poniedziałek, 12 września 2016

Rozdział dwudziesty czwarty: Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart, Naucz nas choć trochę czegoś!

 melodią rozpoczęła się moja miłość do Huncwotów. Minęło tyle lat, a dalej podbija moje serce. Włączcie ją sobie w drugiej karcie i słuchajcie miło podczas czytania, bądź - jeśli jesteście na telefonach/tabletach - włączcie na zakończenie. Zachęcam.
  ~Tsukinia



     Nazajutrz rozmawiali już normalnie, jednak nie wspominali o wilkołakach, Voldemorcie i nakazach Dumbledore'a. Wszędzie chodzili razem. Udawali, że wszystko toczy się po staremu, tak jak za czasów, gdy do zamku nie włamał się nikt nieproszony.
     Lekcje odbywały się tak jak zwykle, a reszta uczniów wolniej, lub szybciej zapominała lub po prostu chwilowo się uspokajała. Nikt do końca nie wyparł z pamięci tego zdarzenia. Nie było jednak dnia, by sowy nie przynosiły im listy kolejnych ofiar Czarnego Pana. Lista ta zawsze rosła. Świat pogrążył się w mroku. Szarości nie przebijało nawet słońce, tak, jakby i ono się czegoś obawiało. Ludzie popadali w paranoje. Przyjaźnie rozpadały się ze strachu o zdradę. Padały ciągłe podejrzenia o szpiegostwo. Ludzie warczeli na siebie i bili o byle nieporozumienie, niedopowiedzenie. 
– Co możemy z tym zrobić? Ten świat zmierza ku samozagładzie – szepnął pewnego dnia Syriusz.
– Wstąpimy do Zakonu – odparł stanowczo Remus. – To postanowione.
– Zakon walczy już tyle czasu i słabo im idzie... – burknął James.
– Bo nas tam jeszcze nie ma – Syriusz wyszczerzył zęby w psim uśmiechu. Pierwszy raz od naprawdę wielu dni. Dodało im to nadziei.

      Przez następne miesiące przygotowywali się do Obrony Przed Czarną Magią, ćwiczyli się w zaklęciach niewerbalnych, atakujących, leczniczych, ochronnych, szpiegowskich i wielu innych. Czego nie mogli nauczyć się na lekcjach, szukali w bibliotece. Przy pomocy peleryny-niewidki kradli książki z Zakazanego Działu. Przez cały ten czas sytuacja na świecie trochę się uspokoiła. Co prawda ludzie dalej umierali, ale nie było żadnych większych akcji ze strony Śmierciożerców. Zakon nie cieszył się z tego jednak. Chodziły pogłoski, jakoby Czarny Pan przygotowywał się do jakiegoś ogromnego ataku. Miała to być swoista cisza przed burzą. Remus pytał o to Moody'ego, jednak ten początkowo olewał jego listy, aż w końcu zbył go. Irytowało to ich, gdyż dobrze wiedzieli, że jeszcze trochę, a sami będą członkami Zakonu. Po pewnym czasie zrozumieli jednak, że korespondencja może być pod obserwacją i nie mogą pisać swobodnie o wszystkim. Nie wiedzieli jednak jak zadać dręczące ich pytania tak, by tylko członkowie Zakonu je rozszyfrowali. W końcu odpuścili, licząc, że zdążą je zadać, gdy dołączą. Jeśli Zakon będzie jeszcze istniał. W końcu walka z Voldemortem nie mogła trwać wiecznie. Ktoś musiał przegrać, a perspektywa walki z kimś, kto nie gra fair nie pocieszała.

      Nie było jednak całkowicie źle. Miłość Jamesa i Lily rozkwitała. W tych szarych dniach, gdy każdy potrzebował czułości, zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Remus cieszył się z ich szczęścia, mimo to czuł głęboko w sercu drzazgę samotności. Nie chciał być sam, ale doskonale wiedział, że ze swoim ciałem nie zasługuje na nikogo. Wiedział to od lat, ale i tak nie zmniejszało to jego cierpienia.

        
***

      Przetarł oczy i wstał. Dziś był ważny dzień. Zaczynały się OWUTEM-y, czy Okropnie Wyczerpujące Testy Magiczne. Remus stresował się, choć wiedział, że przygotowali się jak tylko mogli. Byli nawet bardziej wyedukowani, niż większość uczniów, w końcu oni mieli już niedługo walczyć o ich życie.
      Ubrał się w galową szatę i przeczesał swoje miodowo-brązowe włosy. Westchnął. Cudowne życie w tej szkole dobiega końca. Teraz nikt nie będzie codziennie im gotował posiłków, nikt nie poprawi, nie douczy, nie pomyśli za nich, nie obroni. Będą zdani tylko na siebie. A wspomnienia? Lata poznawania szkoły, jej sekretów, kaprysów...
Wszystko przemija.

