piątek, 29 grudnia 2017

Rozdział dwudziesty siódmy: Pierwsza misja

    Od kilku dni dochodziły do nich informacje, by być w ciągłej gotowości, gdyż Śmierciożercy planowali zasadzkę. Nikt nie wiedział kiedy, ani na kogo, jednak atmosfera była napięta.
    W chwili, gdy patronus Dumbledore'a wpadł do kuchni, Remus zajęty był robieniem jajecznicy. Jednym machnięciem zgasił ogień i odstawił patelnię. Spojrzeli na siebie z Moodym i jak najszybciej opuścili posesję, by wspólnie się teleportować.
     Wylądowali przed jakąś farmą. Na polach widzieli grupę trzydziestu Śmierciożerców i tylko garstkę członków Zakonu. Remus od razu pobiegł im pomóc, natomiast Alastor ostrożnie zbliżał się na tyły wroga. Wokoło nich słychać było trzaski coraz to nowszych sojuszników.
Drętwota! – krzyknął Remus i obezwładnił kogoś.
– Syriusz, uważaj!
     Łapa ledwo uniknął śmiercionośnego zaklęcia. Zdenerwowany pobiegł w stronę napastnika, trzasnął go pięścią w twarz i odepchnął zaklęciem niewerbalnym. Ten uderzył głową o drzewo i upadł na ziemię nieruchomy. Na polach rozpętała się rzeź. Po każdej ze stron były jakieś ofiary. Zaklęcia świstały nad głową niczym pociski podczas mugolskiej II Wojny Światowej. Co chwilę dochodziły posiłki dla obu grup.
     W pewnym momencie Remus walczył z dwoma zamaskowanymi. Ledwo zdążył odbić jedno zaklęcie, już musiał unikać drugiego. Udało mu się unieruchomić pierwszego Śmierciożercę, kolejnym zajął się James. Prawie natychmiast ich miejsce zajęło dwóch kolejnych, jedna z postaci musiała być kobietą. Śmiała się opętańczo i zmuszała go do wycofywania się.
     Remus był już wyczerpany.
– Kiedy to się wreszcie skończy?! – warknął James i obezwładnił wysokiego czarodzieja.
– Chyba czas na odwrót! Każdy kto stoi na własnych nogach niech weźmie dwa ciała obok siebie i teleportuje się gdziekolwiek! – krzyknął Dumbledore. Jak kazał, tak zrobili i w kilka chwil pozostawili rozwścieczonych zwolenników Czarnego Pana.
     Remus, dysząc, wylądował w lesie. Spojrzał na ciała dwójki członków Zakonu. Nie wiedział jak się nazywają, jednak kojarzył ich twarze. Miał nadzieję, że są tylko nieprzytomni, jednak po krótkich oględzinach z przykrością stwierdził, że obaj byli martwi. Coś zacisnęło mu się na gardle. Złapał za ich ręce i teleportował się pod Kwaterę Główną. Tam, mimo wyczerpania, jakoś zaniósł ciała do środka. Była już 1/3 Zakonu. Na kanapach i fotelach leżeli, bądź siedzieli ranni. Pan Weasley rzucił mu się na pomoc i zabrał jedno z ciał.
– Zanosimy je na dół. Jest tam chłodniej.
      Lunatyk postanowił zostać w piwnicy i pomóc w robieniu miejsca dla nowych ofiar. Przerażała go ich ilość. Tylu poległo... Jednych znał bardziej, innych mniej, jednak wszystkich było mu żal tak samo. Bał się natomiast, że zaraz zobaczy ciało Peter'a, którego jeszcze nie widział po bitwie. Ostatni członkowie Zakonu powrócili i zasiedli w salonie. Wyczerpany Remus także się tam udał. Nie było już miejsc, więc stanął za kanapą i oparł się o nią. Syriusz i James pojawili się obok niego. Zobaczył Petera siedzącego na fotelu.
