sobota, 19 września 2015

Rozdział dwudziesty: Na Pokątną!

       Wstał z samego rana i ubrał się. Przygotował grzanki sobie i Moody'emu i wyszedł. Zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się pośpiesznie. Nikogo nie widział. Zastanowił się, czy jakiś członek Zakonu obserwuje go teraz z ukrycia.
       Podniósł rękę i natychmiast pojawił się przed nim wściekle zielony Błędny Rycerz. Wyszedł z niego jakiś stary mężczyzna i znudzonym głosem przywitał. Dał mu kilka monet i usiadł na jednym z wielu wolnych krzeseł. Autobus ruszył, a jego krzesło natychmiast poleciało kilka metrów do tyłu. Złapał się go i próbował to wytrzymać.
       W końcu dojechał do Dziurawego Kotła. Wszedł do środka i natychmiast zobaczył swoich przyjaciół. Podszedł do nich uśmiechnięty.
 Remi!  James objął go ramieniem, przyciągając do siebie.  Co tam u naszego Luniaczka?
        Żadnemu ze swoich przyjaciół nie powiedział jeszcze o ostatniej pełni, ale nie chciał im dziś tego opowiadać. Podczas tego dnia chciał się odprężyć i nacieszyć czasem spędzonym w gronie bliskich przyjaciół.
       Zamówili po kremowym piwie. Rozmowa po ponad miesiącu pisania listów sprawiała im naprawdę wielką radość. Gdy kufle były już opróżnione, wyszli z pubu tylnym przejściem i jeden z nich stuknął różdżką w ścianę. Cegły przemieściły się i otworzyły im przejście na ulicę Pokątną; jedyną w Londynie w pełni czarodziejską ulicę, nie licząc Nokturna, która była o wiele mniejsza i odwiedzana tylko przez ciemne charaktery.
 Może najpierw pójdziemy kupić nowe podręczniki?  zaproponował Remus, wyciągając listę rzeczy niezbędnych w nowym i zarazem ostatnim roku szkolnym. Nikt się nie sprzeciwił, więc skierowali się do Esów i Floresów. Bardzo długo stali w kolejce, więc gdy tylko wyszli, odetchnęli świeżym powietrzem. Remus wyczuł przez chwilkę dziwną woń, która sprawiła, że zjeżyły mu się włoski. Została jednak przytłoczona mnóstwem innych zapachów.
       Przyjaciele kupili już prawie wszystko. Nowych szat nie potrzebowali, gdyż przestali rosnąć, a ich stare były w dobrym stanie. James i Syriusz na długo przykleili się do szyby wystawy, na której lśniła nowiutka miotła.
 W przyszłym tygodniu przyjdę tu i ją kupię  powiedział James z rozmarzeniem w głosie.  A wtedy...
      Nagle rozległo się kilkadziesiąt trzasków deportacji. Ktoś krzyknął, świsnęły pierwsze zaklęcia. Jedno z nich poleciało w górę i wysoko nad ulicą pojawiła się czaszka z wężem. Mroczny Znak. Lord Voldemort i jego zwolennicy pojawili się na Pokątnej w środku dnia!
       James, Syriusz i Remus wyciągnęli swoje różdżki.
 Nie możemy używać czarów poza szkołą!  zawył Peter, kuląc się za nimi.
 Możemy w obronie własnej  odparł mu Lupin. Kątem oka zauważył deportujących się oraz wybiegających z innych sklepów członków Zakonu. Było ich bardzo mało i większość była nowa, ponieważ nawet nie zapamiętał jeszcze ich imion. Ciężko było im jednak trafiać w Śmierciożerców, gdyż przerażony tłum uciekał w każdą stronę popychając lub tratując innych. Co rusz ktoś padał oświetlony zielonym blaskiem.
Drętwota!  ryknął James w stronę jednej z zakapturzonych postaci. W tej samej chwili tłum uciekających czarownic i czarodziejów porwał ich ze sobą. Po przeciwnej stronie ulicy walały się żabie gałki oczne oraz smocze gówno. Ciała zabitych leżały w przypadkowych miejscach. Gdy Huncwoci widzieli już przed sobą bank Gringotta, nastąpiła kolejna seria trzasków. Tym razem przybyli aurorzy z Ministerstwa, choć gdzieniegdzie pojawiali się nowi członkowie Zakonu. Masakra dalej trwała. Voldemort w niewyjaśniony sposób wisiał nad tym wszystkim i miotał zaklęciami gdzie popadnie. Jego demoniczny śmiech nie miał końca.
      Tuż przed nimi deportował się mężczyzna będący na ostatnim spotkaniu Zakonu. Remus nie poznał go, ale on najwyraźniej jego tak. Szybko podbiegł do nich i ryknął, by przekrzyczeć cały ten chaos.
 Złapcie się wszyscy za ręce! Teleportuję nas stąd! Trzymajcie się!
      Glizdogon wpił się szybko w Syriusza, który stał najbliżej. Reszta mocno się złapała, a bezimienny mężczyzna złapał Remusa i Petera za ramiona, by ten na pewno się z nimi teleportował. Okręcili się w miejscu i pochłonął ich wir. W trakcie tego ułamka sekundy poczuli szarpnięcie, ale niemal w tym samym czasie wylądowali przed bramą prowadzącą do domu Moody'ego. Wszyscy dyszeli, jak gdyby przebiegli kilka mil. Remus podniósł się z ziemi i Peter krzyknął. Wszyscy najpierw spojrzeli na niego, a później poszli za jego wzrokiem. Zamarli. Z nieznajomego mężczyzny została plama krwi i pomniejsze resztki.
 Jak... jak to w ogóle możliwe?!  krzyknął Syriusz.
 Chyba w trakcie teleportacji zostaliśmy trafieni zaklęciem eksplodującym. Musiał oberwać w chwili, gdy byliśmy już blisko deportacji...  szepnął Remus. Poczuł nagłe otępienie i słabość. W głowie wciąż miał wrzaski ludzi. Ich ciała.
      Nie mogli oderwać wzroku od resztek ciała ich wybawiciela. Drzwi domu Moody'ego trzasnęły i wyszedł z nich pan Longbottom. Pewnie usłyszał krzyk Petera. Podbiegł do nich, ale zatrzymał się raptownie, widząc krew. Pobladł przeraźliwie, ale próbował nie zwracać na to uwagi.
 Chodźcie do środka. Tu nie jest bezpiecznie.  Gdy zszokowani nie zareagowali, zgarnął Petera do siebie i powtórzył. – Chodźcie. Nie patrzcie...
       Kilka godzin później, w salonie Moody'ego siedzieli członkowie Zakonu Feniksa. Przybył nawet Albus Dumbledore. Pozwolili przebywać tutaj także Syriuszowi, Jamesowi i Remusowi, by mogli opowiedzieć co dokładnie się wydarzyło. Peter dostał eliksiry uspokajające i nasenne i spał w pokoju Lupina. Wiele krzeseł było pustych. Wiele osób dziś się nie zjawiło. Każdy wiedział, że brakujące osoby nie są zajęte teraz pracą. Po prostu są martwe.
      Masakra na Pokątnej skończyła się. Po przybyciu oddziału aurorów wszyscy Śmierciożercy i ich Pan zniknęli. Ministerstwo Magii poniosło klęskę. Trwało liczenie zmarłych i zaginionych. Rannych wysyłano do szpitala Munga, który nie miał już wolnych łóżek. Czarodziejów, których ran nie trzeba było leczyć, magicznie odsyłano do mugolskich szpitali. W całym czarodziejskim świecie zapadła cisza. Wszyscy byli przerażeni i otępiali. Od kilku lat zdarzały się ataki na pojedyncze osoby, bądź rodziny, jednak nigdy nie doszło do takiego ataku i to w biały dzień! Złudne poczucie bezpieczeństwa pękło niczym bańka mydlana.
      Remus czuł się już wyczerpany psychicznie. Wrzaski w jego głowie nie ustępowały, a nawet wspierały obrazy formujące się przed jego oczami.
Czy ja wariuję?, pomyślał.

