Z tą melodią rozpoczęła się moja miłość do Huncwotów. Minęło tyle lat, a dalej podbija moje serce. Włączcie ją sobie w drugiej karcie i słuchajcie miło podczas czytania, bądź - jeśli jesteście na telefonach/tabletach - włączcie na zakończenie. Zachęcam.
~Tsukinia
Nazajutrz rozmawiali już normalnie, jednak nie wspominali o wilkołakach, Voldemorcie i nakazach Dumbledore'a. Wszędzie chodzili razem. Udawali, że wszystko toczy się po staremu, tak jak za czasów, gdy do zamku nie włamał się nikt nieproszony.
Lekcje odbywały się tak jak zwykle, a reszta uczniów wolniej, lub szybciej zapominała lub po prostu chwilowo się uspokajała. Nikt do końca nie wyparł z pamięci tego zdarzenia. Nie było jednak dnia, by sowy nie przynosiły im listy kolejnych ofiar Czarnego Pana. Lista ta zawsze rosła. Świat pogrążył się w mroku. Szarości nie przebijało nawet słońce, tak, jakby i ono się czegoś obawiało. Ludzie popadali w paranoje. Przyjaźnie rozpadały się ze strachu o zdradę. Padały ciągłe podejrzenia o szpiegostwo. Ludzie warczeli na siebie i bili o byle nieporozumienie, niedopowiedzenie.
– Co możemy z tym zrobić? Ten świat zmierza ku samozagładzie – szepnął pewnego dnia Syriusz.
– Wstąpimy do Zakonu – odparł stanowczo Remus. – To postanowione.
– Zakon walczy już tyle czasu i słabo im idzie... – burknął James.
– Bo nas tam jeszcze nie ma – Syriusz wyszczerzył zęby w psim uśmiechu. Pierwszy raz od naprawdę wielu dni. Dodało im to nadziei.
Przez następne miesiące przygotowywali się do Obrony Przed Czarną Magią, ćwiczyli się w zaklęciach niewerbalnych, atakujących, leczniczych, ochronnych, szpiegowskich i wielu innych. Czego nie mogli nauczyć się na lekcjach, szukali w bibliotece. Przy pomocy peleryny-niewidki kradli książki z Zakazanego Działu. Przez cały ten czas sytuacja na świecie trochę się uspokoiła. Co prawda ludzie dalej umierali, ale nie było żadnych większych akcji ze strony Śmierciożerców. Zakon nie cieszył się z tego jednak. Chodziły pogłoski, jakoby Czarny Pan przygotowywał się do jakiegoś ogromnego ataku. Miała to być swoista cisza przed burzą. Remus pytał o to Moody'ego, jednak ten początkowo olewał jego listy, aż w końcu zbył go. Irytowało to ich, gdyż dobrze wiedzieli, że jeszcze trochę, a sami będą członkami Zakonu. Po pewnym czasie zrozumieli jednak, że korespondencja może być pod obserwacją i nie mogą pisać swobodnie o wszystkim. Nie wiedzieli jednak jak zadać dręczące ich pytania tak, by tylko członkowie Zakonu je rozszyfrowali. W końcu odpuścili, licząc, że zdążą je zadać, gdy dołączą. Jeśli Zakon będzie jeszcze istniał. W końcu walka z Voldemortem nie mogła trwać wiecznie. Ktoś musiał przegrać, a perspektywa walki z kimś, kto nie gra fair nie pocieszała.
Nie było jednak całkowicie źle. Miłość Jamesa i Lily rozkwitała. W tych szarych dniach, gdy każdy potrzebował czułości, zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Remus cieszył się z ich szczęścia, mimo to czuł głęboko w sercu drzazgę samotności. Nie chciał być sam, ale doskonale wiedział, że ze swoim ciałem nie zasługuje na nikogo. Wiedział to od lat, ale i tak nie zmniejszało to jego cierpienia.
***
Przetarł oczy i wstał. Dziś był ważny dzień. Zaczynały się OWUTEM-y, czy Okropnie Wyczerpujące Testy Magiczne. Remus stresował się, choć wiedział, że przygotowali się jak tylko mogli. Byli nawet bardziej wyedukowani, niż większość uczniów, w końcu oni mieli już niedługo walczyć o ich życie.
Ubrał się w galową szatę i przeczesał swoje miodowo-brązowe włosy. Westchnął. Cudowne życie w tej szkole dobiega końca. Teraz nikt nie będzie codziennie im gotował posiłków, nikt nie poprawi, nie douczy, nie pomyśli za nich, nie obroni. Będą zdani tylko na siebie. A wspomnienia? Lata poznawania szkoły, jej sekretów, kaprysów...
