czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział siódmy: Carly i mapa

     Trwał trzeci tydzień piątego roku w szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Remus przeszedł korytarzem, by dojść do sali, w której miała się zaraz odbyć lekcja Numerologii i usiadł w jednej z wolnych ławek. Weszła profesor Septima Vector. Lekcja była taka sama, jak zwykle, aż nagle Carly, która siedziała przed nim, odwróciła się i uśmiechnęła promiennie. Odwzajemnił uśmiech.
     Gdy zabrzmiał dzwonek i wszyscy zaczęli się pakować, Carly podeszła do niego.
– Jesteś bardzo fajny, wiesz?
– A ty jesteś bardzo miła. – Uśmiechnęli się do siebie.
– Na co teraz idziesz?
– Na transmutacje, a ty?
– Ja też. – Znowu się do siebie uśmiechnęli.         
        Ruszyli razem w kierunku sali numer 67, w której McGonagall miała swoją lekcją. Nie śpieszyli się: szli obok siebie i rozmawiali na różne tematy. W końcu znaleźli się w klasie. Było tam mało osób, bo jeszcze nie było dzwonka.
       Remus ruszył ku ławce, w której przeważnie siedział z Peterem. Tuż obok ławki z Jamesem i Syriuszem.
        Carly usiadła obok. Oparli się o stoliki i nadal rozmawiali. Coraz bardziej zaczynał lubić tę dziewczynę.
        Kiedy zabrzmiał dzwonek i wszyscy zajęli swoje miejsca, kot wbiegł do sali i stanął na środku pomieszczenia. Nagle zmienił się w człowieka.
      Chłopcy uśmiechnęli się do siebie. Od siedmiu miesięcy oni także potrafili się zmieniać. Włóczyli się z Remusem po Zakazanym Lesie. Znali go już bardzo dobrze i gdy raz dostali karę, w której musieli iść z Hagridem do lasu, omal nie wybuchnęli śmiechem. Nagle James dmuchnął w kartkę, którą trzymał w ręku. Ta złożyła się w malutkiego jelonka i pogalopowała po ławce w jego stronę. Przeskoczyła pomiędzy dwoma stolikami i stanęła przed nim. Gdy tylko ją dotknął rozpadła się. Swoim niechlujnym pismem James wyskrobał:


Ta dziewczyna obok ciebie cały czas się na ciebie gapi.

      Remus obejrzał się i rzeczywiście Carly mu się przyglądała. Oboje zarumienili się i wbili spojrzenia w blaty stołów. Remus odwrócił kartkę i odpisał:

To Carly. Trochę dzisiaj gadaliśmy.

       Dmuchnął w kartkę, a ta zmieniła się w malutkiego wilczka i pobiegła ku Jamesowi. Przeskoczył pomiędzy ławkami i usiadł naprzeciwko chłopaka. Ten, gdy przeczytał, co napisał mu Lupin, spojrzał na niego wymownie z jakimś figlarnym uśmiechem. 
   Remus zrozumiał o co chodzi przyjacielowi i delikatnie pokręcił głową. James natomiast przytaknął i uśmiechnął jeszcze szerzej.
    Machnął różdżką i poruszył ustami, a kartka złożyła się w skrzydlate serduszko i poleciała ku niemu. Remus machnął lekko swoją różdżką i szepnął zaklęcie. Karteczka zmieniła się w mgłę i zniknęła. Potter uśmiechnął się jeszcze szerzej, a Syriusz po raz pierwszy odwrócił wzrok od profesor McGonagall i zauważył, co się dzieje. Wyraz znudzenia zniknął z jego przystojnej twarzy.
      On też machnął różdżką i kolejna kartka pobiegła złożona w psa. Gdy Remus ją przeczytał zmiażdżył piętnastolatka wzrokiem. Na niewinnej karteczce nabazgrano:


Fajną sobie dziewczynę znalazłeś, zazdro ;)

     Gdy dzwonek obwieścił koniec zajęć, a uczniowie spisali z tablicy zadania domowe, Carly podeszła do Remusa.
– Co teraz masz? Bo ja Historię Magii.
– Zaklęcia – odparł Lupin, udając, że nie widzi Syriusza i James'a pokazujących na migi serduszka i pocałunki. Na szczęście dziewczyna stała odwrócona do nich plecami i nic nie widziała.

***  
     James już miał skręcić w następny korytarz, gdy podszedł do niego jakiś pierwszoroczniak i zapytał:
– Przepraszam, gdzie tu jest biblioteka?
– Dwa razy w lewo, prawo i prosto. Takie wielkie, drewniane drzwi. – Gdy chłopczyk odszedł odwrócił się do Syriusza. – Kiedy my byliśmy w tym wieku wszystko sami znajdywaliśmy. Nikogo nie błagaliśmy o pomoc. Młodsze pokolenie jest takie... lalusiowate.
      Black parsknął śmiechem.
– Niby dlaczego ''lalusiowate''? O wiele ładniej brzmi ''nieżyciowe'' albo ''bezbronne''.
– Nagle zza korytarza wyszła jakaś dziewczyna z koleżanką, której obficie krwawił nos, z którego wystawały dwie łodygi.
– Gdzie jest Skrzydło Szpitalne?
– Prawo, prosto, prosto, lewo... – odpowiedzieli mechanicznie.
      Dziewczynka nawet nie podziękowała, tylko pobiegła dalej. James chwilę narzekał na wszystkich ''sklerotyków tego zamku'', gdy nagle uniósł palec w górę. Przez chwilę naprawdę wyglądał, jakby coś go oświeciło.
– MY znamy się najlepiej na tym zamku. Na błoniach, tajnych przejściach i Pokoju Życzeń. MY znamy drogę do... Eee... No wszędzie!
– I? – zagaił Syriusz.
– Stwórzmy mapę. Mapę Huncwotów!
– Dlaczego akurat "huncwotów"?
– Bo zgubiliśmy już dawno skrzydła i aureole.  


       Syriusz starannie zamknął drzwi jakiejś pustej sali. Wszyscy czworo pochylili się nad czystym kawałkiem pergaminu. Każdy z nich machał różdżką, ale nijak nie mogli zrobić tego, czego nie mogli wypowiedzieć słowami. Zaklęcia niewerbalne miały być dopiero za rok!
– A może – zaczął powoli Remus – Powinniśmy to zrobić wszyscy razem?
      Przytaknęli i wyciągnęli różdżki. Każdy z nich zaczął rysować nad kartką jakieś płynne wzory, tunele i przejścia.
         Na pergaminie zaczął się znikąd pojawiać atrament i wsiąkać w niego. Jednak zanim do końca znikł wywijał jakieś linie. Co jakiś czas płaszczyzna wydawała się odrywać od materiału i być w trójwymiarze.
– Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego... – szepnęli razem. – Panowie...
– ... Lunatyk...
– ... Glizdogon...
– ... Łapa...
– ... i Rogacz... 
– ... mają zaszczyt – zaczęli znów razem. – Przedstawić Mapę Huncwotów.
       Mapa rozbłysnęła czterema światłami, różdżki złączyły się końcówkami tuż nad nią i posypał się grad iskier, które osiadły na kartce. Każda z nich zmieniła się w maleńką postać, a obok nich wyrósł napis: imię i nazwisko, przy każdej kropce, która poruszała się pomiędzy liniami.
       Chłopacy patrzeli na to dziwne zjawisko i mimowolnie na ich usta cisnęły się słowa:
– ... Koniec psot...
       Mapa zniknęła. Kartka pozostała pusta.

       Remus i Carly zaczęli być parą po miesiącu od poznania. James czuł się lekko zazdrosny, bo sam chciałby, żeby Lily patrzyła na niego tak, jak Carly na Remusa, a nie jak na jakiegoś wyjątkowo ohydnego karalucha. Byli bardzo szczęśliwą parą, ale dziewczyna nic nie wiedziała o przypadłości chłopaka. Pierwszym z zajęć miały być dzisiaj eliksiry ze Ślizgonami. Gdy tylko zaczęli, przyczepił się do nich Snape.
– Gdzie wy tak ciągle się wymykacie? – spytał po raz setny.
      Syriusz zmierzył go pogardliwym spojrzeniem od stóp do głów. James, Peter i Remus byli teraz po drugiej stronie sali, wygrzebując potrzebne ingrediencje do swoich eliksirów.
– Jeśli tak bardzo cię to interesuje, to przyjdź wieczorem pod Wierzbę Bijącą.
– Tak, żeby mnie zabiła swoimi gałęziami. Nie jestem głupi!
– No chyba jednak jesteś, Smarku. Wystarczy połaskotać ją czymś w pień, a nieruchomieje – powiedział Black jak do małego dziecka.
       Snape tylko łypnął na niego podejrzliwie i nic nie odpowiedział. 

 ***   
     Wyjrzał przez lekko uchylone drzwi wyjściowe i ruszył truchtem ku drzewu.  Stanął w bezpiecznej odległości i mu się przypatrzył. Wierzba była nieruchoma i mylnie bezpieczna. Zastanowił się chwilę i machnął różdżką w wyćwiczony sposób: obrót i smagnięcie.
– Wingardium Leviosa – szepnął.
        Jakaś gałąź z ziemi poderwała się i leniwie poszybowała ku pniu drzewa. Dźgnęła go lekko, a wierzba zamarła. Snape zrobił kilka niepewnych kroków do przodu, a potem podszedł już swoim zwykłym, pająkowatym chodem. U stóp drzewa zauważył jakiś tunel. Wszedł do niego i zaczął się zagłębiać.
       Zamarł, gdy na końcu korytarza zauważył Lupina z grupką przyjaciół. Chłopak zmieniał się w wilkołaka.     
        Nagle Potter złapał go za ramię i szybko wyszarpnął na zewnątrz.
 – Wilkołak! – syknął Snape pokazując na tunel. – On nim jest!
 – Snape, czekaj, nie! – krzyknął za nim James, gdy piętnastolatek pobiegł do szkoły. Ale było już za późno. Zrozpaczony James zmienił się w jelenia i pogalopował do lasu. Teraz już nie mógł wejść do Wrzeszczącej Chaty, bo Remus już pewnie się przemienił. Gdy za trzy dni dowie się, co się stało, będzie zrozpaczony. 

***

– Co?! Syriuszu! Jak mogłeś coś takiego zrobić? Przez ciebie Snape dowiedział się... prawdy! – krzyknął Remus, gdy wreszcie mógł rozmawiać z przyjaciółmi w swojej ludzkiej postaci.
         Potter przestąpił z nogi na nogę niepewnie, a Glizdogon wpatrzył się w Łapę pustym wzrokiem. Ten przyjrzał się wszystkim po kolei i w końcu wybuchnął: 
– To był tylko taki żart! Nie wiedziałem, że do tego dojdzie, Luniaczku, przepraszam... – Remus spojrzał tylko na niego smutno. 
– Jeśli jeszcze tego nie rozpowiedział całej szkole, to wkrótce to zrobi... Albo będzie nas szantażował; a wtedy... Wtedy będę musiał pożegnać się z Hogwartem.
      Huncwoci zwiesili głowy i wyszli na korytarz. Drzwi do Pokoju Życzeń zniknęły. O dziwo pokój ''Przychodź-Wychodź'' nie pojawił się na mapie, ale teraz mieli o wiele większe problemy od tego.
      Nagle z bocznego korytarza wyszedł profesor Slughorn. 
– O! Pan Lupin! Dyrektor pana szukał. Hasło brzmiało ostatnio... hmm... A! Karaluchowy blok! – mrugnął do niego. – To chyba coś poważnego... – i odszedł.
     Lunatyk zbladł śmiertelnie i spojrzał z rozpaczą na przyjaciół. ''Przepraszam, stary'', szepnął mu bezgłośnie Syriusz. Remus skierował się w stronę gabinetu dyrektora i stanął przed dwoma gargulcami.
– Karaluchowy blok?
– Jak najbardziej – odparł gargulec i odsunął się. 
      Wszedł na kręte schody i stanął przed mosiężnymi drzwiami z kołatką w kształcie gryfa. Zapukał delikatnie i usłyszał zmęczone ''Proszę wejść!''.
     Z czarnymi myślami wszedł do gabinetu Dumbledore'a. Ten siedział za biurkiem z pochyloną głową i palcami złączonymi w ''wieżyczkę''. Spojrzał na piętnastolatka swoimi przeszywającymi jak promienie Roentgena oczami i zatrzymał na nim wzrok.
– Pewnie już wiesz, ale Severus Snape odkrył, że jesteś likantropem. To źle. Nawet bardzo źle, ale na szczęście wszystko sobie z Severusem wyjaśniliśmy i obiecał, choć z pewnym oporem, że nikomu tego nie powie. Masz naprawdę duże szczęście, Remusie. – Chłopak tylko zwiesił głowę. 
     Dumbledore przyjrzał mu się z lekką ciekawością, której nie potrafił ukryć. 
– Nie przejmuj się, naprawdę. Nic się nie stało. – Choć patrzył na chłopca z uprzejmością, w jego głosie pojawiła się jakaś nikomu nieznana siła. Zielone oczy spojrzały na niego ze szczerym zdziwieniem. 
– Ale...
– Żadne ''ale''. Chociaż mugole mówią, że ''<<ale>> to jest takie piwo''. Wyjaśniliśmy to sobie z Severusem i wszystko jest już dobrze.
      Wstał i podszedł do Remusa, któremu ścisnęło się gardło. Zmierzwił mu włosy i zaśmiał krótko. 
– Przecież nie mógłbym karać mojego najlepszego prefekta za mały, tyci problem! – Lupin zamarł. – Nie będę cię tu dłużej zatrzymywać, możesz wracać do dormitorium.