      Po śniadaniu udali się na pierwszy egzamin z Obrony Przed Czarną Magią. Była to część pisemna. Rozsiedli się wygodnie na przyznanych sobie miejscach i czekali. Praktycznie niczym nie różniło się to od SUM-ów. Tylko poziom trudności był wyższy. 
Wszystkie pytania były dla Lupina dziecinnie proste. Opłacało się czytać z Huncwotami te wszystkie książki. Ciężka, siedmioletnia praca Remusa nie poszła na marne. Był naprawdę dobrej myśli. Nic więc dziwnego, że ich humory uległy polepszeniu po kilku dniach. Spodziewali się najlepszych ocen.
       Po odpowiedzi ustnej z Zaklęć udali się na błonia, by skorzystać ze słońca. Wygodnie rozsiedli się pod ich ulubionym drzewem i rozmyślali. Remus sprawdzał odpowiedzi. Wiedział, że udzielił wszystkich poprawnych, jednak był to w pewien sposób rytuał. Robił to po każdym egzaminie. James wyciągnął swój znicz i zaczął się nim bawić. Peter piszczał z zachwytu nad wyjątkowo trudnymi chwytami. Syriusz lekko się zirytował.
Przywróciło to wspomnienia.
       Oni siedzący pod tym samym drzewem, po podobnych egzaminach; Remus z książką, James ze zniczem, podekscytowany Peter, Syriusz, który upomniał Jamesa... Ta sama scena miała miejsce w piątej klasie, gdy pisali SUM-y. Różnicą było to, że wtedy znęcali się nad Severusem, dziś na pewno do tego nie dojdzie. Wtedy James był nienawidzony przez Lily, która obecnie siedziała z nimi. Niby ich życie miało jakiś powtarzający się schemat, ale mimo to dużo się pozmieniało. Już nigdy nie będą mogli wspólnie spędzać tu miesięcy. Ich najlepsze lata zostaną brutalnie przerwane już wkrótce. Ile przeżyją lat, zanim śmierć ich rozdzieli? Nie wątpił w to, że ich przyjaźń przetrwa wszystko. Zbyt wiele znieśli, zbyt dużo ich łączyło. Co jednak, jeśli przyjdzie im walczyć z Voldemortem i przegrają? Nie wyobrażał sobie ich utraty. Byli jak rodzina, najlepsza jaką mógł sobie wymarzyć. Oparł głowę na stronach podręcznika.
– Luniak? – spytał James i momentalnie przestał się bawić. Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
– Coś nie tak? – Lily także była zaniepokojona.
– Nie, ja tylko... Pomyślałem ile lat ze sobą wytrzymujemy i jak to jest piękne. Wszystko się zmienia. Tutaj mamy tyle wspólnych wspomnieć, ale musimy opuścić to miejsce. Napawa mnie to smutkiem.
– Tak, gdybym mógł, to z chęcią bym tu z wami zamieszkał. Może wykopiemy jakichś Gryfonów? Pierwszorocznych? Będziemy tu zamiast nich. Hah! To by było genialne! Najwięksi i najpopularniejsi Huncwoci w dziejach tej szkoły, którzy nigdy jej nie opuszczą!
– Byłoby pięknie – mruknął James i zamyślił się.

     Pozostał im już tylko tydzień szkoły. Nikt nie myślał teraz o ocenach. Wyniki ich egzaminów miały przyjść dopiero w wakacje.
     Greyback, ani żaden inny Śmierciożerca nie pojawił się w pobliżu szkoły już od kilku miesięcy, dlatego też Huncwoci odsunęli na bok prośby dyrektora i przy ostatniej pełni ruszyli na zwiedzanie. Wszyscy za tym tęsknili. Beztrosko biegali po lesie, który jakby też nachylił się ku nim z czułością, jak gdyby tęsknił za ich wesołą zabawą. Za dużo zła było na tym świecie. Nawet natura to odczuwała.
     W ciągu trzech dni pełni przebiegli cały las wzdłuż i wszerz. Gdy dobiegła końca, zwiedzili wszystkie sale, tajemne korytarze i pokoje. Chcieli jak najlepiej zapamiętać to miejsce.
    W ostatni dzień nie mieli jednak tyle szczęścia. Zapatrzyli się w pewien punkt mapy i nie zauważyli podchodzącego Filcha. Zobaczył ich wystające spod peleryny stopy i szybko ściągnął ją z nich. Szczęśliwie udało im się dezaktywować mapę, nim zobaczył jej działanie. Mimo wszystko skonfiskował ją. James chciał ją odzyskać, jednak Syriusz go powstrzymał.
– Stary, jutro opuszczamy to miejsce na zawsze. Po co mamy obserwować jakieś obce osoby chodzące naszymi korytarzami? Nie lepiej mu ją zostawić? Może kiedyś inni, którzy będą często odbywać jego kary, odnajdą naszą mapę i zrobią z niej użytek? Wierzę w to. – Uśmiechnął się szelmowsko. Trochę zakręciła im się łezka w oku - w końcu to ich najważniejsza pamiątka, coś namacalnego, co stworzyli wspólnie dzięki swojej przyjaźni, umiejętnościom i dociekliwości, ale pogodzili się z tym. Łapa miał rację. Ruszyli na ostatnią kolację w tym pięknym, pełnym magii i czarodziejstwa zamku, a w przepływie jakiegoś niepohamowanego uczucia smutku, radości i sentymentu złapali się pod łokcie i podrygując, zaśpiewali:

Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy ktoś młody z świerzbem ostrym,
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziemy wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!


niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozdział dwudziesty trzeci: Kolacja pełna wrażeń

     Emocje po pojawieniu się Śmierciożercy na terenie szkoły powoli przygasały. Każda wzmianka o słuchach Czarnego Pana sprawiała jednak, że wszystko odżywało. Coraz liczniejsza lista zaginionych, bądź zamordowanych sprawiała, że uczniowie wpadali w histerie i co chwilę kontaktowali się z rodziną. Praktycznie przez cały dzień duże skupiska sów przylatywały i odlatywały z Hogwartu.
     Huncwoci siedzieli wspólnie na transmutacji. McGonagall starała się dawać im pozory normalności. Z jej twarzy nie można było odczytać żadnych emocji, do czasu, aż las rąk nie zgłosił się, by zadać jej pytania. Zdumiona uniosła lewą brew.
– Aż tyle osób nagle zainteresowało się moim przedmiotem? Proszę, jakie macie pytania?
– Pani profesor  – zapytała Krukonka, której imienia Remus nie zapamiętał – Czy Śmierciożercy mogą być dalej na terenie szkoły pod postacią animagów? Czy nasze zabezpieczenia wykrywają ten rodzaj magii?
      Nastała cisza. McGonagall nie wiedziała, co powiedzieć i Remus doskonale zdawał sobie sprawę dlaczego. Magia ochronna rozmieszczona wokół szkoły wyłapywała tylko ludzi przemieszczających się na miotle, bądź teleportujących się. Gdyby ktoś wszedł pieszo od strony lasu, dotarłby, choć mogłyby go zabić zwierzęta. James, Peter i Syriusz przemieniali się bardzo często i żadna magia tego nie wykryła. Nie wiedział, czy animaga latającego powstrzymałaby bariera, jednak wiedział, że dla ziemnego praktycznie nie istniała. Profesor nie mogła tego jednak powiedzieć, bo powstałoby zamieszanie i panika. Uczniowie powiedzieliby rodzicom, oni zabraliby ich ze szkoły i ona by upadła. Zniszczono by to reputację najbezpieczniejszego miejsca.
– Nie jest możliwe, by na terenie tej szkoły przemieszczał się jakikolwiek animag. Magia wciąż pozostaje w jego ciele, co odróżnia go od zwierząt. Bariera go nie przepuści.
– Skąd w takim razie Śmierciożercy wzięli się tutaj?
– Dość, to nie jest temat na dzisiejszą lekcję. Otwórzcie, proszę, podręczniki na stronie sto piętnastej.
      Nastała cisza przerywana tylko szelestem wertowanych kartek. Zgodnie z następnymi instrukcjami rozgniewanej nauczycielki, przeczytali rozdział.
– Napiszcie mi na poniedziałek esej z tego, co dziś wyczytaliście!
      Remus bez słowa wyszedł z sali, a Huncwoci za nim. Porozumiewając się bez słów, udali się do magicznego pokoju ukrytego w ścianie. Przeszli wzdłuż niej, myśląc o spokojnym pokoju, a gdy pojawiły się drzwi, weszli tam. Początkowo rozsiedli się na wygodnych fotelach i nic nie mówili, jednak po chwili Peter zapytał:
– Co myślicie o słowach McGonagall? Co jeśli ona wie o nas? O naszych przemianach? Skoro zaklęcia ochronne to wykrywają...
– Kłamała – przerwał mu Remus. Wszystkie oczy przeniosły się na niego. – Jesteście niezarejestrowanymi animagami, co znaczy, że nielegalnymi. Tyle razy mieliśmy kłopoty przez nasze głupie pomysły, że gdyby wiedzieli o przemianach, mieliby pretekst by nas wywalić. Musiała tak powiedzieć, żeby nie wzniecić paniki. W rzeczywistości i normalny Śmierciożerca i Śmierciożerca-animag, bez przeszkód dostaną się tutaj pieszo przez Zakazany Las.
      Peter głośno przełknął ślinę. Widać było, że jest przerażony.
– Co teraz? – zapiszczał.
      Nie wiedzieli. To by znaczyło, że Hogwart jest zagrożony. Dumbledore musi zdawać sobie z tego sprawę. Może coś już robi w tym kierunku? Spojrzał na zegarek.
– Mamy trzy minuty do obiadu, lepiej żebyśmy już szli – oznajmił.
    Wszyscy powoli wstali i wyszli z pokoju. Gdy zamknęli drzwi, zniknęły. Wielokrotnie już próbowali przenieść magiczny pokój na mapę, jednak nie potrafili. Musiał to być naprawdę dziwny odłam magii. Coś o wiele trudniejszego niż ustawienie na mapie kroków przemieszczających się, nawet nieznanych twórcom osób.
