostrzec, że napis głosi:  ''Odbijam nie twą twarz, ale twego serca pragnienia''. Bo właśnie taka jest natura zwierciadła Ain Eingarp: pokazywać to, co chcielibyśmy w zakamarkach naszego serca. – Uśmiechnął się do niego smutno. – Z twojego zachowania wnioskuję, że widziałeś siebie samego, tyle że zdrowego. Nie mylę się?
– Nie, panie profesorze...
– Och, ależ się nie przejmuj! To całkowicie normalne w twojej sytuacji! Ja na przykład chciałbym, by wróciło do mnie to, co odeszło na zawsze i to prawdopodobnie z mojej własnej winy.
– A co to takiego, panie profesorze?
– Niestety, to tajemnica... Ale teraz lepiej wracaj do pokoju wspólnego i proszę: nigdy nie wracaj do tego lustra, ani nie mów o nim nikomu. Ludzie powinni żyć w realnym świecie a nie łudzić się pragnieniami swego serca.
    Lupin wrócił do dormitorium, chociaż w głowie miał kompletny chaos. Kto stworzył to lustro? Co zobaczył Dumbledore? Jednak zgodnie z obietnicą, nie powiedział o tym nikomu.

***
        Remus siedział znudzony na lekcji profesor Trelawney, która po raz tysięczny przepowiedziała mu ''niechybną śmierć, która dopadnie go w ciągu najbliższych godzin!'' i usłyszał szybkie kroki.
    Nagle klapa w podłodze otworzyła się i weszła – ku zdziwieniu wszystkich – profesor McGonagall, a każdy przecież wiedział, że obie nauczycielki, Trelawney i McGonagall, się nie trawią.
– Przepraszam, Sybillo. Mogłabym wziąć na chwilę Remusa Lupina? 
     Nauczycielka wróżbiarstwa poprawiła swoje ogromne okulary.
– Ależ oczywiście, wiedziałam w końcu, że przyjdziesz. Chłopcze! Idź proszę za Minerwą. Ma ci coś ważnego do przekazania!
       Remus podniósł się z pufy stojącej przy jednym ze stolików. Napotkał przestraszone spojrzenia przyjaciół. Idąc za profesor McGonagall, przypomniał sobie wszystkie niezgodne z regulaminem rzeczy, jakie zrobili.
      Kobieta weszła do swojego gabinetu i zasiadła za biurkiem. Nagle jej wzrok złagodniał.
– Usiądź, Remusie.
      Lupin zszokowany zarejestrował, że ta srogo wyglądająca kobieta powiedziała mu po imieniu.
– Mam dla ciebie złą wiadomość – zawahała się. - Twoja matka umarła. Z tego co napisał twój ojciec była ciężko chora na nowotwór.
      Chłopak znieruchomiał. Nie chciał, nie mógł uwierzyć w to co powiedziała.
– Nie – rzekł dziwnie słabym i cichym głosem. – To nie może być prawda.
– Przykro mi. Twój ojciec zaraz aportuje się do Hogsmeade, by zabrać cię na pogrzeb. Oczywiście jesteś zwolniony z dzisiejszych lekcji. – Spojrzała na niego współczująco. – Wiem, co przeżywasz, ale wszystko będzie dobrze.


    Podczas pogrzebu oczy miał pełne łez. Ojciec ściskał go współczująco za ramię, także płacząc. Gdy uroczystość się skończyła a wszyscy wyszli na zimne podwórze, chłopak nie wytrzymał i zaszlochał. Lyall Lupin przytulił go mocniej do siebie.
– Dlaczego? Dlaczego musiała umrzeć?
– Ćśś...
– Kiedy... Kiedy to się zaczęło? Ten nowotwór? – spytał, a jego ojciec zawahał się.
– Pół... Półtora roku temu. Nic ci nie mówiliśmy, bo wiedzieliśmy, że będziesz się martwił, a mama nie chciała, żebyś był smutny. Mówiła, że i tak zbyt wiele wycierpiałeś od życia. Wolała wiedzieć, że jesteś szczęśliwy.
– Czyli – Chłopak spojrzał na niego. – Czyli to ja ją zabiłem.
– Nie! Remusie, na Merlina! Nigdy nie wmawiaj sobie takich rzeczy! – krzyknął tata.
– Ale... – zaszlochał. – Gdyby tak bardzo nie zajmowała się mną, może jeszcze by żyła! Zajęłaby się swoją chorobą, a tak... – nie dokończył. Widok kochanej osoby w trumnie był straszny. Teraz poczuł się jednak gorzej.
– Zabiłem własną matkę – powiedział pustym głosem.
– Remusie, to nie twoja wina! Skarbie... Lepiej stąd chodźmy. Do domu.

   Tej nocy, gdy Remus zasnął zmęczony płaczem, Lyall Lupin siedział jeszcze przygnębiony w fotelu. Nagle usłyszał pyknięcie i w jego kominku pojawiła się jakaś twarz.
– Moody?
– Lyall? Wszystko dobrze? Jak po pogrzebie?
– Alastorze, chyba mnie jutro nie będzie na posiedzeniu. Muszę zająć się Remusem.