                                              
    Te dni były najgorsze dla Huncwotów. Za każdym razem, gdy mijali się ze Snape'em ten wpatrywał się w Lupina z wyższością i ignorancją, tak jakby był kimś lepszym. James i Syriusz krzywili się za każdym razem i byli bliscy rzucenia się na Ślizgona. Powstrzymywał ich tylko strach, że jeśli go zaatakują, on zdradzi szkole tajemnicę Remusa, a tego by sobie nie wybaczyli.
        Aż pewnego dnia, gdy Remus szedł korytarzem, podeszła do niego Carly. Miała zacięty wyraz twarzy, usta ściągnięte w ostrą jak brzytwa linię. Dosłownie ciskała piorunami, bo aż cała wibrowała złością.
– Co się...? – Zdążył wykrztusić chłopak, zanim otworzyła drzwi do składzika na miotły i wepchnęła go tam brutalnie.
       W środku było ciemno, ale stali tak blisko siebie, że bez problemu widzieli swoje twarze.
– Powiedz, czy to prawda... – szepnęła. – Powiedz, czy to prawda, że jesteś wilkołakiem?!
        Remus zamarł i schylił głowę zasmucony. Dziewczynie zadrżały usta. 
– Jak... Jak mogłeś?! Jak mogłeś tak mnie okłamać?! Nic mi nie powiedziałeś, a ja myślałam, że mnie kochasz!
– Kocham!
– Nienawidzę cię... Nienawidzę cię i nie chcę już nigdy więcej widzieć! – krzyknęła.
      Uniosła rękę i uderzyła go w twarz, potem wybiegła, płacząc. Remus natomiast stał jeszcze chwilę roztrzęsiony z głową przechyloną po uderzeniu. Powoli, mokrymi oczami, spojrzał w ślad za nią. Nagle nadleciała zgnieciona kartka. Na niej napisane było tylko: 

 Nie powiem nic Dumbledore'owi, bo Severus powiedział, że to i tak nic nie pomoże. Mógłbyś chociaż za to podziękować, ale nie chcę, żebyś się do mnie zbliżał.

      Severus. Jeszcze tak niedawno nazywała go ''Smarkiem'', i ''Ślizgaczem Swojego Ogona''. Zawsze śmiali się z tej ostatniej nazwy, a teraz? Teraz wolała go bardziej od niego.
    Wrócił do pokoju wspólnego Gryfonów, a James, Syriusz i Peter od razu zauważyli, że coś się stało. Nie pytali o nic: wiedzieli, że kiedy będzie chciał, wszystko im powie.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział szósty: Pierwszy sezonowy mecz Quidditcha

      Dwa tygodnie później byli już zakopani głęboko pod pracami domowymi. Nauczyciele nie dawali im nawet chwili wytchnienia. Rano wstawali niechętnie na śniadanie, a wieczorem padali zmęczeni na swoje łóżka.
      Chłopak, który dzielił z nimi pokój, w ogóle nie zwracał na nich uwagi; nie odzywał się. Kilkakrotnie próbowali nawiązać z nim jakikolwiek temat. Zawsze bez skutku. W końcu także nauczyli się go ignorować.
      W pewną sobotę James wyskoczył z łóżka prawie o świcie.
 Wstawajcie!  krzyknął.
       Skoczył na łóżko Syriusza, potem Petera i w końcu na Remusa. Ten próbował go z siebie zrzucić.
 Spadaj...  mruknął.
      James uśmiechnął się szerzej i skoczył na Syriusza, który znowu zaczął chrapać. Ściągnął z niego kołdrę i pociągnął za rękę.
 Syriusz! Wstawaj! No, chłopaki!
       Remus podniósł się zrezygnowany. James uśmiechnął się do niego, dalej szarpiąc się z Blackiem.
 Po co budzisz nas tak wcześnie?  mruknął Lupin i zszedł z łóżka.
 Bo. Dzisiaj. Być. Mecz. Q-U-I-D-D-I-T-C-H'-A!  powiedział to, jakby byli jakimiś debilami. Remus spojrzał na niego krzywo i poszedł do łazienki.
      W końcu i Syriusz był już na nogach. Po chwili zaczął dzielić zachwyt z przyjacielem. Tylko Peter wydawał się być dziwnie cichy, więc Syriusz dał mu kuksańca w bok.
 Co jesteś taki milczący? Musisz być obecnym kibicem Gryfonów!      
      Zeszli razem na śniadanie i zauważyli prawie cały stół Gryffindoru przepełniony ludźmi. Na środku siedziała drużyna. Wyglądali na spiętych, zestresowanych i byli przeraźliwie bladzi.
 Chyba nie wyglądają za dobrze  pisnął Peter przerażony, że mogą przegrać. W ogóle Peter bał się prawie wszystkiego.
 A myślisz, że to nie jest stres?  James spojrzał na niego krzywo.  Trybuny chcą byś wygrał, chcesz wygrać dla siebie, domu, dla drużyny i... Żeby skopać tyłki przeciwnikom!  Wyszczerzył zęby w uśmiechu.  Chciałbym być szukającym Gryfonów. Byłoby  s u p e r!
 No, James! Ale ambicja! Tylko, że spadanie z miotły nie zwiększa szans dostania się do drużyny!  krzyknął ze śmiechem Syriusz.
    Potter rzucił się na niego i przyjacielsko się bili.
 Odszczekaj to!  warknął na wpół śmiejąc się.  Jeszcze NIGDY nie spadłem z miotły!

    Siedzieli na trybunach i machali, czym się dało. Połowa uczniów (Gryfoni i Krukoni) ubrana było w czerwono-złote szale, flagi z lwem i transparenty. Reszta przyozdobiła się w żółto-czarny strój Puchonów.
      Pani Hooch, najmłodsza nauczycielka w Hogwarcie przyniosła skrzynię z czterema piłkami. Z szatni wyszły obie drużyny i ustawiły się naprzeciwko siebie. Kapitanowie uścisnęli sobie ręce.
 Na miotły!  Padł rozkaz.  Na mój gwizdek... Raz... Dwa... Trzy!
         Pomimo wrzasku publiki nie znalazłaby się osoba, która nie usłyszałaby gwizdu. Czternaście osób wyprysnęło  w górę. Pani Hooch rzuciła kafla i także poderwała miotłę. James wyglądał jakby miał się zsikać z podniecenia.
      
     Wracali przez błonia do zamku ciesząc się zwycięstwem. Byli jak upici szczęściem.
 Nie mogę się doczekać, kiedy to JA będę ścigającym.
 A jak się nie dostaniesz?  zauważył Remus.
 To utopię się w kiblu, a wam zostawię sprawy pogrzebowe. – Wszyscy wyszczerzyli do siebie zęby i zaśmiali się głośno.
      Nagle tuż obok nich przeszedł Severus.
 O, popatrzcie! Głupia banda Pottera myśli, że jest najlepsza!
 Przymknij się, Smarkerusie! Mam napisać do twojej matki, by ci przysłała szampon, czy może ona też go nie używa?  Syriusz parsknął śmiechem i odszedł nonszalancko wraz z kolegami, którzy prawie zataczali się ze śmiechu.
       W pokoju wspólnym balanga trwała do drugiej nad ranem, dopóki do akcji nie wkroczyła profesor McGonagall  ich opiekunka. Wkurzeni, ale zmęczeni, wrócili do swoich dormitoriów i pozasypiali.
        W niedzielny poranek Remus wstał jak zwykle pierwszy i  nie wychodząc z łóżka – zamyślił się. W przyszłym tygodniu miała być pełnia. Jak ma ukryć swoje trzydniowe zniknięcie przed kolegami? O tym z dyrektorem nie pomyśleli.

***

    Co miesiąc Remus szedł z panią Pomfrey do Wierzby Bijącej. Przebywał w chacie z dala od ludzi i mógł bezpiecznie przeczekiwać pełnię. Zaintrygowanym jego comiesięcznym znikaniem mówiono, że wyjeżdża do chorej matki. Nawet James, Syriusz i Peter nie wiedzieli, kim tak naprawdę jest ich przyjaciel. Tak minął pierwszy i drugi rok w Hogwarcie.

***
       Szedł korytarzem zamku, gdy nagle dopadli go jego przyjaciele. Już chciał się przywitać, gdy wepchnęli go bezceremonialnie do jakiejś klasy. Otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy go uprzedzili.
– Gdzie byłeś? Powiedz prawdę!
– Przecież wam mówiłem, że...
– ... Byłeś u swojej matki? Powiedz PRAWDĘ! Peter widział cię, jak szedłeś gdzieś z panią Pomfrey! Wyjaśnij nam to! – krzyknął Syriusz.
       Remus znieruchomiał. Widzieli. Co ma im teraz powiedzieć? Nie chciał stracić ich przyjaźni, ale nie mógł też milczeć i dalej ich okłamywać. Co miał zrobić?!
– Ja nie...
– Widać nie chcesz nam powiedzieć... Myślałem, że przyjaciele chociaż trochę się dla ciebie liczą –syknął Black i odwrócił się w stronę drzwi. Lupin zdenerwował się, że gdy wyjdą, to będzie już koniec. Do oczu napłynęły mu łzy wzrastającej złości.
– Dobrze! Jeśli tak bardzo chcecie wiedzieć to nigdy nie pojechałem w roku szkolnym do domu! Musiałem znikać na te kilka dni, bo... Bo jestem wilkołakiem! – Chłopcy zamarli i wpatrzyli się w niego. – Gratulacje – warknął. – Teraz wiecie wszystko...
      Wybiegł z sali i zostawił ich tam osłupiałych. Wszedł do sowiarni kilka pięter wyżej i usiadł na skraju ławki. Nagle usłyszał kroki trójki uczniów i trzaskanie drzwi. W końcu wpadli i do jego kryjówki.
– Remusie! – krzyknął James i rzucił się na niego. Razem spadli z ławki, a Potter przygniótł go swoim ciężarem ciała. – Syriusz, Peter! Mam go! Tutaj! – ryknął.
– Co ty... – stęknął Lupin, ale James tylko się uśmiechnął. W końcu z niego zszedł.
– Co to miało być?!
– Myśleliśmy, że poszedłeś do Dumbledore'a, by... eee... No właściwie to nie wiem po co, ale po coś na pewno!
– Nawet jeśli bym poszedł, to co?
– Remusie, ale nam nie przeszkadza, że jesteś wilkołakiem! A w ogóle to podejrzewaliśmy to już od pewnego czasu, no ale wiesz, nie mogliśmy tak po prostu podejść i palnąć: ''Hej, Remi, jesteś może wilkołakiem? Tak się tylko zastanawiamy''.
– Naprawdę wam to nie przeszkadza?
– Nie – odezwał się James. – Jesteś naszym przyjacielem i bratem! Tylko dlaczego nam tego nie powiedziałeś?
– Myślałem, że mnie zostawicie, gdy się dowiecie... Nie chciałem, byście mnie zostawili.
– Och! – westchnął, gdy wszyscy trzej podbiegli do niego i go przytulili.
– Nigdy. Nigdy byśmy ci nic takiego nie zrobili.
                                
