Od kilku dni dochodziły do nich informacje, by być w ciągłej gotowości, gdyż Śmierciożercy planowali zasadzkę. Nikt nie wiedział kiedy, ani na kogo, jednak atmosfera była napięta.
W chwili, gdy patronus Dumbledore'a wpadł do kuchni, Remus zajęty był robieniem jajecznicy. Jednym machnięciem zgasił ogień i odstawił patelnię. Spojrzeli na siebie z Moodym i jak najszybciej opuścili posesję, by wspólnie się teleportować.
Wylądowali przed jakąś farmą. Na polach widzieli grupę trzydziestu Śmierciożerców i tylko garstkę członków Zakonu. Remus od razu pobiegł im pomóc, natomiast Alastor ostrożnie zbliżał się na tyły wroga. Wokoło nich słychać było trzaski coraz to nowszych sojuszników.
– Drętwota! – krzyknął Remus i obezwładnił kogoś.
– Syriusz, uważaj!
Łapa ledwo uniknął śmiercionośnego zaklęcia. Zdenerwowany pobiegł w stronę napastnika, trzasnął go pięścią w twarz i odepchnął zaklęciem niewerbalnym. Ten uderzył głową o drzewo i upadł na ziemię nieruchomy. Na polach rozpętała się rzeź. Po każdej ze stron były jakieś ofiary. Zaklęcia świstały nad głową niczym pociski podczas mugolskiej II Wojny Światowej. Co chwilę dochodziły posiłki dla obu grup.
W pewnym momencie Remus walczył z dwoma zamaskowanymi. Ledwo zdążył odbić jedno zaklęcie, już musiał unikać drugiego. Udało mu się unieruchomić pierwszego Śmierciożercę, kolejnym zajął się James. Prawie natychmiast ich miejsce zajęło dwóch kolejnych, jedna z postaci musiała być kobietą. Śmiała się opętańczo i zmuszała go do wycofywania się.
Remus był już wyczerpany.
– Kiedy to się wreszcie skończy?! – warknął James i obezwładnił wysokiego czarodzieja.
– Chyba czas na odwrót! Każdy kto stoi na własnych nogach niech weźmie dwa ciała obok siebie i teleportuje się gdziekolwiek! – krzyknął Dumbledore. Jak kazał, tak zrobili i w kilka chwil pozostawili rozwścieczonych zwolenników Czarnego Pana.
Remus, dysząc, wylądował w lesie. Spojrzał na ciała dwójki członków Zakonu. Nie wiedział jak się nazywają, jednak kojarzył ich twarze. Miał nadzieję, że są tylko nieprzytomni, jednak po krótkich oględzinach z przykrością stwierdził, że obaj byli martwi. Coś zacisnęło mu się na gardle. Złapał za ich ręce i teleportował się pod Kwaterę Główną. Tam, mimo wyczerpania, jakoś zaniósł ciała do środka. Była już 1/3 Zakonu. Na kanapach i fotelach leżeli, bądź siedzieli ranni. Pan Weasley rzucił mu się na pomoc i zabrał jedno z ciał.
– Zanosimy je na dół. Jest tam chłodniej.
Lunatyk postanowił zostać w piwnicy i pomóc w robieniu miejsca dla nowych ofiar. Przerażała go ich ilość. Tylu poległo... Jednych znał bardziej, innych mniej, jednak wszystkich było mu żal tak samo. Bał się natomiast, że zaraz zobaczy ciało Peter'a, którego jeszcze nie widział po bitwie. Ostatni członkowie Zakonu powrócili i zasiedli w salonie. Wyczerpany Remus także się tam udał. Nie było już miejsc, więc stanął za kanapą i oparł się o nią. Syriusz i James pojawili się obok niego. Zobaczył Petera siedzącego na fotelu.
Dumbledore wkroczył do salonu i rozejrzał się po twarzach zgromadzonych. Widać było jak rani go nieobecność zmarłych.