– Kim? – Moody zmarszczył brwi.
– Moim synem. Źle to znosi. Myśli... myśli, że Hope zginęła przez niego.
– Dlaczego niby? – Alastor otworzył szeroko oczy.
– Mówiłem kiedyś. Remus jest wilkołakiem, a Hope spędzała swój wolny czas szukając lekarstwa. Nie przejęła się chorobą, więc Remus się teraz obwinia – wyjaśnił.
– A ile on ma w ogóle lat?
– Trzynaście.
– I trzynastolatkowi przychodzą do głowy takie myśli? Z tego, co mówisz bardziej bym uwierzył, że ma... No nie wiem. Szesnaście lat? Jak ty wychowujesz dzieci? 
     Lyall uśmiechnął się pierwszy raz od kilku tygodni.
– On po prostu taki jest. Dojrzały. – Moody tylko uniósł jedną brew kpiąco. Trzynastolatek? Dojrzały?
       Lupin obudził się z sennego koszmaru, w którym rzuca się jako wilkołak na matkę. Słyszał teraz jak jego tata rozmawia z jakimś mężczyzną, ale nie obchodziło go to. Słyszał i zapamiętywał na później. Na tę przyszłość, która wydawała mu się pozbawiona sensu. Tymczasem gość z kominka postanowił przyjść całym ciałem.
– Gdzie on teraz jest?
– Śpi na górze. – Nagle usłyszał kroki. – Alastorze, nie!
      Ktoś był już na pierwszym pietrze. Remus wtulił się mocniej w poduszkę, zakrywając twarz, ale nikt nie otworzył drzwi. Słyszał tylko jak szeptem rozmawiają. Słyszał wszystko bardzo wyraźnie.
– Alastorze, nie! Daj mu normalnie spać. Dużo dzisiaj przeszedł! – Nastała chwila ciszy. Remus prawie czuł napięcie pomiędzy dwoma osobami. W końcu jego uszu dobiegło westchnięcie i oddalające się kroki.
– Jutro przyjdę do ciebie po posiedzeniu i powiem ci, o czym mówiliśmy. Elfias ma podobno jakąś ważną sprawę. Ciekawe, o co chodzi? Ostatnio ''ważną sprawą'' było znalezienie obrazu przedstawiającego zakapturzoną postać, którą miał być Śmierciożerca. Okazało się, że to namalowany przez jakiegoś nieżyjącego więźnia-artystę wizerunek dementora. Nie wiem, jakim cudem Dumbledore się z nim przyjaźni. On jest taki... inny od Albusa! Dumbledore ma oczywiście dobre serce; przyciąga miliony... Ale na brodę Merlina! Oni nie mają żadnych wspólnych tematów! Już z Aberforthem lepiej by się dogadywali!
       Rozmowa zeszła na dalsze tematy. Remus nie zasnął aż do rana. Wyszedł z pokoju i zszedł do kuchni udając, że przespał chociaż pół nocy; nie chciał niepokoić taty.
– Lepiej się już czujesz?
– Tak... I myślałem... Chyba wrócę już do Hogwartu.
– Co? Do Hogwartu? Tak wcześnie? Przecież ledwo wczoraj... Na pewno nie musisz trochę... ochłonąć?
– Nie. Wszystko dobrze – zawahał się. – I w ogóle nie chcę mieć zaległości. Ty musisz pracować... Lepiej będzie jak wrócę do szkoły.
    To było prawda. Nauka nie pozwoliłaby mu myśleć o tym wszystkim, a tata nie musiałby rezygnować z posiedzeń całego tego Zakonu Feniksa. Chciał teraz po prostu oddalić się na razie od tego domu pełnego wspomnień o mamie. To było zbyt bolesne.
      W końcu jego ojciec zgodził się, gdy stwierdził, że ''rzeczywiście jakoś sobie radzi''. Wrócił do szkoły, ale nawet nie był w nastroju, żeby się uczyć. Przepisywał bezmyślnie notatki i nie robił nic poza tym. Syriusz, James i Peter spoglądali na niego z mieszanką współczucia i strachu.
     Potter i Black zapomnieli nawet o dręczeniu Snape'a i innych "ulubionych" Ślizgonów. Ważniejszy był dla nich przyjaciel. Nie wspominali przy nim o jego matce, ani nie próbowali go na siłę uszczęśliwiać.
        Nawet nauczyciele, po których rozeszła się wieść o tragedii w jego rodzinie, nie pytali go na lekcjach. Współczująco patrzyli na niego zaś, gdy nie zgłaszał się do odpowiedzi, co zdarzyło się chyba pierwszy raz od trzech lat!
– Remi... Uśmiechnij się chociaż na chwilę – poprosił James miesiąc później. Była już znaczna poprawa w psychice Lupina. Zgłaszał się na lekcjach i nie był już tak obojętny oraz apatyczny. Nadal jednak się nie śmiał, ani nawet nie uśmiechał.
         Ale mimo to kąciki jego ust leciutko zadrżały. James widząc to uśmiechnął się szeroko.
– No! Już lepiej!