      Dumbledore wkroczył do salonu i rozejrzał się po twarzach zgromadzonych. Widać było jak rani go nieobecność zmarłych.
– Jest... Gorzej niż źle. Straciliśmy dziś wielu dobrych czarodziejów. Zabiliśmy też wielu Śmierciożerców, jednak patrząc na to, jak szybko Voldemort rośnie w siłę i jak ciężko werbować nam nowych członków, znaleźliśmy się w ciężkim położeniu. Od dziś na misje wysyłanych będzie minimum dwóch czarodziejów, by obniżyć ryzyko śmierci. Musimy też zwerbować jak najwięcej nowych przyjaciół. Trzeba będzie poinformować członków rodzin o śmierci najbliższych. Sam się tym zajmę. Proszę jednak, by kilku pozostało w kwaterze i pomagało później w przenoszeniu ciał. Jacyś chętni?
    Kilka osób niemrawo się zgłosiło.
– Dobrze. W takim razie możemy się rozejść, widzę jak zmęczeni jesteście. Uważajcie na siebie i odpocznijcie. Dobrze dziś walczyliście.
      Uśmiechnął się ciepło do zgromadzonych, odwrócił i odszedł. Wyglądał w tej chwili bardzo staro.

       Tragedia jaka dotknęła Zakon jakby wisiała w powietrzu i ciągle im o sobie przypominała. Tydzień po walce wszystkie ciała zostały już pochowane. Oczywiście nie obyło się bez dodatkowych problemów. Ministerstwo zainteresowało się grupowym morderstwem na zaprzyjaźnionych ze sobą osobach, jednak ''pomogło'' Zakonowi to, iż Voldemort podejmował coraz agresywniejsze działania. Dumbledore znikał na całe dnie. Nikt nie znał jego misji, nawet jego prawa ręka, Moody. Coraz częściej dochodziło do różnych spięć między członkami organizacji. Molly zawzięcie próbowała uciszyć wrogie komentarze i uwagi, ale nie zawsze jej się udawało. Kilka osób zaczęło zastanawiać się nad odejściem. Remus był przerażony. Myślał, że Zakon radzi sobie lepiej z zagrożeniem, tymczasem ledwo dołączył i już wszystko się sypało. Jeśli tak dalej będzie, wkrótce on i reszta Huncwotów zostaną zamordowani i w żaden sposób nie przysłużą się światu. Nie uda mu się dokończyć tego, czego pragnął jego ojciec i przez co sam zginął. Wrogie nastawienie Dearborna też powoli zaczynało go drażnić. Szukał zaczepki, krytykował każde jego słowo. Remus powoli tracił cierpliwość.
      Wściekły zacisnął zęby. Co mógłby zrobić, żeby pomóc Zakonowi? Na nic mu jego wzorowe oceny, skoro w prawdziwym życiu, poza murami Hogwartu, nie potrafił w żaden sposób wykorzystać swojej wiedzy. Ba, sprawia nawet więcej problemów, bo Greyback prawdopodobnie dalej na niego poluje. To kwestia czasu, gdy go znajdą i będą chcieli wprowadzić w szeregi Śmierciożerców. Wiedział, że tego nie zrobi, jednak odmowa była równoznaczna z brutalną śmiercią. Wątpił, by wyeliminowali go szybko. Może i Czarny Pan chciał mieć w swoim szeregu likantropy, jednak jego ludzcy słudzy nie znosili ich i pluli na nich. Wiedział, że jego położenie nie należy do najlepszych.
       Podniósł się z kanapy i udał do kuchni, by zrobić sobie herbatę lipową. Ostatnio strasznie mu zasmakowała. Różdżką zagotował wodę, przyciągnął kubek i torebkę. Wciąż w głowie panował mu chaos. Właśnie miał usiąść i zająć się książką, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi. Szybko wyszedł sprawdzić, kogo diabli niosą. Okazało się, że był to Albus Dumbledore we własnej osobie. Szybko wpuścił dyrektora i zaproponował mu herbatę.
