Śmierciożercy poczęli się okręcać wokół własnej osi i znikać z głośnym trzaskiem. W całym pociągu trwała cisza przerywana raz na jakiś czas czyimś szlochem lub pociąganiem nosa. Po kilku minutach strachu i niepewności w końcu ruszyli. Zostawiali za sobą wciąż widniejący na niebie Mroczny Znak. Gdy dojechali do Hogsmeade, wszyscy wciąż milczeli. Bali się wyjść z pociągu. Kto wie, czy Śmierciożercy nie zastawili na nich jakiejś pułapki?
Chcąc nie chcąc, musieli wyjść. Huncwoci stali z każdej strony Lily, chroniąc jej. Bardzo dobrze radziła sobie z czarami, jej oceny były wręcz wybitne. Mimo to była tylko kobietą i niepokoili się o nią.
Skierowali się do powozów, które ciągnęły testrale. Ci, którzy mogli je zobaczyć, nie cieszyli się z tego. Wyglądały niczym konie samej Śmierci. Nie było ucznia, który nie trzymałby w drżących rękach różdżki i nie rozglądał się nerwowo, Jakaś dziewczyna ponownie wybuchnęła płaczem.
Gdy Huncwoci wraz z Lily weszli do jednego z powozów, przywiązany do niego testral ruszył i zaczął wieźć ich w stronę zamku. Nikt nic nie mówił, w ciszy patrzyli tylko przez okno, szukając choćby najmniejszego śladu intruza. Po kilku minutach zajechali przed bramę Hogwartu, Ich oczom ukazał się ogromny, czarny zamek, z którym wiązało się tyle wspomnień. Mimo to nie cieszyli się, że go widzą. Poczucie bezpieczeństwa w tym miejscu zostało zachwiane. Martwa cisza ogarnęła błonia, las. Liście nie szeleściły, z lasu nie dobiegały odgłosy życia żadnych zwierząt. Księżyc odbijał się w spokojnej tafli wody.
Rozglądając się dookoła, weszli przez ogromne wrota do środka. Tłumy uczniów zbierały się w grupki, poszukiwali przyjaciół, rodzeństwa. Profesor McGonagall stała na końcu sali. Usta miała zaciśnięte w wąską linię.
– Proszę o ciszę – podniosła głos.
Wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę.
– Przeszukano granicę Hogwartu i Hogsmeade. Nie znaleziono już żadnych śladów Śmierciożerców. Możecie być bezpieczni, ochronne czary są na tyle silne, że nie musicie obawiać się ataku. Pierwszoroczniacy wkrótce się pojawią. Proszę więc o skierowanie się do Wielkiej Sali i zajęcie miejsc.
Uczniowie popatrzyli po sobie i dalej będąc cicho, przechodzili obok niej. McGonagall wydawała się z bliska zmęczona i zszokowana. Huncwoci i Lily zasiedli razem przy stole Gryfonów.
– Myślicie, że... naprawdę już ich nie ma? – zapytał Peter.
– Na pewno. Dumbledore zadbał o to – odrzekł Remus, choć sam nie był do końca pewny swoich słów.
Minęło kilkanaście minut przyciszonych rozmów i do ich uszu doszły odgłosy tupotu czterdziestu dwóch ludzkich stóp. Drzwi wielkiej sali otworzyły się i weszli przerażeni pierwszoroczniacy prowadzeni przez McGonagall. Szybkim krokiem pokonała dystans jaki dzielił ją od Dumbledore'a. Ten powstał.
– Witajcie w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwarcie. Miło mi przywitać naszych nowych przyjaciół, jak i starych, którzy zdążyli już się mnie nasłuchać. Dziś zaczyna się kolejny rok nauki. Kolejne dziesięć miesięcy pełnych czarów oraz wiedzy. Podróż tutaj nie należała do najprzyjemniejszych i za to was przepraszam. Razem z Ministerstwem Magii podjęliśmy już stosowne kroki w tej sprawie, dlatego możecie czuć się tu bezpiecznie. W Hogwarcie nikt nie zostanie skrzywdzony. Nie obawiajcie się. Póki jestem tu ja, Voldemort wam nie grozi!
Przez salę przeszedł szmer, wiele osób krzyknęło, ktoś się rozpłakał. Przerażeni rozglądali się nerwowo. Czy dyrektor naprawdę ośmielił się wymówić JEGO imię?!
– Strach przed imieniem wzmaga strach przed tym kto je nosi... – prychnął Remus pod nosem, widząc przerażenie w oczach innych osób.
– Nie będę kazał pierwszoroczniakom stać tyle czasu. Jesteście pewnie głodni i zmęczeni. Wyznaczymy was zatem do waszych nowych domów. To je będziecie reprezentować przez następne siedem lat nauki. Za dobre zachowanie jednostki nagradzany będzie cały dom, tak samo jest jednak z przewinieniami. Pod koniec roku dom, którego członkowie przynosili szkole najwięcej chwały zostanie nagrodzony Pucharem Domów. Istnieją cztery domy. Gryffindor, Slytherin, Hufflepuff oraz Ravenclaw. Żaden nie jest gorszy od innego. Po prostu w każdym liczą się inne cechy. Wyboru pomoże wam dokonać Tiara Przydziału!
Profesor McGonagall położyła ją na stołku i rozwinęła listę nazwisk. Reszta ceremonii minęła tak, jak wszystkie inne przemijały już od czasów założenia szkoły i wyznaczenia domów. Do każdego z nich przyznano pięć dziewczyn i pięć chłopców. Gdy ostatnie z dzieci zajęło swoje miejsce, półmiski i talerze w magiczny sposób zapełniały się potrawami. Zrobiło się głośno i wszyscy trochę rozluźnieni zaczęli pałaszować.
James, jako prefekt naczelny, musiał pod koniec uczty wstać i udać się z innymi prefektami i prefektami naczelnymi do opiekunów swoich domów po hasła i poprowadzić grupę pierwszoroczniaków.
– Pierwszoklasiści, do mnie! Zaprowadzę was do dormitoriów.
Grupka wystraszonych chłopców i dziewczynek poszła za nim i towarzyszącymi mu Huncwotami. Nagle jedna dziewczynka spojrzała na Remusa i spytała:
– Słyszałam, że są osoby, które się tną. Nazywa się je emo, lub jakoś tak. Czy jesteś emo?
– Eee... – Chłopak nigdy wcześniej nie słyszał tego określenia. Co miał odpowiedzieć dziewczynce? Na pewno nie to, że jest wilkołakiem. – Taaak... Jestem, a raczej byłem emo.
– Ouch! – pisnęła i była już cicho.
Zaprowadził ich pod portret Grubej Damy.
– Witajcie, witajcie nowi Gryfoni! Ja, Gruba Dama, jestem przejściem i ochroniarzem waszego domu. Nie wejdzie tu nikt, kto nie zna hasła. Jamesie, czy podasz?
– Miętowe pastylki – odpowiedział, a kobieta uśmiechnęła się promiennie i rama jej obrazu odskoczyła.
Oprowadzili ich po pokoju wspólnym i pokazali, gdzie będą spać. Gdy już mogli ich spokojnie zostawić samych sobie, skierowali się do swojego dormitorium. Syriusz usiadł w swojej ulubionej pozycji przy oknie. Po chwili zastanowienia Lupin też tam poszedł i usiadł na drugim końcu parapetu.
– Zauważyliście, że Śmierciożercy stają się coraz odważniejsi? Są wszędzie... – mruknął Syriusz.
– Aurorzy już pewnie nie wyrabiają, a z każdym dniem jest coraz więcej ofiar. Jest coraz gorzej.
– Członkowie Zakonu walczą, ale jest ich za mało. Przegramy tę wojnę. Voldemort jest za silny.
Peter wzdrygnął się. Syriusz nagle walnął pięścią o parapet.
– Dlaczego Dumbledore nie pójdzie do niego razem z armią czarodziejów i czarownic i nie zabije go? Jest do tego zdolny. Voldzo się go boi, bo wie, że jest silniejszy i z łatwością go zabije.
– Może jest coś, co wie Dumbledore, ale nie mówi tego nawet członkom Zakonu?
W ciszy zastanowili się nad jego słowami. W końcu James westchnął, wstał i poszedł się umyć.
– Nie ma co za dużo nad tym myśleć, bo zbyt wiele i tak nie zdziałamy – powiedział na odchodne i zniknął za drzwiami łazienki.
Remus spojrzał przez okno. Nagle zamarło mu serce. Zobaczył jakiś poruszający się cień. Kierował się w stronę Zakazanego Lasu. Zmrużył oczy. Może mu się tylko wydawało? Nie, widzi to... coś. Nagle istota przystanęła. Poruszała głową w taki sposób, że można by pomyśleć, że węszy za czymś. Odwróciła się i spojrzała dokładnie na niego. Zawył.
Lupin zerwał się jak oparzony, wciąż wpatrując się w okno. Syriusz także zauważył ową postać.
– Co do...
Remus wybiegł z dormitorium. Przeskakiwał po cztery stopnie naraz. Pędem ruszył w stronę gabinetu Dumbledore'a. Wypowiedział hasło, którego na szczęście jeszcze nie zmienili, szybko pokonał schody i załomotał w drzwi.
– Proszę.
Wszedł do gabinetu. Już chciał się odezwać, ale zabrakło mu tchu, dlatego tylko stał i mierzył się spojrzeniem z dyrektorem.
– Czy coś się stało, Remusie?
– Greyback. Jest na błoniach – wydyszał.
Oczy Dumbledore'a otworzyły się szerzej ze zdziwienia.
– Jesteś tego pewien? – spytał ostro.
– Widziałem go, słyszałem... Syriusz też.
Dumbledore wstał i wyciągnął różdżkę.
– Musimy natychmiast poinformować innych nauczycieli i Ministerstwo. Remusie, wróć do pokoju i nie wychodź z niego. Idź jak najkrótszą drogą, z nikim nie rozmawiaj.
sobota, 26 grudnia 2015
sobota, 19 września 2015
Rozdział dwudziesty: Na Pokątną!
Wstał z samego rana i ubrał się. Przygotował grzanki sobie i Moody'emu i wyszedł. Zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się pośpiesznie. Nikogo nie widział. Zastanowił się, czy jakiś członek Zakonu obserwuje go teraz z ukrycia.
Podniósł rękę i natychmiast pojawił się przed nim wściekle zielony Błędny Rycerz. Wyszedł z niego jakiś stary mężczyzna i znudzonym głosem przywitał. Dał mu kilka monet i usiadł na jednym z wielu wolnych krzeseł. Autobus ruszył, a jego krzesło natychmiast poleciało kilka metrów do tyłu. Złapał się go i próbował to wytrzymać.
W końcu dojechał do Dziurawego Kotła. Wszedł do środka i natychmiast zobaczył swoich przyjaciół. Podszedł do nich uśmiechnięty.
– Remi! – James objął go ramieniem, przyciągając do siebie. – Co tam u naszego Luniaczka?
Żadnemu ze swoich przyjaciół nie powiedział jeszcze o ostatniej pełni, ale nie chciał im dziś tego opowiadać. Podczas tego dnia chciał się odprężyć i nacieszyć czasem spędzonym w gronie bliskich przyjaciół.
Zamówili po kremowym piwie. Rozmowa po ponad miesiącu pisania listów sprawiała im naprawdę wielką radość. Gdy kufle były już opróżnione, wyszli z pubu tylnym przejściem i jeden z nich stuknął różdżką w ścianę. Cegły przemieściły się i otworzyły im przejście na ulicę Pokątną; jedyną w Londynie w pełni czarodziejską ulicę, nie licząc Nokturna, która była o wiele mniejsza i odwiedzana tylko przez ciemne charaktery.
– Może najpierw pójdziemy kupić nowe podręczniki? – zaproponował Remus, wyciągając listę rzeczy niezbędnych w nowym i zarazem ostatnim roku szkolnym. Nikt się nie sprzeciwił, więc skierowali się do Esów i Floresów. Bardzo długo stali w kolejce, więc gdy tylko wyszli, odetchnęli świeżym powietrzem. Remus wyczuł przez chwilkę dziwną woń, która sprawiła, że zjeżyły mu się włoski. Została jednak przytłoczona mnóstwem innych zapachów.
Przyjaciele kupili już prawie wszystko. Nowych szat nie potrzebowali, gdyż przestali rosnąć, a ich stare były w dobrym stanie. James i Syriusz na długo przykleili się do szyby wystawy, na której lśniła nowiutka miotła.
– W przyszłym tygodniu przyjdę tu i ją kupię – powiedział James z rozmarzeniem w głosie. – A wtedy...
Nagle rozległo się kilkadziesiąt trzasków deportacji. Ktoś krzyknął, świsnęły pierwsze zaklęcia. Jedno z nich poleciało w górę i wysoko nad ulicą pojawiła się czaszka z wężem. Mroczny Znak. Lord Voldemort i jego zwolennicy pojawili się na Pokątnej w środku dnia!
James, Syriusz i Remus wyciągnęli swoje różdżki.
– Nie możemy używać czarów poza szkołą! – zawył Peter, kuląc się za nimi.
– Możemy w obronie własnej – odparł mu Lupin. Kątem oka zauważył deportujących się oraz wybiegających z innych sklepów członków Zakonu. Było ich bardzo mało i większość była nowa, ponieważ nawet nie zapamiętał jeszcze ich imion. Ciężko było im jednak trafiać w Śmierciożerców, gdyż przerażony tłum uciekał w każdą stronę popychając lub tratując innych. Co rusz ktoś padał oświetlony zielonym blaskiem.
–Drętwota! – ryknął James w stronę jednej z zakapturzonych postaci. W tej samej chwili tłum uciekających czarownic i czarodziejów porwał ich ze sobą. Po przeciwnej stronie ulicy walały się żabie gałki oczne oraz smocze gówno. Ciała zabitych leżały w przypadkowych miejscach. Gdy Huncwoci widzieli już przed sobą bank Gringotta, nastąpiła kolejna seria trzasków. Tym razem przybyli aurorzy z Ministerstwa, choć gdzieniegdzie pojawiali się nowi członkowie Zakonu. Masakra dalej trwała. Voldemort w niewyjaśniony sposób wisiał nad tym wszystkim i miotał zaklęciami gdzie popadnie. Jego demoniczny śmiech nie miał końca.
Tuż przed nimi deportował się mężczyzna będący na ostatnim spotkaniu Zakonu. Remus nie poznał go, ale on najwyraźniej jego tak. Szybko podbiegł do nich i ryknął, by przekrzyczeć cały ten chaos.
– Złapcie się wszyscy za ręce! Teleportuję nas stąd! Trzymajcie się!
Glizdogon wpił się szybko w Syriusza, który stał najbliżej. Reszta mocno się złapała, a bezimienny mężczyzna złapał Remusa i Petera za ramiona, by ten na pewno się z nimi teleportował. Okręcili się w miejscu i pochłonął ich wir. W trakcie tego ułamka sekundy poczuli szarpnięcie, ale niemal w tym samym czasie wylądowali przed bramą prowadzącą do domu Moody'ego. Wszyscy dyszeli, jak gdyby przebiegli kilka mil. Remus podniósł się z ziemi i Peter krzyknął. Wszyscy najpierw spojrzeli na niego, a później poszli za jego wzrokiem. Zamarli. Z nieznajomego mężczyzny została plama krwi i pomniejsze resztki.
– Jak... jak to w ogóle możliwe?! – krzyknął Syriusz.
– Chyba w trakcie teleportacji zostaliśmy trafieni zaklęciem eksplodującym. Musiał oberwać w chwili, gdy byliśmy już blisko deportacji... – szepnął Remus. Poczuł nagłe otępienie i słabość. W głowie wciąż miał wrzaski ludzi. Ich ciała.
Nie mogli oderwać wzroku od resztek ciała ich wybawiciela. Drzwi domu Moody'ego trzasnęły i wyszedł z nich pan Longbottom. Pewnie usłyszał krzyk Petera. Podbiegł do nich, ale zatrzymał się raptownie, widząc krew. Pobladł przeraźliwie, ale próbował nie zwracać na to uwagi.
– Chodźcie do środka. Tu nie jest bezpiecznie. – Gdy zszokowani nie zareagowali, zgarnął Petera do siebie i powtórzył. – Chodźcie. Nie patrzcie...
Podniósł rękę i natychmiast pojawił się przed nim wściekle zielony Błędny Rycerz. Wyszedł z niego jakiś stary mężczyzna i znudzonym głosem przywitał. Dał mu kilka monet i usiadł na jednym z wielu wolnych krzeseł. Autobus ruszył, a jego krzesło natychmiast poleciało kilka metrów do tyłu. Złapał się go i próbował to wytrzymać.
W końcu dojechał do Dziurawego Kotła. Wszedł do środka i natychmiast zobaczył swoich przyjaciół. Podszedł do nich uśmiechnięty.
– Remi! – James objął go ramieniem, przyciągając do siebie. – Co tam u naszego Luniaczka?
Żadnemu ze swoich przyjaciół nie powiedział jeszcze o ostatniej pełni, ale nie chciał im dziś tego opowiadać. Podczas tego dnia chciał się odprężyć i nacieszyć czasem spędzonym w gronie bliskich przyjaciół.
Zamówili po kremowym piwie. Rozmowa po ponad miesiącu pisania listów sprawiała im naprawdę wielką radość. Gdy kufle były już opróżnione, wyszli z pubu tylnym przejściem i jeden z nich stuknął różdżką w ścianę. Cegły przemieściły się i otworzyły im przejście na ulicę Pokątną; jedyną w Londynie w pełni czarodziejską ulicę, nie licząc Nokturna, która była o wiele mniejsza i odwiedzana tylko przez ciemne charaktery.
– Może najpierw pójdziemy kupić nowe podręczniki? – zaproponował Remus, wyciągając listę rzeczy niezbędnych w nowym i zarazem ostatnim roku szkolnym. Nikt się nie sprzeciwił, więc skierowali się do Esów i Floresów. Bardzo długo stali w kolejce, więc gdy tylko wyszli, odetchnęli świeżym powietrzem. Remus wyczuł przez chwilkę dziwną woń, która sprawiła, że zjeżyły mu się włoski. Została jednak przytłoczona mnóstwem innych zapachów.
Przyjaciele kupili już prawie wszystko. Nowych szat nie potrzebowali, gdyż przestali rosnąć, a ich stare były w dobrym stanie. James i Syriusz na długo przykleili się do szyby wystawy, na której lśniła nowiutka miotła.
– W przyszłym tygodniu przyjdę tu i ją kupię – powiedział James z rozmarzeniem w głosie. – A wtedy...
Nagle rozległo się kilkadziesiąt trzasków deportacji. Ktoś krzyknął, świsnęły pierwsze zaklęcia. Jedno z nich poleciało w górę i wysoko nad ulicą pojawiła się czaszka z wężem. Mroczny Znak. Lord Voldemort i jego zwolennicy pojawili się na Pokątnej w środku dnia!
James, Syriusz i Remus wyciągnęli swoje różdżki.
– Nie możemy używać czarów poza szkołą! – zawył Peter, kuląc się za nimi.