       Podczas obiadu zachowywali się jakby nic się nie wydarzyło. Żartowali, plotkowali i narzekali na naukę.
– Dają nam tyle prac pisemnych, bo niedługo OWUTEM-y – zaznaczył Remus, sięgając widelcem po kawałek kurczaka. – Musimy je zdać jak najlepiej.
– To samo mówiłeś o SUM-ach – dogryzł mu Syriusz. Wszyscy się uśmiechnęli. Udało im się nie myśleć o barierach ochronnych zamku.
      Po skończonym obiedzie wszyscy, poza Remusem, wrócili do dormitorium. On miał jeszcze lekcję Numerologii. Lekcja minęła mu zadziwiająco szybko. Pakował swoje podręczniki, gdy podeszła do niego Lily.
– Hej.
– Hej – odpowiedział jej z uśmiechem. – Coś się stało?
– Tak jakby... Czy moglibyśmy porozmawiać gdzieś w cztery oczy?
– Jasne – odparł Remus, choć ta propozycja wydawała mu się dziwna. Wziął swoją torbę i udał się z dziewczyną do jednej z pustych klas. – Więc co się dzieje?
– Bo widzisz... McGonagall mówiła nam dzisiaj o animagach i martwię się o Jamesa. Może wcześniej nie zwracali uwagi na małe przemiany trzech uczniów, ale teraz będą bardziej zwracać uwagę i...
– Lily, nie wierzę, że słyszę to od tak inteligentnej osóbki. Naprawdę nabrałaś się na kłamstwo z jej strony?
– Kłamała? – Oczy Lily otwarł się szeroko.
– Tak, po to, by nie niepokoić uczniów. Zmieniają się od tak dawna, że już by zwrócili na to uwagę, zwłaszcza, że to nielegalne. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że rozmawiam o tym z tobą!
       Zaczerwieniła się i zająknęła. Widać było, że naprawdę jest jej wstyd za swoją łatwowierność. Remus zaśmiał się, na co ona się uśmiechnęła. Wyszli z sali i poszli do pokoju wspólnego, by dołączyć do obijających się Huncwotów.
     Lily nie pokazywała już po sobie swojego zmartwienia. Wręcz przeciwnie - tryskała humorem. Dosiadła się do Jamesa i znowu się miziali. Remus cieszył się, widząc ich dwoje szczęśliwych, jednak w głębi serca zawsze czuł ból, bo wiedział, że on nie może sobie pozwolić na coś tak pięknego jak miłość.
     Z braku ciekawego zajęcia, wziął się za odrabianie lekcji. Przyniósł do pokoju wspólnego wszystkie książki, z których było zadanie i rozłożył je w potężny stos na stole.
– Oj, Luniak – mruknął James zza ciemnorudych włosów Lily. – Znajdź sobie dziewczynę.
– Dobrze wiesz, czemu nie szukam – odpowiedział mu Lupin, zajęty esejem dla Binnsa.
– Przez swój mały, futerkowy problem? Już ci mówiłem, że to żaden powód.
      Remus westchnął i nie odpowiedział. Dyskusja na ten temat była przeprowadzana wiele razy i ani James, ani Remus nie ustępowali. Byli na to zbyt uparci i pewni swojej racji. Wiedział, że Syriusz popiera zdanie Jamesa w tej sprawie. Tak samo było z Lily. Tylko Peter nie potrafił zdecydować czyj argument jest lepszy.
      Syriusz poszedł spotkać się z jedną Krukonką, Potter dalej zajmował się swoją dziewczyną, Peter przypatrywał się ludziom w pomieszczeniu, a Remus kontynuował odrabianie lekcji. Było tego dużo, ale jednak dążył do tego, by dziś skończyć wszystko. Udało mu się to chwilę przed kolacją, na którą wszyscy zgodnie poszli. Tylko Syriusz dołączył do nich dopiero w Wielkiej Sali.
– I jak randka? – zagadnął James.
– Szkoda gadać. Już myślałem, że tej kolacji w ogóle nie będzie! Laska ma coś z głową. Ciągle gada o jakichś narklach, czy czymś...
– Serio? A jak się w ogóle nazywa? – James próbował ukryć rozbawienie.
– A wiesz, że nawet nie wiem? Była tak nieciekawa, że wyleciało mi to z głowy. W sumie dobrze. Nie mam zamiaru już się z nią widywać.
– Syrek, tak nie możesz, złamiesz jej serduszko. – James udał, że jest zasmucony. – No umóf sjem s niom. Bendzie fajno!
       Syriusz dał Jamesowi kuksańca, by ten się uspokoił, jednak śmiał się. Wtedy Remusa tknęło wewnętrzne przeczucie i spojrzał na sklepienie. Nic nie zobaczył, jednak niepokój go nie opuszczał.