– Jest... Gorzej niż źle. Straciliśmy dziś wielu dobrych czarodziejów. Zabiliśmy też wielu Śmierciożerców, jednak patrząc na to, jak szybko Voldemort rośnie w siłę i jak ciężko werbować nam nowych członków, znaleźliśmy się w ciężkim położeniu. Od dziś na misje wysyłanych będzie minimum dwóch czarodziejów, by obniżyć ryzyko śmierci. Musimy też zwerbować jak najwięcej nowych przyjaciół. Trzeba będzie poinformować członków rodzin o śmierci najbliższych. Sam się tym zajmę. Proszę jednak, by kilku pozostało w kwaterze i pomagało później w przenoszeniu ciał. Jacyś chętni?
Kilka osób niemrawo się zgłosiło.
– Dobrze. W takim razie możemy się rozejść, widzę jak zmęczeni jesteście. Uważajcie na siebie i odpocznijcie. Dobrze dziś walczyliście.
Uśmiechnął się ciepło do zgromadzonych, odwrócił i odszedł. Wyglądał w tej chwili bardzo staro.
Tragedia jaka dotknęła Zakon jakby wisiała w powietrzu i ciągle im o sobie przypominała. Tydzień po walce wszystkie ciała zostały już pochowane. Oczywiście nie obyło się bez dodatkowych problemów. Ministerstwo zainteresowało się grupowym morderstwem na zaprzyjaźnionych ze sobą osobach, jednak ''pomogło'' Zakonowi to, iż Voldemort podejmował coraz agresywniejsze działania. Dumbledore znikał na całe dnie. Nikt nie znał jego misji, nawet jego prawa ręka, Moody. Coraz częściej dochodziło do różnych spięć między członkami organizacji. Molly zawzięcie próbowała uciszyć wrogie komentarze i uwagi, ale nie zawsze jej się udawało. Kilka osób zaczęło zastanawiać się nad odejściem. Remus był przerażony. Myślał, że Zakon radzi sobie lepiej z zagrożeniem, tymczasem ledwo dołączył i już wszystko się sypało. Jeśli tak dalej będzie, wkrótce on i reszta Huncwotów zostaną zamordowani i w żaden sposób nie przysłużą się światu. Nie uda mu się dokończyć tego, czego pragnął jego ojciec i przez co sam zginął. Wrogie nastawienie Dearborna też powoli zaczynało go drażnić. Szukał zaczepki, krytykował każde jego słowo. Remus powoli tracił cierpliwość.
Wściekły zacisnął zęby. Co mógłby zrobić, żeby pomóc Zakonowi? Na nic mu jego wzorowe oceny, skoro w prawdziwym życiu, poza murami Hogwartu, nie potrafił w żaden sposób wykorzystać swojej wiedzy. Ba, sprawia nawet więcej problemów, bo Greyback prawdopodobnie dalej na niego poluje. To kwestia czasu, gdy go znajdą i będą chcieli wprowadzić w szeregi Śmierciożerców. Wiedział, że tego nie zrobi, jednak odmowa była równoznaczna z brutalną śmiercią. Wątpił, by wyeliminowali go szybko. Może i Czarny Pan chciał mieć w swoim szeregu likantropy, jednak jego ludzcy słudzy nie znosili ich i pluli na nich. Wiedział, że jego położenie nie należy do najlepszych.
Podniósł się z kanapy i udał do kuchni, by zrobić sobie herbatę lipową. Ostatnio strasznie mu zasmakowała. Różdżką zagotował wodę, przyciągnął kubek i torebkę. Wciąż w głowie panował mu chaos. Właśnie miał usiąść i zająć się książką, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi. Szybko wyszedł sprawdzić, kogo diabli niosą. Okazało się, że był to Albus Dumbledore we własnej osobie. Szybko wpuścił dyrektora i zaproponował mu herbatę.
– Jeśli możesz, Remusie. Jestem trochę zmęczony.
Moody słysząc głos mężczyzny, zszedł z piętra najszybciej, jak pozwała mu na to drewniana noga.
– Albus! Co cie tu sprowadza? Czyżbyś zwołał na szybko jakieś nowe zebranie?
