piątek, 16 lutego 2018

Rozdział trzydziesty czwarty: Zwierzenia

    Następnego dnia odwiedzili ich Huncwoci oraz Lily, gdyż miało się odbyć zebranie Zakonu. Rozsiedli się wygodnie na kanapie i popijali parujące herbaty. Evans wciąż była obrażona na Jamesa, chociaż widać było, że podtrzymuje ten stan dla zabawy, by przyglądać się staraniom chłopaka. Remus wymienił tylko porozumiewawcze spojrzenie z Syriuszem i ukrył się za kubkiem, by Rogacz nie zobaczył jego uśmieszku.
    Coraz więcej osób zaczęło przychodzić do domu Moody'ego, więc przenieśli się do kuchni. Obok Lupina usiadł Caradoc. Huncwoci tylko uśmiechnęli się do siebie i przemilczeli to. Zebranie zostało zorganizowane tylko po to, by pozmieniać godziny śledzeń. Okazało się, że niektórzy Śmierciożercy mieli wyjechać z kraju. Nie wiadomo jednak było czy miało to związek z Czarnym Panem. Kilka osób podejrzewało, że to po prostu rodzinne wypady.
    Gdy spotkanie dobiegło końca, większość osób szybko wyszła, by zająć się swoimi sprawami. Tak samo postąpili państwo Weasley. Mieli masę problemów ze swoimi rozbieganymi, głośnymi dziećmi.
– Remusie... – Huncwoci, Lily i Moody spojrzeli na Dearborna. – Chciałbym zrozumieć jak to jest być wilkołakiem. Na razie burzysz wszystkie stereotypy, które słyszałem.
    Chłopak uśmiechnął się na swój huncwocki sposób.
– Normalnie. Po prysznicu otrzepuję się prostym ruchem harmonicznym z prędkością cztery i pół raza na sekundę, czasem podrapię się stopą za uchem...
– Remi, bądź przez chwilę poważny!– James udawał, że się zamyśla. – Jest jak baba z okresem. Tylko z tą różnicą, że jak w taką kobietę rzucisz czekoladą to cię pokocha, a Remus najpierw zje ją, potem ciebie. Ale może też pokocha!
    Wszyscy wybuchnęli śmiechem. W końcu się opanowali i Remus podjął temat.
– Jak ma być? Po prostu trzy dni w miesiącu przestaję być sobą, przed i po tym odczuwam wyczerpujący ból. Nawet gdybym chciał, nie zapanuję nad sobą. I tyle. Żadnej filozofii.
– To naprawdę wszystko?
    Chłopak tylko się uśmiechnął. Przecież nie powie mu o lepszym słuchu, wzroku i węchu. Jak najmniej osób powinno o tym wiedzieć, skoro nawet teraz ciężko im mu zaufać.
– W takim razie jeszcze raz chciałbym cię przeprosić.
– Zaraz zapłaczę. Pettigrew, daj mi szybko chusteczkę – zachrypiał Moody i przetarł oko wierzchem dłoni. Pulchny chłopak zachichotał, ale nie ruszył się z miejsca. Dearborn poczerwieniał. Nie wiedzieli czy ze złości, czy wstydu.
– To może ja już będę się zbierał.
    Zebrał swoje rzeczy i wyszedł. Huncwoci przenieśli się na kanapę. Lily usadowiła się tuż obok Jamesa i chyba już zapomniała, że miała być obrażona. Alastor jednak nie był zadowolony z przedłużającej się wizyty nastolatków. W końcu Lupin miał leżeć i odpoczywać. Łypał na niego co chwilę złowrogo, jednak chłopak udawał, że tego nie zauważa. W końcu jego cierpliwość się wyczerpała i rzekł:
– Remus miał nakaz odpoczywania, a tymczasem prawie w ogóle tego nie robi. Chyba nie chcecie, by jego stan zdrowia się pogorszył?
    Ci spojrzeli na siebie pełni wyrzutów sumienia, jednak Remus uśmiechnął się tylko jedną połową ust.
– Ale czuję się świetnie. Nic mi nie ma i już nie będzie.
– Edgar wie lepiej.
– Edgar wie lepiej ode mnie, jak się czuję? – Remus do swojego uśmieszku dołożył jeszcze uniesioną brew. Tymczasem paczka przyjaciół pożegnała się cicho i wycofała.