      Później, tego samego dnia, znowu szedł korytarzem. Nagle zauważył uchylone drzwi. Nie wiedzieć czemu, coś ciągnęło go do zajrzenia tam, więc wszedł do klasy i... zamarł.
     Ławki były usunięte pod same ściany, a na środku sali znajdowało się lustro. Podszedł bliżej i odczytał na jego ramie jakieś słowa. AIN EINGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTĄ WTE IN MAJ IBDO.
      Wpatrzył się w swoje odbicie i doznał kolejnego szoku. Za nim, w oknie, świecił księżyc w pełni. Przerażony odwrócił się, ale zobaczył tylko słońce. Znowu spojrzał na zwierciadło i wtedy zauważył, że nie ma żadnych blizn na twarzy. Wyciągnął drżącą, prawą rękę przed siebie i uniósł wierzchem do lustra; nie było żadnego śladu po ugryzieniu. Za nim stali i uśmiechali się jego przyjaciele.
– To niemożliwe... – westchnął, ale nadal wpatrywał się jak zahipnotyzowany w lustro.
– Tak, Remusie. To niemożliwe – odezwał się głos za jego plecami. Lupin szybko odwrócił się i zobaczył Albusa Dumbledore'a.
– Czy wiesz, mój drogi, co przedstawia to zwierciadło, jeśli uważasz, że pokazuje rzeczy niemożliwe?
   Uśmiech miał łagodny i wyczekujący. Chłopak zamyślił się chwilę, a potem odpowiedział, ostrożnie dobierając słowa:
– Myślę... myślę, że to lustro pokazuje to, co chcemy zobaczyć?
– Tak! Jesteś zaiste bardzo inteligenty! – Remus zarumienił się lekko. W końcu nie każdy był w swoim życiu chwalony przez dyrektora. 
– Gdyby u nas w Hogwarcie ktoś uczył języków, może mógłbyś spostrzec, że napis głosi:  ''Odbijam nie twą twarz, ale twego serca pragnienia''. Bo właśnie taka jest natura zwierciadła Ain Eingarp: pokazywać to, co chcielibyśmy w zakamarkach naszego serca. – Uśmiechnął się do niego smutno. – Z twojego zachowania wnioskuję, że widziałeś siebie samego, tyle że zdrowego. Nie mylę się?
– Nie, panie profesorze...
– Och, ależ się nie przejmuj! To całkowicie normalne w twojej sytuacji! Ja na przykład chciałbym, by wróciło do mnie to, co odeszło na zawsze i to prawdopodobnie z mojej własnej winy.
– A co to takiego, panie profesorze?
– Niestety, to tajemnica... Ale teraz lepiej wracaj do pokoju wspólnego i proszę: nigdy nie wracaj do tego lustra, ani nie mów o nim nikomu. Ludzie powinni żyć w realnym świecie a nie łudzić się pragnieniami swego serca.
    Lupin wrócił do dormitorium, chociaż w głowie miał kompletny chaos. Kto stworzył to lustro? Co zobaczył Dumbledore? Jednak zgodnie z obietnicą, nie powiedział o tym nikomu.

***
        Remus siedział znudzony na lekcji profesor Trelawney, która po raz tysięczny przepowiedziała mu ''niechybną śmierć, która dopadnie go w ciągu najbliższych godzin!'' i usłyszał szybkie kroki.
    Nagle klapa w podłodze otworzyła się i weszła – ku zdziwieniu wszystkich – profesor McGonagall, a każdy przecież wiedział, że obie nauczycielki, Trelawney i McGonagall, się nie trawią.
– Przepraszam, Sybillo. Mogłabym wziąć na chwilę Remusa Lupina? 
     Nauczycielka wróżbiarstwa poprawiła swoje ogromne okulary.
– Ależ oczywiście, wiedziałam w końcu, że przyjdziesz. Chłopcze! Idź proszę za Minerwą. Ma ci coś ważnego do przekazania!
       Remus podniósł się z pufy stojącej przy jednym ze stolików. Napotkał przestraszone spojrzenia przyjaciół. Idąc za profesor McGonagall, przypomniał sobie wszystkie niezgodne z regulaminem rzeczy, jakie zrobili.
      Kobieta weszła do swojego gabinetu i zasiadła za biurkiem. Nagle jej wzrok złagodniał.
– Usiądź, Remusie.
      Lupin zszokowany zarejestrował, że ta srogo wyglądająca kobieta powiedziała mu po imieniu.
– Mam dla ciebie złą wiadomość – zawahała się. - Twoja matka umarła. Z tego co napisał twój ojciec była ciężko chora na nowotwór.
      Chłopak znieruchomiał. Nie chciał, nie mógł uwierzyć w to co powiedziała.
– Nie – rzekł dziwnie słabym i cichym głosem. – To nie może być prawda.
– Przykro mi. Twój ojciec zaraz aportuje się do Hogsmeade, by zabrać cię na pogrzeb. Oczywiście jesteś zwolniony z dzisiejszych lekcji. – Spojrzała na niego współczująco. – Wiem, co przeżywasz, ale wszystko będzie dobrze.


    Podczas pogrzebu oczy miał pełne łez. Ojciec ściskał go współczująco za ramię, także płacząc. Gdy uroczystość się skończyła a wszyscy wyszli na zimne podwórze, chłopak nie wytrzymał i zaszlochał. Lyall Lupin przytulił go mocniej do siebie.
– Dlaczego? Dlaczego musiała umrzeć?
– Ćśś...
– Kiedy... Kiedy to się zaczęło? Ten nowotwór? – spytał, a jego ojciec zawahał się.
– Pół... Półtora roku temu. Nic ci nie mówiliśmy, bo wiedzieliśmy, że będziesz się martwił, a mama nie chciała, żebyś był smutny. Mówiła, że i tak zbyt wiele wycierpiałeś od życia. Wolała wiedzieć, że jesteś szczęśliwy.
– Czyli – Chłopak spojrzał na niego. – Czyli to ja ją zabiłem.
– Nie! Remusie, na Merlina! Nigdy nie wmawiaj sobie takich rzeczy! – krzyknął tata.
– Ale... – zaszlochał. – Gdyby tak bardzo nie zajmowała się mną, może jeszcze by żyła! Zajęłaby się swoją chorobą, a tak... – nie dokończył. Widok kochanej osoby w trumnie był straszny. Teraz poczuł się jednak gorzej.
– Zabiłem własną matkę – powiedział pustym głosem.
– Remusie, to nie twoja wina! Skarbie... Lepiej stąd chodźmy. Do domu.

   Tej nocy, gdy Remus zasnął zmęczony płaczem, Lyall Lupin siedział jeszcze przygnębiony w fotelu. Nagle usłyszał pyknięcie i w jego kominku pojawiła się jakaś twarz.
– Moody?
– Lyall? Wszystko dobrze? Jak po pogrzebie?
– Alastorze, chyba mnie jutro nie będzie na posiedzeniu. Muszę zająć się Remusem.
– Kim? – Moody zmarszczył brwi.
– Moim synem. Źle to znosi. Myśli... myśli, że Hope zginęła przez niego.
– Dlaczego niby? – Alastor otworzył szeroko oczy.
– Mówiłem kiedyś. Remus jest wilkołakiem, a Hope spędzała swój wolny czas szukając lekarstwa. Nie przejęła się chorobą, więc Remus się teraz obwinia – wyjaśnił.
– A ile on ma w ogóle lat?
– Trzynaście.
– I trzynastolatkowi przychodzą do głowy takie myśli? Z tego, co mówisz bardziej bym uwierzył, że ma... No nie wiem. Szesnaście lat? Jak ty wychowujesz dzieci? 
     Lyall uśmiechnął się pierwszy raz od kilku tygodni.
– On po prostu taki jest. Dojrzały. – Moody tylko uniósł jedną brew kpiąco. Trzynastolatek? Dojrzały?
       Lupin obudził się z sennego koszmaru, w którym rzuca się jako wilkołak na matkę. Słyszał teraz jak jego tata rozmawia z jakimś mężczyzną, ale nie obchodziło go to. Słyszał i zapamiętywał na później. Na tę przyszłość, która wydawała mu się pozbawiona sensu. Tymczasem gość z kominka postanowił przyjść całym ciałem.
– Gdzie on teraz jest?
– Śpi na górze. – Nagle usłyszał kroki. – Alastorze, nie!
      Ktoś był już na pierwszym pietrze. Remus wtulił się mocniej w poduszkę, zakrywając twarz, ale nikt nie otworzył drzwi. Słyszał tylko jak szeptem rozmawiają. Słyszał wszystko bardzo wyraźnie.
– Alastorze, nie! Daj mu normalnie spać. Dużo dzisiaj przeszedł! – Nastała chwila ciszy. Remus prawie czuł napięcie pomiędzy dwoma osobami. W końcu jego uszu dobiegło westchnięcie i oddalające się kroki.
– Jutro przyjdę do ciebie po posiedzeniu i powiem ci, o czym mówiliśmy. Elfias ma podobno jakąś ważną sprawę. Ciekawe, o co chodzi? Ostatnio ''ważną sprawą'' było znalezienie obrazu przedstawiającego zakapturzoną postać, którą miał być Śmierciożerca. Okazało się, że to namalowany przez jakiegoś nieżyjącego więźnia-artystę wizerunek dementora. Nie wiem, jakim cudem Dumbledore się z nim przyjaźni. On jest taki... inny od Albusa! Dumbledore ma oczywiście dobre serce; przyciąga miliony... Ale na brodę Merlina! Oni nie mają żadnych wspólnych tematów! Już z Aberforthem lepiej by się dogadywali!
       Rozmowa zeszła na dalsze tematy. Remus nie zasnął aż do rana. Wyszedł z pokoju i zszedł do kuchni udając, że przespał chociaż pół nocy; nie chciał niepokoić taty.
– Lepiej się już czujesz?
– Tak... I myślałem... Chyba wrócę już do Hogwartu.
– Co? Do Hogwartu? Tak wcześnie? Przecież ledwo wczoraj... Na pewno nie musisz trochę... ochłonąć?
– Nie. Wszystko dobrze – zawahał się. – I w ogóle nie chcę mieć zaległości. Ty musisz pracować... Lepiej będzie jak wrócę do szkoły.
    To było prawda. Nauka nie pozwoliłaby mu myśleć o tym wszystkim, a tata nie musiałby rezygnować z posiedzeń całego tego Zakonu Feniksa. Chciał teraz po prostu oddalić się na razie od tego domu pełnego wspomnień o mamie. To było zbyt bolesne.
      W końcu jego ojciec zgodził się, gdy stwierdził, że ''rzeczywiście jakoś sobie radzi''. Wrócił do szkoły, ale nawet nie był w nastroju, żeby się uczyć. Przepisywał bezmyślnie notatki i nie robił nic poza tym. Syriusz, James i Peter spoglądali na niego z mieszanką współczucia i strachu.
     Potter i Black zapomnieli nawet o dręczeniu Snape'a i innych "ulubionych" Ślizgonów. Ważniejszy był dla nich przyjaciel. Nie wspominali przy nim o jego matce, ani nie próbowali go na siłę uszczęśliwiać.
        Nawet nauczyciele, po których rozeszła się wieść o tragedii w jego rodzinie, nie pytali go na lekcjach. Współczująco patrzyli na niego zaś, gdy nie zgłaszał się do odpowiedzi, co zdarzyło się chyba pierwszy raz od trzech lat!
– Remi... Uśmiechnij się chociaż na chwilę – poprosił James miesiąc później. Była już znaczna poprawa w psychice Lupina. Zgłaszał się na lekcjach i nie był już tak obojętny oraz apatyczny. Nadal jednak się nie śmiał, ani nawet nie uśmiechał.
         Ale mimo to kąciki jego ust leciutko zadrżały. James widząc to uśmiechnął się szeroko.
– No! Już lepiej!
       Remus nie chciał się nikomu zwierzać z tego, co go gryzie, ale jednak zrobił to. Jakiś tydzień po pogrzebie matki przyjaciele tak bardzo się o niego martwili, że w końcu im powiedział, jak zabił matkę. Mimo że powiedzieli dokładnie to samo, co jego ojciec, poczuł się lepiej. Właśnie w takich chwilach cieszył się, że ma takich przyjaciół; można się z nimi pośmiać i pożartować, ale gdy przychodzi co do czego, potrafią się opanować. Dwa lata później ich przyjaźń tylko bardziej się zacieśniła.