– Możemy w obronie własnej – odparł mu Lupin. Kątem oka zauważył deportujących się oraz wybiegających z innych sklepów członków Zakonu. Było ich bardzo mało i większość była nowa, ponieważ nawet nie zapamiętał jeszcze ich imion. Ciężko było im jednak trafiać w Śmierciożerców, gdyż przerażony tłum uciekał w każdą stronę popychając lub tratując innych. Co rusz ktoś padał oświetlony zielonym blaskiem.
–Drętwota! – ryknął James w stronę jednej z zakapturzonych postaci. W tej samej chwili tłum uciekających czarownic i czarodziejów porwał ich ze sobą. Po przeciwnej stronie ulicy walały się żabie gałki oczne oraz smocze gówno. Ciała zabitych leżały w przypadkowych miejscach. Gdy Huncwoci widzieli już przed sobą bank Gringotta, nastąpiła kolejna seria trzasków. Tym razem przybyli aurorzy z Ministerstwa, choć gdzieniegdzie pojawiali się nowi członkowie Zakonu. Masakra dalej trwała. Voldemort w niewyjaśniony sposób wisiał nad tym wszystkim i miotał zaklęciami gdzie popadnie. Jego demoniczny śmiech nie miał końca.
Tuż przed nimi deportował się mężczyzna będący na ostatnim spotkaniu Zakonu. Remus nie poznał go, ale on najwyraźniej jego tak. Szybko podbiegł do nich i ryknął, by przekrzyczeć cały ten chaos.
– Złapcie się wszyscy za ręce! Teleportuję nas stąd! Trzymajcie się!
Glizdogon wpił się szybko w Syriusza, który stał najbliżej. Reszta mocno się złapała, a bezimienny mężczyzna złapał Remusa i Petera za ramiona, by ten na pewno się z nimi teleportował. Okręcili się w miejscu i pochłonął ich wir. W trakcie tego ułamka sekundy poczuli szarpnięcie, ale niemal w tym samym czasie wylądowali przed bramą prowadzącą do domu Moody'ego. Wszyscy dyszeli, jak gdyby przebiegli kilka mil. Remus podniósł się z ziemi i Peter krzyknął. Wszyscy najpierw spojrzeli na niego, a później poszli za jego wzrokiem. Zamarli. Z nieznajomego mężczyzny została plama krwi i pomniejsze resztki.
– Jak... jak to w ogóle możliwe?! – krzyknął Syriusz.
– Chyba w trakcie teleportacji zostaliśmy trafieni zaklęciem eksplodującym. Musiał oberwać w chwili, gdy byliśmy już blisko deportacji... – szepnął Remus. Poczuł nagłe otępienie i słabość. W głowie wciąż miał wrzaski ludzi. Ich ciała.
Nie mogli oderwać wzroku od resztek ciała ich wybawiciela. Drzwi domu Moody'ego trzasnęły i wyszedł z nich pan Longbottom. Pewnie usłyszał krzyk Petera. Podbiegł do nich, ale zatrzymał się raptownie, widząc krew. Pobladł przeraźliwie, ale próbował nie zwracać na to uwagi.
– Chodźcie do środka. Tu nie jest bezpiecznie. – Gdy zszokowani nie zareagowali, zgarnął Petera do siebie i powtórzył. – Chodźcie. Nie patrzcie...
Kilka godzin później, w salonie Moody'ego siedzieli członkowie Zakonu Feniksa. Przybył nawet Albus Dumbledore. Pozwolili przebywać tutaj także Syriuszowi, Jamesowi i Remusowi, by mogli opowiedzieć co dokładnie się wydarzyło. Peter dostał eliksiry uspokajające i nasenne i spał w pokoju Lupina. Wiele krzeseł było pustych. Wiele osób dziś się nie zjawiło. Każdy wiedział, że brakujące osoby nie są zajęte teraz pracą. Po prostu są martwe.
Masakra na Pokątnej skończyła się. Po przybyciu oddziału aurorów wszyscy Śmierciożercy i ich Pan zniknęli. Ministerstwo Magii poniosło klęskę. Trwało liczenie zmarłych i zaginionych. Rannych wysyłano do szpitala Munga, który nie miał już wolnych łóżek. Czarodziejów, których ran nie trzeba było leczyć, magicznie odsyłano do mugolskich szpitali. W całym czarodziejskim świecie zapadła cisza. Wszyscy byli przerażeni i otępiali. Od kilku lat zdarzały się ataki na pojedyncze osoby, bądź rodziny, jednak nigdy nie doszło do takiego ataku i to w biały dzień! Złudne poczucie bezpieczeństwa pękło niczym bańka mydlana.
Remus czuł się już wyczerpany psychicznie. Wrzaski w jego głowie nie ustępowały, a nawet wspierały obrazy formujące się przed jego oczami.
Czy ja wariuję?, pomyślał.
Masakra na Pokątnej skończyła się. Po przybyciu oddziału aurorów wszyscy Śmierciożercy i ich Pan zniknęli. Ministerstwo Magii poniosło klęskę. Trwało liczenie zmarłych i zaginionych. Rannych wysyłano do szpitala Munga, który nie miał już wolnych łóżek. Czarodziejów, których ran nie trzeba było leczyć, magicznie odsyłano do mugolskich szpitali. W całym czarodziejskim świecie zapadła cisza. Wszyscy byli przerażeni i otępiali. Od kilku lat zdarzały się ataki na pojedyncze osoby, bądź rodziny, jednak nigdy nie doszło do takiego ataku i to w biały dzień! Złudne poczucie bezpieczeństwa pękło niczym bańka mydlana.
Remus czuł się już wyczerpany psychicznie. Wrzaski w jego głowie nie ustępowały, a nawet wspierały obrazy formujące się przed jego oczami.
Czy ja wariuję?, pomyślał.
Miesiąc minął stosunkowo szybko. Codziennie w Proroku Codziennym pisano o tym, gdzie rzekomo widziano Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Wszyscy popadli w paranoję. Bali się wysłać swoje dzieci do Hogwartu. Były rodziny, które wręcz chciały to zrobić, gdyż twierdziły, że Dumbledore, najsilniejszy czarodziej na świecie, poradzi sobie z Voldemortem. Sceptycy uważali natomiast, że gdyby był do tego zdolny to zabiłby go, a nie patrzał spokojnie na śmierć tylu osób.
Nie ważne jednak, kto co chciał, Ministerstwo nie zniosło prawa nakazującego młodym czarodziejom nauki i chcąc nie chcą dorośli musieli oddać swoje pociechy do szkoły.
Nie ważne jednak, kto co chciał, Ministerstwo nie zniosło prawa nakazującego młodym czarodziejom nauki i chcąc nie chcą dorośli musieli oddać swoje pociechy do szkoły.
Remus wyszedł z domu po wysłuchaniu prawie półgodzinnej bury Moody'ego, że za mało uwagi poświęca ostrożności. Długo zajęło mu przekonanie go, że nic mu się nie stanie.
– Te czasy są niebezpieczne, Remusie. Ministerstwo Magii stworzyło specjalnie oddziały, które mają bezpiecznie przeprowadzić grupy rodzin na dworzec. Wszyscy Członkowie Zakonu zgłosili się do pomocy, a kilku utworzyło własne oddziały dla naszych rodzin.
Na Dworcu 9 i 3/4 nie było podekscytowanego gwaru. Wszyscy się rozglądali i szeptali między sobą. Skrzywione miny jakby zapomniały, jak to jest się uśmiechać.
Świat czarodziejów ogarnął ciemny woal strachu i miał pozostać z nim na długo.
Remus stanął obok magicznego przejścia w ścianie i rozglądał się za swoimi przyjaciółmi. Syriusz stał nieopodal, ale kłócił się ostro ze swoją rodziną. W tym samym momencie na peronie pojawił się James. Przywitali się i czekali wspólnie na resztę.
Remus stanął obok magicznego przejścia w ścianie i rozglądał się za swoimi przyjaciółmi. Syriusz stał nieopodal, ale kłócił się ostro ze swoją rodziną. W tym samym momencie na peronie pojawił się James. Przywitali się i czekali wspólnie na resztę.
– Ciekawe o co znów czepiają się Łapę? – zastanowił się James.
– Pewnie znowu coś zrobił i się wkurzyli.
Peter wszedł na peron i szukał ich przerażony. Szybko skierował się w ich stronę, prawie biegł.
– Co się stało? – zapytał zaniepokojony jego zachowaniem Remus. Chłopak rozejrzał się.
– Wszędzie może być... może... Sam Wiesz Kto! – pisnął i skulił się.
– Spokojnie, Voldemort na pewno nie zaatakuje takiego tłumu czarodziejów...
– Na Pokątnej to zrobił!
– Ale... Voldemort nie chce mieć armii samych emerytowanych czarodziejów. Przydadzą mu się też młodzi, wiec nas nie zabije. – Wymyślił na poczekaniu.
Zbliżała się godzina odjazdu. Syriusz uwolnił się od swojej rodziny i gdy tylko dołączył do przyjaciół, skierowali się na poszukiwanie wolnego przedziału.
Pociąg ruszył, zanim go znaleźli. Rozsiedli się w nim, zamknęli drzwi i zasłonili okienka.
– Jak się czuje Moody? – James spojrzał na Remusa.
– Coraz lepiej. Ma teraz stalową nogę i uczy się chodzić. Nie wydaje mi się, by jeszcze wrócił do zawodu.
– Jak to się stało? – Syriusz był w szoku.
– Pewnie od zaklęcia. Nie wiem tylko jakiego.
Mknęli w ciszy w stronę Hogwartu. James wyjrzał za okno.
– Nie mogę uwierzyć, że to ostatni raz, gdy zamieszkamy w Hogwarcie.
– Za rok będziemy pełnoletni i zamieszkamy sami, osobno.
Wszystkim zrobiło się smutno. Na świecie codziennie mordowano czarodziejów i mugoli, ich mały wspólny epizod się niedługo skończy. Jak w takiej chwili można być szczęśliwym?
Do drzwi zapukała Lily Evans i weszła.
– Wiedziałam, że to wasz przedział. Tylko wy się tak chowacie i knujecie – zaśmiała się
– Niestety nie knujemy – mruknął Remus, a James w tym czasie przyciągnął ją do siebie, posadził na kolanach i pocałował.
– Tęskniłem – wymruczał.
Syriusz ostentacyjnie przewrócił oczami i uśmiechnął się do Remusa.
Zbliżał się wieczór. Pozostały tylko minuty dzielące ich od Hogsmeade, gdy po pociągu poniósł się krzyk przerażenia. Huncwoci podnieśli się, wyciągając różdżki. James osłonił Lily.
– Co się dzieje? – szepnął Syriusz.
Rozsunęli drzwi przedziału i wyszli na korytarz, tak jak większość uczniów. To był błąd. Na korytarzu stało pięciu zamaskowanych Śmierciożerców. James zasłonił swoim ciałem drzwi do przedziału, by nie zauważyli Lily.
– Opuście różdżki – warknęli, gdy zobaczyli Remusa, Syriusza i Jamesa. Peter pozostał w przedziale. – Opuście różdżki! Z nami nie wygracie, a nie chcemy wam zrobić krzywdy.
Jakaś dziewczyna piszczała. Jeden z nim machnął różdżką i umilkła. Remus rozpoznał zaklęcie uciszające, gdy jego język przestał funkcjonować.
– Jak wiecie, Czarny Pan, najpotężniejszy z najpotężniejszych czarodziejów tego świata, potrzebuje swoich lojalnych zwolenników. Co roku będziemy szukali każdego pełnoletniego, który odbył szkolenie magiczne i nada się do naszych szeregów. Oczekujcie nas za każdym rogiem waszych żyć!
Deportowali się z trzaskiem, a po chwili na niebie pojawił się Mroczny Znak. Ludzie zaczęli krzyczeć, biegać i się chować. Huncwoci stali jak sparaliżowani. Spojrzeli po sobie.
– Musimy dołączyć do Zakonu Feniksa zanim nas znajdą – szepnął James i wrócił do Lily.
środa, 24 czerwca 2015
Rozdział dziewiętnasty: Katastrofa
Przez następne dni Alastor leżał wyciszony w swoim pokoju, a Lupin musiał się nim opiekować. Przynosił jedzenie i picie oraz pomagał mu doskoczyć do łazienki. Auror milczał. Nigdy sam nie prosił o pomoc i Remus musiał się domyślać, czego mu potrzeba. Próbował z nim rozmawiać, ale mężczyzna nikogo do siebie nie dopuszczał. Jeśli już wydawał z siebie jakieś dźwięki to stęki niezadowolenia. Dumledore był u niego kilkukrotnie i namówił go w końcu na protezę.
– Co to za auror z protezą nogi? Najlepiej to mnie do łóżka już przykuć i rentę dać. Jakoś z niej wyżyję.
– Alastorze, znam bardzo wielu ludzi, którzy normalnie funkcjonują z protezami.
Ten tylko stęknął zrzędliwie. Niecały tydzień później Szpital św. Munga zaopatrzył go w stalową imitację jego nogi. Była dopasowana idealnie. Został pouczony jak ją odpowiednio ściągać i zakładać oraz jak dbać o nią. Pierwszego dnia, gdy wstał i ją założył, postanowił, że spróbuje chodzić.
Remus usłyszał głośny huk. Wstał z łóżka i nasłuchiwał zaniepokojony. Ktoś się włamał? Śmierciożercy zaatakowali?
– Remusie! – Do jego uszu doszedł głos Moody'ego. Szybko pobiegł do jego pokoju i zauważył, jak mężczyzna leży na podłodze.
– Próbowałeś wstać? – zapytał i szybko podszedł do niego. Złapał go pod pachami i próbował podnieść. Stęknął. – Ciężki jesteś...
W końcu udało mu się go posadzić na brzegu łóżka. Sam rozsiadł się na podłodze.
– Chwilę odpoczniemy i możemy iść. Nic ci nie jest?
– Nie zachowuj się jak matka – warknął Moody. – Tylko upadłem.
Po kilkunastu minutach Remus odepchnął się rękami od podłogi i wstał. Alastor także wstał, choć trzymał się brzegu łóżka. Po chwili oparł się o Lupina. Ten przytrzymał go i wziął jego ciężar na siebie. Barki i kolana zaczęły go już boleć, ale nie odezwał się ani słowem.
Moody zrobił krok do przodu, a Remus jak cień poruszał się tym samym rytmem. Nie mógł iść za szybko, bo Moody by nie nadążył i upadł. Zrobił krok protezą. Szło mu się bardzo ciężko, ale Remus go asekurował. Wspólnie doszli do łazienki i tam Moody poradził już sobie sam. Zmęczony wrócił do łóżka, ale tego dnia wiele razy spacerowali, by się przyzwyczaić.
Około północy padł zmęczony na łóżko. Był głodny, ale nie chciało mu się iść do kuchni po coś do jedzenia. Wszystko go bolało, a w szczególności plecy i kolana. I nagle, tuż przed zaśnięciem, coś sobie uświadomił. Jest pierwszy sierpnia. Jutro będzie pełnia.
– Co to za auror z protezą nogi? Najlepiej to mnie do łóżka już przykuć i rentę dać. Jakoś z niej wyżyję.
– Alastorze, znam bardzo wielu ludzi, którzy normalnie funkcjonują z protezami.
Ten tylko stęknął zrzędliwie. Niecały tydzień później Szpital św. Munga zaopatrzył go w stalową imitację jego nogi. Była dopasowana idealnie. Został pouczony jak ją odpowiednio ściągać i zakładać oraz jak dbać o nią. Pierwszego dnia, gdy wstał i ją założył, postanowił, że spróbuje chodzić.
Remus usłyszał głośny huk. Wstał z łóżka i nasłuchiwał zaniepokojony. Ktoś się włamał? Śmierciożercy zaatakowali?
– Remusie! – Do jego uszu doszedł głos Moody'ego. Szybko pobiegł do jego pokoju i zauważył, jak mężczyzna leży na podłodze.
– Próbowałeś wstać? – zapytał i szybko podszedł do niego. Złapał go pod pachami i próbował podnieść. Stęknął. – Ciężki jesteś...
W końcu udało mu się go posadzić na brzegu łóżka. Sam rozsiadł się na podłodze.
– Chwilę odpoczniemy i możemy iść. Nic ci nie jest?
– Nie zachowuj się jak matka – warknął Moody. – Tylko upadłem.
Po kilkunastu minutach Remus odepchnął się rękami od podłogi i wstał. Alastor także wstał, choć trzymał się brzegu łóżka. Po chwili oparł się o Lupina. Ten przytrzymał go i wziął jego ciężar na siebie. Barki i kolana zaczęły go już boleć, ale nie odezwał się ani słowem.
Moody zrobił krok do przodu, a Remus jak cień poruszał się tym samym rytmem. Nie mógł iść za szybko, bo Moody by nie nadążył i upadł. Zrobił krok protezą. Szło mu się bardzo ciężko, ale Remus go asekurował. Wspólnie doszli do łazienki i tam Moody poradził już sobie sam. Zmęczony wrócił do łóżka, ale tego dnia wiele razy spacerowali, by się przyzwyczaić.
Około północy padł zmęczony na łóżko. Był głodny, ale nie chciało mu się iść do kuchni po coś do jedzenia. Wszystko go bolało, a w szczególności plecy i kolana. I nagle, tuż przed zaśnięciem, coś sobie uświadomił. Jest pierwszy sierpnia. Jutro będzie pełnia.
Obudził się, a jego mięśnie zawyły z bólu, gdy wstał. Szybko ubrał się i upewniając się, że Moody głęboko śpi, wyszedł z domu. Natychmiast skierował się do lasu. Idąc szybko między drzewami, rozglądał się uważnie wokoło.
Po godzinie znalazł to, czego szukał. Wrócił do domu, sprawdził, czy auror dalej śpi i wziął się za oczyszczanie znaleziska. Zadowolony z efektu, skierował się do pokoju, ale zanim tam doszedł, usłyszał, że Moody próbuje wyjść z łóżka. Poszedł szybko do niego i pomógł mu.
– Co to jest? – spytał.
– Laska. Szukałem jej dziś po lesie. Jest odpowiednich wymiarów, utrzyma też twój ciężar. Oczyściłem ją, więc powinno być wszystko dobrze, ale rzuć lepiej zaklęcie, by nie spróchniała.
– Po co mi laska?
– Jutro jest pełnia i nie będę mógł ci pomóc, a dzięki niej szybciej wrócisz do sprawności i nie będziesz uzależniony ode mnie.
– Dzięki – mruknął i wziął ją do ręki. Oparł o ziemię, mocno się uchwycił i wstał. Zachwiał się, ale utrzymał. Zrobił krok w przód, potem następny; bardzo mocno kulał, ale dawał sobie świetnie radę. Po raz pierwszy od czasu wypadku, uśmiechnął się. – Naprawdę dzięki.
Remus potowarzyszył mu jeszcze trochę, ale po chwili zszedł do piwnicy i zamknął się. Miał nadzieję, że nie wyjdzie i nie zaatakuje nikogo.