– Tak! Właśnie tak jest. Cieszę się, że w końcu zrozumiałeś. Teraz możesz iść grzecznie do łóżka.
– O co ci chodzi? Przecież doskonale widzisz, że wszystko jest w porządku. Nie muszę ciągle leżeć. To już nie ten etap, gdy nie miałem siły wstać albo chociaż się obudzić.
    Auror odłożył pusty kubek na stolik.
– I co z tego? Wtedy było z tobą bardzo źle i nie wierzę, że tak szybko z tego wyszedłeś.
– No to uwierz. Chodzę, jem, żyję.
– Jesz? – Moody przybliżył się i wskazał oskarżycielsko palcem. – Odkąd miałeś wypadek, prawie w ogóle nie jesz. Czasem tkniesz ociupinkę śniadania czy obiadu, ale o wiele mniej, niż wcześniej. Nawet dłużej ci to schodzi. Wyjaśnisz dlaczego? I nie próbuj się wymigać – dodał po chwili. – Molly też to zauważyła.
   Remus zbladł, uśmiech spełzł mu z twarzy. Zauważyli. Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz tryumfu. Lunatyk kaszlnął i przycisnął kolana do kubka. W końcu westchnął.
– Mam mdłości. Przypomina mi się smak krwi tamtych Śmierciożerców, to jak ich szyja chrzęściła i łamała się pod zębami. To nie było nic przyjemnego.
    Powiedział to spokojnym, zimnym głosem i szybko odwrócił wzrok. Nastała chwila ciszy. Moody był w zbyt wielkim szoku, by coś odpowiedzieć. Nie myślał o tym w ten sposób, choć widział z bliska rozszarpane szyje tamtych czarodziejów.
– Nic nam o tym nie mówiłeś... Remusie...
– Śnią mi się każdej nocy – wyszeptał zbolałym głosem. – Każdej cholernej nocy pojawiają się w mojej głowie, zakrwawieni... Wszystko jest we krwi. Czasem wy wszyscy też jesteście martwi... Albo... albo... przychodzą moi rodzice. Obwiniają mnie o to wszystko, nazywają mordercą...
    Alastor sam zdziwił się tym, co teraz zrobił, ale usiadł bliżej chłopaka i przytulił go mocno do siebie. Był cały spięty, lecz po chwili zaczął drżeć. Zaczął płakać.
– Nie jesteś mordercą i nigdy nie byłeś. Wykonywałeś tylko nasze rozkazy, które wymusiła na tobie Przysięga Wieczysta. Gdybyś nie był przemieniony, zabijałbyś różdżką. Tymczasem ty nas jeszcze uratowałeś.
– Jestem mordercą – Głos Remusa był lekko stłumiony. – Gdybym umarł od pogryzienia, mama tak by się nie zamartwiała, nie szukałaby lekarstwa i zajęła się sobą. Ten ciągły strach i zbyt wielkie nadzieje... Przestała przejmować się swoim zdrowiem. Gdyby mnie nie było, albo gdybym nie był chory... Lub zabił się wcześniej... Wciąż by żyła. Może ojciec też.
– Głupoty gadasz. Nic by nie zrobiła. Lyall tak samo. Może nawet sama by popełniła samobójstwo, gdyby ciebie zabrakło. Byłeś zawsze ich powodem do dumy.
    Chłopak nic nie odpowiedział, więc przytulił go mocniej i pozwolił się wypłakać. Wiedział jednak, że jak tylko Lupin wróci do pokoju, napisze listy do Molly i Albusa.

    Początkowo nie wiedział, co napisać. Trzymał pióro nad kałamarzem i uderzał palcami o blat stołu. W końcu zaczął, rozpisał się na pół pergaminu. Oboje mieszkali w innych częściach kraju, więc pozwolił sobie pożyczyć sowę Remusa. Wysłał Nów do Weasley'ów, by wrócił jak najszybciej. Możliwe, że chłopak nawet się nie zorientuje.

piątek, 9 lutego 2018

Rozdział trzydziesty trzeci: Wytchnienie

    Obudziły go poranne promienie wpadające przez niezasłonięte okno, jednak długo nie ruszał się z miejsca. Znowu śniły mu się koszmary przez co praktycznie nie odpoczął. Wyplątał się z kołdry i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Rana na oku wyglądała już o wiele lepiej, jednak siniaki tylko lekko pożółkły. Zszedł do kuchni i zobaczył na stole karteczkę.