Wszystko przemija.
Po śniadaniu udali się na pierwszy egzamin z Obrony Przed Czarną Magią. Była to część pisemna. Rozsiedli się wygodnie na przyznanych sobie miejscach i czekali. Praktycznie niczym nie różniło się to od SUM-ów. Tylko poziom trudności był wyższy.
Wszystkie pytania były dla Lupina dziecinnie proste. Opłacało się czytać z Huncwotami te wszystkie książki. Ciężka, siedmioletnia praca Remusa nie poszła na marne. Był naprawdę dobrej myśli. Nic więc dziwnego, że ich humory uległy polepszeniu po kilku dniach. Spodziewali się najlepszych ocen.
Po odpowiedzi ustnej z Zaklęć udali się na błonia, by skorzystać ze słońca. Wygodnie rozsiedli się pod ich ulubionym drzewem i rozmyślali. Remus sprawdzał odpowiedzi. Wiedział, że udzielił wszystkich poprawnych, jednak był to w pewien sposób rytuał. Robił to po każdym egzaminie. James wyciągnął swój znicz i zaczął się nim bawić. Peter piszczał z zachwytu nad wyjątkowo trudnymi chwytami. Syriusz lekko się zirytował.
Przywróciło to wspomnienia.
Oni siedzący pod tym samym drzewem, po podobnych egzaminach; Remus z książką, James ze zniczem, podekscytowany Peter, Syriusz, który upomniał Jamesa... Ta sama scena miała miejsce w piątej klasie, gdy pisali SUM-y. Różnicą było to, że wtedy znęcali się nad Severusem, dziś na pewno do tego nie dojdzie. Wtedy James był nienawidzony przez Lily, która obecnie siedziała z nimi. Niby ich życie miało jakiś powtarzający się schemat, ale mimo to dużo się pozmieniało. Już nigdy nie będą mogli wspólnie spędzać tu miesięcy. Ich najlepsze lata zostaną brutalnie przerwane już wkrótce. Ile przeżyją lat, zanim śmierć ich rozdzieli? Nie wątpił w to, że ich przyjaźń przetrwa wszystko. Zbyt wiele znieśli, zbyt dużo ich łączyło. Co jednak, jeśli przyjdzie im walczyć z Voldemortem i przegrają? Nie wyobrażał sobie ich utraty. Byli jak rodzina, najlepsza jaką mógł sobie wymarzyć. Oparł głowę na stronach podręcznika.
– Luniak? – spytał James i momentalnie przestał się bawić. Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
– Coś nie tak? – Lily także była zaniepokojona.
– Nie, ja tylko... Pomyślałem ile lat ze sobą wytrzymujemy i jak to jest piękne. Wszystko się zmienia. Tutaj mamy tyle wspólnych wspomnieć, ale musimy opuścić to miejsce. Napawa mnie to smutkiem.
– Tak, gdybym mógł, to z chęcią bym tu z wami zamieszkał. Może wykopiemy jakichś Gryfonów? Pierwszorocznych? Będziemy tu zamiast nich. Hah! To by było genialne! Najwięksi i najpopularniejsi Huncwoci w dziejach tej szkoły, którzy nigdy jej nie opuszczą!
– Byłoby pięknie – mruknął James i zamyślił się.
Po odpowiedzi ustnej z Zaklęć udali się na błonia, by skorzystać ze słońca. Wygodnie rozsiedli się pod ich ulubionym drzewem i rozmyślali. Remus sprawdzał odpowiedzi. Wiedział, że udzielił wszystkich poprawnych, jednak był to w pewien sposób rytuał. Robił to po każdym egzaminie. James wyciągnął swój znicz i zaczął się nim bawić. Peter piszczał z zachwytu nad wyjątkowo trudnymi chwytami. Syriusz lekko się zirytował.
Przywróciło to wspomnienia.