W piwnicy nie było okien, ale wiedział, że wszedł księżyc, kiedy ostry ból przeszył jego kręgosłup. Jęknął i zwinął się. Od kręgosłupa, niczym fala, rozchodził się niewyobrażalny ból. Jego potęga rzuciła go na kolana. Zacisnął zęby, by nie krzyknąć i poczuł metaliczny, choć słodkawy smak krwi.
Jego mięśnie, paląc żywym ogniem, skurczyły się i drżąc, rozciągnęły, formując nowe ciało. Po kilku minutach piekła leżał już wycieńczony na chłodnej ziemi. Podniósł się powoli i obwąchał powietrze wokoło. Pachniało wilgocią i starością. Znalazł odpowiednio miękkie miejsce, zwinął się w kłębek i zasnął.
Po godzinie znalazł to, czego szukał. Wrócił do domu, sprawdził, czy auror dalej śpi i wziął się za oczyszczanie znaleziska. Zadowolony z efektu, skierował się do pokoju, ale zanim tam doszedł, usłyszał, że Moody próbuje wyjść z łóżka. Poszedł szybko do niego i pomógł mu.
– Co to jest? – spytał.
– Laska. Szukałem jej dziś po lesie. Jest odpowiednich wymiarów, utrzyma też twój ciężar. Oczyściłem ją, więc powinno być wszystko dobrze, ale rzuć lepiej zaklęcie, by nie spróchniała.
– Po co mi laska?
– Jutro jest pełnia i nie będę mógł ci pomóc, a dzięki niej szybciej wrócisz do sprawności i nie będziesz uzależniony ode mnie.
– Dzięki – mruknął i wziął ją do ręki. Oparł o ziemię, mocno się uchwycił i wstał. Zachwiał się, ale utrzymał. Zrobił krok w przód, potem następny; bardzo mocno kulał, ale dawał sobie świetnie radę. Po raz pierwszy od czasu wypadku, uśmiechnął się. – Naprawdę dzięki.
Remus potowarzyszył mu jeszcze trochę, ale po chwili zszedł do piwnicy i zamknął się. Miał nadzieję, że nie wyjdzie i nie zaatakuje nikogo.
W piwnicy nie było okien, ale wiedział, że wszedł księżyc, kiedy ostry ból przeszył jego kręgosłup. Jęknął i zwinął się. Od kręgosłupa, niczym fala, rozchodził się niewyobrażalny ból. Jego potęga rzuciła go na kolana. Zacisnął zęby, by nie krzyknąć i poczuł metaliczny, choć słodkawy smak krwi.
Jego mięśnie, paląc żywym ogniem, skurczyły się i drżąc, rozciągnęły, formując nowe ciało. Po kilku minutach piekła leżał już wycieńczony na chłodnej ziemi. Podniósł się powoli i obwąchał powietrze wokoło. Pachniało wilgocią i starością. Znalazł odpowiednio miękkie miejsce, zwinął się w kłębek i zasnął.
Kiedy wstał następnego dnia, nie wiedział która jest godzina. Wiedział tylko, że jest bardzo głodny. Pochodził w kółko, powęszył trochę, a gdy nic nie znalazł, pokąsał trochę swoje łapy. Zapach świeżej krwi, nawet własnej, był kojący.
Trzeciego i ostatniego dnia pełni obudził się rozjuszony. Chciał jeść. Tak dawno nie miał nic w zębach, że aż go bolały z pragnienia zatopienia ich w czymś. Powył trochę i zaczął drapać drzwi. Pchał je, tarł łapami i próbował gryźć. W końcu zawiasy puściły i był wolny. Natychmiast wbiegł po schodach i kierując się węchem zaczął podchodzić do pokoju, w którym wyczuwał obecność człowieka. Jego zapach, po tylu godzinach głodu, wydał mu się bardzo kuszący. Warcząc, pchnął pyskiem drzwi i ujrzał go. Leżał w łóżku, ale na jego widok podniósł się i z powrotem oklapł. Bał się go. Podchodził coraz bliżej i nagle ktoś wbiegł po schodach. Odwrócił się, ale w tej samej chwili oślepił go czerwony błysk.
***
Nie mógł uwierzyć własnym oczom w momencie, gdy zobaczył wilkołaka w drzwiach swojego pokoju. Nie miał kompletnie żadnych szans na ucieczkę. Auror, który walczył z potężnymi Śmierciożercami miał zginąć bolesną śmiercią z rąk nastolatka.
Na szczęście w jego domu był jeszcze Edward, który przybył w porę i za pomocą Drętwoty unieruchomił chłopaka. Później przeniósł go do jego pokoju i podał Moody'emu coś na uspokojenie.
Na szczęście w jego domu był jeszcze Edward, który przybył w porę i za pomocą Drętwoty unieruchomił chłopaka. Później przeniósł go do jego pokoju i podał Moody'emu coś na uspokojenie.
***
Jeszcze zanim otworzył oczy, poczuł ból w każdej cząstce swojego ciała. O dziwo leżał na czymś miękkim, zapadał się w tym. Otworzył oczy. Był w łóżku, w swoim pokoju. Piwnica. To tam powinien być. Podniósł się powoli, ale był słaby i zakręciło mu się w głowie. Ręce miał pokryte grubą warstwą bandaży.
Położył się, a po godzinie do pokoju wszedł Edward Stard. Spojrzał zatroskany na Remusa.
– Nic ci nie jest?
– Nie, tylko jestem trochę zmęczony, to wszystko. To ty przeniosłeś mnie z piwnicy aż tu?
Po twarzy mężczyzny przebiegł dziwny cień.
– Nie było cie w piwnicy. Prawie rzuciłeś się na Moody'ego.
Na dobrą chwilę serce Remusa zamarło. Prawie rzuciłeś się na Moody'ego. Nie. Nie było cie w piwnicy.
– Nie... – wyszeptał. – Czy ja...
– Nie. Nic się nie stało. Powstrzymałem cie. Nikt też nie ma ci tego za złe. Nie byłeś sobą.
Położył się, a po godzinie do pokoju wszedł Edward Stard. Spojrzał zatroskany na Remusa.
– Nic ci nie jest?
– Nie, tylko jestem trochę zmęczony, to wszystko. To ty przeniosłeś mnie z piwnicy aż tu?
Po twarzy mężczyzny przebiegł dziwny cień.
– Nie było cie w piwnicy. Prawie rzuciłeś się na Moody'ego.
Na dobrą chwilę serce Remusa zamarło. Prawie rzuciłeś się na Moody'ego. Nie. Nie było cie w piwnicy.
– Nie... – wyszeptał. – Czy ja...
– Nie. Nic się nie stało. Powstrzymałem cie. Nikt też nie ma ci tego za złe. Nie byłeś sobą.
To jednak nie przekonało Remusa, który poddał się czarnym myślom. Przypomniał mu się Greyback, jego agresja; lekarz, gdy mówił mamie, że należy go zamknąć w klinice dla wilkołaków; Carly, Snape, Dippet, ich nienawiść co do niego. Był niebezpieczny dla otoczenia. Powinien już dawno się od nich odsunąć, dla ich bezpieczeństwa.
– Remusie?
Spojrzał na Edwarda szeroko otwartymi oczyma. Próbował się podnieść, ale był za słaby. Do pokoju przykuśtykał Moody. Zawahał się chwilkę, a chłopak wyczuł jego lęk. Mężczyzna przymknął na chwilkę oczy, a gdy je otworzył, był już opanowany.
– Remusie?
Spojrzał na Edwarda szeroko otwartymi oczyma. Próbował się podnieść, ale był za słaby. Do pokoju przykuśtykał Moody. Zawahał się chwilkę, a chłopak wyczuł jego lęk. Mężczyzna przymknął na chwilkę oczy, a gdy je otworzył, był już opanowany.
– Jak się czujesz? – spytał.
– A ty?
– Remusie, martwimy się. Nie wiedzieliśmy jak twój organizm zareaguje na zaklęcie.
– Jest dobrze – odparł.
– Ale jesteś osłabiony. – Edward przyjrzał mu się.
– Jak zawsze – mruknął. Naprawdę ostatnią rzeczą jakiej teraz pragnął był cyrk wokół jego osoby. Nie zasłużył na taką opiekę. Prawie zabił Moody'ego, albo co gorsza... Nie. Nie chciał teraz o tym myśleć.
Westchnął. Dlaczego nie mógł żyć normalnie, jak każdy? Dlaczego musi tak cierpieć? Psychicznie nie dawał rady.
Moody siedział przed nim. Uśmiechał się przyjaźnie. Nagle zamarł. Wyciągnął rękę, próbował się odepchnąć, uciec, ale zbliżał się szybko. Poczuł słodki smak jego krwi, a do uszu dotarł jego przeraźliwie głośny krzyk.
Obudził się i natychmiast usiadł. Był cały mokry. Próbował uspokoić przyśpieszony oddech, ale nie potrafił. Wstał więc i poszedł pod prysznic. Zimna woda odświeżyła go i rozbudziła, ale nie przegnała czarnych myśli, które nawiedzały go od czasu ostatniej pełni. Moody udawał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale on wiedział swoje. Był zagrożeniem dla każdego. Żadne zabezpieczenia nie dadzą stuprocentowej pewności, że nikogo nie skrzywdzi.
Po kilkunastu minutach skierował się do kuchni i zrobił jajecznicę dla siebie i Moody'ego. Usłyszał jak wstał i kuśtykał już na dół. Szło mu to coraz lepiej. Nie było to to samo co mieć zdrową kończynę, ale bardzo ułatwiało życie.
Kiwnął mu głową na przywitanie i dokuśtykał się do krzesła. Opadł na nie ciężko i przysunął sobie talerz.
– Wyglądasz nieswojo – zagadał auror.
– Naprawdę? Może dlatego, że się nie wyspałem.
- Znów śniły ci się koszmary?
– Nie... - mruknął Remus i zajął się swoją jajecznicą, Śniadanie minęło bardzo szybko. Lupin pozmywał naczynia, natomiast Moody wziął się za czytanie Proroka Codziennego.
– Co się dzieje z tym światem... – mruknął sam do siebie, ale Remus mimo to zapytał:
– Śmierciożercy?
– Nie, tym razem nie. Jakiś ojciec bał się, że Śmierciożercy ich zaatakują, dlatego zabił swoją żonę i dzieci, a potem popełnił samobójstwo.
– Głupota – Remus zamyślił się nagle o swoim ojcu. On na pewno by tego nie zrobił. Broniłby ich, oddał za nich życie, a nie ich pozbawiał. Ludzie są już tak przerażeni, że nie myślą, co robią.
– Niedługo będziesz się musiał wybrać na Pokątną. Jak myślisz, ile pieniędzy będziesz potrzebował?
– Coś tam jeszcze mam... Myślę, że mi starczy.
– Na pewno? Wiesz, że za książki muszę zapłacić jako twój opiekun.
Rozmowę przerwał dzwonek do drzwi; Remus pośpieszył otworzyć.
– Dzień dobry, jestem rehabilitantem ze Szpitala św. Munga. Czy tutaj mieszka Alastor Moody?
– Tak, proszę wejść.
Mężczyzna żwawym krokiem przeszedł przez korytarz. Chłopak zaprowadził go do salonu, w którym siedział Moody. Przywitali się i przystąpili do oględzin. Wszystko za sprawą magicznych maści już się zagoiło.
– Za ile będę mógł wrócić do pracy?
– Nie myślał pan o utrzymaniu się z renty, którą by pan dostawał?
– Nie, nie w tych czasach, proszę pana.
Ten skinął głową, podziękował i wyszedł.
– Musimy znaleźć kogoś kto będzie cię ochraniał na Pokątnej, gdy pójdziesz kupić książki.
– Nie potrzebuję ochrony, poradzę sobie sam – burknął.
– Owszem, potrzebujesz! Czujność przede wszystkim, ZWŁASZCZA teraz.
– Nie odważą się zaatakować nas na Pokątnej, gdzie jest tak wielu świadków, czarodziejów mogących użyć magii. Jacyś aurorzy też tam pewnie będą. Zrobimy to szybko i wrócę.
Moody przyjrzał mu się krzywym okiem. Po chwili jednak westchnął, przesunął rękami swoją stalową nogę i wyraził zgodę.
– Jutro zrobię ci śniadanie i zostawię w lodówce, bo umówiłem się z Jamesem, Syriuszem i Peterem na ósmą w Kotle.
– Co? Jakie ''umówiłem''?! Dopiero teraz wyraziłem zgodę! Zawsze mogę zmienić zdanie!
Remus tylko wyszczerzył do niego swoje śnieżnobiałe, lekko spiczaste zęby.
Moody siedział przed nim. Uśmiechał się przyjaźnie. Nagle zamarł. Wyciągnął rękę, próbował się odepchnąć, uciec, ale zbliżał się szybko. Poczuł słodki smak jego krwi, a do uszu dotarł jego przeraźliwie głośny krzyk.
Obudził się i natychmiast usiadł. Był cały mokry. Próbował uspokoić przyśpieszony oddech, ale nie potrafił. Wstał więc i poszedł pod prysznic. Zimna woda odświeżyła go i rozbudziła, ale nie przegnała czarnych myśli, które nawiedzały go od czasu ostatniej pełni. Moody udawał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale on wiedział swoje. Był zagrożeniem dla każdego. Żadne zabezpieczenia nie dadzą stuprocentowej pewności, że nikogo nie skrzywdzi.
Po kilkunastu minutach skierował się do kuchni i zrobił jajecznicę dla siebie i Moody'ego. Usłyszał jak wstał i kuśtykał już na dół. Szło mu to coraz lepiej. Nie było to to samo co mieć zdrową kończynę, ale bardzo ułatwiało życie.
Kiwnął mu głową na przywitanie i dokuśtykał się do krzesła. Opadł na nie ciężko i przysunął sobie talerz.
– Wyglądasz nieswojo – zagadał auror.
– Naprawdę? Może dlatego, że się nie wyspałem.
- Znów śniły ci się koszmary?
– Nie... - mruknął Remus i zajął się swoją jajecznicą, Śniadanie minęło bardzo szybko. Lupin pozmywał naczynia, natomiast Moody wziął się za czytanie Proroka Codziennego.
– Co się dzieje z tym światem... – mruknął sam do siebie, ale Remus mimo to zapytał:
– Śmierciożercy?
– Nie, tym razem nie. Jakiś ojciec bał się, że Śmierciożercy ich zaatakują, dlatego zabił swoją żonę i dzieci, a potem popełnił samobójstwo.
– Głupota – Remus zamyślił się nagle o swoim ojcu. On na pewno by tego nie zrobił. Broniłby ich, oddał za nich życie, a nie ich pozbawiał. Ludzie są już tak przerażeni, że nie myślą, co robią.
– Niedługo będziesz się musiał wybrać na Pokątną. Jak myślisz, ile pieniędzy będziesz potrzebował?
– Coś tam jeszcze mam... Myślę, że mi starczy.
– Na pewno? Wiesz, że za książki muszę zapłacić jako twój opiekun.
Rozmowę przerwał dzwonek do drzwi; Remus pośpieszył otworzyć.
– Dzień dobry, jestem rehabilitantem ze Szpitala św. Munga. Czy tutaj mieszka Alastor Moody?
– Tak, proszę wejść.
Mężczyzna żwawym krokiem przeszedł przez korytarz. Chłopak zaprowadził go do salonu, w którym siedział Moody. Przywitali się i przystąpili do oględzin. Wszystko za sprawą magicznych maści już się zagoiło.
– Za ile będę mógł wrócić do pracy?
– Nie myślał pan o utrzymaniu się z renty, którą by pan dostawał?
– Nie, nie w tych czasach, proszę pana.
Ten skinął głową, podziękował i wyszedł.
– Musimy znaleźć kogoś kto będzie cię ochraniał na Pokątnej, gdy pójdziesz kupić książki.
– Nie potrzebuję ochrony, poradzę sobie sam – burknął.
– Owszem, potrzebujesz! Czujność przede wszystkim, ZWŁASZCZA teraz.
– Nie odważą się zaatakować nas na Pokątnej, gdzie jest tak wielu świadków, czarodziejów mogących użyć magii. Jacyś aurorzy też tam pewnie będą. Zrobimy to szybko i wrócę.
Moody przyjrzał mu się krzywym okiem. Po chwili jednak westchnął, przesunął rękami swoją stalową nogę i wyraził zgodę.
– Jutro zrobię ci śniadanie i zostawię w lodówce, bo umówiłem się z Jamesem, Syriuszem i Peterem na ósmą w Kotle.
– Co? Jakie ''umówiłem''?! Dopiero teraz wyraziłem zgodę! Zawsze mogę zmienić zdanie!
Remus tylko wyszczerzył do niego swoje śnieżnobiałe, lekko spiczaste zęby.
sobota, 2 maja 2015
Rozdział osiemnasty: Najmilsza kolacja Zakonu Feniksa w historii Zakonu
Tej nocy już nie zasnął. Z samego rana, gdy Moody jeszcze spał,
zrobił śniadanie dla siebie. Ciągle myślał o tym co mu się
śniło. To była prawda, czy tylko głupi sen? Wydawał się być
prawdziwy...
Auror wszedł do kuchni i zaczął robić kanapki z szynką, natomiast Lupin sięgnął po książkę.
Milczenie trwało bardzo długo. Remus już chciał iść do swojego
pokoju i napisać listy do przyjaciół, ale nagle usłyszeli dzwonek
do drzwi. Alastor poszedł sprawdzić kto to i po chwili wrócił z
Arturem Weasley'em - mężem Molly Weasley.
– Cześć, Remusie!
– Dzień dobry – uśmiechnął się.
– Alastorze, nie przeszkadza ci, że wpadłem na kawę?
– Nie, ale co się stało, że nie przyszedłeś z Molly? Jest chora?
– Nie, tylko trochę zmęczona. Dzieci nie dawały nam w nocy spać.
***
Tydzień
później, w niedzielę, odbyło się kolejne zebranie Zakonu
Feniksa. Zebranie
trwało prawie cztery godziny i wszyscy zgłodnieli. Molly
zaproponowała, że zrobi im kolację, a Remus udając, że
przywabiły go zapachy, wszedł do kuchni. Wszyscy siedzieli przy
stole, przy którym zawsze omawiano ich misję, ale wszystkie
dokumenty zniknęły. Nie było mu to i tak potrzebne. Usiadł obok
Moody'ego, który założył rękę na rękę i siedział zamyślony.
Przyjście Remusa jakby go obudziło.
– Zapomniałeś o czujności – powiedział ze śmiechem Remus.
– Ty o niej zapominasz cały czas – odparł Moody.
Wkrótce
Molly podała gulasz warzywny i rozdała każdemu porcję. Usiadła
między swoim mężem, a Moody'm i już miała zacząć jeść, gdy
Alastor zagadał do niej:
– Jak tam mały Percy? Słyszałem, że nie dawał ci znać.
– Niestety. Śpi krótko, jak to dzieci.
– Niestety. Śpi krótko, jak to dzieci.
– Przyprowadź ich kiedyś do nas. Remus zawsze się nudzi, mógłby się nimi zająć.