Będę dopiero wieczorem. Z łóżka możesz wychodzić tylko po jedzenie i do łazienki. Dowiem się, jeśli zrobisz inaczej.

    Westchnął i wyrzucił kartkę do kosza. Sięgnął do lodówki i wyciągnął z niej mleko. Już od dawna nie jadł płatków. Co prawda Moody nie kupował czekoladowych, ale owsiane nie były aż tak złe. Pierwszy raz od kilku dni nie czuł mdłości podczas jedzenia. Podejrzewając, że auror będzie z zaskoczenia wpadać do mieszkania, wziął pierwszą lepszą książkę z biblioteczki i udał się do pokoju. Tam nudził się niemiłosiernie. Czas zleciałby mu szybciej, gdyby się zdrzemnął, jednak bał się tego, co zobaczy tym razem.
    Nagle usłyszał dzwonek do drzwi. W pierwszej chwili zamarł. Gdy dźwięk się powtórzył, złapał za różdżkę i na palcach zszedł do przedpokoju. Gdyby ktoś miał się dzisiaj zjawić, Alastor by go uprzedził.
– Kim jesteś?
– To ja, Edward. Wpuścisz mnie?
    Chwilę się wahał, jednak w końcu stuknął różdżką i otworzył zamki. Siwiejący już mężczyzna uśmiechnął się smutno i wszedł.
– Gdzie to się podziewa nasz ukochany auror?
– Nie mam bladego pojęcia. Ma wrócić dopiero wieczorem.
– To nie zostało mu wiele czasu. – Ed spojrzał na swój kieszonkowy zegarek. – Będzie to dla ciebie problemem, jeśli tu na niego zaczekam?
– Nie, rozgość się. Stało się coś złego?
– Mam nadzieję, że nie. Przychodzę tutaj tylko w prywatnej sprawie. Widzę natomiast, że czujesz się już lepiej. Jak to się w ogóle stało, że tak wstrząsnąłeś całym Zakonem?
– Wstrząsnąłem Zakonem?
    Stard nie odpowiedział od razu. Zdjął zabłocone buty i skierował się do salonu, po czym rozsiadł się na kanapie.
– Mógłbym cię prosić o kawę? Jestem naprawdę zmęczony.
    Remus wywrócił oczami i poszedł zagotować wodę. Gdy wrócił z parującymi szklankami, mężczyzna nie zaczął tematu. Naprawdę wyglądał, jakby był po przejściach. Lupin doskonale pamiętał go, gdy uratował przed nim Moody'ego. Miał czarne jak skrzydła kruka włosy, a nie było to wcale tak dawno temu.
– Więc – podjął. – Jak wstrząsnąłem Zakonem?
– Jeszcze pytasz? – Zaśmiał się głośno. – Wszyscy usłyszeli o tym jak ich ochroniłeś w swojej wilczej postaci, uratowałeś tego dupka Caradoca i umarłeś. Wydaje mi się, że było im naprawdę przykro z tego powodu.
– Tylko ci się wydaje. – Remus wyszczerzył do niego zęby.
– Jak to w ogóle możliwe, że nie zaatakowałeś nikogo z nas?
– Wywar Tojadowy. Profesor Slughorn przygotował mi go na prośbę Dumbledore'a.
    Mężczyzna upił łyk śmierdzącej kawy.
– Czyli teraz będziesz to dostawał co miesiąc?
– Nie, tylko na jakiejś większe akcje, przy których mógłbym się przydać. Chociaż wątpię, żeby miało to mieć miejsce w najbliższym czasie.
– Może to i lepiej. Bo kto by się zajął naszym starym zrzędą, gdybyś wziął i umarł? Ach, muszę być bardziej aktywny w Zakonie. Ostatnie miesiące poświęciłem rodzinie. Wiesz? Urodziła mi się córeczka. Nazwaliśmy ją Betty. Już coś tam mamrota do siebie i...
    W tym momencie usłyszeli szczęknięcie zamków i ciche, złowrogie mamrotanie. Moody, stukając swoją drewnianą nogą, wszedł ociężale do salonu. Zamarł zdziwiony na widok gościa.