        Miesiąc minął stosunkowo szybko. Codziennie w Proroku Codziennym pisano o tym, gdzie rzekomo widziano Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Wszyscy popadli w paranoję. Bali się wysłać swoje dzieci do Hogwartu. Były rodziny, które wręcz chciały to zrobić, gdyż twierdziły, że Dumbledore, najsilniejszy czarodziej na świecie, poradzi sobie z Voldemortem. Sceptycy uważali natomiast, że gdyby był do tego zdolny to zabiłby go, a nie patrzał spokojnie na śmierć tylu osób.
        Nie ważne jednak, kto co chciał, Ministerstwo nie zniosło prawa nakazującego młodym czarodziejom nauki i chcąc nie chcą dorośli musieli oddać swoje pociechy do szkoły. 
         Remus wyszedł z domu po wysłuchaniu prawie półgodzinnej bury Moody'ego, że za mało uwagi poświęca ostrożności. Długo zajęło mu przekonanie go, że nic mu się nie stanie.
 Te czasy są niebezpieczne, Remusie. Ministerstwo Magii stworzyło specjalnie oddziały, które mają bezpiecznie przeprowadzić grupy rodzin na dworzec. Wszyscy Członkowie Zakonu zgłosili się do pomocy, a kilku utworzyło własne oddziały dla naszych rodzin.
      Na Dworcu 9 i 3/4 nie było podekscytowanego gwaru. Wszyscy się rozglądali i szeptali między sobą. Skrzywione miny jakby zapomniały, jak to jest się uśmiechać.
       Świat czarodziejów ogarnął ciemny woal strachu i miał pozostać z nim na długo.
      