– Już widzę jak panikuje, gdyby musiał zmienić któremuś pieluszkę – zaśmiała się Molly.
W
końcu goście poszli i Remus wrócił do swojego pokoju. Dzisiejsza
kolacja była naprawdę miła. Wszyscy żartowali i opowiadali sobie
różne rzeczy. Smutne, że większość z nich pewnie niedługo
zginie. Ich misje były naprawdę niebezpieczne.
Spojrzał
przez okno na ciemniejące niebo i przypomniał sobie, że miał
napisać do przyjaciół. Sięgnął po pióro, pergamin i zaczął
skrobać:
Hej,
Tęsknię za Hogwartem i
Wami. Dziś miałem dziwny sen i boję się, że może okazać się
prawdziwy.
Nagle
rozmyślił się. Będzie się zwierzał ze snu? To głupie!
Hej,
Co
tam u Ciebie? Już się nie mogę doczekać aż Was zobaczę.
Niby wiem, co dzieje się w Zakonie, ale jest tu bardzo nudno. Kiedy wybierasz się na
Pokątną? Może wybierzemy się w ten sam dzień całą paczką?
Remus
Przepisał list jeszcze
dwukrotnie i przypiął Nowowi do nóżki.
– Leć – szepnął, a ptak
odbił się od jego ręki i wyleciał przez okno.
Zapatrzył się w księżyc. Już niedługo pełnia. Westchnął, bo przypomniał sobie sen. Patrzał tak w czarne niebo i naszła go melancholia. Chciał do Hogwartu. Odkąd stracił rodziców to Hogwart, a nie mieszkanie Moody'ego, stał się jego prawdziwym domem.
Czekał go ostatni rok szkoły. Ostatni rok. A później? Jaką przyszłość ma przed sobą wilkołak? Gdzie będzie mieszkać? Gdzie pracować? Przyszłość go przerażała. Na pewno nie da rady wyżyć. Nawiedził go pysk Greybacka mówiący, że jest oczekiwany w Podziemiu, że będzie traktowany jak książę...
Pokręcił głową. To nie jest wyjście. Nigdy nie postawi stopy w tym brudnym miejscu. Wstał, poszedł do łazienki i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Zielone oczy wydawały się być zmęczone i zagubione. Westchnął i zauważył, że ostatnio bardzo często wzdychał. Kiedyś potrafił idealnie ukrywać uczucia, teraz był już tym zmęczony. Rozebrał się i wszedł pod prysznic. Gorąca woda uderzała w jego ciało i odprężała.
Wrócił do pokoju i położył się na łóżku. Nie poleżał długo, gdy nagle wleciała sowa Syriusza i rzuciła na niego list, po czym wylądowała obok klatki i zaczęła skubać pokarm dla sów.
– Nów nie będzie zadowolony – mruknął i przeczytał wiadomość.
Luna,
Też tęsknię, ten dom mnie dobija. Chciałbym się już stąd wyrwać. Moi cholerni rodzice wymyślili, żebym znalazł sobie dziewczynę w Slytherinie. Jeszcze miałem pogadankę na temat tego, żebym seksu nie uprawiał ze szlamami i mugolami, bo jeszcze zapłodnię i narażę na szwank reputację rodziny, albo się zarażę czymś. Ta cała czystość krwi mnie męczy. Kiedy ludzie zrozumieją, że to nie jest ważne? Jak tam u Moody'ego? Jest ciężko?
Niedługo pełnia, więc trzymaj się i powodzenia. Śpij, Luno!
Twój na wieki
Syriusz
Remus zaśmiał się. Syriuszowi ostatnio coś odbiło. W mugolskiej bibliotece znalazł dziwny komiks. Styl rysowania był inny niż w komiksach, które czytał. Historia opowiadała o dziewczynce, która spotkała gadającego kota i stała się czarodziejką. Kotka nazywała się Luna i miała na czole znak półksiężyca. Opisał to Remusowi i wypomniał mu jego lenistwo, słabość do ciepełka i kotów (Remus zawsze marzył o kocie, ale nigdy nie odważył się żadnego adoptować) i zaczął nazywać go Luną.
"W Hogwarcie wyczaruję ci na czole ten znak!" zagroził w pewnym liście.
Remus postanowił, że odpisze mu jutro, dosypał trochę pokarmu do miski, by sowa Syriusza nie głodowała i poszedł spać.
– Nie, ale spokojnie, wrócę i nie dam się złapać. Jestem prawie dorosły. Potrafię zadbać o siebie.
Zanim Moody zdążył cokolwiek powiedzieć, wyszedł na zewnątrz. Promienie słońca jakby przywitały go po tych kilku dniach nie wychodzenia z domu. Było przyjemnie ciepło. Chwilę zastanawiał się czy jechać Błędnym Rycerzem, czy dotrzeć tam pieszo. W końcu postanowił nacieszyć się dobrą pogodą.
Szedł spokojnie, jednak w głowie miał mętlik. Mimo to zwracał szczególną uwagę na swoje otoczenie, by upewnić się, że nikt go nie śledzi, ani nie ma na jego drodze żadnej magicznej pułapki. Po godzinie przyjemnej wędrówki dotarł na cmentarz.
Ogarnęła go melancholia i - mimo słońca - przejmujący chłód. Nie był tu od tak dawna. Ominął kilka grobów i stanął przed dwoma położonymi bardzo blisko siebie.
Pewnego szczególnego dla niego dnia wstał, ubrał się, rozczesał włosy i poszedł zrobić sobie śniadanie. Gdy kończył jeść tosty, do kuchni wszedł Moody. Remus zmył swoje naczynia i idąc do przedpokoju powiedział:
– Wychodzę.
– Wychodzę.
– Gdzie? – Moody spojrzał na niego podejrzliwie.
– Przejść się.
– Dokąd?
– A tak o... – odparł Remus wymijająco.
– Powiedz gdzie, albo nigdzie nie idziesz. Dobrze wiesz, że zwolennicy Voldemorta są coraz bardziej aktywni. Już raz cie porwali, mało ci było?– Nie, ale spokojnie, wrócę i nie dam się złapać. Jestem prawie dorosły. Potrafię zadbać o siebie.
Zanim Moody zdążył cokolwiek powiedzieć, wyszedł na zewnątrz. Promienie słońca jakby przywitały go po tych kilku dniach nie wychodzenia z domu. Było przyjemnie ciepło. Chwilę zastanawiał się czy jechać Błędnym Rycerzem, czy dotrzeć tam pieszo. W końcu postanowił nacieszyć się dobrą pogodą.
Szedł spokojnie, jednak w głowie miał mętlik. Mimo to zwracał szczególną uwagę na swoje otoczenie, by upewnić się, że nikt go nie śledzi, ani nie ma na jego drodze żadnej magicznej pułapki. Po godzinie przyjemnej wędrówki dotarł na cmentarz.
Ogarnęła go melancholia i - mimo słońca - przejmujący chłód. Nie był tu od tak dawna. Ominął kilka grobów i stanął przed dwoma położonymi bardzo blisko siebie.
Hope Lupin Lyall Lupin
Na płytach pisała również data ich narodzin i zgonów. Patrzył przygnębiony na kamień, pod którym spoczywali jego rodzice, a raczej już kości po nich. Było mu smutno. Tęsknił za nimi. Zawsze bezwarunkowo go kochali, wspierali, a gdy się buntował, to bez słowa to znosili.
– Mamo, tato... – szepnął i spuścił głowę. Ułożył na ich grobach kwiaty, które kupił przy bramie cmentarnej. – Tęsknię za wami. Został ostatni rok Hogwartu. Szkoda, że nie doczekaliście aż skończę szkołę. Nie wiem, co mam dalej zrobić i nie wiem, kto mógłby mi pomóc. Gdy wrócę z Hogwartu po raz ostatni, będę już zupełnie sam. Chcę należeć do Zakonu, ale to mi przecież nie zapewni pieniędzy na życie. Mogłem przewidzieć to, że nic się w moim losie nie poprawi i położyć z wami, nie?
Postał przy nich jeszcze jakiś czas, wspominając swoje dzieciństwo i to, jacy byli. Smuciło go, że już nigdy nie usłyszy ich głosów, nie poczuje ich zapachu, dotyku...
Otrząsnął się ze smętnych myśli i postanowił, że pójdzie zobaczyć swój rodzinny dom. Był niedaleko cmentarza. Idąc kompletnie się zamyślił.
Nagle stanął jak wryty. Nie... Nie, NIE! Szerokimi oczami patrzył na spalone szczątki swojego domu. Nie mógł uwierzyć w to co widział. Bo przecież to nie mogła być prawda! Zgliszcza nie wyglądały na świeże, lecz nikt nie kwapił się ich posprzątać. Wszedł powoli za furtkę do ogródka. Ostrożnie chodząc po szczątkach czegoś, co kiedyś było jego azylem, rozejrzał się. Rozpoznawał, gdzie co było. Ogarnął go gniew. Nie wiedział, kto to zrobił, ale obiecał sobie, że osoba ta poczuje smak jego zemsty. Dlaczego o tym nie wiedział? Zakon, gdyby wiedział, poruszyłby temat przy posiedzeniu, prawda?
I wtedy zobaczył coś dziwnego. Coś, czego na pewno nie powinno tu być. Kartka z krwistą plamą w kształcie łapy. Nie byle jakiej łapy. Sam smród kartki, choć leżała pod gruzem już bardzo długo, powiedział mu, kto to zrobił.
– Gdzieś był tak długo?! – Przywitał go wrzask Moody'ego. – Wiesz jak nieodpowiedzialnie się zachowałeś?! Obchodzi cie w ogóle twoje bezpieczeństwo i to ile osób stara się ciebie chronić?
– Poradziłbym sobie – odparł pustym głosem.
– Coś się stało? – Auror spojrzał na niego, marszcząc brwi.
– Wiesz o tym, że mój dom spalono? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Co? Nie... Kiedy? Na twoich oczach?!
– Czy gdyby spalono go na moich oczach, to podpalacz pozwoliłby mi odejść? Musiało się to stać dawno.
– Wiesz kto to zrobił?
– Nie - skłamał Remus. Nawet się nie zająknął.
– Musimy powiadomić o tym Dumbledore'a. Nie sądzę, by to był przypadek. Już raz cie porwano i wiemy, że Greyback dalej chce cię mieć w swoich szeregach. Myślisz, że to mógłby być on?
Remusa wzruszyła postawa Alastora. Naprawdę się tym przejął i chciał pomóc. W pierwszej chwili chciał mu powiedzieć o znaku zostawionym przez wilkołaka, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Musiał mu za to odpłacić sam. Bez niczyjej pomocy. Przypomniał mu się jego koszmar. Co to wszystko może oznaczać?
– Nie wiem czy to on. Nie wiem tez czy podpalili dom magią czy po prostu rozpalili ogień jakimś mugolskim sposobem. Greyback nie używa magii, chyba, że to konieczne.
– Wszystko w porządku?
– Tak – skłamał chłopak. – Po prostu jestem wściekły.
– Rozumiem cie. Gdyby ktoś spalił mój dom...
– Idę do pokoju – odparł Remus i wszedł po schodach, zostawiając Moody'ego samego. Mężczyzna natychmiast skontaktował się z Dumbledore'em i wyjaśnił mu czego się dowiedzieli.
Remus zauważył, że Nów wrócił z listami od przyjaciół. Przeczytał je szybko, choć prawie nie skupiał się na treści i bardzo szybko napisał na trzech pergaminach to, co odkrył. Łącznie z karteczką ze śladem wilkołaka. Nów spojrzał na niego z wyrzutem.
– Wiem, że chciałbyś odpocząć, ale proszę, to ważne – szepnął. Uszczypnął go w palec trochę za mocno i odbił się od jego ręki; wyleciał przez okno. Patrzał za nim na tle zachodzącego powoli słońca, dopóki nie zniknął mu z oczu.
Zasiadł przy biurku, oparł łokcie o blat i zakrył twarz w dłoniach. Chciał dziś tylko odwiedzić rodziców. Nie sądził, że dzisiejsze wyjście tak pognębi mu humor. Nie wiedział już co ma zrobić. Nawet jeśli nie robił nic, to i tak wszystko co działo się wokół niego musiało mieć jakiś negatywny wpływ na niego. Jęknął. Za dużo myśli chodziło mu po głowie.
Sięgnął po jakąś książkę z półki. Nie obchodziło go, co to będzie, chciał tylko zatopić się w tej fabule i choć na chwilę uwolnić od własnych problemów i myśli. Wszystko się w nim kotłowało.
Myślał już, czy nie położyć się spać, gdy do domu wleciał Nów z listem od Syriusza.
Luniak,
Morze w przyszłą niedzielę sobotę wybralibyśmy się w czwórkę na Pokątną pojeździć? po podręczniki? Ten stary wredny Moody chyba się zgodzi, nie? Porozmawialibyśmy na spokojnie o tym co napisałeś, bo listownie to nie ma co. Czekam na odpowiedź, ale najpierw daj Nowowi odpocząć, bo biedak padnie!
Syriusz
PS. Miałem dość i zwiałem z domu. Mieszkam teraz trochę u Rogacza. Sorka, że Ci nie napisałem we wcześniejszym liście, ale jakoś kompletnie zapomniałem. Tutaj jest cudownie! Taka normalna rodzina, nie ześwirowana na punkcie czystości krwi. Miła odmiana.
Próbował nie zauważyć błędów i skupił się na treści, choć zmęczenie trochę mu to utrudniało. Łapa kilkukrotnie skreślał słowa. Pojeździć? Czyli zamierzał wziąć motocykl. Mogłaby to być fajna odskocznia tego lata. Wiedział, że przyjaciel pomieszkuje u Jamesa. Rogacz napisał mu to w liście. Zazdrościł im. Sam chciałby już ich zobaczyć. Ich życie było o wiele prostsze od jego. Co prawda nad nimi i ich rodzinami wciąż wisiała groźba ze strony Voldemorta, jak zresztą nad wszystkimi, ale teraz, w ciepłe lato, nikt nie trzymał ich jak w klatce, mieli gdzie wracać, mieli swoje rodziny, byli zdrowi i ich przyszłość zależała tylko od ocen. Zazdrościł tego zwykłym ludziom. Tej całej normalności.
W końcu wstał powoli i w ciszy przygotował się do spania. Jeszcze zanim zasnął jego senne myśli zawędrowały do rodziców i ich zniszczonego domu. Poczuł w brzuchu jęzor wściekłości. Stłumił ją jednak natychmiast, a po chwili zasnął.
Gdy się obudził słońce już świeciło. Wsłuchał się w ciszę i wiedział, że Moody jeszcze śpi. Bardzo dobrze, znaczyło to, że przynajmniej na razie uniknie pytań. Wkrótce jednak auror się obudził, lecz po szybkim spożyciu posiłku poszedł do gabinetu.
Pół godziny później w salonie zebrało się dziewięcioro członków Zakonu. Pochylali się nad jakimiś papierami i dyskutowali głośno, lecz Remus nic z tego nie rozumiał: porozumiewali się jakimś szyfrem.
W końcu spięci, z poważnymi minami, spojrzeli po sobie i sprawdzając czas wyszli. Lupin został sam w domu. Pozmywał naczynia ze śniadania oraz kubki po kawach, które pili członkowie. Zrobił to bardzo szybko. Nienawidził zapachu kawy. Był ciężki i wpychał się do jego nozdrzy. Smak też nie był lepszy. Chłopak wolał pić herbatę. Z nudów zaczął sprzątać mieszkanie. Dawno nikt tu nie odkurzał, ani nie ścierał kurzu. Moody kiedyś dbał o to, teraz często był zmęczony. Łączenie pracy aurora, gdzie w każdej chwili mogli go wezwać z byciem zastępcą założyciela Zakonu było trudne, zwłaszcza, że Voldemort zwiększył swoją działalność.
Wkrótce nie miał już co robić. Przeszukał jeszcze raz biblioteczkę Alastora, ale nie znalazł w niej nic ciekawego. Z westchnięciem opadł na kanapę. W głowie wciąż rozmyślał o swoim koszmarze i spalonym domostwie. Greyback czegoś od niego chciał. Czy aż tak bardzo zależało mu, by Remus dołączył do Podziemia, ponieważ go ukąsił? Wilkołaki najczęściej atakowały małe dzieci, by te znienawidziły społeczeństwo czarodziejów, które je odrzuca i udaremnia im znalezienie pracy. Wiedział, że był prawdopodobnie jedynym, który został ''stworzony'' przez Fenrira i do niego nie dołączył i jako jedyny uczył się w Hogwarcie. Dla takich jak on były specjalne wyznaczone przez Ministerstwo oddziały, ale nigdy tam nie był.
Gdy zgłodniał, odmroził sobie łazanki i zjadł. Zmył od razu miskę, by nic nie zaśmiecało zlewu. Strasznie się nudził. Poszedł na górę do pokoju i wyjął z kufra swój podręcznik do numerologii. Powtórzy sobie materiał. Około dwudziestej znów zgłodniał i zszedł do kuchni zrobić sobie trochę kromek z szynką Nie wiedział co miałby jeszcze porobić, więc postanowił, że pójdzie wcześniej spać. Około północy obudził go hałas na dole. W przedpokoju krzyczeli ludzie. Zerwał się szybko z łóżka i zbiegł sprawdzić, co się dzieje. Jeszcze u szczytu schodów poczuł świeży zapach krwi. Gdy zbiegł po nich, zauważył jak cztery osoby wnoszą zakrwawionego Moody'ego do salonu i kładą na kanapie. Wszędzie było pełno krwi aurora. Z twarzy także lała mu się krew; Remusowi wydawało się, że mężczyźnie brakuje kawałka nosa. Czarodzieje natychmiast zaczęli szeptać zaklęcia i machać różdżkami nad nim. Pewna kobieta, której imię zawsze wylatywało Lupinowi z głowy, upewniła się, że oddycha.
W końcu spięci, z poważnymi minami, spojrzeli po sobie i sprawdzając czas wyszli. Lupin został sam w domu. Pozmywał naczynia ze śniadania oraz kubki po kawach, które pili członkowie. Zrobił to bardzo szybko. Nienawidził zapachu kawy. Był ciężki i wpychał się do jego nozdrzy. Smak też nie był lepszy. Chłopak wolał pić herbatę. Z nudów zaczął sprzątać mieszkanie. Dawno nikt tu nie odkurzał, ani nie ścierał kurzu. Moody kiedyś dbał o to, teraz często był zmęczony. Łączenie pracy aurora, gdzie w każdej chwili mogli go wezwać z byciem zastępcą założyciela Zakonu było trudne, zwłaszcza, że Voldemort zwiększył swoją działalność.
Wkrótce nie miał już co robić. Przeszukał jeszcze raz biblioteczkę Alastora, ale nie znalazł w niej nic ciekawego. Z westchnięciem opadł na kanapę. W głowie wciąż rozmyślał o swoim koszmarze i spalonym domostwie. Greyback czegoś od niego chciał. Czy aż tak bardzo zależało mu, by Remus dołączył do Podziemia, ponieważ go ukąsił? Wilkołaki najczęściej atakowały małe dzieci, by te znienawidziły społeczeństwo czarodziejów, które je odrzuca i udaremnia im znalezienie pracy. Wiedział, że był prawdopodobnie jedynym, który został ''stworzony'' przez Fenrira i do niego nie dołączył i jako jedyny uczył się w Hogwarcie. Dla takich jak on były specjalne wyznaczone przez Ministerstwo oddziały, ale nigdy tam nie był.