– Nie, nie, Alastorze. Pomyślałem tylko, że wpadnę na chwilkę zamienić z tobą słówko.
Remus postawił kubek z herbatą przed Dumbledore'm i usiadł naprzeciwko.
– Czy będzie nam przeszkadzał...? – spytał auror.
– Nie, jasne, że nie. Przecież nawet jakbyś wysłał go na strych, wszystko by usłyszał. Zostań, Remusie. – Uśmiechnął się do niego ciepło.
– Aż tak dobrego słuchu nie mam, by słyszeć każdy szept przez wszystkie ściany. – Chłopak zaśmiał się.
W pewnym momencie Remus walczył z dwoma zamaskowanymi. Ledwo zdążył odbić jedno zaklęcie, już musiał unikać drugiego. Udało mu się unieruchomić pierwszego Śmierciożercę, kolejnym zajął się James. Prawie natychmiast ich miejsce zajęło dwóch kolejnych, jedna z postaci musiała być kobietą. Śmiała się opętańczo i zmuszała go do wycofywania się.
Remus był już wyczerpany.
– Kiedy to się wreszcie skończy?! – warknął James i obezwładnił wysokiego czarodzieja.
– Chyba czas na odwrót! Każdy kto stoi na własnych nogach niech weźmie dwa ciała obok siebie i teleportuje się gdziekolwiek! – krzyknął Dumbledore. Jak kazał, tak zrobili i w kilka chwil pozostawili rozwścieczonych zwolenników Czarnego Pana.
Remus, dysząc, wylądował w lesie. Spojrzał na ciała dwójki członków Zakonu. Nie wiedział jak się nazywają, jednak kojarzył ich twarze. Miał nadzieję, że są tylko nieprzytomni, jednak po krótkich oględzinach z przykrością stwierdził, że obaj byli martwi. Coś zacisnęło mu się na gardle. Złapał za ich ręce i teleportował się pod Kwaterę Główną. Tam, mimo wyczerpania, jakoś zaniósł ciała do środka. Była już 1/3 Zakonu. Na kanapach i fotelach leżeli, bądź siedzieli ranni. Pan Weasley rzucił mu się na pomoc i zabrał jedno z ciał.
– Zanosimy je na dół. Jest tam chłodniej.
Lunatyk postanowił zostać w piwnicy i pomóc w robieniu miejsca dla nowych ofiar. Przerażała go ich ilość. Tylu poległo... Jednych znał bardziej, innych mniej, jednak wszystkich było mu żal tak samo. Bał się natomiast, że zaraz zobaczy ciało Peter'a, którego jeszcze nie widział po bitwie. Ostatni członkowie Zakonu powrócili i zasiedli w salonie. Wyczerpany Remus także się tam udał. Nie było już miejsc, więc stanął za kanapą i oparł się o nią. Syriusz i James pojawili się obok niego. Zobaczył Petera siedzącego na fotelu.
Dumbledore wkroczył do salonu i rozejrzał się po twarzach zgromadzonych. Widać było jak rani go nieobecność zmarłych.
– Jest... Gorzej niż źle. Straciliśmy dziś wielu dobrych czarodziejów. Zabiliśmy też wielu Śmierciożerców, jednak patrząc na to, jak szybko Voldemort rośnie w siłę i jak ciężko werbować nam nowych członków, znaleźliśmy się w ciężkim położeniu. Od dziś na misje wysyłanych będzie minimum dwóch czarodziejów, by obniżyć ryzyko śmierci. Musimy też zwerbować jak najwięcej nowych przyjaciół. Trzeba będzie poinformować członków rodzin o śmierci najbliższych. Sam się tym zajmę. Proszę jednak, by kilku pozostało w kwaterze i pomagało później w przenoszeniu ciał. Jacyś chętni?
Kilka osób niemrawo się zgłosiło.
– Dobrze. W takim razie możemy się rozejść, widzę jak zmęczeni jesteście. Uważajcie na siebie i odpocznijcie. Dobrze dziś walczyliście.
Uśmiechnął się ciepło do zgromadzonych, odwrócił i odszedł. Wyglądał w tej chwili bardzo staro.