*** 
– Hej, Remusie! – krzyknął Syriusz z drugiego końca pokoju wspólnego. Podszedł krokiem dumnym jak paw i usiadł w fotelu obok. Nachylił się ostentacyjnie i szepnął:
– Prawie się przemieniłem! Znaczy... Czułem, że coś ma się zaraz stać, ale znowu była ta blokada. Ale zobaczysz, w końcu mi się uda!
– Fajnie – Remus uśmiechnął się pierwszy raz od śmierci matki. Ale zaraz znowu powrócił do pisania wypracowania z Numerologii. Syriusz sięgnął po podręcznik i – nim Lupin zdążył go powstrzymać – otworzył na przypadkowej stronie.
– Ale to jest dziwne – skwitował.
– Uważaj, bo zaraz zdziwaczejesz, czytając to! – parsknął Remus i wyrwał mu książkę.
     Nagle do wieży Gryffindoru wpadł zdyszany James. Pociągnął Blacka i Lupina za sobą, gdy znów wybiegł. Wrzucił ich bezceremonialnie do jakiejś klasy i starannie zamknął drzwi. Odwrócił się do nich cały podekscytowany. Jego czarne włosy wydawały się być jeszcze bardziej rozwichrzone.
– Spójrzcie! – wyciągnął różdżkę i zacisnął mocno powieki. Nagle z głowy wyrosły mu malutkie rogi... jelenia?
       Syriusz spojrzał na nie z zazdrością i – by choć trochę naprawić swoją zranioną dumę – krzyknął złośliwie:
– Widać jesteś  j e l e n i e m ?
      James spłonął rumieńcem wstydu, ale szybko odparował:
– Ja przynajmniej choć trochę się przemieniłem. W zwierzę, nie człowieka!
– Syriusz – syknął cicho Remus, patrząc na niego ostrzegawczo, gdy Black otwierał usta. Ten zerknął na niego przelotnie. A potem, z pewnym ociągnięciem wymamrotał:
– Super, że ci się udało. Ja też dzisiaj prawie się przemieniłem, ale coś mnie blokowało. Znowu – skrzywił się. Nagle Remus przekrzywił głowę w bok, jakby nasłuchiwał.
– Co...?
– Peter – Uśmiechnął się Remus.
– To może go wpuścimy? – James otworzył drzwi, wychylił się przez nie i głośno zawołał Petera. W tym samym czasie Lupin i Black wydali ciche krzyki przerażenia. Szybko znaleźli się przy Potterze i wciągnęli go do środka.
– Rogi! – syknął Syriusz. James zbladł. Na jego szczęście nikt prócz Petera nie przechodził akurat korytarzem.
       Młody Pettigrew wszedł cicho do klasy i zanim zamknął za sobą drzwi, pisnął. Syriusz uderzył się dłonią w czoło z niemej frustracji. James zamknął drzwi i uśmiechnął się do Petera.
– Co się tak na mnie patrzysz? Rogi mi na głowie wyrosły, czy co? – Wszyscy wyszczerzyli do siebie zęby i wybuchnęli głośnym śmiechem.
      Potter machnął różdżką i rogi zniknęły.
– J-jak ci się to udało? – Peter nie mógł wyjść z podziwu nad zdolnościami przyjaciela.
– Ja też się dzisiaj prawie przemieniłem – dodał Syriusz lekko poirytowanym głosem z nutką zazdrości. Pettigrew i na niego spojrzał z podziwem. Jego oczy rozszerzyły się do ogromnych rozmiarów, a usta otworzyły. Nagle posmutniał.
– Tylko ja nadal nic nie umiem. Jestem do niczego.
– Nie martw się! Jak tylko opanujemy to do końca, pomożemy ci! A gdy już nam się to uda fajnie by było widzieć miny nauczycieli.
– No chyba jednak nie. – Remus przyjrzał się krytycznie Jamesowi. Ten już otwierał usta, gdy nagle Lupin zamarł.
– Ciii... – Znowu przechylił głowę i szeroko otworzył oczy, przez co wyglądał komicznie: jak zaciekawione dziecko. Nagle zbladł.
– Slughorn! Mamrocze coś o sali dwudziestej szóstej...
– No to co...? – szepnął Syriusz.
– To jest sala dwudziesta szósta!
       Zamilkli, czekając. Slughorn wolno przeszedł korytarzem, jednak nie wszedł do sali.
– Remusie, co byśmy bez ciebie zrobili. Stary Slughorn mógłby usłyszeć o czym mówimy!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rozdział piąty: Hogwart

 Tylko uważaj na siebie! Bądź grzeczny, dobrze się ucz, nie sprawiaj kłopotów i nie mów nikomu o... swojej dolegliwości. I pamiętaj, by po Uczcie Powitalnej iść do gabinetu dyrektora. Profesor Dumbledore chciał z tobą porozmawiać. Nie pakuj się w żadne kłopoty i pisz do nas. Często. Jeśli zobaczę, że nie piszesz, będę wiedziała, że stało się coś złego i od razu zabieram cię do domu. Och, Remusku! Jak ja będę tak tęsknić!  Hope uścisnęła syna, tak jakby właśnie umierał.
 Spokojnie, mamo. Będę grzeczny. Będę się dobrze uczył i nikomu nie mam zamiaru mówić o tym... Och!  Matka uścisnęła go jeszcze mocniej, prawie łamiąc mu żebra.  I nie pozwolę ci, mamo, wziąć mnie z Hogwartu, zbyt długo czekałem.
 No, Remusie. Trzymaj się. Bądź grzeczny i się ucz! A teraz szybko do pociągu, bo ci jeszcze odjedzie  powiedział z uśmiechem Lyall.    
       Chłopak został jeszcze raz uściśnięty przez dwójkę rodziców i ciągnąc swój kufer wszedł do pociągu. Ostatnie dzieci weszły i po chwili maszyna mknęła w dal. Remus szedł szukając jakiegoś przedziału. Z jednego z nich wyszła Lily i jakiś blady chłopak z haczykowatym nosem i tłustymi włosami.
 Och, witaj Remusie. To Severus. Mówiłam ci o nim, pamiętasz?  zagadnęła nadal lekko oburzona.
 Cześć. Coś się stało?  zapytał, widząc miny dwójki czarodziejów.
 To tylko spotkanie z idiotami. Nie chce mi się o tym mówić... To... Cześć!  odparła i razem z chłopcem poszła dalej, ciągnąć swój kufer.
    Remus patrzył za nią chwilę zdziwiony i poszedł w drugą stronę. Jak się okazało jedynym w miarę wolnym przedziałem był ostatni, gdzie siedzieli Syriusz i James.
 O, Remus!  krzyknęli jednocześnie.
 Wolne?  spytał.
 Jasne, wsiadaj! Właśnie rozmawialiśmy o osobach, które świadomie chcą iść do Slytherinu. Takich powinno się zamknąć w Azkabanie!  krzyknął James.  O, masz sowę! Jak się nazywa?
 Nów.
 Uuu.. Czemu?
 A tak jakoś. Nie mogłem wymyślić żadnego imienia i... akurat był nów. A jak się nazywa twoja?  Wskazał głową na złotą klatkę ze śnieżnobiałą sową.
 No właśnie nie wiem, jak ją nazwać!
     Po kilkunastu propozycjach i kilkudziesięciu minutach Syriusz wpadł na pomysł, by szukać po rzeczach, które się lubi. W końcu James nazwał sówkę Znicz.
      Gdzieś około południa po korytarzu przeszła miło wyglądająca kobieta z wózkiem wypchanym słodyczami. Chłopcy rzucili się na niego łapczywie. Potem gadali, wymieniali się kartami z Czekoladowych Żab i grali w Eksplodującego Durnia. W końcu zaczęli na zmianę próbować Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta.
     Aż w końcu nadszedł ten czas, gdy wszyscy przebrali się w szaty czarodziejów i wyszli na korytarz. Pociąg zaczął zwalniać i zatrzymał się na peronie w Hogsmeade. Uczniowie wysypali się z wagonów jeden po drugim, jednak mimo całego rozgardiaszu Remus, James i Syriusz nie rozdzielili się. Stali w zbitej kupce i tak jak reszta pierwszoklasistów nie wiedzieli, co ze sobą zrobić.
    Przedstawiciele starszych klas gdzieś zniknęli. Panika ogarniała powoli wszystkich zgromadzonych. Wszystkich prócz przyszłych Huncwotów tej szkoły i gdy rozmawiali zawzięcie o tajnych skrótach i wyjściach z Hogwartu czekających na odkrycie, podszedł do nich niski, pulchny chłopczyk o szarawych włosach i przerażonym spojrzeniu.
 Cześć. Jestem Peter Pettigrew. Wiecie gdzie mamy dalej iść? Inni zniknęli, a my nie mamy gdzie iść i jak teraz trafimy do zamku, jak nie mamy gdzie iść, no bo ja nie wiem i nikt tego nie wie, więc może wy wiecie, gdzie iść?  bełkotał tak chwilę i spojrzał na nich błagalnie.
    James i Syriusz wymienili zdziwione spojrzenia. To Remus odezwał się do chłopca:
 My też nie wiemy, ale na pewno ktoś zaraz przyjdzie. Ja jestem Remus Lupin. To James Potter i Syriusz...
 ... Black, ale nie miej uprzedzeń! Jestem inny od mojej rodziny, nie znoszę ich i nie mam nic do mugoli, więc jeśli...  przerwał mu Black, który nie wiadomo czemu, zaczął się denerwować na Petera.
 ... Więc nie musisz myśleć, że to kolejny czystokrwisty idiota  dodał Remus, czując ukrytą intencję kolegi.
 Lepiej uważaj, Lupin, kogo nazywasz idiotą  rzekł ktoś, przeciągając ostentacyjnie sylaby. James, Syriusz, Remus i Peter odwrócili się jak na komendę.  Tak się składa, że ja wiem o TWOIM drzewie genealogicznym i wiem, że twój ojczulek zmieszał się z mugolką. Nie masz się więc czym szczycić. Półkrew jest prawie tak samo... odrzucana, jak krew szlam.
 Nikogo nie obchodzi czystość krwi, tylko to jaki jest! – krzyknął James.  Przynajmniej nikogo normalnego.
 Właśnie, ty...  zaczął Syriusz, tak jak James broniąc Lupina.
 Leo Cordiannus. A wy – Spojrzał na Pottera i Blacka.  Powinniście wreszcie przejść na właściwą stronę. Czystą stronę. Jeśli wiecie co mam na myśli...
– Nie, dzięki  odpowiedział James zjadliwie.
 Sami wiemy, którą stronę wolimy, nie potrzebujemy pomocy takiego czegoś jak ty  dodał Syriusz i oboje zaśmiali się, jakby właśnie opowiedzieli jakiś dobry dowcip.
 A teraz spadaj! Psujesz nasze powietrze swoją brudną czystością!
 Jeszcze tego pożałujecie, a jeszcze bardziej TY pożałujesz!  Wskazał palcem Lupina i odszedł. Syriusz i James spojrzeli na niego zaniepokojeni.
 Remusie, co on miał na myśli? Dlaczego ciebie tak nienawidzi? Zrobiłeś mu coś? Znacie się?  dopytywali.
 Tak jakby... Jego ojca zna mój ojciec. Razem pracowali, ale raz mieli bardzo ciężką misję i mój tata nie zdążył pomóc jego ojcu. Zaatakowano go i zmarł, a jego żona oskarżała o to moją rodzinę. Wizengamot oczyścił tatę z zarzutów, ale Leo i jego matka chyba nie zamierzają zapomnieć. Nawet nie wiedziałem, że Cordiannusowie mieli dziecko. I to w tym samym wieku – wyjaśnił.
 Ciężką misję? Gdzie pracuje twój ojciec?  spytał James, ale Remus nie zdążył odpowiedzieć, bo wielka postać szła ku nim z latarnią.
 Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie! No, zbierzcie się, szybko!