Gdy zgłodniał, odmroził sobie łazanki i zjadł. Zmył od razu miskę, by nic nie zaśmiecało zlewu. Strasznie się nudził. Poszedł na górę do pokoju i wyjął z kufra swój podręcznik do numerologii. Powtórzy sobie materiał. Około dwudziestej znów zgłodniał i zszedł do kuchni zrobić sobie trochę kromek z szynką Nie wiedział co miałby jeszcze porobić, więc postanowił, że pójdzie wcześniej spać. Około północy obudził go hałas na dole. W przedpokoju krzyczeli ludzie. Zerwał się szybko z łóżka i zbiegł sprawdzić, co się dzieje. Jeszcze u szczytu schodów poczuł świeży zapach krwi. Gdy zbiegł po nich, zauważył jak cztery osoby wnoszą zakrwawionego Moody'ego do salonu i kładą na kanapie. Wszędzie było pełno krwi aurora. Z twarzy także lała mu się krew; Remusowi wydawało się, że mężczyźnie brakuje kawałka nosa. Czarodzieje natychmiast zaczęli szeptać zaklęcia i machać różdżkami nad nim. Pewna kobieta, której imię zawsze wylatywało Lupinowi z głowy, upewniła się, że oddycha.
Po kilku minutach westchnął i otworzył swoje paciorkowate oczy.
– Gdzie jest ten skurwysyn? – wysapał.
– Spokojnie, Alastorze. Jesteś u siebie w domu.
Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego. Skrzywił się z bólu i próbował usiąść i wtedy też Remus zauważył coś przerażającego. Takiej ilości krwi nie mogło być tylko przy uszkodzeniu nosa. Alastor Moody nie miał lewej nogi.
– Gdzie jest ten skurwysyn? – wysapał.
– Spokojnie, Alastorze. Jesteś u siebie w domu.
Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego. Skrzywił się z bólu i próbował usiąść i wtedy też Remus zauważył coś przerażającego. Takiej ilości krwi nie mogło być tylko przy uszkodzeniu nosa. Alastor Moody nie miał lewej nogi.
Rozdział siedemnasty: Dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny!
James doznał nagłej przemiany duchowej. Po spokojnej rozmowie z Lily zrozumiał już dlaczego tak bardzo go nie lubiła i stwierdził, że dziewczyna ma rację. Był nieznośny.
Przestał atakować innych uczniów, nawet - choć przyszło mu to z trudem - Ślizgonów. Nie odpuścili tylko zżędliwemu Filchowi.
Lily cieszyła się, że spowodowała tę przemianę i coraz częściej spędzała czas z czwórką przyjaciół. Remusowi bardzo się to podobało, gdyż szczerze mówiąc miał już dość niechęci dziewczyny do jego kumpli.
Wiosna w pełni kwitła i szkolne błonia zamieniły się w piękną zieloną oazę. Huncwoci coraz częściej wychodzili, by pogawędzić pod ich ulubionym drzewem lub posiedzieć nad brzegiem jeziora. Niestety, nie mieli zbyt dużo czasu na tego typu przyjemności. Nauczyciele obciążali ich coraz większą ilością zadań domowych. Osoby, które zamierzały zakończyć edukację w szóstej klasie musiały być gotowe na wyjście w świat.
Każdego wieczoru stoliki w bibliotece i pokojach wspólnych uginały się pod stosem ciężkich tomiszczy.
– Remi, mógłbyś sprawdzić mój referat z zaklęć? – mruknął James.
– Muszę? – jęknął, wertując podręcznik z numerologii.
– Zaraz zaczyna się trening - lamentował Potter. - Nie mogę się spóźnić, bo co sobie pomyślą o mnie.
Spojrzał szczenięcym wzrokiem.
– Ej, nie zamieniaj się w Łapę! Dobra... Dawaj to.
– Luniak, wiesz że z nieba mi spadasz? – James wstał. – Do zobaczenia na kolacji!
Lupin odstawił pergamin przyjaciela na bok i zajął się swoim zadaniem z numerologii, opieki nad magicznymi stworzeniami, historii magii oraz zaklęć. Dopiero gdy skończył, zajął się jego pracą.
Wrzucił wszystko do torby, przerzucił ją przez ramię i wszedł do dormitorium. Pochował wszystko w swojej szafce, a pracę Jamesa zostawił mu na łóżku. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Do kolacji została godzina, więc sięgnął po książkę, położył się wygodnie i zatopił w lekturze.
Przestał atakować innych uczniów, nawet - choć przyszło mu to z trudem - Ślizgonów. Nie odpuścili tylko zżędliwemu Filchowi.
Lily cieszyła się, że spowodowała tę przemianę i coraz częściej spędzała czas z czwórką przyjaciół. Remusowi bardzo się to podobało, gdyż szczerze mówiąc miał już dość niechęci dziewczyny do jego kumpli.
Wiosna w pełni kwitła i szkolne błonia zamieniły się w piękną zieloną oazę. Huncwoci coraz częściej wychodzili, by pogawędzić pod ich ulubionym drzewem lub posiedzieć nad brzegiem jeziora. Niestety, nie mieli zbyt dużo czasu na tego typu przyjemności. Nauczyciele obciążali ich coraz większą ilością zadań domowych. Osoby, które zamierzały zakończyć edukację w szóstej klasie musiały być gotowe na wyjście w świat.
Każdego wieczoru stoliki w bibliotece i pokojach wspólnych uginały się pod stosem ciężkich tomiszczy.
– Remi, mógłbyś sprawdzić mój referat z zaklęć? – mruknął James.
– Muszę? – jęknął, wertując podręcznik z numerologii.
– Zaraz zaczyna się trening - lamentował Potter. - Nie mogę się spóźnić, bo co sobie pomyślą o mnie.
Spojrzał szczenięcym wzrokiem.
– Ej, nie zamieniaj się w Łapę! Dobra... Dawaj to.
– Luniak, wiesz że z nieba mi spadasz? – James wstał. – Do zobaczenia na kolacji!
Lupin odstawił pergamin przyjaciela na bok i zajął się swoim zadaniem z numerologii, opieki nad magicznymi stworzeniami, historii magii oraz zaklęć. Dopiero gdy skończył, zajął się jego pracą.
Wrzucił wszystko do torby, przerzucił ją przez ramię i wszedł do dormitorium. Pochował wszystko w swojej szafce, a pracę Jamesa zostawił mu na łóżku. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Do kolacji została godzina, więc sięgnął po książkę, położył się wygodnie i zatopił w lekturze.
Nagle do pokoju wpadł przepocony i brudny z błota James. Na jego twarzy widniał wielki szeroki banan. Rzucił się na Remusa i zaczął nieskładnie coś krzyczeć i potrząsać nim.
– Rogacz, co ci? – wykrztusił.
– Lily! Lily!
– Coś jej się stało?
– Nie! – Oczy Jamesa lśniły. – Wracałem do dormitorium i spotkałem ją. Poszliśmy do sali obok, gadaliśmy, było super! Nachyliłem się i ją pocałowałem!
Remus otworzył usta ze zdziwienia. Tego się nie spodziewał.
– I co dalej? – spytał.
– Spoliczkowała mnie i wyszła zarumieniona.
Lupin, choć wiedział, że zachowuje się wrednie, zaśmiał się z przyjaciela.
– Ale jestem pewien, że odwzajemniła go na początku! A jak całuje... mmm. – Rozmarzył się. – Ona na mnie leci. Mówię ci to.
– Dlatego cie uderzyła? – Remus próbował opanować śmiech.
– To dlatego, że jest nieśmiała!
– No tak, tak, oczywiście – odparł Remus prawie płacząc z rozbawienia.
– Nie wierzysz mi.
– No, nie bardzo.
– Jeszcze zobaczysz, że będzie moja!
– Ależ oczywiście. – Chłopak wreszcie się opanował, choć było mu naprawdę ciężko.
Zeszli na kolację i spotkali Syriusza oraz Petera. James podekscytowany opowiedział im, co zaszło. Spojrzał w stronę dziewczyny. Zauważyła to, zarumieniła się i odwróciła w drugą stronę.
– M o j a – szepnął w stronę Remusa i mrugnął porozumiewawczo.
– Rogacz, co ci? – wykrztusił.
– Lily! Lily!
– Coś jej się stało?
– Nie! – Oczy Jamesa lśniły. – Wracałem do dormitorium i spotkałem ją. Poszliśmy do sali obok, gadaliśmy, było super! Nachyliłem się i ją pocałowałem!
Remus otworzył usta ze zdziwienia. Tego się nie spodziewał.
– I co dalej? – spytał.
– Spoliczkowała mnie i wyszła zarumieniona.
Lupin, choć wiedział, że zachowuje się wrednie, zaśmiał się z przyjaciela.
– Ale jestem pewien, że odwzajemniła go na początku! A jak całuje... mmm. – Rozmarzył się. – Ona na mnie leci. Mówię ci to.
– Dlatego cie uderzyła? – Remus próbował opanować śmiech.
– To dlatego, że jest nieśmiała!
– No tak, tak, oczywiście – odparł Remus prawie płacząc z rozbawienia.
– Nie wierzysz mi.
– No, nie bardzo.
– Jeszcze zobaczysz, że będzie moja!
– Ależ oczywiście. – Chłopak wreszcie się opanował, choć było mu naprawdę ciężko.
Zeszli na kolację i spotkali Syriusza oraz Petera. James podekscytowany opowiedział im, co zaszło. Spojrzał w stronę dziewczyny. Zauważyła to, zarumieniła się i odwróciła w drugą stronę.
– M o j a – szepnął w stronę Remusa i mrugnął porozumiewawczo.
W końcu James i Lily spotkali się w klasie i dziewczyna nie miała sposobności ucieczki. Potter podszedł do niej energicznym krokiem.
– Patrz, już mogę dostrzec jego skrzydła. Zaraz odleci – zażartował Łapa.
– Może znowu dostanie w twarz?
– Marzę, by to zobaczyć – szczeknął Syriusz.
– Jesteście niemili – jęknął Peter. Wszyscy zamilkli, gdy chłopak podszedł do Evans. Stała plecami do niego.
– Hej, Evans. – James wyszczerzył się. – Co tam?
Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się szybko w jego stronę.
– Eee... Hej - wydukała i odwróciła się, by nie patrzeć na jego twarz.
– Masz ochotę spotkać się po lekcjach?
– Ja... Nie wiem... – zarumieniła się. Spojrzała na niego, a w jej oczach było coś dziwnego.
– To jesteśmy umówieni – zakrzyknął radośnie.
– Ej, no! Chciałem zobaczyć jak bije go po pysku – zajęczał Łapa ze smutkiem.
– My to jednak jesteśmy wredni - skomentował Remus. Dzwonek obwieścił początek lekcji.
– Patrz, już mogę dostrzec jego skrzydła. Zaraz odleci – zażartował Łapa.
– Może znowu dostanie w twarz?
– Marzę, by to zobaczyć – szczeknął Syriusz.
– Jesteście niemili – jęknął Peter. Wszyscy zamilkli, gdy chłopak podszedł do Evans. Stała plecami do niego.
– Hej, Evans. – James wyszczerzył się. – Co tam?
Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się szybko w jego stronę.
– Eee... Hej - wydukała i odwróciła się, by nie patrzeć na jego twarz.
– Masz ochotę spotkać się po lekcjach?
– Ja... Nie wiem... – zarumieniła się. Spojrzała na niego, a w jej oczach było coś dziwnego.
– To jesteśmy umówieni – zakrzyknął radośnie.
– Ej, no! Chciałem zobaczyć jak bije go po pysku – zajęczał Łapa ze smutkiem.
– My to jednak jesteśmy wredni - skomentował Remus. Dzwonek obwieścił początek lekcji.
***
Potter i Evans kręcili ze sobą kilka miesięcy, ale wciąż nie zaczynali być parą. Syriusz naśmiewał się z Jamesa, że jest mało męski, bo nie potrafi przejąć inicjatywy. Ten natomiast odpowiadał, że ją urabia, by zakochała się w nim bardziej. W tym czasie przystojny Black miał już cztery dziewczyny, a aktualnie spotykał się z Niną, która wzdychała do niego od roku i podstępnie eliminowała wszystkie jego poprzednie dziewczyny w taki sposób, że ani on, ani owe dziewczyny nie wiedzieli nawet, że była w to zamieszana. Peter nie miał powodzenia u kobiet, natomiast Remus nieświadomie spławiał chłodno jakąkolwiek dziewczynę, jaka próbowała się zbliżyć.
Przyjaciele patrzeli na to ze smutkiem. Wiedzieli czemu tak się dzieje. Lupin bał się, że jeśli się z kimś zwiąże to skończy się tak samo jak z Carly. Zastanawiali się nawet nad tym czy dalej ją kocha.
Przyjaciele patrzeli na to ze smutkiem. Wiedzieli czemu tak się dzieje. Lupin bał się, że jeśli się z kimś zwiąże to skończy się tak samo jak z Carly. Zastanawiali się nawet nad tym czy dalej ją kocha.
Koniec roku szkolnego okazał się dla nich sprzyjający. James i Lily zaczęli oficjalnie być parą. Severus Snape ubolewał nad tym okropnie i jeszcze bardziej nienawidził czwórki przyjaciół. Swoją zawiść i ból próbował wyładowywać na Remusie. Znał jego sekret. Mógł go gnębić, szantażować. Zniszczyć życie. Lunatyk starał się to ignorować, jednak jego wewnętrzny głos, tak krytyczny wobec niego, zgadzał się ze Ślizgonem. Powoli zacząć otaczać się na powrót czarnymi myślami.
***
Szedł w ciszy w stronę domu Moody'ego. Auror napisał mu w liście, że nie mógł go dziś odebrać spod dworca. Remus cieszył się z takiego obrotu spraw, gdyż mógł nacieszyć się pięknem lata i wyciszeniem. Co prawda słychać było uliczny hałas, ale mógł to łatwo zignorować.
Doszedł do domu Alastora i wyciągnął list. Pełnia była trzy tygodnie temu i czarodziej wiedział, że zmysł wykrywania magii osłabł już w Remusie, dlatego opisał mu jak powinien stawiać stopy, by nie nadziać się na nowy system zabezpieczeń.
Gdy już bezpiecznie dostał się do środka, rozpakował swoje rzeczy i usiadł po turecku na łóżku. Znów się zamyślił. Ostatnio bardzo często mu się to zdarzało. Ogarniały go czarne myśli. Myślał o wilkołactwie, o Greybacku, matce, ojcu i Zakonie. Myślał o swoich przyjaciołach, wrogach i Voldemorcie. Świat z dnia na dzień stawał się coraz straszniejszy. Na razie miał jeszcze rok bezpiecznego chowania się w Hogwarcie wraz z innymi, ale co potem? Jaka miała być jego przyszłość?
Gwałtowne dobijanie się do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Zszedł na dół i wpuścił do środka swojego opiekuna. Ten przyjrzał mu się podejrzliwie i nagle... skierował ku niemu różdżkę.
Chłopak zamarł. Nie wiedział czego się spodziewać. Powróciła nienawiść Moody'ego do jego rasy i postanowił go wyeliminować? A może to nie Moody? Może ktoś podszył się pod niego właśnie po to, by wkraść się do wnętrza kwatery Zakonu i powybijać członków?
– Na co nigdy ci nie pozwalałem?
– Co? – spytał zdezorientowany Remus.
– Odpowiedz! Na co nigdy ci nie pozwalałem? – Niebezpiecznie zbliżył swoją różdżkę. Chłopak patrzył na nią całkiem zdezorientowany.
– Nie wiem. Na to bym był w Zakonie Feniksa.
Mężczyzna opuścił różdżkę.
– To ty.
– A kogo się spodziewałeś?
Moody przetarł dłonią czoło. Wyglądał na zmęczonego.
– Ostatnio mamy wielu szpiegów. Ludzie albo przychodzą ze złymi zamiarami, albo w trakcie służby przechodzą na stronę zła. Jest źle. Musimy walczyć z własnymi przyjaciółmi nie wiedząc do końca czy oskarżenia są prawdziwe. Jest coraz ciężej walczyć z Voldemortem. Ludzie się boją.
– Wiem. W Proroku Codziennym pisali o zdradach członków rodzin.
– To, co pisze Prorok to ledwo cząstka tego, co dzieje się na świecie. – Moody minął Remusa i skierował się do swojego gabinetu. – Proszę, zrób mi kawę do termosu. Czeka mnie dużo pracy, a wszystko musi być gotowe do jutrzejszego zebrania.
Doszedł do domu Alastora i wyciągnął list. Pełnia była trzy tygodnie temu i czarodziej wiedział, że zmysł wykrywania magii osłabł już w Remusie, dlatego opisał mu jak powinien stawiać stopy, by nie nadziać się na nowy system zabezpieczeń.
Gdy już bezpiecznie dostał się do środka, rozpakował swoje rzeczy i usiadł po turecku na łóżku. Znów się zamyślił. Ostatnio bardzo często mu się to zdarzało. Ogarniały go czarne myśli. Myślał o wilkołactwie, o Greybacku, matce, ojcu i Zakonie. Myślał o swoich przyjaciołach, wrogach i Voldemorcie. Świat z dnia na dzień stawał się coraz straszniejszy. Na razie miał jeszcze rok bezpiecznego chowania się w Hogwarcie wraz z innymi, ale co potem? Jaka miała być jego przyszłość?
Gwałtowne dobijanie się do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Zszedł na dół i wpuścił do środka swojego opiekuna. Ten przyjrzał mu się podejrzliwie i nagle... skierował ku niemu różdżkę.
Chłopak zamarł. Nie wiedział czego się spodziewać. Powróciła nienawiść Moody'ego do jego rasy i postanowił go wyeliminować? A może to nie Moody? Może ktoś podszył się pod niego właśnie po to, by wkraść się do wnętrza kwatery Zakonu i powybijać członków?
– Na co nigdy ci nie pozwalałem?
– Co? – spytał zdezorientowany Remus.
– Odpowiedz! Na co nigdy ci nie pozwalałem? – Niebezpiecznie zbliżył swoją różdżkę. Chłopak patrzył na nią całkiem zdezorientowany.
– Nie wiem. Na to bym był w Zakonie Feniksa.
Mężczyzna opuścił różdżkę.
– To ty.
– A kogo się spodziewałeś?
Moody przetarł dłonią czoło. Wyglądał na zmęczonego.
– Ostatnio mamy wielu szpiegów. Ludzie albo przychodzą ze złymi zamiarami, albo w trakcie służby przechodzą na stronę zła. Jest źle. Musimy walczyć z własnymi przyjaciółmi nie wiedząc do końca czy oskarżenia są prawdziwe. Jest coraz ciężej walczyć z Voldemortem. Ludzie się boją.