Tragedia jaka dotknęła Zakon jakby wisiała w powietrzu i ciągle im o sobie przypominała. Tydzień po walce wszystkie ciała zostały już pochowane. Oczywiście nie obyło się bez dodatkowych problemów. Ministerstwo zainteresowało się grupowym morderstwem na zaprzyjaźnionych ze sobą osobach, jednak ''pomogło'' Zakonowi to, iż Voldemort podejmował coraz agresywniejsze działania. Dumbledore znikał na całe dnie. Nikt nie znał jego misji, nawet jego prawa ręka, Moody. Coraz częściej dochodziło do różnych spięć między członkami organizacji. Molly zawzięcie próbowała uciszyć wrogie komentarze i uwagi, ale nie zawsze jej się udawało. Kilka osób zaczęło zastanawiać się nad odejściem. Remus był przerażony. Myślał, że Zakon radzi sobie lepiej z zagrożeniem, tymczasem ledwo dołączył i już wszystko się sypało. Jeśli tak dalej będzie, wkrótce on i reszta Huncwotów zostaną zamordowani i w żaden sposób nie przysłużą się światu. Nie uda mu się dokończyć tego, czego pragnął jego ojciec i przez co sam zginął. Wrogie nastawienie Dearborna też powoli zaczynało go drażnić. Szukał zaczepki, krytykował każde jego słowo. Remus powoli tracił cierpliwość.
Wściekły zacisnął zęby. Co mógłby zrobić, żeby pomóc Zakonowi? Na nic mu jego wzorowe oceny, skoro w prawdziwym życiu, poza murami Hogwartu, nie potrafił w żaden sposób wykorzystać swojej wiedzy. Ba, sprawia nawet więcej problemów, bo Greyback prawdopodobnie dalej na niego poluje. To kwestia czasu, gdy go znajdą i będą chcieli wprowadzić w szeregi Śmierciożerców. Wiedział, że tego nie zrobi, jednak odmowa była równoznaczna z brutalną śmiercią. Wątpił, by wyeliminowali go szybko. Może i Czarny Pan chciał mieć w swoim szeregu likantropy, jednak jego ludzcy słudzy nie znosili ich i pluli na nich. Wiedział, że jego położenie nie należy do najlepszych.
Podniósł się z kanapy i udał do kuchni, by zrobić sobie herbatę lipową. Ostatnio strasznie mu zasmakowała. Różdżką zagotował wodę, przyciągnął kubek i torebkę. Wciąż w głowie panował mu chaos. Właśnie miał usiąść i zająć się książką, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi. Szybko wyszedł sprawdzić, kogo diabli niosą. Okazało się, że był to Albus Dumbledore we własnej osobie. Szybko wpuścił dyrektora i zaproponował mu herbatę.
– Jeśli możesz, Remusie. Jestem trochę zmęczony.
Moody słysząc głos mężczyzny, zszedł z piętra najszybciej, jak pozwała mu na to drewniana noga.
– Albus! Co cie tu sprowadza? Czyżbyś zwołał na szybko jakieś nowe zebranie?
– Nie, nie, Alastorze. Pomyślałem tylko, że wpadnę na chwilkę zamienić z tobą słówko.
Remus postawił kubek z herbatą przed Dumbledore'm i usiadł naprzeciwko.
– Czy będzie nam przeszkadzał...? – spytał auror.
– Nie, jasne, że nie. Przecież nawet jakbyś wysłał go na strych, wszystko by usłyszał. Zostań, Remusie. – Uśmiechnął się do niego ciepło.
– Aż tak dobrego słuchu nie mam, by słyszeć każdy szept przez wszystkie ściany. – Chłopak zaśmiał się.
– Więc o czym chciałeś rozmawiać, Albusie?
Dumbledore westchnął.
– Zakon Feniksa upada. Musimy coś z tym zrobić, w innym wypadku nie pozostanie nikt zdolny pokrzyżować plany Voldemorta. Trzeba zdobyć więcej informacji o tym, kto jest jego zwolennikiem. Potrzebujemy ludzi do szpiegowania, jednak mamy ich niedobór. Potrzebujemy wszystkich, nawet członków rodzin, jeśli są dostatecznie dojrzali. Nie sądzę jednak, by wielu na to poszło. Chcą chronić swoich, nie dodatkowo narażać. Zwłaszcza teraz, gdy widzą jak łatwo o śmierć. Wcześniej też to było można odczuć, jednak ostatnia potyczka nadszarpnęła mocno ich motywację. Potrzebujemy też jak najwięcej ludzi spoza kraju. Promujemy Zakon, ale idzie to zbyt wolno, zbyt wolno...
– Rozumiem o co ci chodzi. Ciężko jest jednocześnie działać w cieniu i znaleźć kogoś, komu można zaufać. Musimy to chyba przeczekać.
– Nie możemy czekać – odparł Dumbledore. – Jeśli nie chcemy zostać zniszczeni, musimy szukać nowych osób. Nie będziemy atakować większych grup, jak to miało miejsce tydzień temu. Maksymalnie dwóch Śmierciożerców, a w momencie, gdy wezwą posiłki, uciekniemy. Musimy bardziej zadbać o bezpieczeństwo naszych ludzi, bo tylko z nimi może nam się udać.
Remus słuchał tej wymiany zdań z rosnącym niepokojem. Wiedział, że jest źle. Wszyscy wiedzieli. Widząc jednak strach dyrektora, sam zaczął bardziej się obawiać tego przedsięwzięcia. Dumbledore nigdy się niczego nie bał. Był najsilniejszym czarodziejem tego wieku.
Mężczyzna dopił herbatę i odstawił kubek.
– Lecę już. Mam być dziś w Paryżu i rozmawiać z kilkoma czarodziejami. Mam nadzieję, że przystaną na moją propozycję i zamieszkają w Anglii na jakiś czas. Wszyscy na całym świecie wiedzą, że Voldemort lubi atakować tutaj i to tu potrzebna nam jest pomoc. Trzymajcie kciuki.
Odwrócił się i odszedł. Remus posłał zaklęciem kubki do zlewu, tymczasem poirytowany Alastor wstał i chodził w te i we wte. Walczyli z Voldemortem nieprzerwanie od kilku lat, nawet wtedy, gdy nie ujawnił swojego nazwiska i działał ostrożnie i powoli. Wtedy nie potrafili go zniszczyć, teraz rósł coraz bardziej w siłę. Czy jest jeszcze możliwa wygrana z nim? Czy zwykłe zaklęcia poradzą sobie ze straszną i nielegalną czarną magią? Ich postanowieniem było, by nie zniżać się do poziomu Voldemorta i nie stać się takimi samymi potworami jak on. Czy mają jednak jakąkolwiek szansę, gdy będą tak szlachetni? On stracił już nogę, mimo że był doskonale przeszkolony; wielu poległo. Jak długo będzie trwała ta wojna? Ile ofiar pociągnie za sobą?
– Cholera jasna... – warknął. Remus spojrzał na niego ukradkiem, ale nic nie powiedział. Widok chłopaka tylko bardziej go zdenerwował. Z winy Voldemorta stracił rodziców, a choroba, której w sobie nienawidził naraża go na wizyty Śmierciożerców. W każdej chwili może stracić swoich jedynych przyjaciół. Wstąpił do Zakonu, by walczyć o ich życie, pomścić ojca, czy dlatego, że nie ma co ze sobą podziać? Czy jeśli Śmierciożercy w końcu przyjdą po niego, odmówi im, czy ich słodkie słówka go omamią, jeśli odkryją jego słabe punkty? Mimo że początkowo go nie znosił, coraz bardziej traktował go jak syna, którego nigdy nie miał. Remus nauczył go nieświadomie tolerancji i delikatności. Nie potrafiłby go zabić, gdyby stał się zwolennikiem Lorda Voldemorta. Jego śmierć także nie była lepszym wyjściem. Spojrzał na tył jego głowy i westchnął.
– Problemy, problemy...
– Problemy, problemy...