Oni siedzący pod tym samym drzewem, po podobnych egzaminach; Remus z książką, James ze zniczem, podekscytowany Peter, Syriusz, który upomniał Jamesa... Ta sama scena miała miejsce w piątej klasie, gdy pisali SUM-y. Różnicą było to, że wtedy znęcali się nad Severusem, dziś na pewno do tego nie dojdzie. Wtedy James był nienawidzony przez Lily, która obecnie siedziała z nimi. Niby ich życie miało jakiś powtarzający się schemat, ale mimo to dużo się pozmieniało. Już nigdy nie będą mogli wspólnie spędzać tu miesięcy. Ich najlepsze lata zostaną brutalnie przerwane już wkrótce. Ile przeżyją lat, zanim śmierć ich rozdzieli? Nie wątpił w to, że ich przyjaźń przetrwa wszystko. Zbyt wiele znieśli, zbyt dużo ich łączyło. Co jednak, jeśli przyjdzie im walczyć z Voldemortem i przegrają? Nie wyobrażał sobie ich utraty. Byli jak rodzina, najlepsza jaką mógł sobie wymarzyć. Oparł głowę na stronach podręcznika.
– Luniak? – spytał James i momentalnie przestał się bawić. Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
– Coś nie tak? – Lily także była zaniepokojona.
– Nie, ja tylko... Pomyślałem ile lat ze sobą wytrzymujemy i jak to jest piękne. Wszystko się zmienia. Tutaj mamy tyle wspólnych wspomnieć, ale musimy opuścić to miejsce. Napawa mnie to smutkiem.
– Tak, gdybym mógł, to z chęcią bym tu z wami zamieszkał. Może wykopiemy jakichś Gryfonów? Pierwszorocznych? Będziemy tu zamiast nich. Hah! To by było genialne! Najwięksi i najpopularniejsi Huncwoci w dziejach tej szkoły, którzy nigdy jej nie opuszczą!
– Byłoby pięknie – mruknął James i zamyślił się.
Pozostał im już tylko tydzień szkoły. Nikt nie myślał teraz o ocenach. Wyniki ich egzaminów miały przyjść dopiero w wakacje.
Greyback, ani żaden inny Śmierciożerca nie pojawił się w pobliżu szkoły już od kilku miesięcy, dlatego też Huncwoci odsunęli na bok prośby dyrektora i przy ostatniej pełni ruszyli na zwiedzanie. Wszyscy za tym tęsknili. Beztrosko biegali po lesie, który jakby też nachylił się ku nim z czułością, jak gdyby tęsknił za ich wesołą zabawą. Za dużo zła było na tym świecie. Nawet natura to odczuwała.
W ciągu trzech dni pełni przebiegli cały las wzdłuż i wszerz. Gdy dobiegła końca, zwiedzili wszystkie sale, tajemne korytarze i pokoje. Chcieli jak najlepiej zapamiętać to miejsce.
Greyback, ani żaden inny Śmierciożerca nie pojawił się w pobliżu szkoły już od kilku miesięcy, dlatego też Huncwoci odsunęli na bok prośby dyrektora i przy ostatniej pełni ruszyli na zwiedzanie. Wszyscy za tym tęsknili. Beztrosko biegali po lesie, który jakby też nachylił się ku nim z czułością, jak gdyby tęsknił za ich wesołą zabawą. Za dużo zła było na tym świecie. Nawet natura to odczuwała.
W ciągu trzech dni pełni przebiegli cały las wzdłuż i wszerz. Gdy dobiegła końca, zwiedzili wszystkie sale, tajemne korytarze i pokoje. Chcieli jak najlepiej zapamiętać to miejsce.
W ostatni dzień nie mieli jednak tyle szczęścia. Zapatrzyli się w pewien punkt mapy i nie zauważyli podchodzącego Filcha. Zobaczył ich wystające spod peleryny stopy i szybko ściągnął ją z nich. Szczęśliwie udało im się dezaktywować mapę, nim zobaczył jej działanie. Mimo wszystko skonfiskował ją. James chciał ją odzyskać, jednak Syriusz go powstrzymał.
– Stary, jutro opuszczamy to miejsce na zawsze. Po co mamy obserwować jakieś obce osoby chodzące naszymi korytarzami? Nie lepiej mu ją zostawić? Może kiedyś inni, którzy będą często odbywać jego kary, odnajdą naszą mapę i zrobią z niej użytek? Wierzę w to. – Uśmiechnął się szelmowsko. Trochę zakręciła im się łezka w oku - w końcu to ich najważniejsza pamiątka, coś namacalnego, co stworzyli wspólnie dzięki swojej przyjaźni, umiejętnościom i dociekliwości, ale pogodzili się z tym. Łapa miał rację. Ruszyli na ostatnią kolację w tym pięknym, pełnym magii i czarodziejstwa zamku, a w przepływie jakiegoś niepohamowanego uczucia smutku, radości i sentymentu złapali się pod łokcie i podrygując, zaśpiewali:
Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy ktoś młody z świerzbem ostrym,
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziemy wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!