– Wiem. W Proroku Codziennym pisali o zdradach członków rodzin.
– To, co pisze Prorok to ledwo cząstka tego, co dzieje się na świecie. – Moody minął Remusa i skierował się do swojego gabinetu. – Proszę, zrób mi kawę do termosu. Czeka mnie dużo pracy, a wszystko musi być gotowe do jutrzejszego zebrania.
Czuł się podle. Nie nadawał się do niczego. Nie ważne były jego oceny. Nic mu w życiu nie przyniosą, nie pomogą, żaden pracodawca nie weźmie go z entuzjazmem. Prędzej wygna, grożąc śmiercią, pomyślał. Objął kolana ramionami. Dlaczego tak musiało być? Dlaczego nikt nie potrafił wymyślić lekarstwa? Czuł się jak ktoś z HIV'em; wilkołactwo wyniszczało jego ciało i psychikę. Często wśród ludzi, którzy wiedzieli czym jest, czuł się właśnie tak, jakby przez sam dotyk mógł komuś przekazać to przekleństwo. Oparł czoło o kolana.
Nie chcę już być potworem. Mam dość. Dość!
Czuł ogromny ból w sercu. Czemu tak trudno go zaakceptować? On nie jest jak inne wilkołaki. Nikogo nie atakuje, chowa się, uważa. Nie jest jak Greyback, nie...
I nagle dziwna pustka wypełniła mu umysł. Myślał o czymś związanym z Greybackiem, ale nie pamiętał, co to było. Próbował sobie przypomnieć, ale gdy tylko w jego głowie, jak za mgłą, pojawiał się strzępek obrazu, natychmiast pustka wypierała go jak najdalej.
Rozbolała go głowa, więc położył się, przykrył i zasnął.
Czuł ogromny ból w sercu. Czemu tak trudno go zaakceptować? On nie jest jak inne wilkołaki. Nikogo nie atakuje, chowa się, uważa. Nie jest jak Greyback, nie...
I nagle dziwna pustka wypełniła mu umysł. Myślał o czymś związanym z Greybackiem, ale nie pamiętał, co to było. Próbował sobie przypomnieć, ale gdy tylko w jego głowie, jak za mgłą, pojawiał się strzępek obrazu, natychmiast pustka wypierała go jak najdalej.
Rozbolała go głowa, więc położył się, przykrył i zasnął.
Stał. Spowijał go mrok. Odczekał chwilę, aż jego wzrok przyzwyczai się do ciemności, ale nic takiego się nie stało. Czuł się jak ślepiec. Po chwili reszta jego zmysłów "włączyła się". Czuł smród brudu, pleśni i starości. Była też krew. Coraz więcej krwi. Jej mdły zapach napierał na niego. Nie słyszał nic. Ta pustka była dobijająca.
Nie miał klaustrofobii, ale ta ciemność otaczała go z każdej strony. P r z y t ł a c z a ł a. Nieświadomie zaczął głośno dyszeć. Nie potrafił zaczerpnąć powietrza w płuca. Nagle usłyszał głos matki:
Nie miał klaustrofobii, ale ta ciemność otaczała go z każdej strony. P r z y t ł a c z a ł a. Nieświadomie zaczął głośno dyszeć. Nie potrafił zaczerpnąć powietrza w płuca. Nagle usłyszał głos matki:
– Remusku, Remusku, mój synku...
– Mamo...? – szepnął i rozejrzał się. W głowie usłyszał krzyk.
– TY NIE JESTEŚ JUŻ MOIM SYNEM! JESTEŚ BESTIĄ! TO TY MNIE ZABIŁEŚ!
Po chwili dołączyły do niego innego głosy.
– Nie zbliżaj się do mnie, kanalio, nie chcę się niczym zarazić.
– Powinno się ciebie od razu zabić. Albo zamknąć! Sczeźnij!
– Chłopakowi nie można ufać, jest niebezpieczny.
– Okłamywałeś nas! Swoich przyjaciół! Jak mamy ci ufać? Byliśmy z tobą szczerzy, a ty?!
– Dość, dość, dość – jęczał Lupin. Zacisnął powieki, wplótł palce we włosy i padł na kolana. – To sen, to sen, to SEN! Zaraz się wybudzę...
– Jak to jest być nienawidzonym za samo istnienie?
– Nie lepiej się zabić i zniknąć z życia innych?
– Już mam dość tego, że mieszka pod moim dachem. Nigdy nie chciałem mieć zwierzaka.
Wydał z siebie zduszony jęk i począł bujać się w przód i w tył. Czuł, że jest na granicy wyczerpania psychicznego. Niech to się już skończy!
I nagle go zobaczył. Greyback. Szedł w jego kierunku z ogromnym uśmiechem pełnym spiłowanych na trójkąt, żółtych, brudnych zębów. Remus klęczał sparaliżowany. Nie mógł drgnąć, natomiast Fenrir stanął tuż przed nim. Cuchnął krwią, potem i brudem. Złapał Remusa za włosy i pociągnął je tak, by głowa chłopaka się odchyliła i by patrzał na niego.
– Witaj, mój drogi – zamruczał. – Stęskniłem się za tobą.
– Czego chcesz?! – krzyknął, a jego głos odbił się echem.
– Czego? Oczywiście, że ciebie. Potrzebny jesteś w Podziemiu. Dobrze wiesz, że nie uciekniesz przed tym. Masz to we krwi, by żyć z wilkołakami.
– Nie! Nie urodziłem się wilkołakiem jak ty! Nigdy bym nim nie był, gdybyś mnie nie ukąsił.
– Ależ byś był – zaśmiał się wilkołak. – To twoje przeznaczenie. Jak nie ja, to ktoś inny. Powinieneś mi dziękować.
Remus prychnął.
– Przybyłbyś w chwale; traktowany niczym książę!
– Nie potrzebuje tego.
– Ależ potrzebujesz w takim samym stopniu, w jakim my potrzebujemy ciebie. Naprawdę chcesz żyć z ludźmi? Z rasą, która tak cie nienawidzi? Która jest tak nietolerancyjna, że nie masz jak żyć?
– Rasa? Też jesteśmy ludźmi.
– Nie, nie, Remusku. Mylisz się. Jesteśmy nadludźmi powstałymi z legendy. Chcesz ją zgłębić? Wiedzę o sobie? Musisz tylko dołączyć... – kusił. Remus spojrzał na niego z pewnym błyskiem w oczach, który jednak po chwili zniknął.
– Nigdy.
– A może jak opowiem ci o naszym pokrewieństwie to zechcesz dołączyć?
– Nic nie zmieni mojej decyzji.
– Znasz może legendę o założeniu Rzymu? Dwaj bracia Romulus i twój imiennik Remus pokłócili się i Romulus zabił Remusa. Wybudował Rzym i władał w nim. To popularna wersja legendy. Lecz my, wyznawcy Romulusa, znamy szczegóły. Ponoć wilczyca wychowała braci. Prawda jest jednak inna. Spłodziła ich. Pewien czarodziej eksperymentował na zwierzętach. Za pomocą magii chciał stworzyć istniejące już chimery. On jednak chciał człowieko-wilka. Cóż to by było za wspaniałe stworzenie, prawda? Tak więc za pomocą magii i wilczycy eksperymentalnej na świat przyszli Remus i Romulus, wyglądali jednak jak ludzie. Czarodziej chciał ich wrzucić do rzeki, ale wilczyca zabiła go i pożarła ciało. Dzieci w żadnym stopniu jej nie przypominały, jednak postanowiła je wychować. Pierwszej pełni, przemieniły się one w szczeniaki wilków. Bracia zachowali to w sekrecie. Gdy dorośli, postanowili zamieszkać w pobliskim miasteczku. Już wcześniej błąkali się po nim, by nauczyć się języka i podstawowych zachowań. Teraz byli gotowi by udawać ludzi. Rozdzielili się i każdy poszedł w swoją stronę. Niefortunnie zakochali się w tej samej dziewczynie. Zaszła ona w ciążę i urodziła bliźniaków dwujajecznych, a że spała z obojgiem braci, jedno było Remusa, a drugie Romulusa. Bracia dowiedzieli się, że dzielili łoże z jedną kobietą i znienawidzili. Każdy zapragnął stworzyć własne miasto i wygnać z niego drugiego. W miejscu, gdzie były idealne warunki na budowę, spotkali się i zaczęli walczyć. Kto wie, jak wszystko by się skończyło, gdyby Remus nie potknął się o głupi kamyk? Ich kochanka Pia została żoną Romulusa, ale więcej dzieci nie urodziła. Ich synowie rozeszli się po świecie i zaczęli tworzyć ród swojej rodziny. Po wielu latach poszukiwań odkryłem, że moim dalekim krewnym jest Romulus. Twoim zaś Remus. Twoi rodzice interesowali się Rzymem. Wiedzieli, że twój ojciec jest dalekim potomkiem Remusa i dlatego nadali ci to imię. Zastanawiasz się pewnie, dlaczego ja urodziłem się wilkołakiem, a ty musiałeś zostać ukąszony? Otóż dzieci pierwszych wilkołaków także były wilkołakami. Porywczy syn Romulusa zarażał całą swoją rodzinę i znajomych tworząc wyznawców Romulusa istniejących do dziś. Mądrzejszy syn Remusa nikogo nie ukąsił, ale przeniósł likantropię w genach. Miałeś ją w sobie od narodzin, tylko uśpioną. Dowiedziałem się o twoim istnieniu, gdy miałeś pięć lat. Myślałem, że jak każde odrzucone dziecko przyłączysz się do mnie. Rozczarowałeś mnie. Ale spokojnie, masz jeszcze czas, by się przyłączyć. Zrób to...
I nagle go zobaczył. Greyback. Szedł w jego kierunku z ogromnym uśmiechem pełnym spiłowanych na trójkąt, żółtych, brudnych zębów. Remus klęczał sparaliżowany. Nie mógł drgnąć, natomiast Fenrir stanął tuż przed nim. Cuchnął krwią, potem i brudem. Złapał Remusa za włosy i pociągnął je tak, by głowa chłopaka się odchyliła i by patrzał na niego.
– Witaj, mój drogi – zamruczał. – Stęskniłem się za tobą.
– Czego chcesz?! – krzyknął, a jego głos odbił się echem.
– Czego? Oczywiście, że ciebie. Potrzebny jesteś w Podziemiu. Dobrze wiesz, że nie uciekniesz przed tym. Masz to we krwi, by żyć z wilkołakami.
– Nie! Nie urodziłem się wilkołakiem jak ty! Nigdy bym nim nie był, gdybyś mnie nie ukąsił.
– Ależ byś był – zaśmiał się wilkołak. – To twoje przeznaczenie. Jak nie ja, to ktoś inny. Powinieneś mi dziękować.
Remus prychnął.
– Przybyłbyś w chwale; traktowany niczym książę!
– Nie potrzebuje tego.
– Ależ potrzebujesz w takim samym stopniu, w jakim my potrzebujemy ciebie. Naprawdę chcesz żyć z ludźmi? Z rasą, która tak cie nienawidzi? Która jest tak nietolerancyjna, że nie masz jak żyć?
– Rasa? Też jesteśmy ludźmi.
– Nie, nie, Remusku. Mylisz się. Jesteśmy nadludźmi powstałymi z legendy. Chcesz ją zgłębić? Wiedzę o sobie? Musisz tylko dołączyć... – kusił. Remus spojrzał na niego z pewnym błyskiem w oczach, który jednak po chwili zniknął.
– Nigdy.
– A może jak opowiem ci o naszym pokrewieństwie to zechcesz dołączyć?
– Nic nie zmieni mojej decyzji.
– Znasz może legendę o założeniu Rzymu? Dwaj bracia Romulus i twój imiennik Remus pokłócili się i Romulus zabił Remusa. Wybudował Rzym i władał w nim. To popularna wersja legendy. Lecz my, wyznawcy Romulusa, znamy szczegóły. Ponoć wilczyca wychowała braci. Prawda jest jednak inna. Spłodziła ich. Pewien czarodziej eksperymentował na zwierzętach. Za pomocą magii chciał stworzyć istniejące już chimery. On jednak chciał człowieko-wilka. Cóż to by było za wspaniałe stworzenie, prawda? Tak więc za pomocą magii i wilczycy eksperymentalnej na świat przyszli Remus i Romulus, wyglądali jednak jak ludzie. Czarodziej chciał ich wrzucić do rzeki, ale wilczyca zabiła go i pożarła ciało. Dzieci w żadnym stopniu jej nie przypominały, jednak postanowiła je wychować. Pierwszej pełni, przemieniły się one w szczeniaki wilków. Bracia zachowali to w sekrecie. Gdy dorośli, postanowili zamieszkać w pobliskim miasteczku. Już wcześniej błąkali się po nim, by nauczyć się języka i podstawowych zachowań. Teraz byli gotowi by udawać ludzi. Rozdzielili się i każdy poszedł w swoją stronę. Niefortunnie zakochali się w tej samej dziewczynie. Zaszła ona w ciążę i urodziła bliźniaków dwujajecznych, a że spała z obojgiem braci, jedno było Remusa, a drugie Romulusa. Bracia dowiedzieli się, że dzielili łoże z jedną kobietą i znienawidzili. Każdy zapragnął stworzyć własne miasto i wygnać z niego drugiego. W miejscu, gdzie były idealne warunki na budowę, spotkali się i zaczęli walczyć. Kto wie, jak wszystko by się skończyło, gdyby Remus nie potknął się o głupi kamyk? Ich kochanka Pia została żoną Romulusa, ale więcej dzieci nie urodziła. Ich synowie rozeszli się po świecie i zaczęli tworzyć ród swojej rodziny. Po wielu latach poszukiwań odkryłem, że moim dalekim krewnym jest Romulus. Twoim zaś Remus. Twoi rodzice interesowali się Rzymem. Wiedzieli, że twój ojciec jest dalekim potomkiem Remusa i dlatego nadali ci to imię. Zastanawiasz się pewnie, dlaczego ja urodziłem się wilkołakiem, a ty musiałeś zostać ukąszony? Otóż dzieci pierwszych wilkołaków także były wilkołakami. Porywczy syn Romulusa zarażał całą swoją rodzinę i znajomych tworząc wyznawców Romulusa istniejących do dziś. Mądrzejszy syn Remusa nikogo nie ukąsił, ale przeniósł likantropię w genach. Miałeś ją w sobie od narodzin, tylko uśpioną. Dowiedziałem się o twoim istnieniu, gdy miałeś pięć lat. Myślałem, że jak każde odrzucone dziecko przyłączysz się do mnie. Rozczarowałeś mnie. Ale spokojnie, masz jeszcze czas, by się przyłączyć. Zrób to...
piątek, 1 maja 2015
Rozdział szesnasty: Nowy, czerwony, lśniący...
Kilka tygodni później, czyli dwudziestego października, Syriusz wrócił pociągiem do swojego domu, by następnego dnia uczestniczyć w uroczystym wydarzeniu - swoich urodzinach. Nigdy nie znosił tej rodzinnej tradycji, gdy marnował trzy dni na głupie urodziny. Dzień spędzał z rodziną, dostawał drogie prezenty, które go nie cieszyły i wykłady o tym, jak zawiódł całą swoją liczną rodzinkę. Czy może być coś gorszego?
Jednak tego dnia przyjaciele widzieli w oczach Syriusza coś więcej niż poirytowanie i niechęć. Jakiś rodzaj zniecierpliwienia? Jakby coś knuł i to coś miało się wkrótce wydarzyć. Woleli nie wiedzieć, co to było. W ciągu tych trzech dni, gdy brakowało ich najlepszego przyjaciela, trójka huncwotów siedziała w salonie Gryffindoru. Peter pocił się nad esejem dla profesor McGonnagal o transmutacji żywności, a Remus szybko i cicho opisywał jak stworzyć eliksir wzmacniający. Jego oczy przelatywały szybko tekst w książce, a pióro bez przerwy skrobało po pergaminie.
– Remi, jak to jest, że w teorii jesteś tak dobry z eliksirów, a w praktyce nie są do końca takie, jakie powinny być?
– Nie wiem. Robię WSZYSTKO zgodnie z podręcznikiem, a mimo to Lily i Snape zawsze mają lepsze eliksiry.
– Wkurza cię to?
– Nie…
Jednak tego dnia przyjaciele widzieli w oczach Syriusza coś więcej niż poirytowanie i niechęć. Jakiś rodzaj zniecierpliwienia? Jakby coś knuł i to coś miało się wkrótce wydarzyć. Woleli nie wiedzieć, co to było. W ciągu tych trzech dni, gdy brakowało ich najlepszego przyjaciela, trójka huncwotów siedziała w salonie Gryffindoru. Peter pocił się nad esejem dla profesor McGonnagal o transmutacji żywności, a Remus szybko i cicho opisywał jak stworzyć eliksir wzmacniający. Jego oczy przelatywały szybko tekst w książce, a pióro bez przerwy skrobało po pergaminie.
– Remi, jak to jest, że w teorii jesteś tak dobry z eliksirów, a w praktyce nie są do końca takie, jakie powinny być?
– Nie wiem. Robię WSZYSTKO zgodnie z podręcznikiem, a mimo to Lily i Snape zawsze mają lepsze eliksiry.
– Wkurza cię to?
– Nie…
James przyjrzał mu się bardziej.
– Albo tak troszkę.
– Ha! Wiedziałem! Mogę w nagrodę prosić cię o sprawdzenie mojego referatu na Zaklęcia?
– Co? W jaką nagrodę? Niby za co? – Remus zaśmiał się. – Nie widzisz, że już coś robię?
– No to jak skończysz. Proooszę, Remusku!
Lupin jak zwykle nie dał się długo prosić. Skończył pisać swoją pracę i zajął się pomaganiem Jamesowi. Nagle usłyszeli pukanie do okna. James wstał i otworzył je, a do środka wleciała sowa Remusa. Ten był przez chwilkę w szoku, bo nie wiedział kto mógłby do niego pisać, jednak już po chwili zaskoczenie zmieniło się w irytację.
– Albo tak troszkę.
– Ha! Wiedziałem! Mogę w nagrodę prosić cię o sprawdzenie mojego referatu na Zaklęcia?
– Co? W jaką nagrodę? Niby za co? – Remus zaśmiał się. – Nie widzisz, że już coś robię?
– No to jak skończysz. Proooszę, Remusku!
Lupin jak zwykle nie dał się długo prosić. Skończył pisać swoją pracę i zajął się pomaganiem Jamesowi. Nagle usłyszeli pukanie do okna. James wstał i otworzył je, a do środka wleciała sowa Remusa. Ten był przez chwilkę w szoku, bo nie wiedział kto mógłby do niego pisać, jednak już po chwili zaskoczenie zmieniło się w irytację.
Pani Weasley pragnęłaby widzieć Cię w święta Bożego Narodzenia. Przyjedź jeśli chcesz, ale wcześniej nas uprzedź. Jeśli nie chcesz to wymyśl jakąś wymówkę. Moody
Remus, marszcząc brwi, sięgnął po nowy pergamin i szybko nabazgrał:
Nie mam ochoty spędzać świąt z Tobą, ale z miłą chęcią spędzę je z Panią Weasley. Remus
Zwinął wiadomość w rulonik i przypiął do nóżki sowy. Ta zagruchała przyjaźnie i odleciała.