    Do stresu związanego z Ceremonią Przydziału doszły rozważania o groźbie Cordianussa. Tiara Przydziału długo zastanawiała się, dokąd Lupina przydzielić. Mruczała coś pod nosem o Ravenclowie, jednak koniec końców głośno wykrzyknęła: GRYFFINDOR. Syriusz, który także tam trafił, klepnął go przyjacielsko po ramieniu. Chwilę później dołączyli do nich Peter i James. Ten pierwszy wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć, na szczęście na widok jedzenia nabrał kolorów.
    Zaraz po skończonej uczcie chłopak rozdzielił się i udał do gabinetu Dumbledore'a. Wyglądał prawie tak samo, jak za czasów Dippeta, jednak tym razem na żerdzi siedział średniej wielkości ptak. Zaskrzeczał przyjaźnie na jego widok.
– Gratuluję, Remusie, zostania Gryfonem. Mam nadzieję, że poczujesz się w nim jak w domu.
– Dziękuję, profesorze.
– Nie prosiłem cię tutaj jednak tylko po to, by gratulować. Musimy rozwiązać sprawę twoich przemian na terenie szkoły.
    Chłopak zwiesił głowę i nic nie powiedział. Zastanawiał się całe wakacje, co mógłby zrobić, jednak nic nie wymyślił.
– Zasadziłem na terenie szkoły pewne bardzo specyficzne drzewo. To Wierzba Bijąca. Strzeże wejścia do tunelu, który prowadzi do niezamieszkanego domu w pobliskiej wiosce. Szkolna pielęgniarka, pani Pomfrey, wszystko już wie. Zaprowadzałaby cię tam i wracała do ciebie po pełni, by udzielić pomocy medycznej.
– Dziękuję i przepraszam, że sprawiam tyle problemów.
    Dyrektor zaprzeczył temu i wpatrzył się w niego zza okularów. Lupin znowu poczuł się, jakby mężczyzna zajrzał mu w duszę.


     Remus obudził się i spojrzał przez okno. Deszcz bił zawzięcie o szyby i chłopak zdziwił się, że nie obudził się wcześniej. Spojrzał na łóżka Jamesa, Syriusza, Petera i Stevena, który także należał do Gryffindoru.
      Wstał, przeciągając się ostrożnie, wziął swoje rzeczy i skierował do łazienki. Kiedy wrócił, chłopcy nadal spali. Lupin zszedł do Wielkiej Sali na śniadanie, a jakieś piętnaście minut po nim przyszedł James.
 Hej  mruknął na jego widok.  Nie spałem pół nocy przez ten deszcz! Zasnąłem dopiero nad ranem. Była chyba trzecia...  I klapnął na ławkę. Sięgnął po najbliższą kanapkę i zaczął ją konsumować bez większego apetytu.
     Po chwili dołączył się Syriusz z drepczącym za nim Peterem i zapytał z urazą:
 James, dlaczego na mnie nie czekałeś, idioto?  Ten spojrzał na niego nieprzytomnie i wybełkotał coś co brzmiało ''Byłem zmęczony... głodny... zapomniałem...''. Młody Black przyjrzał mu się krytycznie i głośno zaśmiał.
 Spoko, stary! Przecież żartowałem! Ja też się obudziłem, ale potem zasnąłem.
      Peter nic nie powiedział, tylko usiadł obok Lupina i przenosił wzrok z Jamesa na Syriusza, z Syriusza na Remusa, a z Remusa z powrotem na Jamesa.
      W milczeniu zjedli swoje śniadanie i czekali aż profesor McGonagall rozda im plany zajęć. Kiedy już je dostali okazało się, że cała czwórka chłopców ma takie same lekcje.
       Wrócili do dormitorium po torby z książkami potrzebnymi do dzisiejszych zajęć. Razem też weszli do klasy Historii Magii. Uczył jej bardzo stary profesor Binns. Był w tak podeszłym wieku, że wielu zastanawiało się, jakim cudem ma jeszcze siły chodzić i w ogóle czytać swoje nudne notatki.
       Usiedli obok siebie i czekali. Drzwi powoli otworzyły się i do klasy wszedł sam profesor Binns. Spojrzał po wszystkich nieprzytomnym wzrokiem i skierował się wolnym krokiem ku katedrze. Wyciągnął z teczki kilka zwojów pergaminu i boleśnie powoli oddzielił je na równe rządki.
        Podniósł jeden z nich i po chwili okazało się, że to lista obecności. Czytał powoli, bardzo znudzonym głosem. Gdyby uczniowie co chwilę nie odpowiadali ''jestem'', albo ''obecny'', cała klasa zasnęłaby prawie natychmiast.
        Odłożył pergamin i wziął następy. 
 Kontrakt goblinów z czarodziejami z 1774  przeczytał.  Kontrakt goblinów z czarodziejami z 1774 roku jest najmniej znanym kontraktem. Sami nie znamy wszystkich jego zasad, a większość z nich jest po prostu czystym domysłem. Nie znaczy to jednak, że nie jest on przynajmniej po części zgodny z prawdą...  Już po chwili większość uczniów drzemała z rękami na blatach swoich pulpitów. Głowy zwiesiły się sennie. Tylko Remus oparł się usypiającym wpływom profesora i co jakiś czas skrobał jakąś króciutką notatkę.
        Kiedy zabrzmiał dzwonek, wszyscy ocknęli się nagle i przez chwilę rozglądali nieprzytomnie. Potem zebrali swoje rzeczy i szybko opuścili klasę.
 To chyba najnudniejsza lekcja historii w historii Hogwartu!  oburzył się James i spojrzał na Syriusza, tak jakby właśnie opowiedział dobry dowcip i czekał na śmiech. Ten jednak tylko uśmiechnął się krzywo i nic nie odpowiedział.  Syrek, co jest?
 Nic. Tylko, że ja już się do tych historycznych nudności przyzwyczaiłem w domu. No i myślałem, że chociaż tu będę miał spokój. Marzenie ściętej głowy...
 Oj tak... Ściętej głowy...  zawył duch. Był to Prawie Bezgłowy Nick, który akurat przelatywał tym korytarzem. Jego ręka automatycznie skierowała się ku kryzie. Pociągnął za ucho i głowa odchyliła się, jakby była na zawiasach.
 Co teraz mamy?  zapytał Peter, próbując wygrzebać swój plan lekcji.
 Zaklęcia z Flitwickiem  odparł Remus i nagle odskoczył do tyłu; właśnie mieli skręcić korytarzem, gdy tuż zza niego wypadła Lily i prawie by na niego wpadła.
 Och, cześć Remusie! Lecę po swój podręcznik do zaklęć, kompletnie o nim zapomniałam!  krzyknęła w biegu i już jej nie było.
      Huncwoci poszli dalej i nagle zauważyli, że nie ma z nimi Jamesa. Cofnęli się kilka kroków i zobaczyli go stojącego sztywno. Syriusz pomachał mu ręką przed twarzą.
 Co jest? Żyjesz?
 Ty ją znasz...  szepnął James.
 Co?!  zdenerwował się Black.
 Nie! TY ją znasz. – Potter wskazał na zdziwionego Remusa.
 Ach! Lily! No tak... Poznałem ją na ulicy Pokątnej.
 Musisz mnie z nią poznać. Ona jest taka... taka... piękna!  krzyknął James. Syriusz spojrzał na niego ze strachem.
 Albo śniadanie było nieświeże, albo Binns tak nudził, że James oszalał. Albo i to, i to... Chodź!  Złapał Pottera za ramię i pociągnął za sobą.
       Kiedy doszli do klasy zaklęć James nadal miał rozmarzony wzrok. Profesor Flitwick kazał im ćwiczyć zaklęcie Wingardium Leviosa. James niezbyt skupiony na tej czynności machał tylko swoją różdżką. Brodę oparł o rękę i patrzył w przestrzeń.
 Wingardium Leviosa...  szepnął. Nic się nie stało. Po kilkunastu minutach w klasie latały tylko trzy piórka. Syriusza, Remusa i Lily.
 Brawo, Evans! Jesteś najlepsza!  krzyknął do niej James i odgarnął swoje i tak już rozczochrane włosy do tyłu. Lily tylko uśmiechnęła się lekko i powróciła do ćwiczeń.
        Nagle z sufitu zaczęło spadać konfetti. Remus pociągnął rękę Jamesa niżej i syknął mu do ucha. 
 Przestań! Patrz co robisz.  Ten rozejrzał się nieprzytomnie i opuścił dłoń z różdżką. Konfetti natychmiast zniknęło.
 Panie Potter! Proszę się skupić na zajęciach!  krzyknął profesor Flitwick.
    Koniec lekcji dobiegł już spokojnie. Nie licząc Blacka, Lupina i Evans, nikt nie zdołał podnieść swoich piór.
    Wyszli i skierowali się do klasy profesor McGonagall, która nauczała transmutacji. Gdy siadali na krzesłach do sali wbiegł kot z prostokątnymi obwódkami wokół oczu. Stanął przed katedrą nauczyciela i spojrzał na nich surowo.
    Nagle kot zaczął rosnąć jakby ktoś puścił filmik przyśpieszonego wzrostu rośliny. Postać wyprostowała się i zamiast kota stała tam sama profesor McGonagall.
 Witajcie  zaczęła.  To co właśnie zobaczyliście to transmutacja ludzka.
 Pani profesor...  A co to dokładnie znaczy?  zapytała Penelopa Midgde.
– Ludzi, którzy potrafią zmieniać się w dowolne zwierzę nazywamy animagami. To bardzo zaawansowana umiejętność i nie każdy jest w stanie nauczyć się zmieniać. Ministerstwo Magii zapisuje wszystkich animagów, by w razie czego móc interweniować.
 Pani profesor... Czy wilkołaki są animagami? Bo mój tata mówił, że nie  zapytał James.
 I miał rację. Wilkołaki nie są animagami, ponieważ ulegają przemianie wbrew swej woli.
     Przez całą następną lekcję profesor McGonagall opowiadała o różnych sposobach transmutacji, o trudnościach zaklęć i skupieniu, które pomagało, a  nawet było niezbędne do prawidłowej przemiany danej rzeczy. Uczniowie robili notatki i od czasu do czasu zadawali pytania.
     Gdy zabrzmiał dzwonek szybko opuścili klasę i weszli do Wielkiej Sali na obiad.
 Padam. To dopiero pierwszy dzień, a już musimy ćwiczyć zaklęcie dla Flitwicka, powtórzyć notatki na kartkówkę u McGonagall... Ludzie! To dopiero pierwszy dzień!  krzyknął James.
    Czwórka kolegów w milczeniu zjadła posiłek i udała się do pokoju wspólnego, by odpocząć przed następną lekcją.

Rozdział czwarty: List

     Sowa zastukała lekko w okno sypialni. Remus zerwał się szybko i otworzył je na oścież. Brązowy ptak wleciał do środka i upuścił gruby list na jego łóżko. Potem zawrócił i odleciał.
    Chłopak porwał szybko przedmiot, po czym przeczytał.



Pan Remus John Lupin 

Regent Street 16 
Londyn 
I piętro 
sypialnia    


      Szybko rozerwał kopertę i wyjął list:

SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA HOGWART

Dyrektor: Albus Dumbledore ( Najwyższy członek Wizengamotu, największy współczesny czarodziej, odznaczony Orderem Merlina I klasy, wybitny filozof... etc... etc... ) 
Szanowny Panie Lupin, mamy przyjemność poinformować Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Dołączamy listę podręczników oraz niezbędnego wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca. 
Z wyrazami szacunku, Minerwa McGonagall, zastępca dyrektora.