      Pod koniec kolacji, gdy wszyscy zbierali się do powrotu do dormitoriów, wydarzyło się jednak coś szokującego. Drzwi Wielkiej Sali powoli się otworzyły. Wszyscy zgromadzeni odwrócili się ze śmiechem w ich stronę. Byli pewni, że to jakiś spóźnialski uczeń. Uśmiechy zgasły, gdy ujrzeli, że to Śmierciożerca.
       Remusowi stanęło na moment serce. Był jak sparaliżowany. Greyback. Greyback wciąż tu jest. W jednej sekundzie mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał centralnie na chłopaka. Jego niebieskie oczy wwiercały się w zielone oczy Lupina. Ten wpatrywał się w niego i nie potrafił racjonalnie myśleć. Trwało to zaledwie kilka sekund. Po tym czasie uczniowie najbliżej wejścia wstali i biegiem ruszyli w stronę nauczycieli. Wszyscy nawzajem się potrącali. Dziewczyny zaczęły piszczeć. Profesorowie natomiast jak jeden mąż, powstali i wyciągnęli różdżki. Greyback uśmiechnął się do Remusa, puścił mu oko i wybiegł z sali.
      Przyjaciele przypatrywali się chłopakowi z przerażeniem. Ich Remus był w niebezpieczeństwie. Greyback jawnie pokazał na kim mu zależy i dlaczego tu jest. Pytaniem było, do czego się posunie, by Remusa zdobyć?

     Remus przełknął ślinę i spojrzał powoli na swoich przyjaciół. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Sam nie wiedział, co o tym myśleć. Boją się go. Boją się, że przez niego spadnie na nich jakieś nieszczęście. Od początku złym pomysłem było, by zaczął uczyć się w tej szkole. To zbyt wielkie niebezpieczeństwo dla reszty. Większość nauczycieli z Dumbledore'm na czele wybiegła z Wielkiej Sali w pościgu za Greybackiem. Dlaczego akurat on? Czemu nie wysłali po Lupina innego Śmierciożercy, kogoś mniej rzucającego się w oczy swoim wilczym wyglądem?
    James, jako prefekt naczelny sprawował opiekę nad wszystkimi Gryfonami. Wysłał prefektów do pozostałych nauczycieli, by spytali się, co z uczniami. Ci wrócili i powiedzieli, że każdy ma wracać do swojego dormitorium, ale prefekci naczelni mają tylko ich odprowadzić i ponownie stawić się w Wielkiej Sali.
     Chłopak przytaknął i podniósł głos, by zwrócić na siebie uwagę. Po chwili to samo zrobili prefekci innych domów.
     Lupinowi nie pozostało już nic innego jak pójść do nauczycieli. Syriusz podążał za nim; Peter zdecydował się udać d pokoju wspólnego Gryffindoru i pilnować wystraszonych pierwszoroczniaków. Huncwoci wiedzieli jednak, że sam bardzo się boi.
    Podeszła do nich profesor McGonagall. Spojrzała na Remusa bezbarwnym spojrzeniem. Nie wiedział, jak to zinterpretować. Czy miała do niego żal? Czy obwiniała go o to wszystko?
– Musimy poczekać na powrót dyrektora – powiedziała. Po godzinie wszedł do Wielkiej Sali i rozejrzał się po niej. W końcu podszedł do nich.
– Wracajcie do swoich dormitoriów, prześpijcie się trochę, jutro z lekcji jesteście zwolnieni.
     Chłopak chciał zaprotestować i powiedzieć, że da radę wziąć udział w lekcjach, jednak nie zrobił tego. Cień, który przebiegł po twarzy Dumbledore'a, powstrzymał go. Kiwnął głową i skierował się do domu. Czuł się... dziwnie. Jakby wszyscy ludzie nagle byli wrogo do niego nastawieni. Wszystko przez Greybacka. Najpierw zniszczył mu życie, a gry Remus zaczął je odbudowywać, zaczął się ponownie w nie wtrącać. Był rozgoryczony. Powiedział hasło, wszedł do pokoju wspólnego i skierował się do dormitorium. Może to i lepiej, że nie będzie pokazywał się jutro ludziom. Będą bezpieczniejsi bez niego.
 