– Jeśli możesz, Remusie. Jestem trochę zmęczony.
      Moody słysząc głos mężczyzny, zszedł z piętra najszybciej, jak pozwała mu na to drewniana noga.
– Albus! Co cie tu sprowadza? Czyżbyś zwołał na szybko jakieś nowe zebranie?
– Nie, nie, Alastorze. Pomyślałem tylko, że wpadnę na chwilkę zamienić z tobą słówko.
       Remus postawił kubek z herbatą przed Dumbledore'm i usiadł naprzeciwko.
– Czy będzie nam przeszkadzał...? – spytał auror.
– Nie, jasne, że nie. Przecież nawet jakbyś wysłał go na strych, wszystko by usłyszał. Zostań, Remusie. – Uśmiechnął się do niego ciepło.
– Aż tak dobrego słuchu nie mam, by słyszeć każdy szept przez wszystkie ściany. – Chłopak zaśmiał się.
– Więc o czym chciałeś rozmawiać, Albusie?
       Dumbledore westchnął.
– Zakon Feniksa upada. Musimy coś z tym zrobić, w innym wypadku nie pozostanie nikt zdolny pokrzyżować plany Voldemorta. Trzeba zdobyć więcej informacji o tym, kto jest jego zwolennikiem. Potrzebujemy ludzi do szpiegowania, jednak mamy ich niedobór. Potrzebujemy wszystkich, nawet członków rodzin, jeśli są dostatecznie dojrzali. Nie sądzę jednak, by wielu na to poszło. Chcą chronić swoich, nie dodatkowo narażać. Zwłaszcza teraz, gdy widzą jak łatwo o śmierć. Wcześniej też to było można odczuć, jednak ostatnia potyczka nadszarpnęła mocno ich motywację. Potrzebujemy też jak najwięcej ludzi spoza kraju. Promujemy Zakon, ale idzie to zbyt wolno, zbyt wolno...
– Rozumiem o co ci chodzi. Ciężko jest jednocześnie działać w cieniu i znaleźć kogoś, komu można zaufać. Musimy to chyba przeczekać.
– Nie możemy czekać – odparł Dumbledore. – Jeśli nie chcemy zostać zniszczeni, musimy szukać nowych osób. Nie będziemy atakować większych grup, jak to miało miejsce tydzień temu. Maksymalnie dwóch Śmierciożerców, a w momencie, gdy wezwą posiłki, uciekniemy. Musimy bardziej zadbać o bezpieczeństwo naszych ludzi, bo tylko z nimi może nam się udać.
     Remus słuchał tej wymiany zdań z rosnącym niepokojem. Wiedział, że jest źle. Wszyscy wiedzieli. Widząc jednak strach dyrektora, sam zaczął bardziej się obawiać tego przedsięwzięcia. Dumbledore nigdy się niczego nie bał. Był najsilniejszym czarodziejem tego wieku.
      Mężczyzna dopił herbatę i odstawił kubek.
– Lecę już. Mam być dziś w Paryżu i rozmawiać z kilkoma czarodziejami. Mam nadzieję, że przystaną na moją propozycję i zamieszkają w Anglii na jakiś czas. Wszyscy na całym świecie wiedzą, że Voldemort lubi atakować tutaj i to tu potrzebna nam jest pomoc. Trzymajcie kciuki.
      Odwrócił się i odszedł. Remus posłał zaklęciem kubki do zlewu, tymczasem poirytowany Alastor wstał i chodził w te i we wte. Walczyli z Voldemortem nieprzerwanie od kilku lat, nawet wtedy, gdy nie ujawnił swojego nazwiska i działał ostrożnie i powoli. Wtedy nie potrafili go zniszczyć, teraz rósł coraz bardziej w siłę. Czy jest jeszcze możliwa wygrana z nim? Czy zwykłe zaklęcia poradzą sobie ze straszną i nielegalną czarną magią? Ich postanowieniem było, by nie zniżać się do poziomu Voldemorta i nie stać się takimi samymi potworami jak on. Czy mają jednak jakąkolwiek szansę, gdy będą tak szlachetni? On stracił już nogę, mimo że był doskonale przeszkolony; wielu poległo. Jak długo będzie trwała ta wojna? Ile ofiar pociągnie za sobą?