    Remus wstrzymał oddech już jakiś czas temu i dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Jeszcze kilka razy przeczytał list, nie mogąc uwierzyć w napisane tam słowa. Przez chwilę nawet pomyślał, że coś mu się pomyliło i, że źle odczytał literki.
     Stałby tak dalej, gdyby nie przyszła jego matka:
– Remusie, wołałam cię na śniadanie, nie słyszałeś? – I spostrzegła wtedy, że jej syn trzyma w rękach list. – Co ty tam masz? Pokaż.
     Szybko podeszła do syna i zajrzała mu przez ramię.
– Och! To list z Hogwartu! Ale... Albus dyrektorem? Kochanie! Wiesz, co to znaczy? Będziesz się uczył w Hogwarcie! Będziesz chodził do szkoły! – Przytuliła go mocno do siebie. Remus nic nie mówił – był w zbyt wielkim szoku. W objęciach matki uśmiechnął się jednak promiennie.
    Gdy do domu wrócił zmęczony ojciec chłopaka, od razu się rozpromienił. Wiedział ile dla Remusa znaczył Hogwart i cieszył się, że przez wilkołactwo jego syn nie zostanie jednak wyrzutkiem. Oboje rodziców dziwiło się nagłym awansem Dumbledore'a.
– Jeśli stary Dippet umarł to dziwię się, że nie ma tego w Proroku Codziennym – zastanawiał się głośno Lyall.
– A tam zawsze są najważniejsze informacje? – spytała Hope, która była przecież mugolką.
– Tak, to znaczy... To jest najsłynniejsze czasopismo czarodziejskie. Przeważnie kłamią i wszystko przekręcają, ale da się z niego wyczytać ważne informacje. Hmm... A może nie ma tam wzmianki o Dippecie, bo jest coś znacznie gorszego od śmierci jakiegoś czarodzieja? Może Dumbledore ma rację?
– Chodzi ci o Ciemne Moce, o których mówił? – zgadła Hope. 
– Tak.

     W kilka dni po otrzymaniu listu Remus wraz z matką i ojcem udał się na ulicę Pokątną, by kupić potrzebne mu rzeczy. Po wizycie w Banku Gringotta i kupnie potrzebnych składników, kociołków i innych tym podobnych rzeczy, rodzina Lupinów zawędrowała do Esów i Floresów. Niestety, w księgarni była długa kolejka i nic nie wskazywało na to, by szybko się przemieszczała.
      Rodzice dali Remusowi część pieniędzy i kazali mu kupić szaty, zwierzątko i oczywiście różdżkę, więc chłopak chętnie wyszedł na świeże powietrze. Wziął głębszy wdech i powrócił wspomnieniami do sklepu zielarskiego, gdzie matka prawie wygadała się o jego wilkołactwie.
     Jego rodzice od sześciu lat próbowali znaleźć coś, co wyleczyłoby go raz na zawsze i choć chłopak wiedział, że jest to niemożliwe, zdawał sobie sprawę, że bezczynność rodziców w tej sprawie by ich po prostu zabiła. Tak więc karmili się żmudną nadzieją i nie poddawali.
     Chłopak zatrzymał się przed sklepem z szatami i odczytał napis: Madame Malkin – szaty na wszystkie okazje.
     Wszedł do środka i rozejrzał się szybko. Na stołku stała ruda dziewczyna i czekała, aż szata, którą miała na sobie, będzie odpowiedniej długości.
– Hogwart, co? – spytała wesoło sprzedawczyni i spojrzała na Remusa jakby chciała to z niego wyczytać.
– Tak... Eee... – wystękał.
– Stań tam, zaraz ktoś się tobą zajmie.
      Stanął na wskazanym krześle i spojrzał na rudowłosą, która odwzajemniła spojrzenie zielonych oczu. Wydawała mu się bardzo ładna.
– Cześć, Lily Evans – zagadnęła.
– Cześć, Remus Lupin. Też pierwszy rok?
– Tak... – odpowiedziała i wylała z siebie nagły potok słów: – Wiesz, że ja nie wiedziałam w ogóle o istnieniu Hogwartu? Dopóki nie dostałam listu. Nikt z mojej rodziny nigdy nie był czarodziejem. Ale niedaleko mojego domu mieszka jeszcze jeden czarodziej. On też idzie do pierwszej klasy, na pewno się polubicie! – powiedziała to z takim przekonaniem, jakby widziała ich razem podczas wspólnych pogawędek. – Jest bardzo miły i w ogóle fajny. Tak się cieszę, że nie będę tam całkiem sama! A ty wiesz do jakiego pójdziesz domu? Bo Severus mówił coś o Slytherinie, Gryffindorze, Ravenclawie i Hufflepufie. Sam chciałby iść do ''Ślizgonów'', jak powiedział, ale ja jeszcze nie wiem. W ogóle boję się, że będę najgorsza w klasie, bo mam niemagicznych rodziców... – Zwiesiła smutnie wzrok, tak, jakby to Remus zaczął temat jej pokrewieństwa z mugolami. Od razu poczuł wyrzuty sumienia, choć cichy głosik w jego głowie tłumaczył, że przecież nic takiego nie zrobił.
     Remus szybko próbował wymyślić jak pocieszyć Lily, bo źle się czuł widząc ją smutną. W końcu udało mu się wystękać:
– Nie martw się. Mój tata mówi, że osoby urodzone w mugolskich rodzinach nie są wcale gorsze od tych z czystą krwią. Są nawet lepsi! A w ogóle to wszyscy zaczynamy od zera, nie?
– Naprawdę? Och, dziękuję, że mi to powiedziałeś, chyba było mi to potrzebne – powiedziała Lily i uśmiechnęła się do niego. – Ty jesteś czarodziejem czystej krwi?
– Nie, jestem półkrwi. Moja mama jest mugolką.
– Och, nie wiedziała...
– Nie szkodzi – wtrącił się chłopak. – Mnie to nie obchodzi. Czysta krew, brudna krew.. To jest jakieś chore! A ty jak myślisz?
– Tak samo. O, nie! Skończone! No to... Cześć. Zobaczymy się w Hogwarcie, Remusie. – Zeskoczyła ze stołka.
     Po chwili i Remus miał dobrze uszytą szatę. Zapłacił więc i poszedł do Ollivandera. W sklepie siedziało na ziemi dwóch chłopaków i czekało aż trzeci znajdzie swoją różdżkę.
– Cześć – zwrócił się Remus do czarnowłosego i okularnika i usiadł obok.
– Cześć – odpowiedzieli i spojrzeli na niego.
– Też do Hogwartu? – spytał okularnik.
– Tak... Jestem Remus Lupin – przedstawił się.
– James Potter. – Uśmiechnął się okularnik.
– Syriusz Black. – Czarnowłosy skrzywił się na dźwięk swojego nazwiska.
– Nie lubisz... – zaczął Remus.
– Swojego nazwiska? – wpadł mu w słowo Syriusz. – Tak. Nienawidzę rodu Blacków. Nie chcę być nigdy taki jak oni. Oni czczą... Co myślisz o czystej krwi i osobach urodzonych w rodzinach mugoli? – zapytał nagle.
    Remus wytrzeszczył na niego oczy. Dwaj chłopcy patrzyli na niego z powagą i czymś jeszcze w oczach. Tak jakby sprawdzali czy jest wart zaufania. Tak więc Remus odpowiedział zgodnie z prawdą:
– To dla mnie nie ma znaczenia. Czysta krew, brudna... To jakaś paranoja! – Ku jego zdziwieniu James i Syriusz uśmiechnęli się promiennie i spojrzeli porozumiewawczo.
– Wreszcie ktoś normalny! – powiedział z ulgą James.
– Bo wiesz... Moja rodzina czci i kocha czystą krew. Chcą abym był w Slytherinie, ale ja już bym nawet Hufflepuff wolał zamiast tego. Chociaż marzy mi się być Gryfonem. A wam? – spytał Syriusz.
– Ja chciałbym być dumnym i odważnym! – powiedział z uśmiechem James udając, że trzyma miecz.
– Ja też – przyznał mu rację Remus.
– Tamten chłopak tam – wskazał go palcem Syriusz – Też nie chce być Ślizgonem. Ale już pół godziny szuka różdżki. Znaczy tyle już czekamy. Jak się spóźnię przez niego do domu to... – ale najwyraźniej nie mógł wymyślić odpowiedniej kary.
     Po dwudziestu minutach chłopak znalazł swoją różdżkę i wyszedł. James przepuścił Syriusza ("Rodzice mnie zamordują, serio!'') i razem z Remusem czekali. Młody Black szybko znalazł swoją różdżkę.
      Godzinę później Lupin szedł w kierunku Magicznej Menażerii by kupić zwierzątko. Różdżka leżała bezpiecznie w torbie. Gdy wszedł do sklepu zauważył mnóstwo klatek, sów, kotów, szczurów, żab i skrzeku. Wszędzie cuchnęło karmą i odchodami. Dla Remusa, który miał wrażliwszy węch, była to istna tortura. Wręcz nie miał czym oddychać.
     Za ladą stała szczupła kobieta i właśnie wrzucała małe kawałki mięsa do akwarium z piraniami. Wytarła dłonie w fartuch i odwróciła się do niego.
– Mogę w czymś pomóc?
– Nie, tylko się rozglądam – odpowiedział i obszedł kilka klatek z kotami i szczurami. W końcu doszedł do półki z sowami. Były tam różne rasy, a każda miała inne, wyjątkowe upierzenie; były tam białe, czarne, brązowe i mieszane ptaki. Przyglądał się jednej brązowej sowie. Była taka piękna!
– Puszczyk mszarny. Bardzo mądre i przyjazne stworzenie. Dla tego nie mam jeszcze imienia, jest całkiem nowy. Chcesz go? – Sprzedawczyni stanęła za Remusem.
– Tak. Jest fajny. To... ile kosztuje?

     Już po chwili Remus wyszedł na ulicę pokątną z wielką klatką oraz torbą z szatą i różdżką. Wrócił do Esów i Floresów i zobaczył tam czekających rodziców.
– Co tak długo? – spytał ojciec.
– Trochę to trwało u Ollivandera i kupiłem sobie sowę.
       Pokazał im klatkę z ptakiem, który błądził wzrokiem po książkach i mijanych ludziach.
– Och! Jest prześliczna! Jak ją nazwiesz? – Ucieszyła się matka.
– Jeszcze nie wiem.
     Dzięki teleportacji łącznej powrócili do domu przy Regent Street i Remus poszedł obejrzeć nowe książki. W tym samym czasie zastanawiał się, jakie imię dać sowie. Z racji tego, że nie mógł wymyślić nic odpowiedniego, sięgnął do Historii Magii Bathildy Bagshot i próbował znaleźć ciekawe imię jakiegoś sławnego czarodzieja. Gdy nic takiego nie znalazł wpatrzył się w ptaka i zamyślił. Jak mógłby ją nazwać? Nagle do głowy wpadło mu rozwiązanie. Czego on, Remus, nie lubi? Oczywiście, księżyca. Przypomniał sobie fazy księżyca i rozwiązał problem. Jeśli nie ma księżyca to jest...
– Nów. Tak cię nazwę, dobrze? – Pytanie skierował do sowy, która zaskrzeczała przyjaźnie.