– Co cię tak zdenerwowało? – zapytał James.
– Moody… – Bez zbędnych słów podał list Rogaczowi.
– Co za gnój! Nie potrafi być choć troszkę milszy? Zachowuje się, jakby odpowiedzialność za ciebie była nie wiadomo jaką karą. A przecież ty jesteś takim miłym i grzecznym chłopczykiem.
– Aj, bądź już cicho – zaśmiał się Remus, a James uzyskał zamierzony efekt - poprawił mu lekko humor. Peter siedział cicho przez cały ten czas. W końcu, wieczorem trzeciego dnia, wrócił Syriusz. Już pierwszej nocy chciał im coś pokazać, więc Łapa, Lunatyk i Rogacz gnietli się pod peleryną niewidką. Glizdogon zmienił się w szczura i siedział bezpiecznie na ramieniu Remusa. Przeszli całą szkołę bez żadnych problemów, gdyż korzystali ze swojej mapy. Wyszli na błonia i skierowali się w stronę lasu.
– Syriuszu, po co tam idziemy? – szepnął Remus.
– Już zaraz zobaczycie – odparł tamten i uśmiechnął się.
Black prowadził ich dalej, aż doszli na polankę oddaloną od szkolnych błoni tylko o kilkaset metrów, a tam ich oczom ukazał się… lśniący, piękny, czerwony motocykl.
– Co… to jest? – James nie wiedział jak ma na to zareagować. Glizdogon pobiegł wzdłuż ręki Remusa, zeskoczył z jego dłoni i przemienił się z powrotem w swoją ludzką formę.
– Syriuszu, ale to jest motor.
– Wiesz, Glizdku, nie zauważyłem. Dziękuję za oświecenie mnie w tej sprawie – Łapa zaśmiał się, co złudnie przypominało szczeknięcie psa.
– Kupiłem go od pewnego mugola. Długo zbierałem kieszonkowe. Podrasuję go trochę magią i będziemy mogli wymykać się do lasu nie tylko w pełnię. A w wakacje będę mógł do was jeździć! Remusa zamurowało.
– Ale… jak ty to wniosłeś na teren szkoły? W ogóle jak to tu przetransportowałeś?!
– Z pomocą Andromedy. Była dla mnie bardzo wyrozumiała. – Uśmiech Syriusza lekko zbladł.
– Zakochała się w mugolu i nasza rodzina nie chce tego do teraz zaakceptować. Uciekła z domu już dawno, poślubiła go i teraz mają dwuletnią córeczkę.
Później chłopcy wrócili do swojego dormitorium. Syriusz był bardzo podekscytowany i wiedzieli, że ciągle wracał myślami do swojego czerwonego motocykla.
– Co tam w ogóle u was nowego?
– Remus jedzie na święta do Moody’ego, bo pani Weasley chce go zobaczyć – powiedział James nie patrząc na nich.
– Serio? I pojedziesz?
– Pani Weasley mnie lubi i nie chciałbym sprawić jej przykrości, ale jak myślę o oglądaniu twarzy Moody’ego to mi się różdżka sama zapala.
– Biedny Luniaczek. A ty Peter? Gdzie spędzisz święta?
– Co cię tak zdenerwowało? – zapytał James.
– Moody… – Bez zbędnych słów podał list Rogaczowi.
– Co za gnój! Nie potrafi być choć troszkę milszy? Zachowuje się, jakby odpowiedzialność za ciebie była nie wiadomo jaką karą. A przecież ty jesteś takim miłym i grzecznym chłopczykiem.
– Aj, bądź już cicho – zaśmiał się Remus, a James uzyskał zamierzony efekt - poprawił mu lekko humor. Peter siedział cicho przez cały ten czas. W końcu, wieczorem trzeciego dnia, wrócił Syriusz. Już pierwszej nocy chciał im coś pokazać, więc Łapa, Lunatyk i Rogacz gnietli się pod peleryną niewidką. Glizdogon zmienił się w szczura i siedział bezpiecznie na ramieniu Remusa. Przeszli całą szkołę bez żadnych problemów, gdyż korzystali ze swojej mapy. Wyszli na błonia i skierowali się w stronę lasu.
– Syriuszu, po co tam idziemy? – szepnął Remus.
– Już zaraz zobaczycie – odparł tamten i uśmiechnął się.
Black prowadził ich dalej, aż doszli na polankę oddaloną od szkolnych błoni tylko o kilkaset metrów, a tam ich oczom ukazał się… lśniący, piękny, czerwony motocykl.
– Co… to jest? – James nie wiedział jak ma na to zareagować. Glizdogon pobiegł wzdłuż ręki Remusa, zeskoczył z jego dłoni i przemienił się z powrotem w swoją ludzką formę.
– Syriuszu, ale to jest motor.
– Wiesz, Glizdku, nie zauważyłem. Dziękuję za oświecenie mnie w tej sprawie – Łapa zaśmiał się, co złudnie przypominało szczeknięcie psa.
– Kupiłem go od pewnego mugola. Długo zbierałem kieszonkowe. Podrasuję go trochę magią i będziemy mogli wymykać się do lasu nie tylko w pełnię. A w wakacje będę mógł do was jeździć! Remusa zamurowało.
– Ale… jak ty to wniosłeś na teren szkoły? W ogóle jak to tu przetransportowałeś?!
– Z pomocą Andromedy. Była dla mnie bardzo wyrozumiała. – Uśmiech Syriusza lekko zbladł.
– Zakochała się w mugolu i nasza rodzina nie chce tego do teraz zaakceptować. Uciekła z domu już dawno, poślubiła go i teraz mają dwuletnią córeczkę.
Później chłopcy wrócili do swojego dormitorium. Syriusz był bardzo podekscytowany i wiedzieli, że ciągle wracał myślami do swojego czerwonego motocykla.
– Co tam w ogóle u was nowego?
– Remus jedzie na święta do Moody’ego, bo pani Weasley chce go zobaczyć – powiedział James nie patrząc na nich.
– Serio? I pojedziesz?
– Pani Weasley mnie lubi i nie chciałbym sprawić jej przykrości, ale jak myślę o oglądaniu twarzy Moody’ego to mi się różdżka sama zapala.
– Biedny Luniaczek. A ty Peter? Gdzie spędzisz święta?
– U mamy.
– James, ty pewnie u swoich rodziców? – Gdy ten kiwnął głową, Syriusz jęknął.
– A ja znowu muszę męczyć się w domu.
– Licytujcie się potem z Remusem, który z was miał gorzej – zaśmiał się Rogacz.
– James, ty pewnie u swoich rodziców? – Gdy ten kiwnął głową, Syriusz jęknął.
– A ja znowu muszę męczyć się w domu.
– Licytujcie się potem z Remusem, który z was miał gorzej – zaśmiał się Rogacz.
Tygodnie dzielące ich do świąt szybko minęły, a oni ledwo nadążali z natłokiem zadań domowych.
– To nienormalne by dawać nam tyle zadań tuż przed świętami – jęknął Syriusz i walnął czołem o stół. James podniósł go, ciągnąć za kołnierzyk swetra.
– To nienormalne by dawać nam tyle zadań tuż przed świętami – jęknął Syriusz i walnął czołem o stół. James podniósł go, ciągnąć za kołnierzyk swetra.
– Nie wal tak łbem, bo przez ciebie zaplamiłem swój esej, idioto.
– Już jutro wyjeżdżacie, więc sobie trochę odpoczniecie – powiedział Remus, nawet nie podnosząc wzroku zza swojej pracy.
– Ty też odpoczniesz – zaśmiał się James.
– Ta… Prędzej zwariuję.
– Ale w psychiatryku już odpoczniesz. – Syriusz wyszczerzył się. Cała czwórka wybuchnęła śmiechem.
– No to mnie pocieszyłeś. – Remus zatrzasnąć książkę ze Starożytnych Runów. – Ech… Wolałbym, by te święta już się skończyły.
W jego oczach pojawił się mrok i smutek. Jakby był myślami gdzie indziej. Huncwoci wiedzieli, o czym myśli ich przyjaciel - miały to być pierwsze święta bez rodziny. Z chęcią wzięliby go do siebie, ale wiedzieli, że Moody na pewno by się nie zgodził. Po chwili Remus zdał sobie sprawę z tego, że jego uczucia wyszły na wierzch i szybko zamaskował je uśmiechem.
James przygryzł wargę, ale nic nie powiedział. Następnego dnia rano cała czwórka pożegnała się. James i Peter mieli wrócić do swoich domów za pomocą proszku Fiuu, natomiast Syriusz i Remus pociągiem. Ich podróż miała trwać cały dzień, więc z nudów grali w eksplodującego durnia, wspominali ich wspólne wybryki i śmiali się z tego. Prócz nich w pociągu znajdowały się jeszcze osoby, których obojga rodziców byli mugolami, lub tacy, którzy nie posiadali kominka w domu. Około południa pojawiła się pani z przysmakami. Kupili dużo słodyczy i przez resztę dnia się nimi objadali. Pod wieczór oboje mieli już markotne nastroje.
– Więc zobaczymy się dopiero po świętach. Dałbym wszystko, by spędzić spokojne święta w Hogwarcie – jęknął Syriusz.
– Ja też. Nie uśmiecha mi się siedzieć przy jednym stole z Moody’m.
– Ty przynajmniej będziesz przez niego ignorowany. Mnie moja rodzina zaś będzie krytykować, znów poukładany co do minuty plan dnia. Echhh… To jest tak nudne i obrzydliwie czystokrwiste. Ciekawe czy Andromeda się pojawi. Bardzo ją lubię, jest jedyną normalną osobą z mojej rodziny i jak jej nie będzie to zostanę sam na polu bitwy.
Gdy pociąg zaczął zwalniać pożegnali się. Dzieci podchodziły do swoich rodzin i cieszyły się spotkaniem po kilku miesiącach rozłąki. Syriusz poszedł do swojej rodziny z miną, jakby szedł na ścięcie. Remus przeszedł przez ścianę i wyszedł na dworzec King Cross. Moody już tam stał i gdy tylko zobaczył zmierzającego w jego stronę Remusa, zmarszczył brwi. Lupin podszedł do niego i przyjrzał mu się lekko przymkniętymi oczami.
Nastała chwila ciszy. Moody odwrócił się i odszedł, a Remus poszedł za nim zachowując odległość dwóch metrów.
– Możesz ruszyć dupę i iść szybciej? Jak zaatakuje cię jakiś Śmierciożerca to daję słowo, że będę stał i tylko się przyglądał – warknął Moody. Remus westchnął i zbliżył się bardziej do aurora. – Jak tam w szkole? – spytał z niechęcią mężczyzna.
– Dobrze – odpowiedział równie niechętnie chłopak.
– Sprawiasz jakieś kłopoty.
– Nie.
– To nie było pytanie.
– Ale i tak nie sprawiam żadnych kłopotów.
– Tak? Wiem coś innego – Remus ledwo powstrzymał się by czegoś nie wtrącić.
– Gdyby Molly się o tym dowiedziała, nie byłbyś już jej ulubieńcem.
– To jej powiedz. Wisi mi to.
– Już jutro wyjeżdżacie, więc sobie trochę odpoczniecie – powiedział Remus, nawet nie podnosząc wzroku zza swojej pracy.
– Ty też odpoczniesz – zaśmiał się James.
– Ta… Prędzej zwariuję.
– Ale w psychiatryku już odpoczniesz. – Syriusz wyszczerzył się. Cała czwórka wybuchnęła śmiechem.
– No to mnie pocieszyłeś. – Remus zatrzasnąć książkę ze Starożytnych Runów. – Ech… Wolałbym, by te święta już się skończyły.
W jego oczach pojawił się mrok i smutek. Jakby był myślami gdzie indziej. Huncwoci wiedzieli, o czym myśli ich przyjaciel - miały to być pierwsze święta bez rodziny. Z chęcią wzięliby go do siebie, ale wiedzieli, że Moody na pewno by się nie zgodził. Po chwili Remus zdał sobie sprawę z tego, że jego uczucia wyszły na wierzch i szybko zamaskował je uśmiechem.
James przygryzł wargę, ale nic nie powiedział. Następnego dnia rano cała czwórka pożegnała się. James i Peter mieli wrócić do swoich domów za pomocą proszku Fiuu, natomiast Syriusz i Remus pociągiem. Ich podróż miała trwać cały dzień, więc z nudów grali w eksplodującego durnia, wspominali ich wspólne wybryki i śmiali się z tego. Prócz nich w pociągu znajdowały się jeszcze osoby, których obojga rodziców byli mugolami, lub tacy, którzy nie posiadali kominka w domu. Około południa pojawiła się pani z przysmakami. Kupili dużo słodyczy i przez resztę dnia się nimi objadali. Pod wieczór oboje mieli już markotne nastroje.
– Więc zobaczymy się dopiero po świętach. Dałbym wszystko, by spędzić spokojne święta w Hogwarcie – jęknął Syriusz.
– Ja też. Nie uśmiecha mi się siedzieć przy jednym stole z Moody’m.
– Ty przynajmniej będziesz przez niego ignorowany. Mnie moja rodzina zaś będzie krytykować, znów poukładany co do minuty plan dnia. Echhh… To jest tak nudne i obrzydliwie czystokrwiste. Ciekawe czy Andromeda się pojawi. Bardzo ją lubię, jest jedyną normalną osobą z mojej rodziny i jak jej nie będzie to zostanę sam na polu bitwy.
Gdy pociąg zaczął zwalniać pożegnali się. Dzieci podchodziły do swoich rodzin i cieszyły się spotkaniem po kilku miesiącach rozłąki. Syriusz poszedł do swojej rodziny z miną, jakby szedł na ścięcie. Remus przeszedł przez ścianę i wyszedł na dworzec King Cross. Moody już tam stał i gdy tylko zobaczył zmierzającego w jego stronę Remusa, zmarszczył brwi. Lupin podszedł do niego i przyjrzał mu się lekko przymkniętymi oczami.
Nastała chwila ciszy. Moody odwrócił się i odszedł, a Remus poszedł za nim zachowując odległość dwóch metrów.
– Możesz ruszyć dupę i iść szybciej? Jak zaatakuje cię jakiś Śmierciożerca to daję słowo, że będę stał i tylko się przyglądał – warknął Moody. Remus westchnął i zbliżył się bardziej do aurora. – Jak tam w szkole? – spytał z niechęcią mężczyzna.
– Dobrze – odpowiedział równie niechętnie chłopak.
– Sprawiasz jakieś kłopoty.
– Nie.
– To nie było pytanie.
– Ale i tak nie sprawiam żadnych kłopotów.
– Tak? Wiem coś innego – Remus ledwo powstrzymał się by czegoś nie wtrącić.
– Gdyby Molly się o tym dowiedziała, nie byłbyś już jej ulubieńcem.
– To jej powiedz. Wisi mi to.
– Uważasz się za kogoś lepszego, bo podsłuchujesz spotkania, a Dumbledore, choć o tym wie, nic z tym nie robi?
– Nie. A podsłuchuję, bo mam prawo wiedzieć coś więcej.
– Nie masz prawa.
– Mam, bo szuka mnie Greyback.
– Nie szuka cię żaden pierdolony Grey…
– Sam mi to powiedziałeś! Wymsknęło ci się! Więc teraz mnie nie kłam.
– I co, czekasz aż wspomnimy coś o nim na spotkaniu? Na to liczysz? Że jak usłyszysz gdzie on jest, to pójdziesz i ‘’znajdziesz go, zanim on znajdzie ciebie’’? Po co chcesz o nim wiedzieć?
Remus nic nie odpowiedział. W ciszy doszli do domu aurora. Chłopak od razu udał się do swojego pokoju i położył na łóżku. Czekają go okropne dni. Już nie mógł doczekać się ich końca i powrotu do Hogwartu. Do przyjaciół. Z dala od tej niechęci i nienawiści do niego za to, jaki był. Za to jakim zrobił go Greyback.
– Nie. A podsłuchuję, bo mam prawo wiedzieć coś więcej.
– Nie masz prawa.
– Mam, bo szuka mnie Greyback.
– Nie szuka cię żaden pierdolony Grey…
– Sam mi to powiedziałeś! Wymsknęło ci się! Więc teraz mnie nie kłam.
– I co, czekasz aż wspomnimy coś o nim na spotkaniu? Na to liczysz? Że jak usłyszysz gdzie on jest, to pójdziesz i ‘’znajdziesz go, zanim on znajdzie ciebie’’? Po co chcesz o nim wiedzieć?
Remus nic nie odpowiedział. W ciszy doszli do domu aurora. Chłopak od razu udał się do swojego pokoju i położył na łóżku. Czekają go okropne dni. Już nie mógł doczekać się ich końca i powrotu do Hogwartu. Do przyjaciół. Z dala od tej niechęci i nienawiści do niego za to, jaki był. Za to jakim zrobił go Greyback.
Obudził się i spojrzał na zegarek. Piata dwadzieścia dwie. Zwlókł się z łóżka i zszedł cicho do kuchni. Nie zastał tam nikogo, więc pogrzebał chwilę w lodówce i nie mając żadnego pomysłu na śniadanie, postanowił zrobić sobie omlet.
Do pomieszczenia wszedł Moody. Remus spojrzał na niego zaspanymi oczami i rozczochranymi od snu włosami.Przez sekundkę wydawało mu się, że w oczach mężczyzny ujrzał... rozczulenie? Ale kiedy powrócił chłód i obojętność pomyślał, że mu się przewidziało.
– Chcesz też?
– Poproszę.
Do pomieszczenia wszedł Moody. Remus spojrzał na niego zaspanymi oczami i rozczochranymi od snu włosami.Przez sekundkę wydawało mu się, że w oczach mężczyzny ujrzał... rozczulenie? Ale kiedy powrócił chłód i obojętność pomyślał, że mu się przewidziało.
– Chcesz też?
– Poproszę.
Dzisiejszego dnia byli dla siebie dziwnie mili. Ale nie można było powiedzieć, że było to sztuczne.
– Remusie? – Chłopak zakrztusił się kawałkiem omleta, gdy nie usłyszał w głosie aurora groźby ani niechęci. Może jeszcze śpi? Duże prawdopodobieństwo.
– Tak?
– Porozmawiajmy.
– O czym?
– Nienawidzisz mnie?
Remus pomyślał chwilkę. Nie znosił go. W jednej chwili mógłby doskoczyć do niego z nożem i go zadźgać.
– Nie – odparł bez zająknięcia.
– Wiem, że nasze relacje nie zaczęły się zbyt dobrze, ale teraz są święta i może byśmy je naprawili?
– Naprawili? Ja mogę się zachowywać względem ciebie normalnie, ale jeśli ty nie będziesz traktował mnie jak robaka. – Oczy Remusa zwęziły się.
– Okej… Więc od dziś sojusz? Nie gnębimy się, ani nie denerwujemy? – Remus skinął głową.