– Cholera jasna... – warknął. Remus spojrzał na niego ukradkiem, ale nic nie powiedział. Widok chłopaka tylko bardziej go zdenerwował. Z winy Voldemorta stracił rodziców, a choroba, której w sobie nienawidził naraża go na wizyty Śmierciożerców. W każdej chwili może stracić swoich jedynych przyjaciół. Wstąpił do Zakonu, by walczyć o ich życie, pomścić ojca, czy dlatego, że nie ma co ze sobą podziać? Czy jeśli Śmierciożercy w końcu przyjdą po niego, odmówi im, czy ich słodkie słówka go omamią, jeśli odkryją jego słabe punkty? Mimo że początkowo go nie znosił, coraz bardziej traktował go jak syna, którego nigdy nie miał. Remus nauczył go nieświadomie tolerancji i delikatności. Nie potrafiłby go zabić, gdyby stał się zwolennikiem Lorda Voldemorta. Jego śmierć także nie była lepszym wyjściem. Spojrzał na tył jego głowy i westchnął.
– Problemy, problemy...

piątek, 22 grudnia 2017

Rozdział dwudziesty szósty: Antylikantropowe głosowanie

     Co kilka dni organizowane były spotkania Zakonu, by omawiać najnowsze sytuacje na świecie. Moody relacjonował im, jak mugolski rząd zaczął niepokoić się nagłymi zaginięciami i morderstwami. Odkąd trzy tygodnie temu Huncwoci wstąpili do Zakonu, jedynymi misjami ich członków było śledzenie potencjalnych Śmierciożerców. Remusowi przychodziło to najszybciej - zbliżała się pełnia i coraz mocniej czuł zapachy oraz ślady magii. Z łatwością mógł namierzyć, gdzie ktoś się aportował.
      Przez cale trzy tygodnie James nie powiedział Lily o Zakonie. Pomiędzy przyjaciółmi czasem czuć było z tego powodu napiętą atmosferę, jednak żaden go nie zdradził.
      Na dzisiejszym spotkaniu omawiali  śmierć całej rodziny mugoli z przedmieści Londynu. Policja stwierdziła, że zatruli się czadem, jednak Zakon znał prawdę.
– Czy Voldemort próbuje wybić wszystkich mugoli, mugolaków i pół-krwi czarodziejów? To chore.
– Był już w historii świata taki człowiek. Mugol o imieniu Adolf. W komorach gazowych dusił ludzi, ciała spalał. Odbierał im imiona, tatuował numerkami. Marnie skończył, może naszego też to czeka?
– Oby – odpowiedział Artur Weasley – bo coraz gorzej się robi na tym świecie.
– Pozostaje nam mieć nadzieję. Ktoś ma jeszcze jakieś nowe informacje na jakikolwiek temat? Nie? Możemy więc zamknąć posiedzenie. Remusie, odłożysz teczki do mojego gabinetu? 
– Jasne. – Chłopak machnął różdżką i skierował się na piętro. Gdy tylko zniknął, jeden z członków przyjętych dwa miesiące temu, zabrał głos:
– Myślę, że ja mam coś do powiedzenia.
– Dobrze. Poczekamy na Remusa i porozmawiamy.
– Um... Wolałbym nie. Chodzi o to, że słyszałem ostatnio sporo o wilkołakach propagujących przyłączenie się do Czarnego Pana. Nawet osoby, które były przeciwko niemu, dołączają do niego, bo posłuchały Alfy. Czy ktokolwiek zna Alfę Lupina?
     Nastała cisza. Dopiero Moody zdołał ją przerwać.
– O jakiej Alfie mówisz?