Rozdział trzeci: Zakon Feniksa i pogłoski

    Następnego ranka Remus wstał i przeciągnął się ostrożnie, gdyż rany po ostatniej przemianie jeszcze dawały o sobie znać. Podszedł ostrożnie do drzwi i wytężył swój i tak już wyostrzony słuch. Nie usłyszał żadnej rozmowy na dole, co znaczyło, że rodzice jeszcze śpią. Może to i lepiej, pomyślał.
    Dopiero wtedy zerknął na zegar ścienny. Było dopiero wpół do szóstej! Z westchnięciem opadł na łóżko, przetoczył się na plecy i wpatrzył w sufit. Hogwart. Jego największe marzenie. Kolejne, które zostało brutalnie odebrane i zniszczone. Hogwart. Ból w sercu robił się coraz większy. Zamknął oczy i prawie natychmiast poczuł ciężar pod powiekami. Łzy popłynęły, tworząc mokre dróżki. Dlaczego ja? Ponownie zadawał sobie to pytanie i za każdym razem ogarniało go większe obrzydzenie do samego siebie, bezradność i nieprzyjemny ucisk w sercu.
    Po pół godzinie się uspokoił. Leżałby tak dalej, gdyby nie skrzypienie podłogi i głośne – dla niego – kroki. Dwie osoby.
    Remus szybko, ale cicho wślizgnął się pod kołdrę i przewrócił na prawy bok, by mieć widok na drzwi.
    Ktoś zatrzymał się przed jego pokojem i wyraźnie się wahał. Chłopak szybko przymknął oczy w swój specjalny sposób. Rzęsy bowiem miał długie i potrafił tak przymknąć powieki, iż widział wszystko przez wąziutkie szparki, natomiast osoba z zewnątrz myślała, że śpi, albo ma po prostu zamknięte oczy.
    Drzwi uchyliły się lekko i Remus ujrzał swoją matkę przyglądającą się mu przez szparę w drzwiach. Za nią stał ojciec.
– Śpi... – szepnęła do męża i zamknęła delikatnie drzwi.
     Skierowali się do kuchni i zaczęli parzyć kawę. Po kwadransie zagłębili się w swoich ulubionych fotelach. Przez chwilę ciszę zagłuszało tylko siorbanie napoju, gdy w końcu przemówił Lyall Lupin:
– Albus Dumbledore zaczął zwoływać kilku ludzi do swojego... stowarzyszenia. Mówi, że obawia się w przyszłości czegoś bardzo złego. Jakiejś Ciemnej Mocy. Nie wiem co to może znaczyć, ale wydaje się mądrze gadać. Coś wisi w powietrzu, coś zaczyna zalatywać! Istoty magiczne zaczęły się buntować i zwiększyły swoją aktywność, dziwne zaginięcia i śmierci... Zakapturzone postacie... To wszystko, choć na pierwszy rzut oka nie trzyma się kupy, jest dość... podejrzane.
– Co masz na myśli, kochanie? Co ty planujesz? – spytała z lękiem Hope.
– Ten Zakon Feniksa, tak się chyba nazywa, z resztą tak słyszałem... Chce z TYM walczyć – odparł powoli.
– No i co? – Kobieta nie odpuszczała.
– Remusowi może grozić jeszcze większe niebezpieczeństwo. Zresztą, nie tylko jemu! Dlatego... dlatego chciałbym się zapisać do Zakonu Feniksa i pomóc Dumbledore'owi.
    W salonie zapadła cisza. Zakon Feniksa, Ciemne Moce, ''Remusowi może grozić jeszcze większe niebezpieczeństwo...''. Co to wszystko znaczy? Co się dzieje?!
– Lyall – szepnęła łamiącym się głosem Hope – Lyall...
– Kochanie, wiem, że to trudne, ale uwierz, tak będzie lepiej. Proszę.
– Lyall, dlaczego? Dlaczego akurat TY? Przecież będzie jeszcze wiele innych ludzi, lepszych. A ja nie chcę cię stracić. Nie mogę. Co z Remusem? Nie pomyślałeś o nim?
– Myślałem – zaczął się usprawiedliwiać mężczyzna, ale żona znowu mu przerwała:
– Nie! Nie myślałeś! I tak jest mu ciężko, a jak straci jeszcze ojca...
– A kto powiedział, że od razu straci?! Kto powiedział, że to jest niebezpieczne?! – Lyall podniósł głos, ale jeszcze nie krzyczał.
– Ty! Ty powiedziałeś, że to jest niebezpieczne!
– JA?! – zarzekał się czarodziej.
– Tak! ''Istoty magiczne zwiększyły swoją aktywność, dziwne zaginięcia i śmierci... Zakapturzone postacie...''! Sam tak mówiłeś! Dziwne zaginięcia, śmierci! Skąd masz pewność, że ciebie to nie spotka?! – krzyknęła Hope.
– Cicho, Remus się obudzi – uspokoił ją Lyall i po chwili dodał. – Nie przeczę, to jest niebezpieczne, ale nie chcę być coś jeszcze gorszego spotkało Remusa. Robię to dla niego... dla ciebie... dla nas.
     Hope załkała cicho.  Remus poczuł jakby właśnie się topił. Coś ścisnęło mu klatkę piersiową tak, że nie mógł oddychać.
– Grozi mi niebezpieczeństwo? Co takiego będzie dla mnie robił? Szedł na rzeź?! – szepnął sam do siebie.
– Pójdę... pójdę sprawdzić czy Remus śpi. – Usłyszał chłopiec i szybko zamknął oczy, uspokoił oddech.
     Drzwi zaskrzypiały cicho i Remus usłyszał ciężkie kroki ojca. Stanął nad łóżkiem i poprawił kołdrę. Potem pogładził go po włosach i szepnął:
– Mój synku... Mój biedny synku... – I wyszedł.

     Remus zszedł na śniadanie i zauważył brak ojca.
– Gdzie tata? – zapytał, stojąc jakby bezradnie.
– On... musiał wyjść. – Odpowiedź matki nadeszła szybko i była jak uderzenie bicza.
    Ojciec wrócił dopiero, gdy Remus był już w łóżku. Szeptem opowiedział żonie o swoim wstąpieniu do Zakonu Feniksa. Remus był w szoku. Nie spał całą noc, analizując sytuację. W końcu nastał świt i ojciec znowu zniknął. Chłopak zaczął się niepokoić, że ma to coś wspólnego z owym Zakonem i już chciał się spytać o to matki, gdy w porę ugryzł się w język. Jeśli teraz się zdradzę, że słyszę lepiej, oni będą bardziej uważać i już nigdy nie dowiem się prawdy, upomniał sam siebie.
    Z tą myślą musiał żyć przez rok, tak jak i z myślą, że nigdy nie obejrzy już tego ogromnego zamku, gdzie czarodziejska moc była codziennością. Gdzie on mógłby się poczuć normalnym.
    Lecz nie podejrzewał, że niektóre marzenia mogą się spełniać...

Rozdział drugi: Profesor Dippet i profesor Dumbledore

    Z czasem Remus nauczył się ukrywać swoje uczucia i grać nimi, gdy tylko wydawało mu się to potrzebne. Widział smutek i cierpienie na twarzach swoich rodziców i wiedział, że zadręczają się z jego powodu.
    Przez jego przypadłość ojciec prawie stracił pracę. Do dziś Lupinowie nie wiedzą, co takiego zrobił Lyall, że go nie zwolnili. Sam nie chciał się przyznać.
     Od czasu ukąszenia państwo Lupin opiekowali się swoim jedynym synem tak, jakby był zrobiony z porcelany, albo gdyby był skorupką jajeczka. Remus ubolewał nad tym, bo nie chciał być ciągle w centrum uwagi. Po kilkunastu miesiącach sytuacja trochę się poprawiła. Hope i Lyall przyzwyczaili się w pewien sposób do odmienności ich syna, ale Lupin nadal widział ból ukryty głęboko w oczach swoich rodzicieli.
      Z roku na rok, gdy Remus stawał się coraz starszy i rozumiał coraz to więcej rzeczy, zaczął myśleć o Hogwarcie. Czy byłby czarodziejem? Jego matka była mugolką, ale ojciec... ojciec nim BYŁ. Jednak zaraz po pojawieniu się tych myśli, w jego głowie odzywał się cichy głosik: Nawet jeśli będę czarodziejem, nie dostanę się ani tam, ani do żadnej innej szkoły, bo jestem jaki jestem.
    Nadzieja, która zaczęła kwitnąć, gdy miał siedem lat powoli, ale nieustannie się wypalała. Racjonalne myślenie wypychało marzenie. Wiedział, że jako wilkołak będzie nikim, lecz zdarzył się dzień, kiedy jego matka nie mogła już znieść bólu syna i jego wystawionych na stracenie marzeń. Zabrała go do Hogwartu.
                               