– A co cię skłoniło do tego? – zapytał nagle.
– Co? Nic.
Remus mu nie uwierzył, ale nie drążył tego tematu, by nie wywołać kolejnej wojny. Czy to ma się naprawdę stać? Czy Moody zacznie traktować go jak człowieka? Wstał, zebrał talerze i poszedł je zmywać. Potem wrócił do pokoju i doprowadził się do porządku. Rzeczywiście to nie był sen. Około południa przyszli wszyscy członkowie Zakonu, którzy byli samotni i nie mieli z kim spędzić świąt. Byli wśród nich też czterej Weasleyowie. Gdy tylko Molly zobaczyła Remusa, podbiegła do niego, wyściskała i ucałowała.
Poczuł się troszkę zawstydzony, gdyż traktowała go jak własnego syna. Wszyscy zasiedli do stołu, gdzie już były przygotowane przez Remusa i Alastora potrawy. Każdy z gości także przyniósł coś od siebie. Atmosfera była przyjemna i rozmawiało im się cudownie.
Żartowali, plotkowali, wspominali. Cały Zakon Feniksa był w szoku, że Remus i Moody się dogadują. Pod koniec wieczerzy wpadł do nich na chwilkę Dumbledore.
– A ty jak zwykle zabiegany, Albusie.
– Pewne sprawy nie dają mi spokoju nawet w święta – zaśmiał się dyrektor. Uśmiechnął się na widok Remusa, a w jego oczach coś zalśniło, zupełnie jakby patrzał na syna. Zjadł z nimi kilka potraw i wyszedł.
Gdy wszyscy byli już najedzeni, pogadali jeszcze jakiś czas i posłuchali kolęd jakie śpiewano w radio. Potem wszyscy udali się do swoich domów. Remus położył się na łóżku i szybko zasnął. Po policzku popłynęła mu tylko jedna samotna łza.
Następnego ranka, po rozpakowaniu prezentów (od Petera książki, Jamesa znicza, Syriusza małych, ruchomych figurek pieska, jelenia, szczurka i wilczka, a także swetra od pani Weasley), wszedł do kuchni i zrobił sobie śniadanie. Mimo że spał długo, wciąż czuł się sennie. Zaparzył sobie herbatę i gdy czekał aż się ostudzi, do pomieszczenia wszedł Moody.
Przywitał go skinieniem i poszedł zrobić sobie śniadanie. Wyglądał na wyjątkowo markotnego. Kiedy auror jadł, Remus wrócił do pokoju, wziął książkę od Petera i rozsiadł się wygodnie na kanapie w salonie. Glizdogon wiedział jakiego autora uwielbiał Remus i kupił mu jedną z jego książek. Chłopak zaczytał się i przestał zwracać uwagę na wszystko, co go otaczało. Nie zauważył, że Moody usiadł obok niego czytając jakieś raporty. Zerknął tylko na Remusa, czy ten naprawdę jest zaczytany i nie zobaczy co trzyma w rękach. Po kilkunastu minutach Lupin wyrwał się z książki i kątem oka zerknął do kartek jakie trzymał auror.
– Remusie? – Chłopak zakrztusił się kawałkiem omleta, gdy nie usłyszał w głosie aurora groźby ani niechęci. Może jeszcze śpi? Duże prawdopodobieństwo.
– Tak?
– Porozmawiajmy.
– O czym?
– Nienawidzisz mnie?
Remus pomyślał chwilkę. Nie znosił go. W jednej chwili mógłby doskoczyć do niego z nożem i go zadźgać.
– Nie – odparł bez zająknięcia.
– Wiem, że nasze relacje nie zaczęły się zbyt dobrze, ale teraz są święta i może byśmy je naprawili?
– Naprawili? Ja mogę się zachowywać względem ciebie normalnie, ale jeśli ty nie będziesz traktował mnie jak robaka. – Oczy Remusa zwęziły się.
– Okej… Więc od dziś sojusz? Nie gnębimy się, ani nie denerwujemy? – Remus skinął głową.
– A co cię skłoniło do tego? – zapytał nagle.
– Co? Nic.
Remus mu nie uwierzył, ale nie drążył tego tematu, by nie wywołać kolejnej wojny. Czy to ma się naprawdę stać? Czy Moody zacznie traktować go jak człowieka? Wstał, zebrał talerze i poszedł je zmywać. Potem wrócił do pokoju i doprowadził się do porządku. Rzeczywiście to nie był sen. Około południa przyszli wszyscy członkowie Zakonu, którzy byli samotni i nie mieli z kim spędzić świąt. Byli wśród nich też czterej Weasleyowie. Gdy tylko Molly zobaczyła Remusa, podbiegła do niego, wyściskała i ucałowała.
Poczuł się troszkę zawstydzony, gdyż traktowała go jak własnego syna. Wszyscy zasiedli do stołu, gdzie już były przygotowane przez Remusa i Alastora potrawy. Każdy z gości także przyniósł coś od siebie. Atmosfera była przyjemna i rozmawiało im się cudownie.
Żartowali, plotkowali, wspominali. Cały Zakon Feniksa był w szoku, że Remus i Moody się dogadują. Pod koniec wieczerzy wpadł do nich na chwilkę Dumbledore.
– A ty jak zwykle zabiegany, Albusie.
– Pewne sprawy nie dają mi spokoju nawet w święta – zaśmiał się dyrektor. Uśmiechnął się na widok Remusa, a w jego oczach coś zalśniło, zupełnie jakby patrzał na syna. Zjadł z nimi kilka potraw i wyszedł.
Gdy wszyscy byli już najedzeni, pogadali jeszcze jakiś czas i posłuchali kolęd jakie śpiewano w radio. Potem wszyscy udali się do swoich domów. Remus położył się na łóżku i szybko zasnął. Po policzku popłynęła mu tylko jedna samotna łza.
Następnego ranka, po rozpakowaniu prezentów (od Petera książki, Jamesa znicza, Syriusza małych, ruchomych figurek pieska, jelenia, szczurka i wilczka, a także swetra od pani Weasley), wszedł do kuchni i zrobił sobie śniadanie. Mimo że spał długo, wciąż czuł się sennie. Zaparzył sobie herbatę i gdy czekał aż się ostudzi, do pomieszczenia wszedł Moody.
Przywitał go skinieniem i poszedł zrobić sobie śniadanie. Wyglądał na wyjątkowo markotnego. Kiedy auror jadł, Remus wrócił do pokoju, wziął książkę od Petera i rozsiadł się wygodnie na kanapie w salonie. Glizdogon wiedział jakiego autora uwielbiał Remus i kupił mu jedną z jego książek. Chłopak zaczytał się i przestał zwracać uwagę na wszystko, co go otaczało. Nie zauważył, że Moody usiadł obok niego czytając jakieś raporty. Zerknął tylko na Remusa, czy ten naprawdę jest zaczytany i nie zobaczy co trzyma w rękach. Po kilkunastu minutach Lupin wyrwał się z książki i kątem oka zerknął do kartek jakie trzymał auror.
Stan Parker zachowuje się podejrzanie. Podczas przerw w pracy odwiedza innych naszych podejrzanych. W środę był w okolicach Podziemia. Będziemy obserwować go dalej, dopóki nie znajdziemy obciążających go dowodów. Rudolf Lestrange i jego narzeczona Bellatrix Black są kolejnymi podejrzanymi. Szukamy dowodów przeciwko nim, poza odwiedzinami Stana Parkera. Często znika…
– Możesz mi powiedzieć co robisz? – spytał cicho Moody. Remus zaczerwienił się.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Na szczęście nie było w nich nic ważnego. – Machnął różdżką, a papiery zamieniły się w dym i zniknęły.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Na szczęście nie było w nich nic ważnego. – Machnął różdżką, a papiery zamieniły się w dym i zniknęły.
Reszta świąt minęła spokojnie. Raz czy dwa odwiedziła ich Molly. Na trzydzieści minut wpadła także matka Alastora. Pod koniec świąt niezręcznie się pożegnali i Remus wrócił ekspresem do Hogwartu razem z Syriuszem.
Lupin nie mógł wrócić za pomocą proszka Fiuu, gdyż nikt nie mógł wiedzieć o sieci Moody’ego. Mimo tego że był przyjacielem dyrektora Hogwartu, woleli zachować ostrożność. Opowiedział Syriuszowi jak mu minęły święta. Ten, skrzywiony, opowiedział co było w jego domu. Tradycja goniąca tradycję, sztuczność. Gdy Łapa opowiadał to wszystko, w jego oczach płonęła nienawiść. Pod wieczór dojechali do zamku i rozpakowali swoje rzeczy. James i Peter już na nich czekali.
Czwórka przyjaciół zasiadła przy kominku w pokoju wspólnym Gryffindoru i opowiadała sobie wszystko, co działo się w ciągu tych kilku dni rozłąki.Około północy wstali i udali się na górę do swoich łóżek. Prawie natychmiast wszyscy zasnęli. Następny dzień bogaty był w lekcje i oddawanie wszystkich esejów, zadań domowych; zaklęć, których mieli się nauczyć…
Idąc na obiad wszyscy wyglądali jakby chcieli już iść do pokoi i się położyć. Niemrawo i w ciszy zjedli wszystko, co mieli pod ręką i udali się na eliksiry. Profesor Slughorn wyglądał na bardzo szczęśliwego z powodu przebytych świąt. Wiadomo było, że codziennie robił spotkania Klubu Ślimaka i przyjęcia świąteczne.
W Klubie Ślimaka miał swoich ulubieńców – czarodziejów i czarownice, którzy mieli kogoś sławnego i wybitnego w rodzinie, lub sami mieli predyspozycje by takimi perełkami się stać. James był w Klubie Ślimaka jako mistrz Quidditcha. Lily i Snape też tam byli jako najlepsi z eliksirów. Slughorn bardzo ubolewał nad tym, że Potter wyjechał na święta do domu.Na dzisiejszej lekcji mieli stworzyć eliksir nasenny. Remus robił wszystko zgodnie z instrukcjami w podręczniku; wszystko było idealnie wyważone i w odpowiedniej kolejności dodane. Mimo to pod koniec lekcji i tak Snape i Lily zrobili lepsze eliksiry od niego. Naprawdę tego nie rozumiał. Z wszystkiego był dobry, bo mógł znaleźć odpowiedzi w książkach. Ta jednak ciągle go zawodziła. Czuł rosnące poirytowanie.
Remus westchnął i obrócił się na drugi bok. Znów wstał o świcie i nie mógł ponownie zasnąć. Leżał więc w ciszy i myślał. Myślał o tym, co będzie robić w przyszłości. Nikt nie będzie chciał zatrudnić wilkołaka, nawet z tak wysokimi ocenami jakie posiadał. Z czego będzie żył? Będzie zdany tylko na siebie. Już nikt nie będzie dbał o to, by nie był zagrożeniem dla innych. Co on ze sobą zrobi? Wrócę do domu rodziców, pomyślał.
Nagle przed oczami stanęła mu scena z dzieciństwa. Obezwładniony tata, biegnący Greyback, ból, krzyk matki i... od tego to wszystko się zaczęło. Gdyby nie ten jeden moment w jego życiu, byłoby dobrze. Nie byłby chory. Czy jego życie naprawdę byłoby wtedy lepsze?
– Wszystko byłoby wtedy lepsze – szepnął i schował twarz w dłoniach. Siedział tak kilka minut, ale w końcu postanowił wstać i wziąć poranny prysznic. Gdy wrócił do sypialni James i Syriusz już wychodzili z łóżek. Peter dalej chrapał pod swoją kołdrą.
– Luniak, tak myślałem, że się myjesz. – Syriusz wyszczerzył zęby w swój psi sposób i wskazał podbródkiem na jego mokre jeszcze włosy.
– Mhm... – mruknął chłopak i podszedł do szafki po różdżkę. Machnął nią krótko i jego włosy wyschły.
– Jak tak szybko opanowałeś zaklęcia niewerbalne? – zapytał ze zdumieniem Syriusz. – Ja próbowałem już dwa razy i mi nie wyszło.
– A myślałeś o zaklęciu?
– Nie, o dziewczynie, która siedziała na prawo ode mnie. Miała takie duże cycki – powiedział rozmarzonym głosem.
– To nie dziwię się, że ja i Luniak to potrafimy, a ty jeszcze nie – zaśmiał się Rogacz; machnął różdżką a świeże ubrania wyleciały z szafy i podleciały posłusznie do jego wyciągniętej lewej ręki.
– Przymknij się – warknął Syriusz. – Glizdek powinien już wstać.
Nagle przed oczami stanęła mu scena z dzieciństwa. Obezwładniony tata, biegnący Greyback, ból, krzyk matki i... od tego to wszystko się zaczęło. Gdyby nie ten jeden moment w jego życiu, byłoby dobrze. Nie byłby chory. Czy jego życie naprawdę byłoby wtedy lepsze?
– Wszystko byłoby wtedy lepsze – szepnął i schował twarz w dłoniach. Siedział tak kilka minut, ale w końcu postanowił wstać i wziąć poranny prysznic. Gdy wrócił do sypialni James i Syriusz już wychodzili z łóżek. Peter dalej chrapał pod swoją kołdrą.
– Luniak, tak myślałem, że się myjesz. – Syriusz wyszczerzył zęby w swój psi sposób i wskazał podbródkiem na jego mokre jeszcze włosy.
– Mhm... – mruknął chłopak i podszedł do szafki po różdżkę. Machnął nią krótko i jego włosy wyschły.
– Jak tak szybko opanowałeś zaklęcia niewerbalne? – zapytał ze zdumieniem Syriusz. – Ja próbowałem już dwa razy i mi nie wyszło.
– A myślałeś o zaklęciu?
– Nie, o dziewczynie, która siedziała na prawo ode mnie. Miała takie duże cycki – powiedział rozmarzonym głosem.
– To nie dziwię się, że ja i Luniak to potrafimy, a ty jeszcze nie – zaśmiał się Rogacz; machnął różdżką a świeże ubrania wyleciały z szafy i podleciały posłusznie do jego wyciągniętej lewej ręki.
– Przymknij się – warknął Syriusz. – Glizdek powinien już wstać.
W jednej chwili podbiegł do łóżka przyjaciela i wskoczył na nie na szczupaka. Peter pisnął i próbował go z siebie zrzucić, ale w rezultacie sam spadł z łóżka.
– Łapa! Czemu to zrobiłeś? – jęknął i złapał się za głowę i prawe ramię.
– Hmm... Chyba dla zabawy. Nie no, niedługo śniadanie, a wiem jak lubisz jeść, więc wolałem, żebyś nie zaspał. Tak w ogóle to dziś jest mecz Jamesa z Krukonami i wypadałoby pokibicować troszkę. Weźmiemy jedzonko!
– Co? Jedzenie na trybuny? – Oczy Glizdogona zaświeciły.
– Tak! Musimy mieć czym rzucać w szukającego Krukonów!
– Ale... myślałem, że do jedzenia...
– Jedzenia? Jeszcze wszyscy przytyjemy, a muszę dbać o mój kaloryfer. Czymś trzeba imponować dziewczynom, gdy sama twarz już nie wystarczy. Do tego Luniaczek i tak zjadłby caaaaałą czekoladę – Syriusz puścił Lupinowi oko.
– N-nieprawda! - krzyknął tamten speszony.
– Jesteś uzależniony od czekolady! Pochłaniasz ją w tak zastraszającym tempie, że to nawet słodkie, Czekoladowy Chłopczyku.
– Nie jestem Czekoladowym...
W tej samej chwili Łapa owinął go ramieniem i wyszczerzył się.
– Nie mów, że nie, bo zaraz wyciągnę czekoladę mleczną i zobaczymy, jak się zachowasz.
– Łapa! Czemu to zrobiłeś? – jęknął i złapał się za głowę i prawe ramię.
– Hmm... Chyba dla zabawy. Nie no, niedługo śniadanie, a wiem jak lubisz jeść, więc wolałem, żebyś nie zaspał. Tak w ogóle to dziś jest mecz Jamesa z Krukonami i wypadałoby pokibicować troszkę. Weźmiemy jedzonko!
– Co? Jedzenie na trybuny? – Oczy Glizdogona zaświeciły.
– Tak! Musimy mieć czym rzucać w szukającego Krukonów!
– Ale... myślałem, że do jedzenia...
– Jedzenia? Jeszcze wszyscy przytyjemy, a muszę dbać o mój kaloryfer. Czymś trzeba imponować dziewczynom, gdy sama twarz już nie wystarczy. Do tego Luniaczek i tak zjadłby caaaaałą czekoladę – Syriusz puścił Lupinowi oko.
– N-nieprawda! - krzyknął tamten speszony.
– Jesteś uzależniony od czekolady! Pochłaniasz ją w tak zastraszającym tempie, że to nawet słodkie, Czekoladowy Chłopczyku.
– Nie jestem Czekoladowym...
W tej samej chwili Łapa owinął go ramieniem i wyszczerzył się.
– Nie mów, że nie, bo zaraz wyciągnę czekoladę mleczną i zobaczymy, jak się zachowasz.
Cała czwórka zaśmiała się, szybko przyszykowała i wyszła do jadalni szkolnej, która była już w połowie wypełniona przez przychodzących na śniadanie uczniów. Chłopcy usiedli razem przy stole Gryfonów i zaczęli szybko pochłaniać stojące przed nimi jedzenie. Nagle James odchylił się w tył i uśmiechnął.
– Hej! Evans! Wygram dziś dla ciebie!
– Nie obchodzi mnie czy wygrasz i dla kogo. Nie interesujesz mnie.
– Ojoj, Evans, nie bądź taka oschła dla mnie. Tak bardzo się staram...
Nie usłyszeli odpowiedzi, ale po mimice twarzy można było poznać, że prychnęła. Markotny James wstał i ruszył na boisko. Huncwoci szli za nim i próbowali go jakoś pocieszyć, ale to nic nie dało. W końcu nadszedł mecz i James wyrzucił z głowy zmartwienia i grał najlepiej jak potrafił. Wygrali w pół godziny z rekordową liczbą punktów 540 do 0.
Lily pierwszy raz w życiu podeszła do niego i szczerze mu pogratulowała. Nawet go przytuliła, a James nie myślał o niczym innym przez kilka następnych godzin.
– Hej! Evans! Wygram dziś dla ciebie!
– Nie obchodzi mnie czy wygrasz i dla kogo. Nie interesujesz mnie.
– Ojoj, Evans, nie bądź taka oschła dla mnie. Tak bardzo się staram...
Nie usłyszeli odpowiedzi, ale po mimice twarzy można było poznać, że prychnęła. Markotny James wstał i ruszył na boisko. Huncwoci szli za nim i próbowali go jakoś pocieszyć, ale to nic nie dało. W końcu nadszedł mecz i James wyrzucił z głowy zmartwienia i grał najlepiej jak potrafił. Wygrali w pół godziny z rekordową liczbą punktów 540 do 0.
Lily pierwszy raz w życiu podeszła do niego i szczerze mu pogratulowała. Nawet go przytuliła, a James nie myślał o niczym innym przez kilka następnych godzin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)