– O dowódcy stada. Każdy wilkołak należy do jakiegoś stada. Co właściwie wiecie o nim?
– Na pewno więcej niż ty...
– Skąd ta pewność? Wilkołaki mają mnóstwo tajemnic. Myślę, że nasze ostatnie niepowodzenia w śledztwach i śmierci są spowodowane obecnością wilkołaka na spotkaniach. Myślę, że jest szpiegiem. Nawet jeśli nie samego Czarnego Pana, to na pewno wilkołaków. Głosuję za tym, by wydalić go...
– Skończ. – Głos Alastora był jak cisza przed burzą. – Nie ty będziesz o tym decydował, Caradocu Dearbornie.
– Ale zawsze możemy to przedyskutować, prawda? W końcu panuje tutaj demokracja.
     Moody rzucił tylko w jego kierunku zniechęcone spojrzenie. Doskonale wiedział, że Remus wszystko słyszał. Najprawdopodobniej stał już za drzwiami, ale wolał się nie wtrącać ani nie unosić. Pewnie poczeka aż skończą o nim rozmawiać i będzie udawać, że go to nie ruszyło.
– Jeśli tak bardzo przeszkadza ci jego obecność w Zakonie, możesz udać się do samego Dumbledore'a i z nim porozmawiać. Może on cie poprze. – W oczach mignął błysk rozbawienia, ale Caradoc go nie dostrzegł.
– Dobrze, tak zrobię. Zobaczycie, że gdy tylko wilkołak zniknie, ataki na nas się zmniejszą.
     Nikt w żaden sposób tego nie skomentował. Zaczęli szeptem rozmawiać między sobą o swoich prywatnych sprawach i wtedy też Remus wrócił do pomieszczenia. Caradoc spojrzał na niego z tryumfem, Remus natomiast uśmiechnął się do niego przyjaźnie. Mężczyzna zmarszczył brwi, sfrustrowany.
      Posiedzenie oficjalnie się zakończyło. Pierwsze osoby wstały i pożegnały się. Inne szły do Moody'ego, by porozmawiać o jakichś osobistych kwestiach. Remus pożegnał się ze swoją paczką i przysiadł obok pani Weasley, która właśnie rozmawiała z Alicją Abbott.
– Staramy się z Arturem o kolejne dziecko. Mamy nadzieję, że w końcu będzie to dziewczynka!
– W końcu? To ile dzieci macie?
– Billa, który za kilka miesięcy będzie mieć siódme urodziny, czteroletniego Charliego, prawie rocznego Percy'ego, którego czasem tutaj przynoszę, żeby móc nakarmić. No i w pewien sposób opiekuję się Alastorem i Remusem. To takie moje adoptowane dzieci. – Spojrzała czule na chłopaka.
– Ejejej, potrafię się sam sobą zająć – odezwał się nagle Moody. – Remusa sobie adoptuj, ja jestem dorosłym facetem.
     Mimo to uśmiechnął się pod nosem.
– Och, my i Frank jeszcze nie myślimy o dzieciach. Najpierw chcemy wziąć ślub, jednak chwilowo brak na to czasu.
– Mam nadzieję, że nas zaprosicie, gdy już ustalicie datę – ucieszyła się Molly.
– Ależ oczywiście! Jakbym mogła tego nie zrobić?
– Alicjo, powinniśmy się już zbierać.
– No tak, już idę, Frank. Mam nadzieję, że wkrótce przyjdziesz do nas z wesołą  nowiną, Molly. Dobranoc.
– Miłej nocy – pani Weasley uścisnęła ją mocno. – I uważajcie na siebie.
– Będziemy.
        Kobieta spojrzała na Remusa. Pomiędzy brwiami pojawiła jej się na sekundkę zmarszczka, ale szybko zniknęła.
– Masz może ochotę na kolejną herbatę?
– Tylko, jeśli ja ją zrobię. Opiekowała się pani Moody'm przez dziesięć miesięcy, teraz panią zastąpię, przynajmniej, dopóki nie znajdę żadnego mieszkania.