                                                                                                    ***

     Remus Lupin miał już dziesięć lat. Właśnie wstawał na śniadanie, gdy usłyszał głos matki.
– Lyall, spójrz! Profesor Dippet napisał, że możemy przyjść dzisiaj o godzinie 18! Czyli jest nadzieja! Jak zobaczy Remuska, od razu go przyjmie!
– Hope, nie nakręcaj się tak, proszę. Nie chcę, żebyś potem cierpiała... – odparł jej mąż.
– Co masz na myśli? – Zdenerwowała się kobieta. – Sądzisz, że nie ma już żadnej nadziei? Żadnej szansy dla Remusa? Jak moż...
– Nie! Hope! Po prostu... po prostu... Ech, nie wiem jak to powiedzieć... Nie chodzi mi o to, że nasz syn nie zostanie przyjęty, ale spójrz na niego! Nie pamiętasz jak się napalił na szkołę? I nie pamiętasz jak cierpiał, gdy w końcu zrozumiał, że z tego nici? Nie chcę znowu tego widzieć. Nie chcę widzieć krzywdy na twarzy mojego dziecka! – zawołał desperacko.
– Kochanie... – szepnęła Hope. – Wiem... wiem, ja też nie chcę. Ale musimy spróbować. Dla Remusa. Jak mogłabym mu potem spojrzeć w twarz i wiedzieć, że nawet nie próbowałam? Ja tak nie mogę , John. Pojedziesz dzisiaj z nami do Hogwartu? – spytała szeptem, przytulając się do męża.
– Niestety, nie mogę. Mam we Włoszech sprawę wampira. Pozwoliliśmy mu ''żyć'' – parsknął śmiechem, jakby to był dobry dowcip. – Jeżeli obieca nam nie torturować ofiar i nie siać paniki. Niestety, ledwo tydzień i już plolicja... mlilicja... bonicja...?  Mniejsza z tym... Służby specjalne opowiadają o jakieś złej mafii, która porywa osoby albo rozszarpuje ich ciała. Ślady krwi na ulicach, nagłe zniknięcia pasażerów całego autobusu. Koszmar. I ja mam tam wracać. Ten wampir ma już jakieś pięćset lat, na Merlina! Jak ja mam go schwytać?
      Do pokoju chłopca dobiegł dźwięk pięści uderzającej o stół
– Auu! Głupia kawa! – krzyknął ojciec dziecka.
    Remus uznał, że dłuższe udawanie spania po tak głośnym zachowaniu ojca byłoby wielce podejrzane. Udał, że dopiero się rozbudza. Potem wszedł do łazienki i wziął szybki prysznic uważając na ostatnio zdobyte podczas przemiany ranki i przecięcia. Rozczesał swoje lekko rozczochrane mysie włosy i zszedł na dół. W kuchni siedziała już jego matka i patrzyła jak ojciec sprząta roztrzaskany kubek po kawie.
– Już nie śpisz – powiedziała, gdy tylko go ujrzała.
– Taak...
– To moja wina, Remi... Przepraszam – Usprawiedliwił się ojciec, patrząc na niego ze zmieszaniem.
– Nie szkodzi, tato. Już się wyspałem.
     Mama podała mu wkrótce śniadanie i wszyscy jedli w milczeniu. Po kilku wymienionych przez panią i pana Lupin znaczących spojrzeniach, Hope podniosła wzrok znad talerza i powiedziała:
– Remusie, profesor Dippet, dyrektor Hogwartu zaprosił nas do siebie, byśmy zobaczyli szkołę i zdecydowali, czy masz się w niej uczyć... Cieszysz się? – To ostatnie pytanie powiedziała z lekką nutą lęku w głosie, na co jej mąż spojrzał na nią dziwnie.
    Młody dziedzic Lupinów spojrzał powoli na matkę (sztukę aktorską miał wyćwiczoną do perfekcji) i otworzył szeroko oczy. Rozchylił lekko usta, znowu je zamknął i przemówił:
– Zaprosił? Dyrektor? Do Hogwartu? Czy to znaczy, że będę mógł się uczyć?!  – I nareszcie, po kilkunastu minutach męczarni, wreszcie mógł opuścić maskę ''obojętności'' i pozwolić zawitać na jego twarzy nadziei. Jego znienawidzonemu uczuciu. Uczuciu, które zawsze pozostawiało po sobie gorycz, smutek i żal. Złość i - w jego przypadku - obrzydzenie.
– Prawdopodobnie tak, kochanie! Ale jeszcze to przemyślę. Po historiach twojego ojca nie wiem czy Hogwart to dobra szkoła – Remus wiedział o co jej chodzi. Chciała mu obrzydzić Szkołę Magii i Czarodziejstwa, by ból po stracie nadziei był mniejszy. Jednak na niego to nie działało, bo on TEŻ słyszał te opowieści i historie.
    Po śniadaniu wszyscy ładnie się ubrali i wyszli. Ojciec Remusa musiał iść do pracy, dlatego wezwał dla swojej żony i syna Błędnego Rycerza i dał im kilka czarodziejskich monet. Wszyscy pożegnali się podekscytowani.
     Po długiej podróży trzypiętrowym, wściekle zielonym (''Jutro przefarbujemy, co nie, Ern?'') autobusem wyszli na szarą uliczkę Hogsmeade i rozejrzeli się wokoło.
– Mamy jeszcze dużo czasu. Co powiesz, Remusie, na zwiedzenia tej... wioski?
– Tak! Będzie fajnie! – Ucieszył się chłopiec.
    Byli w Miodowym Królestwie i Pod Trzema Miotłami. Zwiedzali też wiele innych ciekawych sklepów, a także oglądali różnej wielkości sowy w Magicznej Poczcie Czarodziejskiej.
    W końcu nadszedł czas na spotkanie w szkole. Ruszyli szybko w stronę ciemnej sylwetki zamku. Stanęli przed wysoką bramą. Po chwili z zamku wyszedł jakiś garbaty człowiek z latarnią i zaprowadził ich do środka. Gdy prowadził ich do gabinetu dyrektora, co chwilę spoglądał na chłopca, jakby jego nienaganne zachowanie, lśniące oczy i co chwilę odwracana głowa, by obejrzeć te wszystkie cuda zamku, wydawały mu się podejrzliwe. Burknął coś, westchnął i stanął. Chwilę pomasował się po brodzie i nagle podskoczył jakby coś sobie przypomniał.
– Sorbet czekoladowy! – wycharczał gderliwie i odszedł zostawiając oniemiałych Lupinów samych z ruchomą chimerą, która posunęła się nagle, przepuszczając ich. Oczom chłopca ukazały się ruchome schody. Hope zapukała kołatką w kształcie gryfa.
– Proszę! – Usłyszeli znudzony głos i drzwi otworzyły się nagle.
    Za biurkiem w okrągłej komnacie siedział stary czarodziej i czytał jakieś papiery. Podniósł wzrok na gości i poprawił sobie okulary.
– Usiądźcie, proszę – Wskazał im dwa krzesła naprzeciwko biurka. Oboje opadli na nie cicho i wpatrzyli się w twarz dyrektora. Ten ponownie zaczął czytać swoje pergaminy. Po dziesięciu minutach Remus zaczął się niecierpliwić. Jak długo mają jeszcze czekać?
    Wpatrzył się w czarodzieja stojącego przy oknie. Był wysoki i szczupły. Brodę miał długą i przeplataną srebrnymi pasmami. Na nosie, który wyglądał jakby był złamany przynajmniej w dwóch miejscach, spoczywały okulary-połówki. Mężczyzna odwzajemnił spojrzenie. Oczy miał niebieskie, a Remusowi wydawało się, jakby prześwietlał go na wylot. Szybko odwrócił wzrok.
    W końcu profesor Dippet westchnął, przetarł ręką czoło i odłożył papiery. Westchnął jeszcze raz i spojrzał na matkę, a potem na chłopca. Tylko raz, szybko, ledwo kilka sekund.
– O czym chciała pani ze mną porozmawiać? – Hope spojrzała szybko na syna, teraz wyszło na jaw, że go okłamała. Przełknęła ślinę i powiedziała:
– O przyjęciu mojego syna do tej szkoły.
– Nie widzę specjalnej potrzeby. Za... rok. Doszedłby list – odparł chłodno.
– Tylko, że... Remus jest... On jest chory.
    Dumbledore spojrzał z zaciekawieniem na chłopca, który wbił wzrok w podłogę. Profesor Dippet zdawał się myśleć o czymś innym.
– Mamy fachową opiekę medyczną, jestem pewien, że...
– On jest chory w INNYM sensie... – przerwała mu kobieta i znowu się zacięła.
– W innym... - powtórzył profesor. – To znaczy jakim?
   W gabinecie zaległa cisza. Po co ona mnie tu brała, myślał Lupin. Od samego początku wiedziałem, że mnie nie przyjmą.
– No, proszę pani! O co chodzi?
– Remus... Mój syn... on... On cierpi na... Choruje na... Likantropię... – wydukała w końcu pani Lupin, mówiąc ostatnie słowo prawie szeptem.
    Atmosfera w gabinecie zgęstniała. Dippet zmarszczył czoło, oczy rzucały groźne błyski. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy czarodziej stojący pod oknem rzekł szybko:
– Zapowiada się nudna rozmowa. Chodź Remusie, pokażę ci szkołę i błonia. Jezioro jest naprawdę piękne o tej porze. – I wyprowadził szybko chłopca z sali.
    Gdy szli, tylko się na niego patrzył. Jak ma z nim porozmawiać? W jego oczach czaiła się inteligencja i zrozumienie, ale czy na pewno? Przecież to jeszcze dziecko! Ledwo dziesięciolatek!
    Wkrótce doszli na błonia. Pierwszy odezwał się Remus:
– Profesor Dippet nie przyjmie mnie do szkoły - rzekł tak, jakby mówił o kimś innym.
– A dlaczegóż to?
    Chłopiec spojrzał na niego z politowaniem w oczach.
– Przecież pan wie.
– Nie wiem, naprawdę.
– Jestem wilkołakiem – odparł z nutą obrzydzenia w głosie.
– A co to ma do rzeczy? W czym ci to przeszkadza? – zapytał zdziwiony mężczyzna i spojrzał uważnie na dziecko.
– Jak to w czym? Jestem wilkołakiem! Jestem niebezpieczny! – prawie krzyknął Remus. – Nigdzie nie ma dla mnie miejsca, nikt mnie nie chce! Zdążyłem się przyzwyczaić... – To ostatnie powiedział prawie szeptem. W jego inteligentnych oczach pojawił się smutek i bezgraniczny ból, w którym można było utonąć. Ku zgrozie mężczyzny w zielonych oczach czaiło się też obrzydzenie do samego siebie.
    Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore zaniemówił chyba po raz pierwszy od bardzo wielu lat. Nie wiedział co powiedzieć chłopcu, który nosił tak ciężkie brzemię na sobie.
– Idzie moja mama – uprzedził go Remus i rzeczywiście. Chwilę potem usłyszeli kroki, a może usłyszał je tylko Albus, bo chłopak wyglądał jakby słyszał je już wcześniej.
    Albus spojrzał w tamtym kierunku. Po błoniach szła kobieta a na jej twarzy widniało ogromne rozczarowanie. Po chwili zniknęło, gdy zaczęła się zbliżać do dwójki ludzi; prawdopodobnie chciała je ukryć przed synem.
– Ona jeszcze nie wie, że ja wiem lepiej – szepnął Remus jakby zapominając, że nie jest sam.
    W końcu matka stanęła przed chłopcem. Zawahała się chwilę i rzekła powoli:
– Ta szkoła mi się nie za bardzo podoba. Myślę, że lepsza będzie nauka w domu...
– Ja też tak myślę – odpowiedziało dziecko perfekcyjnie ukrywając rozczarowanie.
– Bardzo panu dziękuję za przypilnowanie syna. Do widzenia – pożegnała się matka.
– Och, to drobnostka! Do widzenia.
     Gdy chłopiec przechodził obok patrzył mu w oczy i Albus zauważył spojrzenie mówiące: ''A nie mówiłem?''. Wszelkie uczucia z owych oczu zniknęły. Wtedy to Albus postawił sobie za nowy życiowy cel ujrzenie tego chłopca z Tiarą Przydziału na głowie. Prawie krzyknął za odchodzącą parą:
– Mam takie przeczucie, Remusie, że jeszcze się zobaczymy. Prędzej niż myślisz! – Nikła nadzieja na twarzy chłopca ukoiła trochę jego nerwy.
    Gdy wrócił do zamku wciąż dręczyły go te słowa: ''Ona jeszcze nie wie, że ja wiem lepiej... Ona jeszcze nie wie, że ja wiem lepiej...''. Co to może znaczyć? Szybko skierował się do biblioteki.
– Dobry wieczór, Irmo... – zwrócił się do bibliotekarki pani Pince. – Chciałbym jakąś książkę o wilkołakach.
– Ale mam nadzieję, że żaden pana nie ugryzł! – zakrzyknęła zdenerwowana.
– Och, nie, nie. Nic z tych rzeczy! Po prostu... – Zawahał się. – Po prostu to bardzo interesujące istoty, a ja zawsze muszę wiedzieć wszystko o tym, co mnie interesuje - wybrnął Dumbledore z uśmiechem.
– To dzięki Bogu! Wilkołaki są okropne! Gdybym była Ministrem Magii kazałabym wszystkie od razu wytępić! – odparła pani Pince i ruszyła na poszukiwania odpowiedniej książki. Dumbledore poczuł jak uśmiech spełza mu z twarzy. Jacy ci ludzie są niemili i egoistyczni! Nie zna żadnego wilkołaka, ale od razu chce go tępić, pomyślał w duchu. Zaraz przed oczami stanął mu straszny obraz Remusa leżącego na ziemi i wijącego się z bólu, gdy nad nim stał jakiś czarodziej i celował w niego różdżką. Wołał: ''Crucio!''. A chłopak wrzeszczał i jęczał.
– Oto ona! ''Pełnia miesięczna. Czyli wszystko o wilkołakach''
       Dumbledore otrząsnął się szybko, podziękował za książkę i wrócił do swojego gabinetu.
     Płomień świecy powoli dogasał, gdy Albus znalazł to, czego szukał:
       Wilkołaki, choć przeklęte na wieki złą klątwą jadu, mają specyficzne dary, które posiadają w prawie takim samym stopniu co wampiry. A mianowicie: lepszy węch, wzrok i słuch. Siła nie występuje u nich tak jak u wampirów, ale są oczywiście szybsze. Niestety, albo może stety dla nas, ich ofiar, nie posiadają szybkości wampirów. Są LEDWO szybsze od każdego normalnego człowieka (czarodzieja czy mugola).
    Dumbledore skończył czytać. Pierwszą myślą po przeczytaniu tego tekstu było to, jaki idiota napisał tę książkę, a drugą, że wreszcie wie, co miał na myśli Remus. A mianowicie ( ''Na Merlina, przez tę książkę robię się tak dziwny jak autor!'' ) Hope Lupin nic nie wiedziała o zdolnościach chłopca. Zrobił to umyślnie? Na pewno tak, skoro to powiedział. ''... Wiem lepiej...''. Czyli podsłuchuje! Wie o czym rozmawiają rodzice i od początku wiedział, że matka nie mówi mu całej prawdy!
– A to zmyślny chłopak! – szepnął do samego siebie.
                              
                                                                                                       ***
     Po użyciu Proszku Fiuu, użyczonego przez Mademe Rosmetre, właścicielkę pubu Pod Trzema Miotłami, wrócili do domu. Remus zjadł kolację, powiedział dobranoc i poszedł spać. Słyszał doskonale jak jego rodzice szepczą w kuchni na jego temat. Znowu. Tym razem matka opowiadała o przebiegu spotkania w gabinecie dyrektora. Opowiedziała też o czym rozmawiała z samym dyrektorem, gdy Remus był na błoniach.
    Z tego co usłyszał matka broniła go na wszystkie możliwe sposoby, ale argumenty Dippeta też były mocne, a czasami nawet poniżej pasa. Remus wzruszył się, że rodzice tak mocno go bronili i wspierali, ale zaraz potem zasmucił, że teraz cała rodzina jest smutna. Jutro będę musiał udawać szczęśliwego. Przynajmniej trochę, myślał. Żeby i oni w końcu byli szczęśliwi... Zasnął, a po policzku spłynęła mu jedna, malutka łezka.