      Wstał i przeczesał palcami włosy. Westchnął i udał się do Wielkiej Sali. Widział, że reszta uczniów powoli zajmuje swoje miejsca. Wypatrzył swoich przyjaciół i skierował się w ich stronę. Czuć było wiszące w powietrzu napięcie. Każdy się bał.
– Dowiedzieliście się czegoś ciekawego?
– Tak i nie. Niby nauczyciele widzieli ślady Greybacka wychodzącego z Zakazanego Lasu, jednak nie ma nic pewnego. W każdej chwili może wrócić i my doskonale wiemy czego, a raczej kogo chce.
     Remus nic nie odpowiedział. Doskonale wiedział, że James ma rację. Co w takiej sytuacji powinni zrobić? Czy Lupin musi opuścić szkołę, by nie narażać innych uczniów na niebezpieczeństwo? Tego by jeszcze brakowało, żeby ktokolwiek został zakładnikiem Fenrira.
     Po chwili chłopak zauważył, że bacznie przygląda mu się profesor McGonagall. Jego niepokój wzrósł. Gdy wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia, podeszła do niego.
– Panie Lupin, proszę byś stawił się w gabinecie profesora Dumbledore'a wraz ze mną. Musimy porozmawiać.
        Zjeżyły mu się włoski na karku. Co to ma znaczyć? Czy chcą go wydalić ze szkoły? Czy Fenrir Greyback zniszczył mu kolejne marzenie? Kiwnął lekko głową na znak, że zrozumiał. Kobieta odeszła, a on szedł tuż za nią. Nic nie mówiła, nawet na niego nie patrzyła. Czuł wzbierający w sobie głęboki smutek, jednak wiedział, że to nieuniknione. Właśnie wyleją go ze szkoły. W ostatnim roku.
         Minuty wlokły mu się niemiłosiernie, jednak w końcu dotarli do gabinetu dyrektora.
– Fasolki – powiedziała McGonagall. Remus zauważył po raz kolejny, że wszystkie hasła Dumbledore'a mają związek ze słodyczami. Rozbawiło go to troszeczkę.
         Szybko weszli po schodach i kobieta zastukała kołatką w drzwi. Usłyszeli po chwili ciche ''wejść''. Otworzyła drzwi i pozwoliła wejść Remusowi, po czym zamknęła je za nim. Chłopak przełknął ślinę, szykując się na najgorsze.
– Witaj, Remusie. Zawsze miło mi cie widzieć we własnym gabinecie, jednak smuci mnie w jakiej sprawie muszę to dziś zrobić. Usiądź, proszę.
         Lupin zrobił to i natychmiast poczuł się, jakby był w pierwszej klasie. Znowu siedział, niepewny swojej przyszłości, gorszy od innych, a Albus Dumbledore przeszywał go na wskroś swymi niebieskimi oczyma patrzącymi uważnie zza okularów połówek.
– Jak myślisz, Remusie, dlaczego dziś cię tu wezwałem?
         Chłopak poczuł jak McGonagall staje za nim. Nie uspokoiło go to. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
– Pewnie ma to związek z włamaniem się Fenrira Greybacka...
– Wiem, że niepokoisz się jego obecnością tutaj. Nie od dziś wiadomo, że chce cie mieć dla siebie. Musimy jeszcze bardziej dbać o to, byś nie trafił w jego ręce. Nigdy nie opuszczaj dormitorium samodzielnie. Nie zapuszczajcie się z przyjaciółmi do lasu. Wszystkie podejrzane sytuacje natychmiast zgłaszajcie mnie. Hasło znasz. Nie ufaj nikomu poza nimi, nawet nauczycielom. Wszędzie mogą być szpiedzy Voldemorta.
      Remus przytaknął, ale nic nie powiedział. Czekał na kontynuację ze strony dyrektora.
– Nastały straszne czasy, ale kiedyś to się skończy. Proszę tylko, byście na siebie uważali.

     Dumbledore zakończył swój monolog i skinął na niego głową. Lupin wstał, podziękował i wyszedł. Po przemowie Dumbledore'a czuł, że naprawdę jest coraz gorzej. Greyback posunie się do wszystkiego, by go podporządkować sobie. Z mętlikiem w głowie udał się do dormitorium. Zastał tam resztę Huncwotów. Szybko powiedział im o zaleceniach i prośbach dyrektora. Potakiwali, ale nic nie mówili. Wszyscy byli zbyt przerażeni tym, że coś może stać się ich przyjacielowi.
– To koniec naszych wędrówek po Hogwarcie – powiedział James. – Było to świetne i pozwoliłoby nam się pożegnać z tą szkołą, ale nie będziemy ryzykować życiem Remusa.
     Zamilkli, a cisza wokół nich przytłaczała. W końcu Peter wstał, westchnął i schował się pod kołdrą. Spojrzeli po sobie, ale dalej nikt nic nie powiedział. Tak minęła im reszta dnia. W nocy Remus i James mieli problemy ze snem. Potter wstał jako pierwszy i podszedł do okna. Bacznie przyglądał się skrawkowi świata jaki przed sobą widzi.
– Nie zbliży się do zamku tak szybko – szepnął Remus.
– Wiem, ale... Chcę się chyba tylko upewnić, że... Jesteś tu bezpieczny.

sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział dwudziesty drugi: Granica Zakazanego Lasu

      Obudził się, ale leżał i nasłuchiwał. Reszta Huncwotów jeszcze spała. Powoli zwlókł się z łóżka i poszedł do toalety. Zimny prysznic rozbudził go, ale nie poprawił nastroju. Wczorajszej nocy wrócił roztrzęsiony do dormitorium i zastał głośno dyskutujących przyjaciół. Syriusz opowiadał Jamesowi, który stał z mokrymi włosami i ciągle mu przerywał. Peter siedział pod kołdrą i płakał.
– Jesteś! Co powiedział Dumblerore?
– Zgłosił to Ministerstwu i nauczycielom. Kazał mi stąd nie wychodzić,
– Myślisz, że on szuka ciebie? – spytał James ze strachem. – Skąd w ogóle się tu wziął?
– Nie wiem – szepnął Remus i usiadł zmęczony na skraju łóżka. Ukrył twarz w dłoniach. Czy wizyta Śmierciożerców miała tylko odwrócić uwagę wszystkich tylko po to, by Greyback dostał się na teren Hogwartu?
– Remi? – spytał niepewnie Łapa. – Wszystko w porządku?
       Chłopak spojrzał na niego. W oczach przyjaciół znalazł troskę i przerażenie.
– Tak, jest ok...