– Zamierzasz się wyprowadzić? – Auror nawet nie przejął się żartem pod jego adresem.
– No... Tak. Myślałem o tym już od jakiegoś czasu, ale było tyle spraw z Zakonem, że nie miałem okazji niczego poszukać. Skoro skończyłem już szkołę, nie jest to tylko dwumiesięczne pomieszkiwanie tutaj. Powinienem rozejrzeć się za czymś własnym.
– Rozmawiałeś o tym z Dumbledore'm?
– Nie – Remus zalał kubki swoje i Molly wrzątkiem. – Ma mnóstwo ważniejszych problemów na głowie. Bardzo mi pomagał przez większość mojego życia, ale nie chcę tego nadużywać.
     Molly i Alastor zerknęli na siebie przelotnie za plecami Remusa. Ten w końcu postawił kubki na stole.
     Po godzinie kobieta wróciła do domu, by zająć się swoimi dziećmi, tymczasem Remus pozmywał. Moody ubrał na siebie swój płaszcz.
– Wychodzisz gdzieś?
– Tak, Albus mnie prosił o wizytę – odpowiedział i wyszedł. Po chwili szczęknęły zamki. Remus skierował się do toalety.


     Alastor aportował się w Dolinie Godryka Gryffindora i skierował w stronę domu Dumbledore'a. Zapukał mocno i czekał. Już po chwili mężczyzna otworzył, spojrzał na niego zza okularów-połówek i wydawać by się mogło, że już wie, iż coś się stało. Otworzył szerzej drzwi i pozwolił mu wejść do środka.
– Czemu zawdzięczam tę wizytę?
– Był już u ciebie Dearbone?– zapytał jakby od niechcenia.
– Tak, był. Czyżbyś to ty go nasłał, Alastorze? – Dyrektor uśmiechnął się.
– Tak. Nie chciało mi się z nim bawić podczas spotkania.
– I bardzo dobrze. Zauważyłem, że jest po prostu uprzedzony do wilkołaków, więc nic byś tym nie zyskał.
– Co mu powiedziałeś?
     Albus zasiadł w miękkim fotelu i westchnął.
– Powiedziałem mu, że Remusa znamy odkąd skończył dziesięć lat, znaliśmy jego ojca i obserwowaliśmy go przez cały jego okres edukacji. Wyjaśniłem mu jak pomagał nam w misjach. Niestety to go nie przekonało. Ciągle uważał, że Remus gra przed nami, by uśpić naszą czujność i zaatakować nas w odpowiednim momencie. Powtarzał, że boi się pogryzienia...
– Przecież chłopak nie ma na swoim koncie żadnej ofiary!
– Wiem – odparł smutno Dumbledore. – Jestem prawie pewien, że gdyby kogoś ukąsił, zabiły się z poczucia winy. Caradoca nie zmienimy i niestety będziemy musieli pilnować, by nie próbował niczego głupiego. Nie wydalimy go też z powodu złego nastawienia do jednego członka, bo potrzebujemy ludzi. Remusa tak samo. W końcu jest naszym jedynym wilkołakiem. Może nam się przydać przy poszukiwaniach lub, o czym myślę od pewnego czasu, udać się do innych wilkołaków i zostać ich szpiegiem.
– Szpiegiem wśród wilkołaków? Przecież Greyback chce go zabić!
– Mylisz się. Greyback wcale nie chce go zabić. Kąsa dzieci, by jak najszybciej znienawidziły ludzi i przyłączyły się do niego. Remus tego nie zrobił, opiera mu się od bardzo wielu lat. Drażni go to. Gdyby nagle chłopak zjawił się u niego, połechtałoby to jego dumę.
– Skąd wiesz, że nie uznałby tego za podejrzane?