– Ed, nie spodziewałem się ciebie dzisiaj.
– Jednak jestem. Całe szczęście, że Remus z tobą mieszka, bo pocałowałbym klamkę.
    Wzrok aurora spoczął na Lupinie. Ten uśmiechnął się szeroko i wstał.
– Tak, wiem, doskonale wiem, co chcesz teraz powiedzieć. Ale patrz! Masz gościa! Nie każ mu dłużej na siebie czekać.
    Gdy to mówił, coraz bardziej zbliżał się do schodów.
– Poczekaj tylko aż stąd pójdzie. Będziesz żałował, że cię Greyback nie wykończył.
– Też cię kocham. – Uśmiechnął się szeroko i wrócił do pokoju. Wiedział, że i tak będzie mieć pogadankę, gdy tylko Edward wyjdzie, jednak nie przejmował się tym zbytnio. Moody lubił narzekać, ale też razem z Uzdrowicielem przesadzali. Może i był lekko osłabiony i obolały, ale już nic mu nie groziło.
    Sięgnął po podręcznik z Numerologii i rozsiadł się wygodnie na łóżku. Dopiero głośne burczenie przypomniało mu o niezjedzonym obiedzie. Spojrzał na zegarek. Teraz właściwie pozostało mu tylko zjeść kolację.
    Starał się nie słyszeć rozmowy dwóch mężczyzn, jednak na swoje nieszczęście miał podzielną uwagę. Ed informował jedynie, że teraz może być bardziej dostępny dla Zakonu. Gdy w końcu zamknęły się za nim drzwi, w domu zapadła złowroga cisza. Remus odstawił książkę szafkę i zszedł powoli z łóżka. Przeciągnął się powoli i ruszył do kuchni.
    Moody udawał, że go nie widzi. Chłopak wziął się więc za robienie kanapek z szynką. Po chwili usiadł przy stole.
– Znowu mnie nie posłuchałeś. – Mężczyzna spojrzał mu twardo w oczy.
– Miałem zostawić Edwarda przed drzwiami i udawać, że nikogo nie ma? Nie wygłupiaj się.
– Miałeś leżeć.
    Lupin zaśmiał się cicho i wziął gryza kanapki. Gdy kawałek szynki prześlizgnął się przez jego gardło, przed oczami zobaczył rany, jakie wyrządził Śmierciożercom. Zakrztusił się.
– Wszystko w porządku?
    Odkaszlnął kilka razy i spojrzał na Moody'ego.
– Nie umieram, jeśli tego się obawiasz.
– Powinieneś bardziej dbać o swoje zdrowie. Ile razy trzeba ci to jeszcze powtarzać? Nie jesteś już dzieckiem.
– Doskonale o tym wiem. – Odłożył kanapkę. – Jednak to nie moja wina, że jestem pechowcem. Nie proszę się o wypadki. Same do mnie przychodzą.
– Może masz rację. – Zaśmiał się. – Więc teraz odpoczniesz sobie dwa tygodnie i zaczniemy na nowo przydzielać ci misje. Jakieś tam mycie kubków czy robienie rosołu...
– Chyba żartujesz. Dwa tygodnie?
– Tak zalecił Edgar. Nie będę się z nim spierał. – Uśmiechnął się złośliwie i odszedł w stronę lodówki. Po chwili zaczął coś nucić pod nosem.
– Ty wielki gumochłonie... – mruknął pod nosem Remus.
– Coś do mnie powiedział, smarku?

piątek, 2 lutego 2018

Rozdział trzydziesty drugi: Przeprosiny

     Tym razem już nie śniły mu się koszmary i obudził się wypoczęty. Zdjął opatrunek z oka i wstał zobaczyć się w lustrze. Cała lewa twarz była pokryta siniakami od ciemnego fioletu po żółty. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim był jeszcze bordowy kolor sugerujący, że to skażona rana. Opuchlizna zeszła dzięki maściom. Oko przekrwione było od licznych popękanych naczynek. Wyglądał okropnie. Wiedział, że o tej porze dzieci pani Weasley pewnie już nie śpią, więc nie chciał ich straszyć. Zakrył oko ponownie i zszedł na dół.
     Molly uśmiechnęła się ciepło, była w kuchni sama.
– Masz ochotę na jajecznicę? Moje dzieci jeszcze śpią.
      Remus chętnie zjadłby śniadanie. Było pyszne, lecz coś stawało mu ciągle w gardle. Nie chciał jednak sprawić kobiecie przykrości. Chyba jednak coś zauważyła, bo zmarszczyła lekko brwi.
– Czujesz się już lepiej? – spytała po chwili. Remus potwierdził i podziękował.
– Tutaj nie mam żadnych swoich ubrań, chyba lepiej będzie jak wrócę już do Moody'ego. Nie chcę tak długo siedzieć pani na głowie.
– Ależ to żaden problem, skarbie. – Spojrzała na niego z troską. – Możesz zostać jak długo chcesz.
– I miałbym dać Moody'emu tyle dni spokoju? W życiu.
     Kobieta uśmiechnęła się ciepło. Umyła talerze i przytuliła Remusa do siebie.
– Radziłabym ci się teleportować do niego już teraz, bo za – zerknęła na zegarek na ścianie - Jakieś dziesięć minut ma być zebranie i Alastor pewnie by się zdenerwował, gdybyś im przerwał.
     Remus podziękował, poszedł na górę tylko po maść na skażone rany i wrócił. Jeszcze raz został przytulony, tym razem mocniej. 
– Pani nie idzie na zebranie?
– Nie, dzisiaj nie. Muszę zająć się dziećmi, gdy Artur w pracy.
     Podziękował jej za wszystko, wyszedł z Nory i okręcił się wokół własnej osi.
Pojawił się przed domem aurora. Padało, więc nałożył na głowę kaptur. Przeszedł przez posesję i zapukał w drzwi. Moody się go nie spodziewał, więc wolał nie wchodzić samodzielnie.
Po kilkunastu sekundach usłyszał ciężkie kroki. Jego opiekun otworzył drzwi i stanął jak wryty.
– Remus!
– O, czyli jeszcze o mnie nie zapomniałeś? –  Chłopak uśmiechnął się. Moody przepuścił go, ale wciąż z dziwnym wyrazem przyglądał się jego twarzy.
– Czujesz się już lepiej?
– Tak, wszystko jest dobrze. Mogę nawet wziąć udział w posiedzeniu, jeśli to nie problem.
– Nie, nie, czekamy jeszcze tylko na Albusa.
      Lupin skierował się do salonu. Gdy wszedł, wszystkie twarze skierowały się w jego stronę. Większość osób była w szoku, jego przyjaciele uśmiechnęli się szeroko. Odwzajemnił uśmiech i usiadł obok nich.
Po dwóch minutach Moody wrócił w towarzystwie dyrektora. Ten także lekko zdziwił się na widok chłopaka, ale w żaden sposób tego nie skomentował. Zajął miejsce u szczytu stołu, auror tuż obok niego.
– Wszyscy nasi przyjaciele zostali już pochowani. Ministerstwo nie będzie wszczynać nic w tej sprawie, więc nikt nie będzie ciągany po sądach, na nasze szczęście. Chciałbym jeszcze raz wam podziękować za pomoc i poświęcenie. Po tym jak przechwyciliśmy ich plany, stali się ostrożniejsi. W ten sposób jeszcze łatwiej będzie nam ich wytropić i upewnić się, że nie mają czystego sumienia. Musimy podwoić wysiłki, by informacje zdobywać. Dzięki temu mniej osób odda swoje życie. – Jego wzrok spoczął na Remusie. – Na chwilę obecną nie mamy żadnych nowych podejrzanych, razem z Alastorem ustalcie warty do obecnych na następny tydzień. Remusie, ty masz zakaz. – Mrugnął do niego. Chłopak zdążył tylko otworzyć usta i dyrektor wyszedł.
     Nikt nie ruszył się z miejsca, bo Moody już rozpisywał dni pilnowania poszczególnych osób. Huncwoci nachylili się ku niemu i z przejęciem pytali o samopoczucie. Widok Remusa siedzącego i rozmawiającego z nimi najwidoczniej ich uspokoił. Uciszyli się, gdy Moody posłał w ich stronę surowe spojrzenie. Czekali na koniec zebrania, gdy Remus poczuł nagle łzę spływającą mu po policzku. Problem był w tym, że nie płakał. Przetarł policzek ręką i zobaczył na niej krew. Przeklnął cicho i wyczarował sobie chusteczkę, którą natychmiast przyłożył do zamkniętego oka.
James nachylił się i zaniepokoił.
– Co się dzieje?
– Nie wiem... Może po prostu pójdę do pokoju i posmaruję maścią? 
     Wstał, a auror spojrzał na niego natychmiast. Gdy zobaczył, że zakrył oko chusteczką, nie powiedział nic, lecz skinął głową na znak zrozumienia. Remus wyszedł. W pokoju odjął materiał od twarzy i spojrzał na swoje dłonie. Były we krwi. Znowu. Zaparło mu dech w piersiach, gdy przypomniał sobie swoje koszmary oraz coś gorszego - prawdziwe zdarzenia z czasów pełni.
Zrobił rundkę po pokoju, otworzył okno i ponownie spojrzał na dłonie.
Ciekawe, czy mieli rodziny?
     Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Dearborn. Szok wyrwał Remusa z zamyślenia. 
– To mój pokój i nie zamierzam go opuszczać, żebyś poczuł się lepiej. Ten dom nie jest znowu taki mały – powiedział chłodno i odwrócił się tyłem, żeby nie musieć patrzeć na jego twarz i przypominać sobie swojego wahania.
– Właściwie to... – zaczął mężczyzna. – Chciałem cie przeprosić.
Remus spojrzał na niego.
– Co?
– Byłem dla ciebie dupkiem a mimo to uratowałeś mnie. Niewielu by to zrobiło. Do tego ryzykowałeś swoim życiem. Gdy przynieśli cie do Nory, spisywali cie na straty. Wkurzyłem ich trochę, bo początkowo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dziękuję. I przepraszam. Gdybyś pozwolił, moglibyśmy pchnąć w niepamięć początki naszej znajomości?
– Tak, oczywiście – powiedział Remus, dalej będąc w szoku.
– Mogę cokolwiek dla ciebie zrobić, by się odwdzięczyć?
   To już zaczynało być naprawdę dziwne.
– Nie, raczej nie. Dziękuję... – Czarodziej spojrzał na niego ze smutkiem. Widać było, że naprawdę żałuje. Remus odczuł dziwną ulgę. Pożegnał mężczyznę i posmarował ranę na twarzy maścią. Umył dłonie i wrócił do salonu. Jako że zebranie już się skończyło, przy stole siedzieli i pili herbatę tylko Moody oraz Huncwoci. Z uśmiechem zauważył czekający na niego parujący kubek.
– Wszystko w porządku? – Syriusz przyjrzał mu się.
– Tak, już to opanowałem.
– Napisałem do Edgara w tej sprawie. Powinien cie przebadać.
– Dziękuję – mruknął Remus.
– Czego chciał od ciebie Dearborn? – spytał James.
– Nie uwierzycie, ale... Przeprosić. Nie sądziłem nawet, że dożyję tego momentu.
– Chyba trochę wzruszyło go, że uratowałeś mu życie. Może nawet... – Syriusz zniżył głos do szeptu. – ... Go w sobie rozkochałeś?
Remus parsknął śmiechem.
– I co jeszcze? Może nie mam dziewczyny, ale proszę nie robić ze mnie geja!
      James westchnął nagle.
– Mam nadzieję, że już więcej nas tak nie będziesz straszyć. Po tym jaką awanturę zrobiła mi Lily, miałem ochotę prosić Voldemorta o schronienie. Naprawdę! Była taka straszna...
– Swoją drogą, dlaczego dzisiaj nie przyszła na zebranie?
– Jest u rodziny. Oczywiście mam do nich zaraz dołączyć i opowiedzieć jak się czujesz. Myślę, że wszyscy przemilczymy twoje dzisiejsze krwawienie.
– Jestem za. – Remus uśmiechnął się lekko. – Jednak dalej nie podoba mi się okłamywanie jej.
    James tylko westchnął. Przyjaciele posiedzieli z nim jeszcze chwilę. Rogacz i Łapa wyszli - James do rodziny Lily, tymczasem młody Black miał do wykonania misję. Peter poszedł do kuchni, by dolać sobie herbaty.
    W salonie słychać było tylko szelest raportów i skrobanie magicznego, samopiszącego pióra.
– Pomóc? – Remus spojrzał w stronę aurora.
– Tak, tak i zaplamić mi wszystkie pergaminy.
      Chłopak westchnął. Nudził się niemiłosiernie. Peter porozmawiał z nim chwilę o kolacji u Lily, podczas której James wyznał jej prawdę.
– Mocno się wkurzyła. Chodziła po całym pokoju, krzyczała. Obwiniała też mnie i Syriusza. Chciała nam pomóc, jednak się nie zgodziliśmy. Gdy byłeś nieprzytomny wstąpiła do Zakonu i dalej denerwowała się na Jamesa. Teraz jest już trochę lepiej, ale łatwo wpada w furię. Zwłaszcza po tym jak zostałeś ranny.
– Od początku mówiłem, że nie powinniśmy jej okłamywać. James jest sam sobie winien.
     Peter wzruszył ramionami. Dopił herbatę i wrócił do siebie.
Gdy Remus poszedł do kuchni, by z pomocą zaklęcia umyć i pochować wszystkie kubki, ktoś zapukał do drzwi. Moody poszedł przywitać nowego gościa i już po chwili do uszu Remusa doszła rozmowa dwóch mężczyzn.
– Dostałem sowę od ciebie i skoczyłem na nanosekundę do Munga. Gdzie jest teraz?
– W kuchni.
– Czemu nie ma go w łóżku? Dostał nakaz leżenia! Stracił dużo krwi i pierwszy raz zażył Wywar Tojadowy.
       Lupin wiedział już, że będzie mieć kłopoty, więc szybko sprzątnął resztę kubków i psychicznie nastawił na konfrontację z czarodziejami.
        Edgar wszedł do pomieszczenia z ustami ściągniętymi w wąską linię. Ciekawe czy był spokrewniony z McGonagall?
– Dlaczego nie leżysz w łóżku?
– Nudziło mi się. – Remus spróbował użyć swojego czarującego uśmiechu.
– I dlatego potem krwawiłeś z oka. Nic o siebie nie dbasz! Z takim podejściem nie dożyjesz następnych urodzin! Ech! – Rzucił swoją medyczną torbą na blat, wyciągnął rękawiczki i jakieś pudełko.
– Ostatnio trafił do nas pacjent pogryziony przez wilkołaka, więc udało mi się zebrać trochę dyptamu i sproszkowanego srebra. To na pewno będzie skuteczniejsze niż maść. Gdy mi się uda, przemycę tego więcej. Teraz pokaż mi to nieszczęsne oko.
      Podszedł do chłopaka i przyjrzał się dokładnie jego ranie. Mruknął do siebie niezadowolony, wziął na palce kawałek dyptamu i delikatnie wsmarował. Remus poczuł ostry ból i zimno, jednak to pierwsze już po chwili zniknęło. Gorsze miało dopiero nadejść. Ściągnął koszulkę i opatrunek. Uzdrowiciel chwilę poprzyglądał się ranie, ale i na nią zaczął nanosić dyptam. Remus myślał,  że krzyknie z bólu. Zamiast tego zacisnął zęby i zadrżał. Moody przyglądał mu się w ciszy.
     W końcu cała powierzchnia rany była wysmarowana lekarstwem, ale w przeciwieństwie do oka, ból nie ustępował, tylko jeszcze się powiększał. Edgar ponownie zawinął bandaż i zajrzał mu w oczy.
– Na pewno czujesz się dobrze? Żadnych zawrotów głowy, mdłości?
– Tak, wszystko w porządku.
– Powinieneś się położyć. Zwłaszcza po tym krwawieniu. Dać ci coś nasennego?
     Remus speszony tą troską podziękował, ale odmówił. Wiedział, że nie ma sensu się z nimi spierać, więc udał się do swojego pokoju i usiadł na łóżku. Westchnął i przyjrzał się ranie na boku. Wyglądała odrażająco.
    Prawie natychmiast ujrzał przed oczami rozszarpane gardła Śmierciożerców. Przełknął nerwowo ślinę i próbował wymazać obrazy z pamięci. Może gdyby zjadł czekoladę... Jednak był już na odwyku dokładnie piętnaście miesięcy i nie chciał tego niszczyć. Westchnął.