          Remus stanął obok magicznego przejścia w ścianie i rozglądał się za swoimi przyjaciółmi. Syriusz stał nieopodal, ale kłócił się ostro ze swoją rodziną. W tym samym momencie na peronie pojawił się James. Przywitali się i czekali wspólnie na resztę.
 Ciekawe o co znów czepiają się Łapę?  zastanowił się James.
 Pewnie znowu coś zrobił i się wkurzyli.
      Peter wszedł na peron i szukał ich przerażony. Szybko skierował się w ich stronę, prawie biegł.
 Co się stało?  zapytał zaniepokojony jego zachowaniem Remus. Chłopak rozejrzał się.
 Wszędzie może być... może... Sam Wiesz Kto! – pisnął i skulił się.
 Spokojnie, Voldemort na pewno nie zaatakuje takiego tłumu czarodziejów...
 Na Pokątnej to zrobił!
 Ale... Voldemort nie chce mieć armii samych emerytowanych czarodziejów. Przydadzą mu się też młodzi, wiec nas nie zabije.  Wymyślił na poczekaniu.
     Zbliżała się godzina odjazdu. Syriusz uwolnił się od swojej rodziny i gdy tylko dołączył do przyjaciół, skierowali się na poszukiwanie wolnego przedziału.
     Pociąg ruszył, zanim go znaleźli. Rozsiedli się w nim, zamknęli drzwi i zasłonili okienka.
 Jak się czuje Moody?  James spojrzał na Remusa.
 Coraz lepiej. Ma teraz stalową nogę i uczy się chodzić. Nie wydaje mi się, by jeszcze wrócił do zawodu.
 Jak to się stało? – Syriusz był w szoku.
 Pewnie od zaklęcia. Nie wiem tylko jakiego.
       Mknęli w ciszy w stronę Hogwartu. James wyjrzał za okno.
 Nie mogę uwierzyć, że to ostatni raz, gdy zamieszkamy w Hogwarcie.
 Za rok będziemy pełnoletni i zamieszkamy sami, osobno.
       Wszystkim zrobiło się smutno. Na świecie codziennie mordowano czarodziejów i mugoli, ich mały wspólny epizod się niedługo skończy. Jak w takiej chwili można być szczęśliwym?
       Do drzwi zapukała Lily Evans i weszła.
 Wiedziałam, że to wasz przedział. Tylko wy się tak chowacie i knujecie  zaśmiała się 
 Niestety nie knujemy  mruknął Remus, a James w tym czasie przyciągnął ją do siebie, posadził na kolanach i pocałował.
 Tęskniłem  wymruczał.
     Syriusz ostentacyjnie przewrócił oczami i uśmiechnął się do Remusa.

      Zbliżał się wieczór. Pozostały tylko minuty dzielące ich od Hogsmeade, gdy po pociągu poniósł się krzyk przerażenia. Huncwoci podnieśli się, wyciągając różdżki. James osłonił Lily.
 Co się dzieje?  szepnął Syriusz.
      Rozsunęli drzwi przedziału i wyszli na korytarz, tak jak większość uczniów. To był błąd. Na korytarzu stało pięciu zamaskowanych Śmierciożerców. James zasłonił swoim ciałem drzwi do przedziału, by nie zauważyli Lily.
 Opuście różdżki  warknęli, gdy zobaczyli Remusa, Syriusza i Jamesa. Peter pozostał w przedziale.  Opuście różdżki! Z nami nie wygracie, a nie chcemy wam zrobić krzywdy.
        Jakaś dziewczyna piszczała. Jeden z nim machnął różdżką i umilkła. Remus rozpoznał zaklęcie uciszające, gdy jego język przestał funkcjonować.
 Jak wiecie, Czarny Pan, najpotężniejszy z najpotężniejszych czarodziejów tego świata, potrzebuje swoich lojalnych zwolenników. Co roku będziemy szukali każdego pełnoletniego, który odbył szkolenie magiczne i nada się do naszych szeregów. Oczekujcie nas za każdym rogiem waszych żyć!
       Deportowali się z trzaskiem, a po chwili na niebie pojawił się Mroczny Znak. Ludzie zaczęli krzyczeć, biegać i się chować. Huncwoci stali jak sparaliżowani. Spojrzeli po sobie.
 Musimy dołączyć do Zakonu Feniksa zanim nas znajdą  szepnął James i wrócił do Lily.