– Uznałby. Na pewno by uznał. Zwłaszcza, że podejrzewa związek Remusa z Zakonem. Zawsze jednak mógłby wymyślić jakąś dobrą historyjkę. Jest bardzo inteligentny i sprytny.
– Mimo to misja jest bardzo niebezpieczna...
– Wiem – przerwał mu dyrektor i poprawił sobie okulary. – Nie mówię, że wyślę go teraz. Nie zrobię tego nawet w tym roku. Najpierw poczekajmy kilka lat, zobaczmy jak sprawy się rozwiną. Chcę, by była to ostateczność. Nie wiadomo nawet czy Remus tego dożyje, więc nie zajmujmy tym umysłów. Proszę cię też, byś mu o tym nie mówił. Nie wspominał nawet na zebraniach, na których go nie będzie.
– Dobrze – zgodził się Moody.
– Czy mi się wydaje, czy nie tylko sprawa Dearbone'a kazała ci mnie odwiedzić?
– Czasem wydaje mi się, że tym spojrzeniem zaglądasz ludziom w duszę i nie trzeba nic ci mówić, bo wszystko sam odkrywasz. – Albus uśmiechnął się. – Ale do rzeczy. Remus powiedział dziś, że myśli nad wyprowadzką na swoje. Jego argumentem był koniec szkoły...
     Dumbledore zmarszczył brwi. Wstał z fotela i zaczął się przechadzać po pokoju. Myślał nad czymś intensywnie.
– Musimy mu to wybić z głowy. Przynajmniej do momentu, aż Greyback przestanie na niego polować. Nie możemy sobie pozwolić na to, by go porwali albo zabili. Jeśli zamieszka gdzieś sam, będzie można go łatwiej wyśledzić, zastraszyć, zaatakować. U ciebie chronią go przynajmniej mocne zaklęcia i obecność innych czarodziejów.
– Wiem, jednak nie wiem czy to będzie takie proste. Remus potrafi być uparty.
– Wystarczy, że z nim porozmawiam. – Albus westchnął. – Czasem czuję się źle, kiedy go o coś proszę, bo wiem, że nigdy mi nie odmówi. Odkąd tylko pozwoliłem mu choć trochę polepszyć swoje życie, jest mi bardzo oddany. Nawet za bardzo. Gdybym kazał mu zabić samego siebie, zrobiłby to. Chociaż myślę, że jego przyjaciele są dla niego ważniejsi. Gdy mianowałem go prefektem, licząc, że ich opamięta, przymykał oko na ich wybryki. – Zaśmiał się cicho. – Chyba zbytnio się do nich przyzwyczaiłem. Utrata któregokolwiek z nich byłaby dla mnie czymś okropnym, ale ze smutkiem i wstydem muszę przyznać, że Remus jest moim największym pupilem.
– Nie dziwię ci się. Ma taki sposób bycia, że łapie wszystkich za serce. Najśmieszniejsze jest to, że nie zdaje sobie z tego sprawy i dzieli ludzi na tych, którzy go nienawidzą i mu współczują.
      Niebieskie oczy spojrzały na Alastora.
– Czy to już wszystko?
– Tak, Albusie. Nie było dziś żadnych nowych członków, dalej śledzimy te same osoby, co wcześniej. Będziesz na następnym posiedzeniu?
– Tak, muszę najpierw sprawdzić kilka rzeczy i upewnić się w pewnych kwestiach, zanim was o czymś poinformuję.
– Czy to coś poważnego? – Moody wstał powoli i rozmasował sobie nogę kawałek nad łączeniem z protezą.
– Nie chcę nic mówić, jeśli nie będę pewny. Jednak nie jest to wesoła nowina.
      Mężczyźni pożegnali się i auror deportował się z głośnym trzaskiem.







Miało opublikować się równo o 19, ustawiłam wszystko bardzo dokładnie. Ktoś wie, czemu nie zadziałało? Byłabym wdzięczna za pomoc, bo w tej sytuacji musiałabym ''ponaprawiać'' przyszłe rozdziały, które czekają.