        Gdy wrócił z łazienki, ci jeszcze spali. Nie chcąc ich budzić zszedł cicho do pokoju wspólnego i zapatrzył się w kominek. Wyszedł na korytarz i spacerując bez celu, zamyślił się. Nie wiedząc jak, znalazł się nagle przy drzwiach wyjściowych. Nogi musiały go tu skierować. Zawahał się a później rozejrzał dookoła. Gdy nie zobaczył, ani nie usłyszał nikogo w pobliżu, uchylił lekko drzwi. Były otwarte.
        Poranne słońce zalewało szkolne błonia i przyjemnie ogrzewało. Wiał leniwy wietrzyk. Czuć było wszechobecne lato. Ruszył wolnym krokiem przed siebie. Rozglądał się czujnie. Prawie odchodził od zmysłów, bojąc się, że zaraz natknie się na Greybacka. Gdy tak patrzał na szkolne błonia, zaczął się zastanawiać nad obecnością wilkołaka. Żeby dostać się tu bez naruszania barier ochronnych założonych przez Dumbledore'a i nauczycieli, musiałby wejść na teren szkoły bez użycia magii. Z każdej strony zamek otaczał jednak mur. Przystanął w cieniu drzew. Prawie każdej. Od strony Zakazanego Lasu nie było żadnego muru. Granicę można było przekroczyć. Wyzwaniem okazałoby się jednak późniejsze dotarcie na błonia. Oznaczało to pokonanie kilkudziesięciu kilometrów wśród zwierząt, które mogłyby zaatakować wilkołaka. Centaury nie przepuściłyby go. Czyżby coś się z nimi stało?
      Wciąż zamyślony, żwawym krokiem skierował się do lasu. Nadal było w nim nienaturalnie cicho. Po drzewach nie przeskakiwały żadne wiewiórki, nie było słychać śpiewu ptaków. Trawa i liście pod jego stopami uginały się, szeleszcząc cicho. Zaczął się niepokoić. Zgłębiał się w las i nasłuchiwał. Widział na ziemi kilkugodzinne ślady ludzkich butów. To pewnie aurorzy, którzy przeszukiwali tej nocy las.
         Nagle zatrzymał się. Gdzieś za sobą usłyszał szelest. Wytężył słuch. Delikatny stukot kopyt o twardą glebę. Jednorożec czy centaur? Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z centaurem. Ten trzymał napięty łuk ze strzałą skierowaną w głowę Remusa.
– Czego tu chcesz? Przeszukaliście już ten las. Jeśli go nie znaleźliście, widocznie nie mieliście zapisanego tego w gwiazdach – przyjrzał mu się. – Twoje oczy mi kogoś przypominają. Jesteś wilkołakiem podróżującym z innymi zwierzętami?
– Tak, to ja.
– Ten las już nie jest dla ciebie bezpieczny. Powinieneś wracać do zamku – powiedział centaur, patrząc w niebo.
– Dlaczego? Czy Greyback wciąż tu jest?
– Gwiazdy ci nie sprzyjają – mruknął tamten.
– Co mówią?
– Jesteś zagrożony. Powinieneś uciekać i to szybko.
– Powiedz mi o co chodzi!
– Nie czas na to. – Centaur, odwrócił się i pogalopował w stronę, z której przybył. Remus nie ruszył się z miejsca. Czy Greyback nadal przebywa w lesie? Wiedział, że przyjdzie i zastawił na niego pułapkę?
       Powoli ruszył do zamku. Rosło w nim złe przeczucie. Gdy był już na granicy lasu, serce podskoczyło mu do gardła.
– Remus! Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Czyżbyś został aurorem i wyznaczyli ci za zadanie wytropienie mnie? A może sam się za mną stęskniłeś?
       Lupin odwrócił się. Na drugim końcu małej polanki, na której niegdyś podczas lekcji Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami widział jednorożce, stał i uśmiechał się kpiąco Fenrir Greyback. Strach go sparaliżował. Co ma robić? Jest tak blisko szkoły, ale i tak nikt go nie usłyszy. Czy dobiegnie? Wątpił. Jeśli Greyback ma przy sobie różdżkę, to lepiej nie odwracać się do niego plecami.
– Czego tu chcesz?! – warknął.
– Sprawa Czarnego Pana. Obawiam się, że nie mogę cię jeszcze wtajemniczyć.
– Jeszcze?
– Możesz w każdej chwili dołączyć. Oboje wiemy, że kiedyś to nastąpi. Wilczy instynkt z tobą wygra. My nie możemy żyć wśród ludzi, bo nie jesteśmy ludźmi. Kiedy przestaniesz się okłamywać?
– Możemy, ale ty jesteś zbyt spaczony, by to zrozumieć. Nigdy do ciebie nie dołączę.
– Mówisz tak, ponieważ jesteś tylko dzieckiem, buntujesz się. Koniec końców pogodzisz się ze swoim przeznaczeniem.
– Dlaczego tak ci na mnie zależy? Ukąsiłeś już wystarczająco dzieci. Po co ci jedno zbuntowane? – Remus ciągnął rozmowę, by mieć więcej czasu na przemyślenie swoich dalszych kroków.
– Ty nie jesteś taki przeciętny, jak ci się wydaje. Kiedyś to zrozumiesz. A teraz, skoro już tu ładnie przyszedłeś, to chodź ze mną po dobroci.
        Remus wyszarpnął różdżkę i machnął nią. Wilkołaka odrzuciło i uderzył plecami o pień drzewa. Chłopak ciężko dyszał. Nie mógł opanować strachu. Chciał uciec, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Fenrir zaczął się podnosić. W jego oczach widać było wściekłość i żądzę mordu. Nim jednak zdążył cokolwiek zrobić, Remus ponownie machnął różdżką:
D-drętwota!
        Nie wiedział co się z nim dzieje. Znał doskonale wiele zaklęć, które pomogły by mu w tej sytuacji, ale nie potrafił teraz ich użyć. Mimo to ta mała dawka odwagi wystarczyła, by odwrócił się i popędził w stronę zamku.
        Tknięty przeczuciem, zajrzał przez ramię. Zobaczył jak mężczyzna powoli wstaje z ziemi, szczerzy kły ze złości i... znika za drzewami. Przystanął i patrzył za nim. Czy wróci? Co właściwie tu robi?
– Lupin? Co pan tu robi? – Przez drzwi wejściowe wychodziła McGonagall. – Najlepiej wiesz jak jest teraz niebezpiecznie. Powinieneś zostać w zamku!
– Profesor McGonagall! Greyback wciąż tu jest. Był na skraju lasu, ale pobiegł wgłąb. – Pokazał ręką miejsce, w którym zniknął mężczyzna,
      Jej oczy rozszerzyły się. Po sekundzie jednak wyciągnęła różdżkę i posłała stadko kotów-patronusów z wiadomością.
Wilkołak wciąż tu jest. Kręcił się przy granicy lasu na wschód od chaty gajowego.
      Koty rozbiegły się, a kobieta zwróciła się w jego stronę.
– Wróć do zamku i już stamtąd nie wychodź. Chodź normalnie na lekcje, ale nigdzie nie idź sam.
– Dobrze, pani profesor.


       Pod koniec lekcji wszyscy uczniowie huczeli o tym, że w pobliżu zamku dostrzeżono jakiegoś Śmierciożercę. O tym, że nie jest to zwykła plotka, przekonało ich odwołanie lekcji latania dla klas pierwszych oraz Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Nikt jednak, poza Huncwotami, nie znał większości szczegółów. Peter, Syriusz i James patrzyli na Remusa ze strachem, jakby obawiali się, że gdy tylko odwrócą wzrok, chłopak zniknie. Wiedział, że bardzo się martwią, a także ich wiara w bezpieczeństwo Hogwartu została nadszarpnięta, ale miał już ochotę na nich warknąć.
      Przy wspólnej kolacji wiadomo już było, że Śmierciożerca się wymknął. ale nie przebywał już na terenie Hogwartu. Centaury zostały upomniane za bierność. Wprowadzono aurorów na granicę lasu najbardziej oddaloną od zamku. Praktycznie non stop przylatywała sowa z listem od zaniepokojonych rodziców. Szum skrzydeł potęgował ogólny hałas rozlegający się w Wielkiej Sali.