       Remus nie chciał się nikomu zwierzać z tego, co go gryzie, ale jednak zrobił to. Jakiś tydzień po pogrzebie matki przyjaciele tak bardzo się o niego martwili, że w końcu im powiedział, jak zabił matkę. Mimo że powiedzieli dokładnie to samo, co jego ojciec, poczuł się lepiej. Właśnie w takich chwilach cieszył się, że ma takich przyjaciół; można się z nimi pośmiać i pożartować, ale gdy przychodzi co do czego, potrafią się opanować. Dwa lata później ich przyjaźń tylko bardziej się zacieśniła.

*** 
– Hej, Remusie! – krzyknął Syriusz z drugiego końca pokoju wspólnego. Podszedł krokiem dumnym jak paw i usiadł w fotelu obok. Nachylił się ostentacyjnie i szepnął:
– Prawie się przemieniłem! Znaczy... Czułem, że coś ma się zaraz stać, ale znowu była ta blokada. Ale zobaczysz, w końcu mi się uda!
– Fajnie – Remus uśmiechnął się pierwszy raz od śmierci matki. Ale zaraz znowu powrócił do pisania wypracowania z Numerologii. Syriusz sięgnął po podręcznik i – nim Lupin zdążył go powstrzymać – otworzył na przypadkowej stronie.
– Ale to jest dziwne – skwitował.
– Uważaj, bo zaraz zdziwaczejesz, czytając to! – parsknął Remus i wyrwał mu książkę.
     Nagle do wieży Gryffindoru wpadł zdyszany James. Pociągnął Blacka i Lupina za sobą, gdy znów wybiegł. Wrzucił ich bezceremonialnie do jakiejś klasy i starannie zamknął drzwi. Odwrócił się do nich cały podekscytowany. Jego czarne włosy wydawały się być jeszcze bardziej rozwichrzone.
– Spójrzcie! – wyciągnął różdżkę i zacisnął mocno powieki. Nagle z głowy wyrosły mu malutkie rogi... jelenia?
       Syriusz spojrzał na nie z zazdrością i – by choć trochę naprawić swoją zranioną dumę – krzyknął złośliwie:
– Widać jesteś  j e l e n i e m ?
      James spłonął rumieńcem wstydu, ale szybko odparował:
– Ja przynajmniej choć trochę się przemieniłem. W zwierzę, nie człowieka!
– Syriusz – syknął cicho Remus, patrząc na niego ostrzegawczo, gdy Black otwierał usta. Ten zerknął na niego przelotnie. A potem, z pewnym ociągnięciem wymamrotał:
– Super, że ci się udało. Ja też dzisiaj prawie się przemieniłem, ale coś mnie blokowało. Znowu – skrzywił się. Nagle Remus przekrzywił głowę w bok, jakby nasłuchiwał.
– Co...?
– Peter – Uśmiechnął się Remus.
– To może go wpuścimy? – James otworzył drzwi, wychylił się przez nie i głośno zawołał Petera. W tym samym czasie Lupin i Black wydali ciche krzyki przerażenia. Szybko znaleźli się przy Potterze i wciągnęli go do środka.
– Rogi! – syknął Syriusz. James zbladł. Na jego szczęście nikt prócz Petera nie przechodził akurat korytarzem.
       Młody Pettigrew wszedł cicho do klasy i zanim zamknął za sobą drzwi, pisnął. Syriusz uderzył się dłonią w czoło z niemej frustracji. James zamknął drzwi i uśmiechnął się do Petera.
– Co się tak na mnie patrzysz? Rogi mi na głowie wyrosły, czy co? – Wszyscy wyszczerzyli do siebie zęby i wybuchnęli głośnym śmiechem.
      Potter machnął różdżką i rogi zniknęły.
– J-jak ci się to udało? – Peter nie mógł wyjść z podziwu nad zdolnościami przyjaciela.
– Ja też się dzisiaj prawie przemieniłem – dodał Syriusz lekko poirytowanym głosem z nutką zazdrości. Pettigrew i na niego spojrzał z podziwem. Jego oczy rozszerzyły się do ogromnych rozmiarów, a usta otworzyły. Nagle posmutniał.
– Tylko ja nadal nic nie umiem. Jestem do niczego.
– Nie martw się! Jak tylko opanujemy to do końca, pomożemy ci! A gdy już nam się to uda fajnie by było widzieć miny nauczycieli.
– No chyba jednak nie. – Remus przyjrzał się krytycznie Jamesowi. Ten już otwierał usta, gdy nagle Lupin zamarł.
– Ciii... – Znowu przechylił głowę i szeroko otworzył oczy, przez co wyglądał komicznie: jak zaciekawione dziecko. Nagle zbladł.
– Slughorn! Mamrocze coś o sali dwudziestej szóstej...
– No to co...? – szepnął Syriusz.
– To jest sala dwudziesta szósta!
       Zamilkli, czekając. Slughorn wolno przeszedł korytarzem, jednak nie wszedł do sali.
– Remusie, co byśmy bez ciebie zrobili. Stary Slughorn mógłby usłyszeć o czym mówimy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz