Usiadł w fotelu i zapatrzył w biblioteczkę Moody'ego. Nie wiedział czy bardziej zły jest na niego, siebie czy panią Buchanan. Przerzucił między palcami różdżkę i odłożył ją na stolik. Kobieta naprawdę była przerażona jego wizytą. Co takiego zrobił jej córce tamten inny wilkołak, że tak szybko go rozpoznała i wygoniła? Co się stanie, jeśli coraz więcej takich jak on będzie uciekać z ośrodka i ludzie zaczną na nich polować? Czy wtedy nie będzie mógł bezpiecznie wyjść na ulice?
Od razu przed oczami pojawiły mu się twarze tamtych Śmierciożerców. Zacisnął zęby i pięści. Próbował wmówić sobie, że przecież nie chciał tego zrobić, ale nie zniknali.
– Może spróbuję wyczarować patronusa... Gdy będę myślał o czymś szczęśliwym, znikną... – szepnął sam do siebie. Natychmiast jednak poczuł się jeszcze gorzej. Przecież jego patronus to wilk. Istota tylko przypominająca mu, jaką bestią jest. Zakrył twarz dłońmi i podciągnął kolana pod brzuch.
Auror wrócił szybko. W rękach trzymał dwa worki pełne jakichś rzeczy. Machnął różdżką i wyszły z nich księgi, pergaminy, jakieś mapy i dziwne przedmioty.
– Wyjaśniłem jej wszystko. Uspokoiła się, nie planuje zgłosić cię ministerstwu, więc nie musisz się o nic bać.
– Dzięki. – Wstał i przyjrzał się jednej z przyniesionych rzeczy. – Peleryna-niewidka?
– Szybko rozpoznałeś. Ma już dwa lata. Jeszcze rok i stanie się bezużyteczna.
– Jak to? To co ona z nią robiła?
– Nic. Leżała u niej w szafie. Nie wiesz, że peleryny-niewidki mają swoją datę przydatności? Tutaj już widać małe strzępy przez które człowiek może być minimalnie widoczny. Jak duch. Niestety te cuda nie są znowu takie tanie.
Remus zmarszczył brwi, ale nic nie odpowiedział. Peleryna Jamesa służyła im przez wszystkie siedem lat szkoły, a jeszcze wcześniej należała do jego ojca i dziadka. Nie mieli z nią najmniejszych problemów, a bardzo często upychali ją, moczyli i raz prawie podpalili.
– No, ale przynajmniej wreszcie ją odzyskałem. – Machnął różdżką, a przedmioty poszybowały do komody. – To co, uczymy się dalej Patronusa?
– Nie...
– Ta staruszka aż tak zepsuła ci humor? To co ci naopowiadała?
– Nie chodzi o panią Buchanan.
– A o co?
– O nic. Wczoraj już wyczarowałem. Opanowałem zaklęcie, więc nie ma tematu. Znajdę sobie jakieś następne i jeśli będę miał problem, przyjdę do ciebie.
– Jaki przybrał kształt? – W głosie mężczyzny usłyszeć można było zaciekawienie.
– Nie przybrał.
– Czyli wspomnienie było za słabe.
– Możliwe – odpowiedział wymijająco. – Ale przynajmniej wiem, że potrafię.
– Nie interesuje cię jego kształt?
– Nie bardzo. Kiedy następne spotkanie Zakonu?
– Unikasz tematu. – Mężczyzna przyjrzał mu się uważniej.
– Nie unikam.
Spojrzeli sobie w oczy, ale nie podjęli dalszej rozmowy. Remus podszedł do biblioteki i wpatrzył się w tytuły. Czy było tu w ogóle coś, czego jeszcze nie przeczytał? W takich momentach tęsknił za Hogwartem i jego ogromną kolekcją literatury.
– Jutro pójdę do biblioteki – powiedział głośno, by Moody go usłyszał.
– Przeżyjesz czy mam iść z tobą?
– Bardzo zabawne – burknął i poszedł po kuchni, by coś przekąsić.
Następnego dnia zjadł śniadanie i jeszcze przed dziewiątą aportował się pod Dziurawym Kotłem. Wszedł do środka i od razu udał się na ulicę Pokątną. Jak zwykle był na niej tłok. Sprzedawcy przekrzykiwali się wzajemnie. Wszędzie był tylko hałas i przytłaczający smród najróżniejszych substancji. Za pomocą magii udało mu się choć trochę zakryć siną od rany twarz. Jakoś przecisnął się przez tłum i dostał do biblioteki. Przychodził tutaj z rodzicami, zanim jeszcze dostał list ze szkoły. Gdy otworzył drzwi, przekonał się, że wystrój w ogóle nie uległ od tego czasu zmianie. Nawet zapach pozostał ten sam. Pulchna, ale wysoka kobieta uśmiechnęła się do niego miło.
– Wiedziałam, że jeszcze tu wrócisz, książkowy molu.
Uśmiechnął się i skierował do działu z zaklęciami. Długo wertował książki i szukał takiej, w której nie znałby zbyt wielu zaklęć, jednak było to ciężkie zadanie. W końcu jednak znalazł trzy i powrócił z nimi do bibliotekarki.
Na odchodne wcisnęła mu do ręki kawałek czekolady. Nie jadł żadnej od bardzo dawna, jednak głupio było mu odmówić. Gdy wyszedł z przyciemnionego pomieszczenia, zastanawiał się chwilę czy ją zjeść, czy oddać Moody'emu. Tęsknota za tym smakiem była jednak silniejsza i już po chwili rozkoszował się nim. W tym momencie wiedział, że na jednym kawałku czekolady się nie skończy.
Wręcz siłą odciągnął się od sklepów ze słodyczami i tuląc do piersi cieżkie tomy, wrócił do Dziurawego Kotła. Zobaczył tam Severusa Snape'a. Ten go nie spostrzegł, gdyż wpatrywał się w szklankę z jakimś napojem. Remus wolał mu nie wchodzić w drogę i szybko opuścił lokal. Spod niego teleportował się pod dom Moody'ego i westchnął cicho. Czuł się powoli jak w klatce.
Odłożył książki na szafkę nocną i przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Magia maskująca dalej działała. Machnął ręką, zapominając, że nie trzyma w niej różdżki. Ku swojemu zdumieniu odkrył, że zaklęcie zadziałało. Zmarszczył brwi i ruszył powoli ręką. Zgodnie z jego intencją drzwi szafy zamknęły się powoli. Uśmiechnął się prawdziwie po huncwocku i szybko usiadł przy biurku, by opisać przyjaciołom swoje nowe odkrycie. Tylko przez sekundę wahał się i zastanawiał czy jest to wynik jego wilkołactwa, tak samo jak lepsze zmysły, czy jego umiejętności magicznych. Planował, że spyta Moody'ego, gdy tylko ten wróci.
Przywołał Nów do siebie i przywiązał do jej nóżki trzy listy. Z rosnącą ekscytacją podnosił przedmioty, zapalał i gasił światło. Gdy po kilku godzinach Alastor dotarł już do mieszkania, podekscytowanie zniknęło. Przy późnej kolacji chłopak pokazał mu, co odkrył, na co ten tylko się uśmiechnął.
– Od początku czułem, że jesteś silnym czarodziejem. W końcu jesteś synem Lyalla. On też potrafił używać magii bez różdżki.
– Ale mimo to zginął.
– Ciężko jest przezwyciężyć czarną magię.
– Dlatego musimy zrobić wszystko, by zabić Voldemorta. Żeby dzieci mojego pokolenia nie musiały stawać się sierotami. I już nie staną.
Spojrzał na Moody'ego z blaskiem w oczach i uśmiechem, który można było uznać za drwiący.
piątek, 16 marca 2018
piątek, 9 marca 2018
Rozdział trzydziesty szósty: Pani Buchanan
Gdy Moody wrócił do domu, zastał Remusa leżącego głową w dół na brzegu kanapy.
– Nudzi ci się?
– Żebyś wiedział.
– Krew ci spływa do mózgu.
– Wiem. – Chłopak podniósł się i zmienił pozycję. Już otwierał usta, gdy czarodziej go uprzedził.
– Nie boli cię już...? – Niezgrabnie wskazał na lewą stronę ciała.
– Nie. Dlatego mógłbym znowu brać udział w misjach.
Mężczyzna jednak go zignorował i przeszedł do kuchni. Długo krzątał się w niej, choć nic konkretnego nie robił.
– Bardzo chcesz jakieś zadanie, hm? To mam idealne dla ciebie.
Auror zbliżył się do chłopaka, postukując drewnianą nogą. Wyszczerzył zęby.
– Pewna miła, starsza pani obiecała mi przekazać kilka cennych rzeczy, w tym bardzo poufne listy, które wymieniała z dziećmi i wnukami, którzy wyjechali. Od dawna chciałem to zrobić, jednak nie miałem na to czasu. Mógłbyś ją grzecznie odwiedzić, powiedzieć, że to ja cię przysyłam i te rzeczy wziąć. Jak ci się uda to nawet herbatą cię poczęstuje, a kolekcjonuje naprawdę dziwne. Z pietruszkami i innymi pieprzami.
– I gdzie w tym wszystkim haczyk?
– Nie ma go. To jest w tym najlepsze.
– To ma być misja dla Zakonu? Serio?
– Nic poważniejszego ci teraz nie dam. Z twoim szczęściem pewnie byś potknął się o szatę Voldemorta i wpadł pod ten mugolski pojazd.
Remus prychnął i założył ręce na piersi.
– Dobrze, przynajmniej wyjdę na zewnątrz. Podasz mi adres?
W kilku zdaniach mężczyzna wyjaśnił mu, ile mniej więcej będzie przedmiotów, jak nazywa się kobieta i gdzie mieszka. Gdy już miał wychodzić, ścisnął go za ramię.
– Masz się teleportować w różne miejsca minimum piętnaście razy. Dowiem się, jeśli tego nie zrobisz, a konsekwencje będą dla ciebie nieprzyjemne.
Teleportował się z głośnym trzaskiem i wylądował w szkockiej wsi. Padał deszcz, więc naciągnął na głowę kaptur. Uśmiechnął się najszczerzej, jak potrafił i ruszył na poszukiwanie domu staruszki o nazwisku Buchanan. Po kilku minutach odnalazł swój cel, po czym zapukał do drzwi. Usłyszał szuranie kapci po podłodze i już po chwili kobiecinka stanęła w drzwiach.
– Dzień dobry!
– Dobry, dobry, ale... Nie spodziewałam się dzisiaj gości. Kim jesteś młodzieńcze?
– Jestem Remus Lupin. Przysłał mnie do pani Alastor Moody.
– Alastor! Oh, wejdź szybko. Brzydka dzisiaj pogoda.
Przesunęła się, by zrobić mu miejsce. Następnie podreptała do stolika w salonie.
– Remus, Remus... Kojarzy mi się... Tylko z czym? Chcesz herbatki, chłopcze?
– Jeśli to żaden problem.
Uśmiechnęła się do niego miło, a on ściągnął przemoczony kaptur. Nie wiedział, czy może usiąść, więc czekał. Mamrocząc coś pod nosem, pani Buchanan odstawiła magiczny czajniczek na podstawkę i odwróciła się w jego stronę. Nagle zamarła, a uśmiech na jej twarzy powoli zanikł. Wpatrywała się w niego, nawet nie mrugając. Mając złe przeczucie, Lupin odwrócił się, jednak w oknie za sobą nie zobaczył nic podejrzanego.
– Pani Buchanan...?
– Remus – powiedziała cicho.
– Jeśli to problem to nie musi mi pani parzyć herbaty. Przyszedłem tylko...
– Skąd masz ten szram na twarzy?
Chłopak zbladł. Nie może jej przecież powiedzieć prawdy.
– Miałem drobny wypadek, ale na szczęście nie było to nic poważnego.
– Nie. – Kobieta ścisnęła mocno wargi. – Miałam już do czynienia z takimi, jak wy. Uwiódł moją Florę i prawie zabił.
– Chyba nie bardzo rozumiem, o co pani chodzi. Może po prostu wezmę te rzeczy dla Moody'ego i...
– Jesteś wilkołakiem. Twarz pełna tych blizn, imię niczym jeden z rzymskich braci, wychowanych przez wilczycę. Zabawne. Sam sobie nadałeś to imię, mieszańcu?
Zamarł. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale miał pustkę w głowie. Kobieta zaczęła błądzić wzrokiem za różdżką, więc postanowił cokolwiek zrobić, zanim rzuci w niego klątwą.
– Tak, jestem wilkołakiem, jednak nie takim, jak większość. Nikogo nigdy nie zaatakowałem. Nie przemieniłem, ani nie zabiłem. – Wiedział, że lepiej nie przyznawać się do ostatnich wydarzeń. – Tylko wykonuję prośbę Moody'ego. Nie mam złych zamiarów.
– Kłamiesz! – Sięgnęła po lampę stojącą na komodzie i cisnęła w jego stronę. W ostatniej chwili się uchylił, a przedmiot roztrzaskał się o ścianę. Prawie wybiła okno. – Wilkołaki przechodzą na stronę Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać! Oszukujesz nie tylko mnie, ale także Alastora! Wynoś się ode mnie albo wezwę aurorów!
– Proszę pozwolić mi chociaż zabrać te rzeczy i sobie pójdę. Naprawdę nie mam złych zamiarów.
Schylając się po różdżkę, cisnęła filiżanką w stronę jego głowy. Złapał ją i odłożył na półkę. Wycofał się w stronę drzwi. Gdy dotknął klamki, zaklęcie trzasnęło we framugę. Szybko wybiegł z mieszkania pani Buchanan i deportował się. Był teraz niedaleko domu Weasley'ów. Oparł dłonie o kolana i głośno oddychał. Bardziej ze zdenerwowania, niż zmęczenia. Wiedział, że zdenerwuje Moody'ego swoim niepowodzeniem, więc wolał nie podsycać tego i teleportować się kilkanaście razy, tak jak czarodziej tego od niego wymagał. W końcu jednak wylądował przed domem aurora. Z ponurą miną wszedł do środka.
– I jak, masz wszystko?
– Nie. Nic mi nie dała, rzucała we mnie przedmiotami i zaklęciami. Do tego prawie zawiadomiła aurorów. Jeśli chcecie, żebym szpiegował dla Zakonu w ośrodku to myślę, że niedługo nadarzy się ku temu okazja.
– Co ty mówisz? – Mężczyzna dokuśtykał do przedpokoju najszybciej, jak potrafił. – Stara Buchananka przecież nie jest aż taką świruską. Co jej powiedziałeś?
– Właściwie to nic. Wszystko było dobrze, dopóki nie zobaczyła blizny na twarzy. Sama domyśliła się, że jestem wilkołakiem i mnie zwyzywała. Naprawdę jakiś wilkołak prawie zabił jej córkę?
– Nic mi o tym nie wiadomo. No nic, jednak będę musiał sam ją odwiedzić. Uspokoję ją jakoś.
W tym momencie przez okno wleciała biała sowa, trzymająca w łapkach czerwoną kopertę.
– To...
– Wyjec – dokończył Remus.
Moody zacisnął usta, przybrał bordową barwę i uchylił kawałek papieru. Prawie natychmiast rozwinął się długi jęzor, a z wnętrza wydobył się głos pani Buchanan.
– ZAUFAŁAM CI, A TY PODAŁEŚ MÓJ ADRES MIESZAŃCOWI, KTÓRY MÓGŁ MNIE ZABIĆ I OKRAŚĆ! DOSKONALE WIESZ, JAK NIEBEZPIECZNE SĄ TO CZASY. DOSKONALE WIESZ, ŻE GROZI MI TERAZ OGROMNE NIEBEZPIECZEŃSTWO. ON JEST SZPIEGIEM SAMI-WIEMY-KOGO. POWINIENEŚ GO ZABIĆ JAK NAJSZYBCIEJ. JA NIE ZDĄŻYŁAM, BO UCIEKŁ! JESTEM OBURZONA!
– Ouu...
– No ouu. Chyba straciliśmy sojusznika, czy coś. – Remus machnął różdżką a popiół po spalonym wyjcu zniknął.
– Pójdę zaraz do niej i to wyjaśnię.
Mężczyzna zbliżył się do drzwi i ubrał buty.
– Ale będę dostawał jakieś misje, tak?
– Przerosło cię odebranie kilku rzeczy od byle staruszki. Dziwię się, że w ogóle żyjesz. – Chłopak nie miał żadnych uczuć na twarzy. – Nie no, zobaczę. Tylko dziś masz się już nigdzie nie ruszać!
– Dzień dobry!
– Dobry, dobry, ale... Nie spodziewałam się dzisiaj gości. Kim jesteś młodzieńcze?
– Jestem Remus Lupin. Przysłał mnie do pani Alastor Moody.
– Alastor! Oh, wejdź szybko. Brzydka dzisiaj pogoda.
Przesunęła się, by zrobić mu miejsce. Następnie podreptała do stolika w salonie.
– Remus, Remus... Kojarzy mi się... Tylko z czym? Chcesz herbatki, chłopcze?
– Jeśli to żaden problem.
Uśmiechnęła się do niego miło, a on ściągnął przemoczony kaptur. Nie wiedział, czy może usiąść, więc czekał. Mamrocząc coś pod nosem, pani Buchanan odstawiła magiczny czajniczek na podstawkę i odwróciła się w jego stronę. Nagle zamarła, a uśmiech na jej twarzy powoli zanikł. Wpatrywała się w niego, nawet nie mrugając. Mając złe przeczucie, Lupin odwrócił się, jednak w oknie za sobą nie zobaczył nic podejrzanego.
– Pani Buchanan...?
– Remus – powiedziała cicho.
– Jeśli to problem to nie musi mi pani parzyć herbaty. Przyszedłem tylko...
– Skąd masz ten szram na twarzy?
Chłopak zbladł. Nie może jej przecież powiedzieć prawdy.
– Miałem drobny wypadek, ale na szczęście nie było to nic poważnego.
– Nie. – Kobieta ścisnęła mocno wargi. – Miałam już do czynienia z takimi, jak wy. Uwiódł moją Florę i prawie zabił.
– Chyba nie bardzo rozumiem, o co pani chodzi. Może po prostu wezmę te rzeczy dla Moody'ego i...
– Jesteś wilkołakiem. Twarz pełna tych blizn, imię niczym jeden z rzymskich braci, wychowanych przez wilczycę. Zabawne. Sam sobie nadałeś to imię, mieszańcu?
Zamarł. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale miał pustkę w głowie. Kobieta zaczęła błądzić wzrokiem za różdżką, więc postanowił cokolwiek zrobić, zanim rzuci w niego klątwą.
– Tak, jestem wilkołakiem, jednak nie takim, jak większość. Nikogo nigdy nie zaatakowałem. Nie przemieniłem, ani nie zabiłem. – Wiedział, że lepiej nie przyznawać się do ostatnich wydarzeń. – Tylko wykonuję prośbę Moody'ego. Nie mam złych zamiarów.
– Kłamiesz! – Sięgnęła po lampę stojącą na komodzie i cisnęła w jego stronę. W ostatniej chwili się uchylił, a przedmiot roztrzaskał się o ścianę. Prawie wybiła okno. – Wilkołaki przechodzą na stronę Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać! Oszukujesz nie tylko mnie, ale także Alastora! Wynoś się ode mnie albo wezwę aurorów!
– Proszę pozwolić mi chociaż zabrać te rzeczy i sobie pójdę. Naprawdę nie mam złych zamiarów.
Schylając się po różdżkę, cisnęła filiżanką w stronę jego głowy. Złapał ją i odłożył na półkę. Wycofał się w stronę drzwi. Gdy dotknął klamki, zaklęcie trzasnęło we framugę. Szybko wybiegł z mieszkania pani Buchanan i deportował się. Był teraz niedaleko domu Weasley'ów. Oparł dłonie o kolana i głośno oddychał. Bardziej ze zdenerwowania, niż zmęczenia. Wiedział, że zdenerwuje Moody'ego swoim niepowodzeniem, więc wolał nie podsycać tego i teleportować się kilkanaście razy, tak jak czarodziej tego od niego wymagał. W końcu jednak wylądował przed domem aurora. Z ponurą miną wszedł do środka.
– I jak, masz wszystko?
– Nie. Nic mi nie dała, rzucała we mnie przedmiotami i zaklęciami. Do tego prawie zawiadomiła aurorów. Jeśli chcecie, żebym szpiegował dla Zakonu w ośrodku to myślę, że niedługo nadarzy się ku temu okazja.
– Co ty mówisz? – Mężczyzna dokuśtykał do przedpokoju najszybciej, jak potrafił. – Stara Buchananka przecież nie jest aż taką świruską. Co jej powiedziałeś?
– Właściwie to nic. Wszystko było dobrze, dopóki nie zobaczyła blizny na twarzy. Sama domyśliła się, że jestem wilkołakiem i mnie zwyzywała. Naprawdę jakiś wilkołak prawie zabił jej córkę?
– Nic mi o tym nie wiadomo. No nic, jednak będę musiał sam ją odwiedzić. Uspokoję ją jakoś.
W tym momencie przez okno wleciała biała sowa, trzymająca w łapkach czerwoną kopertę.
– To...
– Wyjec – dokończył Remus.
Moody zacisnął usta, przybrał bordową barwę i uchylił kawałek papieru. Prawie natychmiast rozwinął się długi jęzor, a z wnętrza wydobył się głos pani Buchanan.
– ZAUFAŁAM CI, A TY PODAŁEŚ MÓJ ADRES MIESZAŃCOWI, KTÓRY MÓGŁ MNIE ZABIĆ I OKRAŚĆ! DOSKONALE WIESZ, JAK NIEBEZPIECZNE SĄ TO CZASY. DOSKONALE WIESZ, ŻE GROZI MI TERAZ OGROMNE NIEBEZPIECZEŃSTWO. ON JEST SZPIEGIEM SAMI-WIEMY-KOGO. POWINIENEŚ GO ZABIĆ JAK NAJSZYBCIEJ. JA NIE ZDĄŻYŁAM, BO UCIEKŁ! JESTEM OBURZONA!
– Ouu...
– No ouu. Chyba straciliśmy sojusznika, czy coś. – Remus machnął różdżką a popiół po spalonym wyjcu zniknął.
– Pójdę zaraz do niej i to wyjaśnię.
Mężczyzna zbliżył się do drzwi i ubrał buty.
– Ale będę dostawał jakieś misje, tak?
– Przerosło cię odebranie kilku rzeczy od byle staruszki. Dziwię się, że w ogóle żyjesz. – Chłopak nie miał żadnych uczuć na twarzy. – Nie no, zobaczę. Tylko dziś masz się już nigdzie nie ruszać!
piątek, 2 marca 2018
Rozdział trzydziesty piąty: Expecto...
Tym razem nie śniły mu się koszmary, toteż odespał wcześniejsze noce i wstał z łóżka dopiero po jedenastej. Bał się jednak wyjść z pokoju i skonfrontować z Alastorem. Nie licząc najbliższych przyjaciół, nikt nigdy nie widział go w takim stanie. Zawsze starał się nad sobą panować. Przeczesał dłonią włosy tak, jak miał to w zwyczaju James. Nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Udawać, że nic się nie stało? A jeśli Moody sam zacznie temat?
Wyszedł z pokoju i w tym samym momencie usłyszał rozmowę dwóch osób. Jakim cudem wcześniej nie zwrócił na nią uwagi? Czyżby jednak Wywar Tojadowy miał jakieś skutki uboczne?
Bardzo szybko zorientował się, że odwiedził ich Albus Dumbledore. Gdy wszedł do pomieszczenia zauważył mężczyzn pochylonych nad gazetą.
– Dzień dobry.
Dumbledore przywitał się z nim i z rezygnacją odsunął się od czasopisma.
– Jak się czujesz, Remusie?
– Wszystko w porządku. Już jest dobrze. – Dyrektor spojrzał mu prosto w oczy. Czuł się trochę tak, jakby chciał mu wejść przez nie do umysłu i sprawdzić, czy mówi prawdę. – Coś się stało?
– Kolejne wilkołaki zostały uwolnione przez Śmierciożerców. Chciałbym móc się zdziwić, że udało im się przebić przez zabezpieczenia ledwo dwa tygodnie później, gdy jeszcze jest o tym głośno, ale przecież my też łatwo dostaliśmy się w te tereny. Ministerstwo nie chce nic zrobić.
– Może dlatego, że boją się do nas zbliżać – powiedział Remus i usiadł obok nich, by przyjrzeć się twarzom na pierwszej stronie. Tym razem zbiegło tylko sześciu. Czyżby to byli wszyscy, których potrzebował Voldemort? A może chwilowo tylko tylu przekonał? Czy będą wracać po resztę?
– Czyli co, dziś zebranie?
– Nie, Alastorze, rozmowy nic nam w tej chwili nie pomogą. Musimy skupić się na innych rzeczach. Teraz niestety muszę iść. Tego typu ucieczki sprawiają, że Ministerstwo bardzo chce wysłuchiwać mych rad. Gdyby jeszcze robili, co im mówię, może zakwitłaby między nami jakaś współpraca...
Czarodziej podniósł się i raz jeszcze uważnie przyjrzał Remusowi. Machnął różdżką, pożegnał się i wyszedł. Lupin w tym czasie przysunął do siebie gazetę.
– Nie sądzisz, że to trochę zabawne na jednej stronie pisać i o ucieczce bardzo groźnych osób, i o przepisie na ruchome ciasteczka z nieskończonym lukrem?
Chłopak uśmiechnął się.
– Czujesz się lepiej? Wczoraj...
– Może nie wracajmy do wczoraj? – zaproponował i przewrócił kartkę gazety. Bał się spojrzeć Moody'emu w oczy.
– Nie widzę niczego złego w tym, że się otworzyłeś. Już trochę czasu jestem twoim opiekunem, dogadujemy się. – Jego głos zawiesił się. – Możesz mnie traktować jak drugiego ojca. Nie mam nic przeciwko.
Powstało między nimi nieprzyjemne napięcie. W końcu Remus westchnął. Ostatnimi czasy robił to coraz częściej.
– Dziś nie śniły mi się żadne koszmary, jeśli o to pytasz.
Chłopak przewrócił kolejną stronę Proroka Codziennego. Coraz więcej miejsca zajmowały klepsydry. Martwe ciała znalezione na obrzeżach Londynu, zamordowana wycieczka szkolna mugoli... Było coraz gorzej. Walia i Szkocja coraz bardziej zwracała na nich uwagę.
Moody wkrótce wyszedł do Ministerstwa, pozostawiając go samego. Z nudów zaczął wertować książki na półce. Koniec końców wziął podręcznik Zaklęć i szukał zaklęć, których jeszcze nie znał lub nie opanował. Po kilkunastu minutach jego wzrok napotkał Expecto Patronum. Kiedyś już próbował tego zaklęcia, jednak mu nie wychodziło, więc w końcu zaprzestał tego. Podniósł rękę, machnął różdżką i powiedział głośno zaklęcie. Nic się nie wydarzyło. Zerknął raz jeszcze do podręcznika. Z treści wynikało, że trzeba było pomyśleć o czymś szczęśliwym. Skupił się więc na tym i spróbował przywołać do siebie któreś z nich. Nawet takie momenty, które do tej pory wydawały mu się odpowiednio radosne, nie doprowadziły do pojawienia się patronusa. Zirytowany zaczął szukać innych zaklęć, jednak zostawił róg strony zagięty.
Gdy auror wrócił do domu, książka leżała na kanapie, a Remus był zajęty jedzeniem Pie and Mash.
– Że też ci się chciało – mruknął mężczyzna i nałożył sobie potrawę na talerz. – Czy może przyszła Molly i stwierdziła, że nam pogotuje, bo pewnie już umieramy z głodu?
– Prawdę mówiąc wpadła tu i sama zaproponowała, że to zrobi, ale jej pomogłem.
– I już jej nie ma? – Rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby miała się skryć za jakąś zasłoną.
– Nie, Bill i Charlie dalej są chorzy. Złapało ich tak mocno, że nawet eliksir pieprzowy nie daje rady. Jeśli kolejne dawki nie pomogą do jutra, planują zabrać ich do Munga.
– Biedna Molly, zamęczy ją to wszystko. Nie dziwię się, że w takiej sytuacji nie mają czasu dla Zakonu.
Szybko skończył jeść i poszedł do salonu. Na stoliku rozłożył dokumenty i zaczął je segregować w pokaźne stosy. Gdy skończył, spojrzał na to wszystko i jęknął. Tak bardzo nie chciało mu się zaczynać papierkowej roboty, że sięgnął po podręcznik do zaklęć. Szybko zobaczył zagięty róg i otworzył książkę w tym miejscu.
– Expecto patronum? – Skierował pytające spojrzenie w stronę chłopaka. Ten wzruszył niechętnie zamionami.
– Próbowałem się tego nauczyć, ale mi nie szło.
– Bo nie wiesz, jak się za to zabrać. Trzeba pomyśleć o czymś szczęśliwym, a dopiero potem wypowiedzieć zaklęcie.
– Robiłem tak. Nic to nie dało.
– Bo dalej nie rozumiesz. – Moody uśmiechnął się. – Musisz o nim myśleć cały czas, nawet podczas wymawiania zaklęcia. Musisz się wręcz w nim zanurzyć. A jeśli nie potrafisz sobie przypomnieć takiego wspomnienia, to wystarczy je sobie wymyślić i w nie uwierzyć.
Remus wziął kolejnego gryza i nie odpowiedział. Gdy skończył jeść, usiadł na kanapie niedaleko aurora i wziął podręcznik do rąk. Nie wrócił do Patronusa, tylko wertował książkę dalej, w poszukiwaniu czegoś nowego. Z każdym dniem miał coraz bardziej dość tego, że nic nie robi. Nudził się niemiłosiernie. Wszyscy pracowali, zajmowali się swoimi rodzinami, bądź wykonywali jakieś misje. Kiedy wreszcie przestaną tak na niego dmuchać? Czuł się już przecież dobrze...
Po kilku godzinach ciszy udał się do pokoju. Napisał krótkie listy do przyjaciół i położył się. Nie miał już czym zająć rąk. Przeczytał cały podręcznik i ostatnim zaklęciem, którego z niego nie potrafił był Patronus. Usiadł po turecku na materacu, wyciągnął różdżkę i zamknął oczy. Wrócił myślami do momentu, gdy Dumbledore zgodził się, by uczęszczał do Hogwartu. Prawie natychmiast wspomnienie to wyparło inne: trójka przyjaciół, która szukała go po tym, gdy wykrzyczał im w twarze, że jest wilkołakiem. Ich zapewnienia, że go nie opuszczą. Uśmiechnął się kącikiem ust i wyszeptał zaklęcie. Czuł, że się udało. Z jednej strony chciał wiedzieć, jaki kształt przybrał. Wszyscy piszący o Patronusach byli zgodni, że jest on tym samym zwierzęciem, w którego zmienia się animag. On nie mógł się nim stać, gdyż sama pełnia utrudniała mu dokończenie procesu. Otworzył oczy i zamarł. Przed nim siedział i wpatrywał się w niego srebrny wilk. Zacisnął zęby, machnął różdżką i ponownie zamknął oczy. Nie tego się spodziewał.
Czy to znaczyło, że nie ważne, co by zrobił, nigdy nie uwolni się od swojej wilczej części? Już dawno pogodził się z tym, że nie wynajdą lekarstwa na jego przypadłość, jednak miał nadzieję, że chociaż jego strażnik będzie czymś odrębnym od tego. Należącym do jego ludzkiej części.
Czuł gniew i żal, jednak powstrzymywał się, by nie rzucić podręcznikiem w cokolwiek. Nawet w lampę stojącą irytująco na stoliku nocnym. Zamiast tego poszedł pod prysznic. Rana na boku dalej doskwierała przy kontakcie z wodą, jednak powoli wszystko się goiło. Wiedział, że to będzie największa blizna na jego ciele, jednak nie przejmował się tym. Już dawno się do nich przyzwyczaił. Przynajmniej ta na oku wyglądała fajnie, chociaż mało brakowało a straciłby oko. Kiedyś zemści się na Fenrirze za to wszystko, co mu zrobił.
Gdy wstał następnego dnia, zastał Moody'ego, który zasnął nad papierami. Wywrócił oczami i wyjął kilka ostatnich kartek spod ramion mężczyzny. Przejrzał na szybko wcześniejsze dokumenty i już po chwili przepisywał raporty z prywatnych notatek. Podrabianie pisma nie było dla niego żadnym problemem. Właśnie kończył ostatnią stronę, gdy Alastor wymamrotał coś pod nosem i otworzył oczy. Na widok piszącego Remusa poderwał się szybko.
– Co ty robisz?
– Dokańczam twoją pracę. Musiałeś być zmęczony – odparł obojętnym tonem, nawet nie podnosząc na niego wzroku.
– Ale jak ty...? Skąd wiesz, jak to robić? Pokazuj mi, co tam nabazgrałeś. – Porwał jedną z kartek i ze skupieniem zaczął czytać. Usta miał ściśnięte. Remus przerwał na chwilę pisanie i czekał na jakąś reakcję.
– Ty huncwocie, wszystko dobrze napisałeś. Od kiedy potrafisz tworzyć raporty?
– Po prostu przeczytałem to, co pisałeś wcześniej i się na tym wzorowałem. Nic trudnego. – Moody objął ramieniem chłopaka i poczochrał mu włosy. Ten skrzywił się i próbował mu uciec, jednak bezskutecznie. – Dzięki, ratujesz mi tyłek. Teraz się zbieram to może jeszcze zdążę dotrzeć do Ministerstwa na czas. Jak wrócę, pomogę ci z wyczarowaniem Patronusa.
Lupin nie odpowiedział, ale jego nastrój diametralnie się zmienił. Czy powinien udawać, że nie jest w stanie go wyczarować czy po prostu spróbować stworzyć bezcielesną formę?
Bardzo szybko zorientował się, że odwiedził ich Albus Dumbledore. Gdy wszedł do pomieszczenia zauważył mężczyzn pochylonych nad gazetą.
– Dzień dobry.
Dumbledore przywitał się z nim i z rezygnacją odsunął się od czasopisma.
– Jak się czujesz, Remusie?
– Wszystko w porządku. Już jest dobrze. – Dyrektor spojrzał mu prosto w oczy. Czuł się trochę tak, jakby chciał mu wejść przez nie do umysłu i sprawdzić, czy mówi prawdę. – Coś się stało?
– Kolejne wilkołaki zostały uwolnione przez Śmierciożerców. Chciałbym móc się zdziwić, że udało im się przebić przez zabezpieczenia ledwo dwa tygodnie później, gdy jeszcze jest o tym głośno, ale przecież my też łatwo dostaliśmy się w te tereny. Ministerstwo nie chce nic zrobić.
– Może dlatego, że boją się do nas zbliżać – powiedział Remus i usiadł obok nich, by przyjrzeć się twarzom na pierwszej stronie. Tym razem zbiegło tylko sześciu. Czyżby to byli wszyscy, których potrzebował Voldemort? A może chwilowo tylko tylu przekonał? Czy będą wracać po resztę?
– Czyli co, dziś zebranie?
– Nie, Alastorze, rozmowy nic nam w tej chwili nie pomogą. Musimy skupić się na innych rzeczach. Teraz niestety muszę iść. Tego typu ucieczki sprawiają, że Ministerstwo bardzo chce wysłuchiwać mych rad. Gdyby jeszcze robili, co im mówię, może zakwitłaby między nami jakaś współpraca...
Czarodziej podniósł się i raz jeszcze uważnie przyjrzał Remusowi. Machnął różdżką, pożegnał się i wyszedł. Lupin w tym czasie przysunął do siebie gazetę.
– Nie sądzisz, że to trochę zabawne na jednej stronie pisać i o ucieczce bardzo groźnych osób, i o przepisie na ruchome ciasteczka z nieskończonym lukrem?
Chłopak uśmiechnął się.
– Czujesz się lepiej? Wczoraj...
– Może nie wracajmy do wczoraj? – zaproponował i przewrócił kartkę gazety. Bał się spojrzeć Moody'emu w oczy.
– Nie widzę niczego złego w tym, że się otworzyłeś. Już trochę czasu jestem twoim opiekunem, dogadujemy się. – Jego głos zawiesił się. – Możesz mnie traktować jak drugiego ojca. Nie mam nic przeciwko.
Powstało między nimi nieprzyjemne napięcie. W końcu Remus westchnął. Ostatnimi czasy robił to coraz częściej.
– Dziś nie śniły mi się żadne koszmary, jeśli o to pytasz.
Chłopak przewrócił kolejną stronę Proroka Codziennego. Coraz więcej miejsca zajmowały klepsydry. Martwe ciała znalezione na obrzeżach Londynu, zamordowana wycieczka szkolna mugoli... Było coraz gorzej. Walia i Szkocja coraz bardziej zwracała na nich uwagę.
Moody wkrótce wyszedł do Ministerstwa, pozostawiając go samego. Z nudów zaczął wertować książki na półce. Koniec końców wziął podręcznik Zaklęć i szukał zaklęć, których jeszcze nie znał lub nie opanował. Po kilkunastu minutach jego wzrok napotkał Expecto Patronum. Kiedyś już próbował tego zaklęcia, jednak mu nie wychodziło, więc w końcu zaprzestał tego. Podniósł rękę, machnął różdżką i powiedział głośno zaklęcie. Nic się nie wydarzyło. Zerknął raz jeszcze do podręcznika. Z treści wynikało, że trzeba było pomyśleć o czymś szczęśliwym. Skupił się więc na tym i spróbował przywołać do siebie któreś z nich. Nawet takie momenty, które do tej pory wydawały mu się odpowiednio radosne, nie doprowadziły do pojawienia się patronusa. Zirytowany zaczął szukać innych zaklęć, jednak zostawił róg strony zagięty.
Gdy auror wrócił do domu, książka leżała na kanapie, a Remus był zajęty jedzeniem Pie and Mash.
– Że też ci się chciało – mruknął mężczyzna i nałożył sobie potrawę na talerz. – Czy może przyszła Molly i stwierdziła, że nam pogotuje, bo pewnie już umieramy z głodu?
– Prawdę mówiąc wpadła tu i sama zaproponowała, że to zrobi, ale jej pomogłem.
– I już jej nie ma? – Rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby miała się skryć za jakąś zasłoną.
– Nie, Bill i Charlie dalej są chorzy. Złapało ich tak mocno, że nawet eliksir pieprzowy nie daje rady. Jeśli kolejne dawki nie pomogą do jutra, planują zabrać ich do Munga.
– Biedna Molly, zamęczy ją to wszystko. Nie dziwię się, że w takiej sytuacji nie mają czasu dla Zakonu.
Szybko skończył jeść i poszedł do salonu. Na stoliku rozłożył dokumenty i zaczął je segregować w pokaźne stosy. Gdy skończył, spojrzał na to wszystko i jęknął. Tak bardzo nie chciało mu się zaczynać papierkowej roboty, że sięgnął po podręcznik do zaklęć. Szybko zobaczył zagięty róg i otworzył książkę w tym miejscu.
– Expecto patronum? – Skierował pytające spojrzenie w stronę chłopaka. Ten wzruszył niechętnie zamionami.
– Próbowałem się tego nauczyć, ale mi nie szło.
– Bo nie wiesz, jak się za to zabrać. Trzeba pomyśleć o czymś szczęśliwym, a dopiero potem wypowiedzieć zaklęcie.
– Robiłem tak. Nic to nie dało.
– Bo dalej nie rozumiesz. – Moody uśmiechnął się. – Musisz o nim myśleć cały czas, nawet podczas wymawiania zaklęcia. Musisz się wręcz w nim zanurzyć. A jeśli nie potrafisz sobie przypomnieć takiego wspomnienia, to wystarczy je sobie wymyślić i w nie uwierzyć.
Remus wziął kolejnego gryza i nie odpowiedział. Gdy skończył jeść, usiadł na kanapie niedaleko aurora i wziął podręcznik do rąk. Nie wrócił do Patronusa, tylko wertował książkę dalej, w poszukiwaniu czegoś nowego. Z każdym dniem miał coraz bardziej dość tego, że nic nie robi. Nudził się niemiłosiernie. Wszyscy pracowali, zajmowali się swoimi rodzinami, bądź wykonywali jakieś misje. Kiedy wreszcie przestaną tak na niego dmuchać? Czuł się już przecież dobrze...
Po kilku godzinach ciszy udał się do pokoju. Napisał krótkie listy do przyjaciół i położył się. Nie miał już czym zająć rąk. Przeczytał cały podręcznik i ostatnim zaklęciem, którego z niego nie potrafił był Patronus. Usiadł po turecku na materacu, wyciągnął różdżkę i zamknął oczy. Wrócił myślami do momentu, gdy Dumbledore zgodził się, by uczęszczał do Hogwartu. Prawie natychmiast wspomnienie to wyparło inne: trójka przyjaciół, która szukała go po tym, gdy wykrzyczał im w twarze, że jest wilkołakiem. Ich zapewnienia, że go nie opuszczą. Uśmiechnął się kącikiem ust i wyszeptał zaklęcie. Czuł, że się udało. Z jednej strony chciał wiedzieć, jaki kształt przybrał. Wszyscy piszący o Patronusach byli zgodni, że jest on tym samym zwierzęciem, w którego zmienia się animag. On nie mógł się nim stać, gdyż sama pełnia utrudniała mu dokończenie procesu. Otworzył oczy i zamarł. Przed nim siedział i wpatrywał się w niego srebrny wilk. Zacisnął zęby, machnął różdżką i ponownie zamknął oczy. Nie tego się spodziewał.
Czy to znaczyło, że nie ważne, co by zrobił, nigdy nie uwolni się od swojej wilczej części? Już dawno pogodził się z tym, że nie wynajdą lekarstwa na jego przypadłość, jednak miał nadzieję, że chociaż jego strażnik będzie czymś odrębnym od tego. Należącym do jego ludzkiej części.
Czuł gniew i żal, jednak powstrzymywał się, by nie rzucić podręcznikiem w cokolwiek. Nawet w lampę stojącą irytująco na stoliku nocnym. Zamiast tego poszedł pod prysznic. Rana na boku dalej doskwierała przy kontakcie z wodą, jednak powoli wszystko się goiło. Wiedział, że to będzie największa blizna na jego ciele, jednak nie przejmował się tym. Już dawno się do nich przyzwyczaił. Przynajmniej ta na oku wyglądała fajnie, chociaż mało brakowało a straciłby oko. Kiedyś zemści się na Fenrirze za to wszystko, co mu zrobił.
Gdy wstał następnego dnia, zastał Moody'ego, który zasnął nad papierami. Wywrócił oczami i wyjął kilka ostatnich kartek spod ramion mężczyzny. Przejrzał na szybko wcześniejsze dokumenty i już po chwili przepisywał raporty z prywatnych notatek. Podrabianie pisma nie było dla niego żadnym problemem. Właśnie kończył ostatnią stronę, gdy Alastor wymamrotał coś pod nosem i otworzył oczy. Na widok piszącego Remusa poderwał się szybko.
– Co ty robisz?
– Dokańczam twoją pracę. Musiałeś być zmęczony – odparł obojętnym tonem, nawet nie podnosząc na niego wzroku.
– Ale jak ty...? Skąd wiesz, jak to robić? Pokazuj mi, co tam nabazgrałeś. – Porwał jedną z kartek i ze skupieniem zaczął czytać. Usta miał ściśnięte. Remus przerwał na chwilę pisanie i czekał na jakąś reakcję.
– Ty huncwocie, wszystko dobrze napisałeś. Od kiedy potrafisz tworzyć raporty?
– Po prostu przeczytałem to, co pisałeś wcześniej i się na tym wzorowałem. Nic trudnego. – Moody objął ramieniem chłopaka i poczochrał mu włosy. Ten skrzywił się i próbował mu uciec, jednak bezskutecznie. – Dzięki, ratujesz mi tyłek. Teraz się zbieram to może jeszcze zdążę dotrzeć do Ministerstwa na czas. Jak wrócę, pomogę ci z wyczarowaniem Patronusa.
Lupin nie odpowiedział, ale jego nastrój diametralnie się zmienił. Czy powinien udawać, że nie jest w stanie go wyczarować czy po prostu spróbować stworzyć bezcielesną formę?
piątek, 16 lutego 2018
Rozdział trzydziesty czwarty: Zwierzenia
Następnego dnia odwiedzili ich Huncwoci oraz Lily, gdyż miało się odbyć zebranie Zakonu. Rozsiedli się wygodnie na kanapie i popijali parujące herbaty. Evans wciąż była obrażona na Jamesa, chociaż widać było, że podtrzymuje ten stan dla zabawy, by przyglądać się staraniom chłopaka. Remus wymienił tylko porozumiewawcze spojrzenie z Syriuszem i ukrył się za kubkiem, by Rogacz nie zobaczył jego uśmieszku.
Coraz więcej osób zaczęło przychodzić do domu Moody'ego, więc przenieśli się do kuchni. Obok Lupina usiadł Caradoc. Huncwoci tylko uśmiechnęli się do siebie i przemilczeli to. Zebranie zostało zorganizowane tylko po to, by pozmieniać godziny śledzeń. Okazało się, że niektórzy Śmierciożercy mieli wyjechać z kraju. Nie wiadomo jednak było czy miało to związek z Czarnym Panem. Kilka osób podejrzewało, że to po prostu rodzinne wypady.
Gdy spotkanie dobiegło końca, większość osób szybko wyszła, by zająć się swoimi sprawami. Tak samo postąpili państwo Weasley. Mieli masę problemów ze swoimi rozbieganymi, głośnymi dziećmi.
– Remusie... – Huncwoci, Lily i Moody spojrzeli na Dearborna. – Chciałbym zrozumieć jak to jest być wilkołakiem. Na razie burzysz wszystkie stereotypy, które słyszałem.
Chłopak uśmiechnął się na swój huncwocki sposób.
– Normalnie. Po prysznicu otrzepuję się prostym ruchem harmonicznym z prędkością cztery i pół raza na sekundę, czasem podrapię się stopą za uchem...
– Remi, bądź przez chwilę poważny!– James udawał, że się zamyśla. – Jest jak baba z okresem. Tylko z tą różnicą, że jak w taką kobietę rzucisz czekoladą to cię pokocha, a Remus najpierw zje ją, potem ciebie. Ale może też pokocha!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. W końcu się opanowali i Remus podjął temat.
– Jak ma być? Po prostu trzy dni w miesiącu przestaję być sobą, przed i po tym odczuwam wyczerpujący ból. Nawet gdybym chciał, nie zapanuję nad sobą. I tyle. Żadnej filozofii.
– To naprawdę wszystko?
Chłopak tylko się uśmiechnął. Przecież nie powie mu o lepszym słuchu, wzroku i węchu. Jak najmniej osób powinno o tym wiedzieć, skoro nawet teraz ciężko im mu zaufać.
– W takim razie jeszcze raz chciałbym cię przeprosić.
– Zaraz zapłaczę. Pettigrew, daj mi szybko chusteczkę – zachrypiał Moody i przetarł oko wierzchem dłoni. Pulchny chłopak zachichotał, ale nie ruszył się z miejsca. Dearborn poczerwieniał. Nie wiedzieli czy ze złości, czy wstydu.
– To może ja już będę się zbierał.
Zebrał swoje rzeczy i wyszedł. Huncwoci przenieśli się na kanapę. Lily usadowiła się tuż obok Jamesa i chyba już zapomniała, że miała być obrażona. Alastor jednak nie był zadowolony z przedłużającej się wizyty nastolatków. W końcu Lupin miał leżeć i odpoczywać. Łypał na niego co chwilę złowrogo, jednak chłopak udawał, że tego nie zauważa. W końcu jego cierpliwość się wyczerpała i rzekł:
– Remus miał nakaz odpoczywania, a tymczasem prawie w ogóle tego nie robi. Chyba nie chcecie, by jego stan zdrowia się pogorszył?
Ci spojrzeli na siebie pełni wyrzutów sumienia, jednak Remus uśmiechnął się tylko jedną połową ust.
– Ale czuję się świetnie. Nic mi nie ma i już nie będzie.
– Edgar wie lepiej.
– Edgar wie lepiej ode mnie, jak się czuję? – Remus do swojego uśmieszku dołożył jeszcze uniesioną brew. Tymczasem paczka przyjaciół pożegnała się cicho i wycofała.
– Tak! Właśnie tak jest. Cieszę się, że w końcu zrozumiałeś. Teraz możesz iść grzecznie do łóżka.
– O co ci chodzi? Przecież doskonale widzisz, że wszystko jest w porządku. Nie muszę ciągle leżeć. To już nie ten etap, gdy nie miałem siły wstać albo chociaż się obudzić.
Auror odłożył pusty kubek na stolik.
– I co z tego? Wtedy było z tobą bardzo źle i nie wierzę, że tak szybko z tego wyszedłeś.
– No to uwierz. Chodzę, jem, żyję.
– Jesz? – Moody przybliżył się i wskazał oskarżycielsko palcem. – Odkąd miałeś wypadek, prawie w ogóle nie jesz. Czasem tkniesz ociupinkę śniadania czy obiadu, ale o wiele mniej, niż wcześniej. Nawet dłużej ci to schodzi. Wyjaśnisz dlaczego? I nie próbuj się wymigać – dodał po chwili. – Molly też to zauważyła.
Remus zbladł, uśmiech spełzł mu z twarzy. Zauważyli. Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz tryumfu. Lunatyk kaszlnął i przycisnął kolana do kubka. W końcu westchnął.
– Mam mdłości. Przypomina mi się smak krwi tamtych Śmierciożerców, to jak ich szyja chrzęściła i łamała się pod zębami. To nie było nic przyjemnego.
Powiedział to spokojnym, zimnym głosem i szybko odwrócił wzrok. Nastała chwila ciszy. Moody był w zbyt wielkim szoku, by coś odpowiedzieć. Nie myślał o tym w ten sposób, choć widział z bliska rozszarpane szyje tamtych czarodziejów.
– Nic nam o tym nie mówiłeś... Remusie...
– Śnią mi się każdej nocy – wyszeptał zbolałym głosem. – Każdej cholernej nocy pojawiają się w mojej głowie, zakrwawieni... Wszystko jest we krwi. Czasem wy wszyscy też jesteście martwi... Albo... albo... przychodzą moi rodzice. Obwiniają mnie o to wszystko, nazywają mordercą...
Alastor sam zdziwił się tym, co teraz zrobił, ale usiadł bliżej chłopaka i przytulił go mocno do siebie. Był cały spięty, lecz po chwili zaczął drżeć. Zaczął płakać.
– Nie jesteś mordercą i nigdy nie byłeś. Wykonywałeś tylko nasze rozkazy, które wymusiła na tobie Przysięga Wieczysta. Gdybyś nie był przemieniony, zabijałbyś różdżką. Tymczasem ty nas jeszcze uratowałeś.
– Jestem mordercą – Głos Remusa był lekko stłumiony. – Gdybym umarł od pogryzienia, mama tak by się nie zamartwiała, nie szukałaby lekarstwa i zajęła się sobą. Ten ciągły strach i zbyt wielkie nadzieje... Przestała przejmować się swoim zdrowiem. Gdyby mnie nie było, albo gdybym nie był chory... Lub zabił się wcześniej... Wciąż by żyła. Może ojciec też.
– Głupoty gadasz. Nic by nie zrobiła. Lyall tak samo. Może nawet sama by popełniła samobójstwo, gdyby ciebie zabrakło. Byłeś zawsze ich powodem do dumy.
Chłopak nic nie odpowiedział, więc przytulił go mocniej i pozwolił się wypłakać. Wiedział jednak, że jak tylko Lupin wróci do pokoju, napisze listy do Molly i Albusa.
Początkowo nie wiedział, co napisać. Trzymał pióro nad kałamarzem i uderzał palcami o blat stołu. W końcu zaczął, rozpisał się na pół pergaminu. Oboje mieszkali w innych częściach kraju, więc pozwolił sobie pożyczyć sowę Remusa. Wysłał Nów do Weasley'ów, by wrócił jak najszybciej. Możliwe, że chłopak nawet się nie zorientuje.
– To naprawdę wszystko?
Chłopak tylko się uśmiechnął. Przecież nie powie mu o lepszym słuchu, wzroku i węchu. Jak najmniej osób powinno o tym wiedzieć, skoro nawet teraz ciężko im mu zaufać.
– W takim razie jeszcze raz chciałbym cię przeprosić.
– Zaraz zapłaczę. Pettigrew, daj mi szybko chusteczkę – zachrypiał Moody i przetarł oko wierzchem dłoni. Pulchny chłopak zachichotał, ale nie ruszył się z miejsca. Dearborn poczerwieniał. Nie wiedzieli czy ze złości, czy wstydu.
– To może ja już będę się zbierał.
Zebrał swoje rzeczy i wyszedł. Huncwoci przenieśli się na kanapę. Lily usadowiła się tuż obok Jamesa i chyba już zapomniała, że miała być obrażona. Alastor jednak nie był zadowolony z przedłużającej się wizyty nastolatków. W końcu Lupin miał leżeć i odpoczywać. Łypał na niego co chwilę złowrogo, jednak chłopak udawał, że tego nie zauważa. W końcu jego cierpliwość się wyczerpała i rzekł:
– Remus miał nakaz odpoczywania, a tymczasem prawie w ogóle tego nie robi. Chyba nie chcecie, by jego stan zdrowia się pogorszył?
Ci spojrzeli na siebie pełni wyrzutów sumienia, jednak Remus uśmiechnął się tylko jedną połową ust.
– Ale czuję się świetnie. Nic mi nie ma i już nie będzie.
– Edgar wie lepiej.
– Edgar wie lepiej ode mnie, jak się czuję? – Remus do swojego uśmieszku dołożył jeszcze uniesioną brew. Tymczasem paczka przyjaciół pożegnała się cicho i wycofała.
– Tak! Właśnie tak jest. Cieszę się, że w końcu zrozumiałeś. Teraz możesz iść grzecznie do łóżka.
– O co ci chodzi? Przecież doskonale widzisz, że wszystko jest w porządku. Nie muszę ciągle leżeć. To już nie ten etap, gdy nie miałem siły wstać albo chociaż się obudzić.
Auror odłożył pusty kubek na stolik.
– I co z tego? Wtedy było z tobą bardzo źle i nie wierzę, że tak szybko z tego wyszedłeś.
– No to uwierz. Chodzę, jem, żyję.
– Jesz? – Moody przybliżył się i wskazał oskarżycielsko palcem. – Odkąd miałeś wypadek, prawie w ogóle nie jesz. Czasem tkniesz ociupinkę śniadania czy obiadu, ale o wiele mniej, niż wcześniej. Nawet dłużej ci to schodzi. Wyjaśnisz dlaczego? I nie próbuj się wymigać – dodał po chwili. – Molly też to zauważyła.
Remus zbladł, uśmiech spełzł mu z twarzy. Zauważyli. Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz tryumfu. Lunatyk kaszlnął i przycisnął kolana do kubka. W końcu westchnął.
– Mam mdłości. Przypomina mi się smak krwi tamtych Śmierciożerców, to jak ich szyja chrzęściła i łamała się pod zębami. To nie było nic przyjemnego.
Powiedział to spokojnym, zimnym głosem i szybko odwrócił wzrok. Nastała chwila ciszy. Moody był w zbyt wielkim szoku, by coś odpowiedzieć. Nie myślał o tym w ten sposób, choć widział z bliska rozszarpane szyje tamtych czarodziejów.
– Nic nam o tym nie mówiłeś... Remusie...
– Śnią mi się każdej nocy – wyszeptał zbolałym głosem. – Każdej cholernej nocy pojawiają się w mojej głowie, zakrwawieni... Wszystko jest we krwi. Czasem wy wszyscy też jesteście martwi... Albo... albo... przychodzą moi rodzice. Obwiniają mnie o to wszystko, nazywają mordercą...
Alastor sam zdziwił się tym, co teraz zrobił, ale usiadł bliżej chłopaka i przytulił go mocno do siebie. Był cały spięty, lecz po chwili zaczął drżeć. Zaczął płakać.
– Nie jesteś mordercą i nigdy nie byłeś. Wykonywałeś tylko nasze rozkazy, które wymusiła na tobie Przysięga Wieczysta. Gdybyś nie był przemieniony, zabijałbyś różdżką. Tymczasem ty nas jeszcze uratowałeś.
– Jestem mordercą – Głos Remusa był lekko stłumiony. – Gdybym umarł od pogryzienia, mama tak by się nie zamartwiała, nie szukałaby lekarstwa i zajęła się sobą. Ten ciągły strach i zbyt wielkie nadzieje... Przestała przejmować się swoim zdrowiem. Gdyby mnie nie było, albo gdybym nie był chory... Lub zabił się wcześniej... Wciąż by żyła. Może ojciec też.
– Głupoty gadasz. Nic by nie zrobiła. Lyall tak samo. Może nawet sama by popełniła samobójstwo, gdyby ciebie zabrakło. Byłeś zawsze ich powodem do dumy.
Chłopak nic nie odpowiedział, więc przytulił go mocniej i pozwolił się wypłakać. Wiedział jednak, że jak tylko Lupin wróci do pokoju, napisze listy do Molly i Albusa.
Początkowo nie wiedział, co napisać. Trzymał pióro nad kałamarzem i uderzał palcami o blat stołu. W końcu zaczął, rozpisał się na pół pergaminu. Oboje mieszkali w innych częściach kraju, więc pozwolił sobie pożyczyć sowę Remusa. Wysłał Nów do Weasley'ów, by wrócił jak najszybciej. Możliwe, że chłopak nawet się nie zorientuje.
piątek, 9 lutego 2018
Rozdział trzydziesty trzeci: Wytchnienie
Obudziły go poranne promienie wpadające przez niezasłonięte okno,
jednak długo nie ruszał się z miejsca. Znowu śniły mu się koszmary przez co praktycznie nie odpoczął. Wyplątał się z kołdry i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Rana na oku wyglądała już o wiele lepiej, jednak siniaki tylko lekko pożółkły. Zszedł do kuchni i zobaczył na stole karteczkę.
Będę dopiero wieczorem. Z łóżka możesz wychodzić tylko po jedzenie i do łazienki. Dowiem się, jeśli zrobisz inaczej.
Westchnął i wyrzucił kartkę do kosza. Sięgnął do lodówki i wyciągnął z niej mleko. Już od dawna nie jadł płatków. Co prawda Moody nie kupował czekoladowych, ale owsiane nie były aż tak złe. Pierwszy raz od kilku dni nie czuł mdłości podczas jedzenia. Podejrzewając, że auror będzie z zaskoczenia wpadać do mieszkania, wziął pierwszą lepszą książkę z biblioteczki i udał się do pokoju. Tam nudził się niemiłosiernie. Czas zleciałby mu szybciej, gdyby się zdrzemnął, jednak bał się tego, co zobaczy tym razem.
Nagle usłyszał dzwonek do drzwi. W pierwszej chwili zamarł. Gdy dźwięk się powtórzył, złapał za różdżkę i na palcach zszedł do przedpokoju. Gdyby ktoś miał się dzisiaj zjawić, Alastor by go uprzedził.
– Kim jesteś?
– To ja, Edward. Wpuścisz mnie?
Chwilę się wahał, jednak w końcu stuknął różdżką i otworzył zamki. Siwiejący już mężczyzna uśmiechnął się smutno i wszedł.
– Gdzie to się podziewa nasz ukochany auror?
– Nie mam bladego pojęcia. Ma wrócić dopiero wieczorem.
– To nie zostało mu wiele czasu. – Ed spojrzał na swój kieszonkowy zegarek. – Będzie to dla ciebie problemem, jeśli tu na niego zaczekam?
– Nie, rozgość się. Stało się coś złego?
– Mam nadzieję, że nie. Przychodzę tutaj tylko w prywatnej sprawie. Widzę natomiast, że czujesz się już lepiej. Jak to się w ogóle stało, że tak wstrząsnąłeś całym Zakonem?
– Wstrząsnąłem Zakonem?
Stard nie odpowiedział od razu. Zdjął zabłocone buty i skierował się do salonu, po czym rozsiadł się na kanapie.
– Mógłbym cię prosić o kawę? Jestem naprawdę zmęczony.
Remus wywrócił oczami i poszedł zagotować wodę. Gdy wrócił z parującymi szklankami, mężczyzna nie zaczął tematu. Naprawdę wyglądał, jakby był po przejściach. Lupin doskonale pamiętał go, gdy uratował przed nim Moody'ego. Miał czarne jak skrzydła kruka włosy, a nie było to wcale tak dawno temu.
– Więc – podjął. – Jak wstrząsnąłem Zakonem?
– Jeszcze pytasz? – Zaśmiał się głośno. – Wszyscy usłyszeli o tym jak ich ochroniłeś w swojej wilczej postaci, uratowałeś tego dupka Caradoca i umarłeś. Wydaje mi się, że było im naprawdę przykro z tego powodu.
– Tylko ci się wydaje. – Remus wyszczerzył do niego zęby.
– Jak to w ogóle możliwe, że nie zaatakowałeś nikogo z nas?
– Wywar Tojadowy. Profesor Slughorn przygotował mi go na prośbę Dumbledore'a.
Mężczyzna upił łyk śmierdzącej kawy.
– Czyli teraz będziesz to dostawał co miesiąc?
– Nie, tylko na jakiejś większe akcje, przy których mógłbym się przydać. Chociaż wątpię, żeby miało to mieć miejsce w najbliższym czasie.
– Może to i lepiej. Bo kto by się zajął naszym starym zrzędą, gdybyś wziął i umarł? Ach, muszę być bardziej aktywny w Zakonie. Ostatnie miesiące poświęciłem rodzinie. Wiesz? Urodziła mi się córeczka. Nazwaliśmy ją Betty. Już coś tam mamrota do siebie i...
W tym momencie usłyszeli szczęknięcie zamków i ciche, złowrogie mamrotanie. Moody, stukając swoją drewnianą nogą, wszedł ociężale do salonu. Zamarł zdziwiony na widok gościa.
– Ed, nie spodziewałem się ciebie dzisiaj.
– Jednak jestem. Całe szczęście, że Remus z tobą mieszka, bo pocałowałbym klamkę.
Wzrok aurora spoczął na Lupinie. Ten uśmiechnął się szeroko i wstał.
– Tak, wiem, doskonale wiem, co chcesz teraz powiedzieć. Ale patrz! Masz gościa! Nie każ mu dłużej na siebie czekać.
Gdy to mówił, coraz bardziej zbliżał się do schodów.
– Poczekaj tylko aż stąd pójdzie. Będziesz żałował, że cię Greyback nie wykończył.
– Też cię kocham. – Uśmiechnął się szeroko i wrócił do pokoju. Wiedział, że i tak będzie mieć pogadankę, gdy tylko Edward wyjdzie, jednak nie przejmował się tym zbytnio. Moody lubił narzekać, ale też razem z Uzdrowicielem przesadzali. Może i był lekko osłabiony i obolały, ale już nic mu nie groziło.
Sięgnął po podręcznik z Numerologii i rozsiadł się wygodnie na łóżku. Dopiero głośne burczenie przypomniało mu o niezjedzonym obiedzie. Spojrzał na zegarek. Teraz właściwie pozostało mu tylko zjeść kolację.
Starał się nie słyszeć rozmowy dwóch mężczyzn, jednak na swoje nieszczęście miał podzielną uwagę. Ed informował jedynie, że teraz może być bardziej dostępny dla Zakonu. Gdy w końcu zamknęły się za nim drzwi, w domu zapadła złowroga cisza. Remus odstawił książkę szafkę i zszedł powoli z łóżka. Przeciągnął się powoli i ruszył do kuchni.
Moody udawał, że go nie widzi. Chłopak wziął się więc za robienie kanapek z szynką. Po chwili usiadł przy stole.
– Znowu mnie nie posłuchałeś. – Mężczyzna spojrzał mu twardo w oczy.
– Miałem zostawić Edwarda przed drzwiami i udawać, że nikogo nie ma? Nie wygłupiaj się.
– Miałeś leżeć.
Lupin zaśmiał się cicho i wziął gryza kanapki. Gdy kawałek szynki prześlizgnął się przez jego gardło, przed oczami zobaczył rany, jakie wyrządził Śmierciożercom. Zakrztusił się.
– Wszystko w porządku?
Odkaszlnął kilka razy i spojrzał na Moody'ego.
– Nie umieram, jeśli tego się obawiasz.
– Powinieneś bardziej dbać o swoje zdrowie. Ile razy trzeba ci to jeszcze powtarzać? Nie jesteś już dzieckiem.
– Doskonale o tym wiem. – Odłożył kanapkę. – Jednak to nie moja wina, że jestem pechowcem. Nie proszę się o wypadki. Same do mnie przychodzą.
– Może masz rację. – Zaśmiał się. – Więc teraz odpoczniesz sobie dwa tygodnie i zaczniemy na nowo przydzielać ci misje. Jakieś tam mycie kubków czy robienie rosołu...
– Chyba żartujesz. Dwa tygodnie?
– Tak zalecił Edgar. Nie będę się z nim spierał. – Uśmiechnął się złośliwie i odszedł w stronę lodówki. Po chwili zaczął coś nucić pod nosem.
– Ty wielki gumochłonie... – mruknął pod nosem Remus.
– Coś do mnie powiedział, smarku?
Będę dopiero wieczorem. Z łóżka możesz wychodzić tylko po jedzenie i do łazienki. Dowiem się, jeśli zrobisz inaczej.
Westchnął i wyrzucił kartkę do kosza. Sięgnął do lodówki i wyciągnął z niej mleko. Już od dawna nie jadł płatków. Co prawda Moody nie kupował czekoladowych, ale owsiane nie były aż tak złe. Pierwszy raz od kilku dni nie czuł mdłości podczas jedzenia. Podejrzewając, że auror będzie z zaskoczenia wpadać do mieszkania, wziął pierwszą lepszą książkę z biblioteczki i udał się do pokoju. Tam nudził się niemiłosiernie. Czas zleciałby mu szybciej, gdyby się zdrzemnął, jednak bał się tego, co zobaczy tym razem.
Nagle usłyszał dzwonek do drzwi. W pierwszej chwili zamarł. Gdy dźwięk się powtórzył, złapał za różdżkę i na palcach zszedł do przedpokoju. Gdyby ktoś miał się dzisiaj zjawić, Alastor by go uprzedził.
– Kim jesteś?
– To ja, Edward. Wpuścisz mnie?
Chwilę się wahał, jednak w końcu stuknął różdżką i otworzył zamki. Siwiejący już mężczyzna uśmiechnął się smutno i wszedł.
– Gdzie to się podziewa nasz ukochany auror?
– Nie mam bladego pojęcia. Ma wrócić dopiero wieczorem.
– To nie zostało mu wiele czasu. – Ed spojrzał na swój kieszonkowy zegarek. – Będzie to dla ciebie problemem, jeśli tu na niego zaczekam?
– Nie, rozgość się. Stało się coś złego?
– Mam nadzieję, że nie. Przychodzę tutaj tylko w prywatnej sprawie. Widzę natomiast, że czujesz się już lepiej. Jak to się w ogóle stało, że tak wstrząsnąłeś całym Zakonem?
– Wstrząsnąłem Zakonem?
Stard nie odpowiedział od razu. Zdjął zabłocone buty i skierował się do salonu, po czym rozsiadł się na kanapie.
– Mógłbym cię prosić o kawę? Jestem naprawdę zmęczony.
Remus wywrócił oczami i poszedł zagotować wodę. Gdy wrócił z parującymi szklankami, mężczyzna nie zaczął tematu. Naprawdę wyglądał, jakby był po przejściach. Lupin doskonale pamiętał go, gdy uratował przed nim Moody'ego. Miał czarne jak skrzydła kruka włosy, a nie było to wcale tak dawno temu.
– Więc – podjął. – Jak wstrząsnąłem Zakonem?
– Jeszcze pytasz? – Zaśmiał się głośno. – Wszyscy usłyszeli o tym jak ich ochroniłeś w swojej wilczej postaci, uratowałeś tego dupka Caradoca i umarłeś. Wydaje mi się, że było im naprawdę przykro z tego powodu.
– Tylko ci się wydaje. – Remus wyszczerzył do niego zęby.
– Jak to w ogóle możliwe, że nie zaatakowałeś nikogo z nas?
– Wywar Tojadowy. Profesor Slughorn przygotował mi go na prośbę Dumbledore'a.
Mężczyzna upił łyk śmierdzącej kawy.
– Czyli teraz będziesz to dostawał co miesiąc?
– Nie, tylko na jakiejś większe akcje, przy których mógłbym się przydać. Chociaż wątpię, żeby miało to mieć miejsce w najbliższym czasie.
– Może to i lepiej. Bo kto by się zajął naszym starym zrzędą, gdybyś wziął i umarł? Ach, muszę być bardziej aktywny w Zakonie. Ostatnie miesiące poświęciłem rodzinie. Wiesz? Urodziła mi się córeczka. Nazwaliśmy ją Betty. Już coś tam mamrota do siebie i...
W tym momencie usłyszeli szczęknięcie zamków i ciche, złowrogie mamrotanie. Moody, stukając swoją drewnianą nogą, wszedł ociężale do salonu. Zamarł zdziwiony na widok gościa.
– Ed, nie spodziewałem się ciebie dzisiaj.
– Jednak jestem. Całe szczęście, że Remus z tobą mieszka, bo pocałowałbym klamkę.
Wzrok aurora spoczął na Lupinie. Ten uśmiechnął się szeroko i wstał.
– Tak, wiem, doskonale wiem, co chcesz teraz powiedzieć. Ale patrz! Masz gościa! Nie każ mu dłużej na siebie czekać.
Gdy to mówił, coraz bardziej zbliżał się do schodów.
– Poczekaj tylko aż stąd pójdzie. Będziesz żałował, że cię Greyback nie wykończył.
– Też cię kocham. – Uśmiechnął się szeroko i wrócił do pokoju. Wiedział, że i tak będzie mieć pogadankę, gdy tylko Edward wyjdzie, jednak nie przejmował się tym zbytnio. Moody lubił narzekać, ale też razem z Uzdrowicielem przesadzali. Może i był lekko osłabiony i obolały, ale już nic mu nie groziło.
Sięgnął po podręcznik z Numerologii i rozsiadł się wygodnie na łóżku. Dopiero głośne burczenie przypomniało mu o niezjedzonym obiedzie. Spojrzał na zegarek. Teraz właściwie pozostało mu tylko zjeść kolację.
Starał się nie słyszeć rozmowy dwóch mężczyzn, jednak na swoje nieszczęście miał podzielną uwagę. Ed informował jedynie, że teraz może być bardziej dostępny dla Zakonu. Gdy w końcu zamknęły się za nim drzwi, w domu zapadła złowroga cisza. Remus odstawił książkę szafkę i zszedł powoli z łóżka. Przeciągnął się powoli i ruszył do kuchni.
Moody udawał, że go nie widzi. Chłopak wziął się więc za robienie kanapek z szynką. Po chwili usiadł przy stole.
– Znowu mnie nie posłuchałeś. – Mężczyzna spojrzał mu twardo w oczy.
– Miałem zostawić Edwarda przed drzwiami i udawać, że nikogo nie ma? Nie wygłupiaj się.
– Miałeś leżeć.
Lupin zaśmiał się cicho i wziął gryza kanapki. Gdy kawałek szynki prześlizgnął się przez jego gardło, przed oczami zobaczył rany, jakie wyrządził Śmierciożercom. Zakrztusił się.
– Wszystko w porządku?
Odkaszlnął kilka razy i spojrzał na Moody'ego.
– Nie umieram, jeśli tego się obawiasz.
– Powinieneś bardziej dbać o swoje zdrowie. Ile razy trzeba ci to jeszcze powtarzać? Nie jesteś już dzieckiem.
– Doskonale o tym wiem. – Odłożył kanapkę. – Jednak to nie moja wina, że jestem pechowcem. Nie proszę się o wypadki. Same do mnie przychodzą.
– Może masz rację. – Zaśmiał się. – Więc teraz odpoczniesz sobie dwa tygodnie i zaczniemy na nowo przydzielać ci misje. Jakieś tam mycie kubków czy robienie rosołu...
– Chyba żartujesz. Dwa tygodnie?
– Tak zalecił Edgar. Nie będę się z nim spierał. – Uśmiechnął się złośliwie i odszedł w stronę lodówki. Po chwili zaczął coś nucić pod nosem.
– Ty wielki gumochłonie... – mruknął pod nosem Remus.
– Coś do mnie powiedział, smarku?
piątek, 2 lutego 2018
Rozdział trzydziesty drugi: Przeprosiny
Tym razem już nie śniły mu się koszmary i obudził się wypoczęty. Zdjął opatrunek z oka i wstał zobaczyć się w lustrze. Cała lewa twarz była pokryta siniakami od ciemnego fioletu po żółty. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim był jeszcze bordowy kolor sugerujący, że to skażona rana. Opuchlizna zeszła dzięki maściom. Oko przekrwione było od licznych popękanych naczynek. Wyglądał okropnie. Wiedział, że o tej porze dzieci pani Weasley pewnie już nie śpią, więc nie chciał ich straszyć. Zakrył oko ponownie i zszedł na dół.
Molly uśmiechnęła się ciepło, była w kuchni sama.
– Masz ochotę na jajecznicę? Moje dzieci jeszcze śpią.
Remus chętnie zjadłby śniadanie. Było pyszne, lecz coś stawało mu ciągle w gardle. Nie chciał jednak sprawić kobiecie przykrości. Chyba jednak coś zauważyła, bo zmarszczyła lekko brwi.
– Czujesz się już lepiej? – spytała po chwili. Remus potwierdził i podziękował.
– Tutaj nie mam żadnych swoich ubrań, chyba lepiej będzie jak wrócę już do Moody'ego. Nie chcę tak długo siedzieć pani na głowie.
– Ależ to żaden problem, skarbie. – Spojrzała na niego z troską. – Możesz zostać jak długo chcesz.
Molly uśmiechnęła się ciepło, była w kuchni sama.
– Masz ochotę na jajecznicę? Moje dzieci jeszcze śpią.
Remus chętnie zjadłby śniadanie. Było pyszne, lecz coś stawało mu ciągle w gardle. Nie chciał jednak sprawić kobiecie przykrości. Chyba jednak coś zauważyła, bo zmarszczyła lekko brwi.
– Czujesz się już lepiej? – spytała po chwili. Remus potwierdził i podziękował.
– Tutaj nie mam żadnych swoich ubrań, chyba lepiej będzie jak wrócę już do Moody'ego. Nie chcę tak długo siedzieć pani na głowie.
– Ależ to żaden problem, skarbie. – Spojrzała na niego z troską. – Możesz zostać jak długo chcesz.
– I miałbym dać Moody'emu tyle dni spokoju? W życiu.
Kobieta uśmiechnęła się ciepło. Umyła talerze i przytuliła Remusa do siebie.
– Radziłabym ci się teleportować do niego już teraz, bo za – zerknęła na zegarek na ścianie - Jakieś dziesięć minut ma być zebranie i Alastor pewnie by się zdenerwował, gdybyś im przerwał.
Remus podziękował, poszedł na górę tylko po maść na skażone rany i wrócił. Jeszcze raz został przytulony, tym razem mocniej.
– Pani nie idzie na zebranie?
– Nie, dzisiaj nie. Muszę zająć się dziećmi, gdy Artur w pracy.
Podziękował jej za wszystko, wyszedł z Nory i okręcił się wokół własnej osi.
Pojawił się przed domem aurora. Padało, więc nałożył na głowę kaptur. Przeszedł przez posesję i zapukał w drzwi. Moody się go nie spodziewał, więc wolał nie wchodzić samodzielnie.
Po kilkunastu sekundach usłyszał ciężkie kroki. Jego opiekun otworzył drzwi i stanął jak wryty.
– Remus!
– O, czyli jeszcze o mnie nie zapomniałeś? – Chłopak uśmiechnął się. Moody przepuścił go, ale wciąż z dziwnym wyrazem przyglądał się jego twarzy.
– Czujesz się już lepiej?
– Tak, wszystko jest dobrze. Mogę nawet wziąć udział w posiedzeniu, jeśli to nie problem.
– Nie, nie, czekamy jeszcze tylko na Albusa.
Lupin skierował się do salonu. Gdy wszedł, wszystkie twarze skierowały się w jego stronę. Większość osób była w szoku, jego przyjaciele uśmiechnęli się szeroko. Odwzajemnił uśmiech i usiadł obok nich.
Po dwóch minutach Moody wrócił w towarzystwie dyrektora. Ten także lekko zdziwił się na widok chłopaka, ale w żaden sposób tego nie skomentował. Zajął miejsce u szczytu stołu, auror tuż obok niego.
– Wszyscy nasi przyjaciele zostali już pochowani. Ministerstwo nie będzie wszczynać nic w tej sprawie, więc nikt nie będzie ciągany po sądach, na nasze szczęście. Chciałbym jeszcze raz wam podziękować za pomoc i poświęcenie. Po tym jak przechwyciliśmy ich plany, stali się ostrożniejsi. W ten sposób jeszcze łatwiej będzie nam ich wytropić i upewnić się, że nie mają czystego sumienia. Musimy podwoić wysiłki, by informacje zdobywać. Dzięki temu mniej osób odda swoje życie. – Jego wzrok spoczął na Remusie. – Na chwilę obecną nie mamy żadnych nowych podejrzanych, razem z Alastorem ustalcie warty do obecnych na następny tydzień. Remusie, ty masz zakaz. – Mrugnął do niego. Chłopak zdążył tylko otworzyć usta i dyrektor wyszedł.
Nikt nie ruszył się z miejsca, bo Moody już rozpisywał dni pilnowania poszczególnych osób. Huncwoci nachylili się ku niemu i z przejęciem pytali o samopoczucie. Widok Remusa siedzącego i rozmawiającego z nimi najwidoczniej ich uspokoił. Uciszyli się, gdy Moody posłał w ich stronę surowe spojrzenie. Czekali na koniec zebrania, gdy Remus poczuł nagle łzę spływającą mu po policzku. Problem był w tym, że nie płakał. Przetarł policzek ręką i zobaczył na niej krew. Przeklnął cicho i wyczarował sobie chusteczkę, którą natychmiast przyłożył do zamkniętego oka.
James nachylił się i zaniepokoił.
– Co się dzieje?
– Nie wiem... Może po prostu pójdę do pokoju i posmaruję maścią?
Wstał, a auror spojrzał na niego natychmiast. Gdy zobaczył, że zakrył oko chusteczką, nie powiedział nic, lecz skinął głową na znak zrozumienia. Remus wyszedł. W pokoju odjął materiał od twarzy i spojrzał na swoje dłonie. Były we krwi. Znowu. Zaparło mu dech w piersiach, gdy przypomniał sobie swoje koszmary oraz coś gorszego - prawdziwe zdarzenia z czasów pełni.
Zrobił rundkę po pokoju, otworzył okno i ponownie spojrzał na dłonie.
Ciekawe, czy mieli rodziny?
Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Dearborn. Szok wyrwał Remusa z zamyślenia.
– To mój pokój i nie zamierzam go opuszczać, żebyś poczuł się lepiej. Ten dom nie jest znowu taki mały – powiedział chłodno i odwrócił się tyłem, żeby nie musieć patrzeć na jego twarz i przypominać sobie swojego wahania.
– Właściwie to... – zaczął mężczyzna. – Chciałem cie przeprosić.
Remus spojrzał na niego.
– Co?
– Byłem dla ciebie dupkiem a mimo to uratowałeś mnie. Niewielu by to zrobiło. Do tego ryzykowałeś swoim życiem. Gdy przynieśli cie do Nory, spisywali cie na straty. Wkurzyłem ich trochę, bo początkowo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dziękuję. I przepraszam. Gdybyś pozwolił, moglibyśmy pchnąć w niepamięć początki naszej znajomości?
– Tak, oczywiście – powiedział Remus, dalej będąc w szoku.
– Mogę cokolwiek dla ciebie zrobić, by się odwdzięczyć?
To już zaczynało być naprawdę dziwne.
– Nie, raczej nie. Dziękuję... – Czarodziej spojrzał na niego ze smutkiem. Widać było, że naprawdę żałuje. Remus odczuł dziwną ulgę. Pożegnał mężczyznę i posmarował ranę na twarzy maścią. Umył dłonie i wrócił do salonu. Jako że zebranie już się skończyło, przy stole siedzieli i pili herbatę tylko Moody oraz Huncwoci. Z uśmiechem zauważył czekający na niego parujący kubek.
– Wszystko w porządku? – Syriusz przyjrzał mu się.
– Tak, już to opanowałem.
– Napisałem do Edgara w tej sprawie. Powinien cie przebadać.
– Dziękuję – mruknął Remus.
– Czego chciał od ciebie Dearborn? – spytał James.
– Nie uwierzycie, ale... Przeprosić. Nie sądziłem nawet, że dożyję tego momentu.
– Chyba trochę wzruszyło go, że uratowałeś mu życie. Może nawet... – Syriusz zniżył głos do szeptu. – ... Go w sobie rozkochałeś?
Remus parsknął śmiechem.
– I co jeszcze? Może nie mam dziewczyny, ale proszę nie robić ze mnie geja!
James westchnął nagle.
– Mam nadzieję, że już więcej nas tak nie będziesz straszyć. Po tym jaką awanturę zrobiła mi Lily, miałem ochotę prosić Voldemorta o schronienie. Naprawdę! Była taka straszna...
– Swoją drogą, dlaczego dzisiaj nie przyszła na zebranie?
– Jest u rodziny. Oczywiście mam do nich zaraz dołączyć i opowiedzieć jak się czujesz. Myślę, że wszyscy przemilczymy twoje dzisiejsze krwawienie.
– Jestem za. – Remus uśmiechnął się lekko. – Jednak dalej nie podoba mi się okłamywanie jej.
James tylko westchnął. Przyjaciele posiedzieli z nim jeszcze chwilę. Rogacz i Łapa wyszli - James do rodziny Lily, tymczasem młody Black miał do wykonania misję. Peter poszedł do kuchni, by dolać sobie herbaty.
W salonie słychać było tylko szelest raportów i skrobanie magicznego, samopiszącego pióra.
– Pomóc? – Remus spojrzał w stronę aurora.
– Tak, tak i zaplamić mi wszystkie pergaminy.
Chłopak westchnął. Nudził się niemiłosiernie. Peter porozmawiał z nim chwilę o kolacji u Lily, podczas której James wyznał jej prawdę.
– Mocno się wkurzyła. Chodziła po całym pokoju, krzyczała. Obwiniała też mnie i Syriusza. Chciała nam pomóc, jednak się nie zgodziliśmy. Gdy byłeś nieprzytomny wstąpiła do Zakonu i dalej denerwowała się na Jamesa. Teraz jest już trochę lepiej, ale łatwo wpada w furię. Zwłaszcza po tym jak zostałeś ranny.
– Od początku mówiłem, że nie powinniśmy jej okłamywać. James jest sam sobie winien.
– Wszystko w porządku? – Syriusz przyjrzał mu się.
– Tak, już to opanowałem.
– Napisałem do Edgara w tej sprawie. Powinien cie przebadać.
– Dziękuję – mruknął Remus.
– Czego chciał od ciebie Dearborn? – spytał James.
– Nie uwierzycie, ale... Przeprosić. Nie sądziłem nawet, że dożyję tego momentu.
– Chyba trochę wzruszyło go, że uratowałeś mu życie. Może nawet... – Syriusz zniżył głos do szeptu. – ... Go w sobie rozkochałeś?
Remus parsknął śmiechem.
– I co jeszcze? Może nie mam dziewczyny, ale proszę nie robić ze mnie geja!
James westchnął nagle.
– Mam nadzieję, że już więcej nas tak nie będziesz straszyć. Po tym jaką awanturę zrobiła mi Lily, miałem ochotę prosić Voldemorta o schronienie. Naprawdę! Była taka straszna...
– Swoją drogą, dlaczego dzisiaj nie przyszła na zebranie?
– Jest u rodziny. Oczywiście mam do nich zaraz dołączyć i opowiedzieć jak się czujesz. Myślę, że wszyscy przemilczymy twoje dzisiejsze krwawienie.
– Jestem za. – Remus uśmiechnął się lekko. – Jednak dalej nie podoba mi się okłamywanie jej.
James tylko westchnął. Przyjaciele posiedzieli z nim jeszcze chwilę. Rogacz i Łapa wyszli - James do rodziny Lily, tymczasem młody Black miał do wykonania misję. Peter poszedł do kuchni, by dolać sobie herbaty.
W salonie słychać było tylko szelest raportów i skrobanie magicznego, samopiszącego pióra.
– Pomóc? – Remus spojrzał w stronę aurora.
– Tak, tak i zaplamić mi wszystkie pergaminy.
Chłopak westchnął. Nudził się niemiłosiernie. Peter porozmawiał z nim chwilę o kolacji u Lily, podczas której James wyznał jej prawdę.
– Mocno się wkurzyła. Chodziła po całym pokoju, krzyczała. Obwiniała też mnie i Syriusza. Chciała nam pomóc, jednak się nie zgodziliśmy. Gdy byłeś nieprzytomny wstąpiła do Zakonu i dalej denerwowała się na Jamesa. Teraz jest już trochę lepiej, ale łatwo wpada w furię. Zwłaszcza po tym jak zostałeś ranny.
– Od początku mówiłem, że nie powinniśmy jej okłamywać. James jest sam sobie winien.
Peter wzruszył ramionami. Dopił herbatę i wrócił do siebie.
Gdy Remus poszedł do kuchni, by z pomocą zaklęcia umyć i pochować wszystkie kubki, ktoś zapukał do drzwi. Moody poszedł przywitać nowego gościa i już po chwili do uszu Remusa doszła rozmowa dwóch mężczyzn.
– Dostałem sowę od ciebie i skoczyłem na nanosekundę do Munga. Gdzie jest teraz?
– W kuchni.
– Czemu nie ma go w łóżku? Dostał nakaz leżenia! Stracił dużo krwi i pierwszy raz zażył Wywar Tojadowy.
Lupin wiedział już, że będzie mieć kłopoty, więc szybko sprzątnął resztę kubków i psychicznie nastawił na konfrontację z czarodziejami.
Gdy Remus poszedł do kuchni, by z pomocą zaklęcia umyć i pochować wszystkie kubki, ktoś zapukał do drzwi. Moody poszedł przywitać nowego gościa i już po chwili do uszu Remusa doszła rozmowa dwóch mężczyzn.
– Dostałem sowę od ciebie i skoczyłem na nanosekundę do Munga. Gdzie jest teraz?
– W kuchni.
– Czemu nie ma go w łóżku? Dostał nakaz leżenia! Stracił dużo krwi i pierwszy raz zażył Wywar Tojadowy.
Lupin wiedział już, że będzie mieć kłopoty, więc szybko sprzątnął resztę kubków i psychicznie nastawił na konfrontację z czarodziejami.
Edgar wszedł do pomieszczenia z ustami ściągniętymi w wąską linię. Ciekawe czy był spokrewniony z McGonagall?
– Dlaczego nie leżysz w łóżku?
– Nudziło mi się. – Remus spróbował użyć swojego czarującego uśmiechu.
– I dlatego potem krwawiłeś z oka. Nic o siebie nie dbasz! Z takim podejściem nie dożyjesz następnych urodzin! Ech! – Rzucił swoją medyczną torbą na blat, wyciągnął rękawiczki i jakieś pudełko.
– Ostatnio trafił do nas pacjent pogryziony przez wilkołaka, więc udało mi się zebrać trochę dyptamu i sproszkowanego srebra. To na pewno będzie skuteczniejsze niż maść. Gdy mi się uda, przemycę tego więcej. Teraz pokaż mi to nieszczęsne oko.
– Ostatnio trafił do nas pacjent pogryziony przez wilkołaka, więc udało mi się zebrać trochę dyptamu i sproszkowanego srebra. To na pewno będzie skuteczniejsze niż maść. Gdy mi się uda, przemycę tego więcej. Teraz pokaż mi to nieszczęsne oko.
Podszedł do chłopaka i przyjrzał się dokładnie jego ranie. Mruknął do siebie niezadowolony, wziął na palce kawałek dyptamu i delikatnie wsmarował. Remus poczuł ostry ból i zimno, jednak to pierwsze już po chwili zniknęło. Gorsze miało dopiero nadejść. Ściągnął koszulkę i opatrunek. Uzdrowiciel chwilę poprzyglądał się ranie, ale i na nią zaczął nanosić dyptam. Remus myślał, że krzyknie z bólu. Zamiast tego zacisnął zęby i zadrżał. Moody przyglądał mu się w ciszy.
W końcu cała powierzchnia rany była wysmarowana lekarstwem, ale w przeciwieństwie do oka, ból nie ustępował, tylko jeszcze się powiększał. Edgar ponownie zawinął bandaż i zajrzał mu w oczy.
W końcu cała powierzchnia rany była wysmarowana lekarstwem, ale w przeciwieństwie do oka, ból nie ustępował, tylko jeszcze się powiększał. Edgar ponownie zawinął bandaż i zajrzał mu w oczy.
– Na pewno czujesz się dobrze? Żadnych zawrotów głowy, mdłości?
– Tak, wszystko w porządku.
– Powinieneś się położyć. Zwłaszcza po tym krwawieniu. Dać ci coś nasennego?
Remus speszony tą troską podziękował, ale odmówił. Wiedział, że nie ma sensu się z nimi spierać, więc udał się do swojego pokoju i usiadł na łóżku. Westchnął i przyjrzał się ranie na boku. Wyglądała odrażająco.
Prawie natychmiast ujrzał przed oczami rozszarpane gardła Śmierciożerców. Przełknął nerwowo ślinę i próbował wymazać obrazy z pamięci. Może gdyby zjadł czekoladę... Jednak był już na odwyku dokładnie piętnaście miesięcy i nie chciał tego niszczyć. Westchnął.
piątek, 26 stycznia 2018
Rozdział trzydziesty pierwszy: Poczucie winy
Remus ocknął się, a przynajmniej tak mu się wydawało. Czuł ból każdą komórką swojego ciała. Próbował otworzyć oczy, ale kosztowało go to zbyt wiele wysiłku. Nie wiedział nawet czy jest nadal w ciele wilka. Próbował sobie przypomnieć, co się stało. Była pełnia, przemienił się, lecz miał świadomość. Brał udział w walce Zakonu. Nie pamiętał dlaczego. Gdy próbował przypomnieć sobie szczegóły, całość zaczęła mu jakby umykać i znowu pochłonęła go nicość.
Wieczność później ponownie w małym stopniu odzyskał świadomość. Znowu próbował sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia. W pewnej chwili usłyszał znajomy głos.
– Remusie... Ty głupku. Po co ich tak niepokoisz? Oboje wiemy, że z tego wyjdziesz, nie daj im dłużej czekać. – Chłopak próbował sobie przypomnieć do kogo należał owy głos. – Wiesz, gdy się obudziłem kilka godzin temu, dowiedziałem się, że ukąsił mnie wilkołak. To był dla mnie szok. Nie chciałem przechodzić tego, co ty. Chciałem umrzeć. Potem zacząłem mieć nadzieję, że to da się odwrócić, że może jak w tych wszystkich książkach mugoli, ty mógłbyś wyssać ze mnie truciznę. Wiem, że to głupie, ale myślałem, że moglibyśmy spróbować. Odkryć taki sposób leczenia. Tymczasem dowiedziałem się, że jedyny dobry wilkołak na tym świecie umiera. Z winy jakiegoś dupka. – Postać westchnęła. – Tu już nawet nie chodzi o mnie, Remusie. Wiem, że z końcem tej pełni zginę. Zakon nie potrzebuje kolejnych ofiar. Po prostu przestań się dąsać i obudź się.
Remus chciał dowiedzieć się, kim jest mówca. Włożył cały swój wysiłek w otwarcie oczu, jednak nawet nie drgnęły. Spróbował wydać jakiś dźwięk, jednak i tym razem mu się nie udało. Ogarnęła go panika. Dlaczego nie potrafił nic zrobić? Czuł się jak więzień swojego umysłu.
Mówca westchnął i Lupin usłyszał oddalające się kroki. Potem jakąś niewyraźną rozmowę. Chciało mu się wyć z bólu i bezsilności. Czekał w tym zawieszeniu chyba kilka tygodni, aż ponownie stracił przytomność.
Obudził się i od razu poczuł, że coś się zmieniło. Otworzył oczy, ale oślepiające światło i palący ból w lewej części twarzy sprawił, że szybko mocniej zacisnął powieki. Skrzywił się, co wywołało kolejną falę bólu. Krzyknął zachrypniętym głosem. Prawie natychmiast usłyszał jakiś hałas wokół siebie.
– Remusie?! – Głos Molly uspokoił go trochę. – Nie otwieraj oczu, zaraz założę ci opatrunek, skarbie. Arturze! Skontaktuj się proszę z Albusem i Edgarem. Remus się obudził!
Chłopak poczuł lekki chłód na lewej części twarzy. Westchnął z ulgą. Kobieta pogłaskała go po głowie. Otworzył prawe oko i spojrzał na nią. W jej spojrzeniu widział mieszaninę strachu i ulgi.
– Ja... Prawie nic nie pamiętam – wychrypiał.
– Spokojnie, pewnie zaraz wróci ci pamięć. Przyniosę ci wody, nawet się nie podnoś.
Remus tylko się uśmiechnął. Nawet gdyby chciał, nie miał teraz na to siły. Po chwili ponownie usłyszał kroki. Rozpoznał po nich dyrektora Hogwartu. Towarzyszył mu ich znajomy uzdrowiciel. Albus zatrzymał się w pewnej odległości od jego łóżka, natomiast czarodziej podszedł jak najbliżej.
– Obudziłeś się! Powoli zaczynałem wątpić czy do tego dojdzie. Mów szybko jak się czujesz.
– Dobrze, tylko jestem trochę obolały.
– Trochę? – Czarodziej poświecił mu światłem z końca różdżki w prawe oko. – Straciłeś kawał mięsa, jesteś cały pogryziony i prawie straciłeś oko. Jeśli nie czujesz bólu prawidłowo, będę chyba musiał zabrać cie do Munga. Odwlekałem to, bo bałem się, że trafisz po tym do ośrodka. A teraz pokaż mi się.
Mężczyzna podniósł kołdrę i odsłonił brzuch Remusa, cały obwiązany bandażami. Machnął różdżką i zakrwawiony materiał wysunął się. Lupin podniósł lekko głowę, by spojrzeć na ranę i zobaczył rozszarpany fragment skóry i mięśni. Nie wyglądało to ciekawie.
Chłopak zerknął na Dumbledore'a. Z zaciętą miną przyglądał się jak uzdrowiciel wsmarowuje w bok Remusa jakąś cuchnącą maź. Lupin starał się nie pokazywać jak ogromny sprawia mu to ból, jednak mimowolnie zaczął drżeć. Niemal westchnął z ulgą, gdy opatrunki zacisnęły się i znieruchomiały.
– Zamknij oczy – nakazał mężczyzna. Powoli oderwał opatrunek z jego twarzy. – Możesz na mnie spojrzeć?
Remus otworzył oczy, jednak piekący ból lewego kazał mu zamrugać szybko. Edgar podniósł mu palcami powiekę i zaświecił różdżką.
– Reaguje normalnie... Widzisz wszystko wyraźnie? I z daleka, i z bliska? – Lunatyk potwierdził i skrzywił się. Uzdrowiciel ponownie założył mu opatrunek. – Wychodzi na to, że wszystko jest w porządku. Dłuższy czas spędzi jeszcze w łóżku i wolałbym jeszcze poobserwować oko, ale myślę, że obejdzie się bez dodatkowych problemów. Nie wiem jak to zrobiłeś, Remusie, ale miałeś prawdziwe szczęście w nieszczęściu. Będę się zbierał. Gdyby coś, wiecie.
Odwrócił się i opuścił pokój. Molly także wyszła. Między Remusem i Dumbledore'em nastała nagle krępująca cisza.
– Remusie...
– Czy Syriusz, James i Peter są cali? A reszta? Czy ktoś...
– Mieliśmy sześć ofiar, jednak mogło ich być znacznie więcej. Nie ma wśród nich twoich przyjaciół. Są zdrowi i bardzo się o ciebie martwią. Walczyliście dobrze.
Chłopak odetchnął z ulgą. Miał jednak jeszcze kilka wątpliwości.
– Dlaczego pojawiły się inne wilkołaki? Wiedzieliście o tym wcześniej?
– Nie i gdybyśmy wiedzieli, nie narażalibyśmy cie. Przepraszam, Remusie. Wiem, że to nie wynagrodzi ci tego całego bólu.
– Czy ktoś został przez nich ukąszony?
– Dobrze nas broniłeś. Ale chyba wiem o kogo ci chodzi. Caradoc? – Lupin skinął głową. – Uratowałeś go w ostatniej chwili i on o tym wie. Nie musisz się tym martwić.
Chłopak zorientował się, że dyrektor nie odpowiedział na jego pytanie, gdy pewien fragment wspomnień powrócił.
– Panie profesorze – zaczął.
– Tak, Remusie?
– Czasami... Czasami odzyskiwałem przytomność i słyszałem co się dzieje wokół mnie. Za którymś razem ktoś do mnie mówił. Głos, który już kiedyś słyszałem, ale nie potrafię go sobie teraz przypomnieć. Osoba ta mówiła, że została ukąszona, ale że pewnie nie dożyje końca pełni. Czy to znaczy... – urwał.
– Nie mylisz się. Jedna osoba została ukąszona, jednak nie po to, by zostać wilkołakiem. Benio został ugryziony w szyję. Nawet, gdyby jego organizm był na tyle silny, by trucizna go nie zabiła, wkrótce zabrakłoby nam krwi do transfuzji. Umarł w tym samym momencie, w którym ty się przemieniłeś. Umierał szczęśliwy, pożegnał się z rodziną, dlatego, jeśli mogę cię jeszcze o cokolwiek prosić, nie obwiniaj się. Byłeś sam przeciwko pięciu.
Remus znieruchomiał. Benio Fenwick nie przeżył. Co on wtedy do niego mówił? Coś o wyssaniu trucizny? Może to rzeczywiście by go uratowało, ale Remus po raz kolejny okazał się bezużyteczny?
– Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
– Gdyby mógł pan poinformować Petera, Jamesa i Syriusza...
– Nie ma problemu.
Gdy Dumbledore wyszedł, wróciła Molly z kanapkami. Remus, choć nie jadł od dwóch dni, nie czuł głodu. Mimo to wmusił w siebie jedną kanapkę, by zbytnio nie martwić pani Weasley.
Zamknął oczy. Czuł się tak ogromnie zmęczony. Zanim zdążył zasnąć, odwiedzili go przyjaciele i... Lily.
– Jakbym mogła to bym cię teraz rozszarpała! – wyrzuciła ze złością.
– No widzisz, prawie się spóźniłaś.
– James wszystko mi powiedział. Nie rozumiem jak mogłeś milczeć? Trzymaliście mnie w niewiedzy miesiąc! Miesiąc! A jeszcze teraz poszliście sobie beze mnie walczyć. No i jaki mamy tego finał? Jaki? Cały Zakon, łącznie z Dumbledore'em, spisywali cię na straty. – Nagle w jej oczach pojawił się smutek. – Ja też się bałam, że już się nie obudzisz. Byłeś ranny, wykrwawiałeś się...
– Przepraszam.
James spojrzał na Lily ze skruchą. Przyjaciele siedzieli z Remusem dobre dwie godziny i opowiadali mu, co działo się w walce oraz tuż po niej.
– McGonagall stanęła w twojej obronie – powiedział z podziwem Peter.
– Racja – zgodził się James. – Dearborn znowu gadał coś pod twoim adresem. Hagrid zaczął go szarpać i wtedy wkroczyła McGonagall. Najpierw kazała Hagridowi się uspokoić, potem skarciła Dearborna. Mówiła, że uratowałeś mu życie i należy ci się szacunek.
– Jak na to zareagował?
– Nic już więcej nie powiedział. Wrócił do siebie.
Remus ziewnął. Przyjaciele pożegnali się z nim i obiecali, że odwiedzą go jutro. Chłopak poczuł lekki głód. Nie chciał jednak fatygować pani Weasley, więc ostrożnie sam zszedł do kuchni. Po drodze minął wejście do piwnicy. Zatrzymał się przy nich i wpatrzył w nie. Tam na dole leży Benio Fenwick. Martwy z jego nieudolności. Wyciągnął niepewnie rękę w stronę klamki. Przełknął ślinę i cicho wszedł. Było tu znacznie chłodniej. Odpowiedzialne za to były między innymi zaklęcia. Choć wiedział, że ofiar śmiertelnych było sześć, zobaczył tylko trzy ciała: Benia, Penelopę Daniels oraz jej męża. Ci ostatni nie mieli już żadnej rodziny, więc to Zakon musiał zająć się formalnościami związanymi z pochówkiem. Remus podszedł do Fenwicka i skierował wzrok na jego szyję.
Wieczność później ponownie w małym stopniu odzyskał świadomość. Znowu próbował sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia. W pewnej chwili usłyszał znajomy głos.
– Remusie... Ty głupku. Po co ich tak niepokoisz? Oboje wiemy, że z tego wyjdziesz, nie daj im dłużej czekać. – Chłopak próbował sobie przypomnieć do kogo należał owy głos. – Wiesz, gdy się obudziłem kilka godzin temu, dowiedziałem się, że ukąsił mnie wilkołak. To był dla mnie szok. Nie chciałem przechodzić tego, co ty. Chciałem umrzeć. Potem zacząłem mieć nadzieję, że to da się odwrócić, że może jak w tych wszystkich książkach mugoli, ty mógłbyś wyssać ze mnie truciznę. Wiem, że to głupie, ale myślałem, że moglibyśmy spróbować. Odkryć taki sposób leczenia. Tymczasem dowiedziałem się, że jedyny dobry wilkołak na tym świecie umiera. Z winy jakiegoś dupka. – Postać westchnęła. – Tu już nawet nie chodzi o mnie, Remusie. Wiem, że z końcem tej pełni zginę. Zakon nie potrzebuje kolejnych ofiar. Po prostu przestań się dąsać i obudź się.
Remus chciał dowiedzieć się, kim jest mówca. Włożył cały swój wysiłek w otwarcie oczu, jednak nawet nie drgnęły. Spróbował wydać jakiś dźwięk, jednak i tym razem mu się nie udało. Ogarnęła go panika. Dlaczego nie potrafił nic zrobić? Czuł się jak więzień swojego umysłu.
Mówca westchnął i Lupin usłyszał oddalające się kroki. Potem jakąś niewyraźną rozmowę. Chciało mu się wyć z bólu i bezsilności. Czekał w tym zawieszeniu chyba kilka tygodni, aż ponownie stracił przytomność.
Obudził się i od razu poczuł, że coś się zmieniło. Otworzył oczy, ale oślepiające światło i palący ból w lewej części twarzy sprawił, że szybko mocniej zacisnął powieki. Skrzywił się, co wywołało kolejną falę bólu. Krzyknął zachrypniętym głosem. Prawie natychmiast usłyszał jakiś hałas wokół siebie.
– Remusie?! – Głos Molly uspokoił go trochę. – Nie otwieraj oczu, zaraz założę ci opatrunek, skarbie. Arturze! Skontaktuj się proszę z Albusem i Edgarem. Remus się obudził!
Chłopak poczuł lekki chłód na lewej części twarzy. Westchnął z ulgą. Kobieta pogłaskała go po głowie. Otworzył prawe oko i spojrzał na nią. W jej spojrzeniu widział mieszaninę strachu i ulgi.
– Ja... Prawie nic nie pamiętam – wychrypiał.
– Spokojnie, pewnie zaraz wróci ci pamięć. Przyniosę ci wody, nawet się nie podnoś.
Remus tylko się uśmiechnął. Nawet gdyby chciał, nie miał teraz na to siły. Po chwili ponownie usłyszał kroki. Rozpoznał po nich dyrektora Hogwartu. Towarzyszył mu ich znajomy uzdrowiciel. Albus zatrzymał się w pewnej odległości od jego łóżka, natomiast czarodziej podszedł jak najbliżej.
– Obudziłeś się! Powoli zaczynałem wątpić czy do tego dojdzie. Mów szybko jak się czujesz.
– Dobrze, tylko jestem trochę obolały.
– Trochę? – Czarodziej poświecił mu światłem z końca różdżki w prawe oko. – Straciłeś kawał mięsa, jesteś cały pogryziony i prawie straciłeś oko. Jeśli nie czujesz bólu prawidłowo, będę chyba musiał zabrać cie do Munga. Odwlekałem to, bo bałem się, że trafisz po tym do ośrodka. A teraz pokaż mi się.
Mężczyzna podniósł kołdrę i odsłonił brzuch Remusa, cały obwiązany bandażami. Machnął różdżką i zakrwawiony materiał wysunął się. Lupin podniósł lekko głowę, by spojrzeć na ranę i zobaczył rozszarpany fragment skóry i mięśni. Nie wyglądało to ciekawie.
Chłopak zerknął na Dumbledore'a. Z zaciętą miną przyglądał się jak uzdrowiciel wsmarowuje w bok Remusa jakąś cuchnącą maź. Lupin starał się nie pokazywać jak ogromny sprawia mu to ból, jednak mimowolnie zaczął drżeć. Niemal westchnął z ulgą, gdy opatrunki zacisnęły się i znieruchomiały.
– Zamknij oczy – nakazał mężczyzna. Powoli oderwał opatrunek z jego twarzy. – Możesz na mnie spojrzeć?
Remus otworzył oczy, jednak piekący ból lewego kazał mu zamrugać szybko. Edgar podniósł mu palcami powiekę i zaświecił różdżką.
– Reaguje normalnie... Widzisz wszystko wyraźnie? I z daleka, i z bliska? – Lunatyk potwierdził i skrzywił się. Uzdrowiciel ponownie założył mu opatrunek. – Wychodzi na to, że wszystko jest w porządku. Dłuższy czas spędzi jeszcze w łóżku i wolałbym jeszcze poobserwować oko, ale myślę, że obejdzie się bez dodatkowych problemów. Nie wiem jak to zrobiłeś, Remusie, ale miałeś prawdziwe szczęście w nieszczęściu. Będę się zbierał. Gdyby coś, wiecie.
Odwrócił się i opuścił pokój. Molly także wyszła. Między Remusem i Dumbledore'em nastała nagle krępująca cisza.
– Remusie...
– Czy Syriusz, James i Peter są cali? A reszta? Czy ktoś...
– Mieliśmy sześć ofiar, jednak mogło ich być znacznie więcej. Nie ma wśród nich twoich przyjaciół. Są zdrowi i bardzo się o ciebie martwią. Walczyliście dobrze.
Chłopak odetchnął z ulgą. Miał jednak jeszcze kilka wątpliwości.
– Dlaczego pojawiły się inne wilkołaki? Wiedzieliście o tym wcześniej?
– Nie i gdybyśmy wiedzieli, nie narażalibyśmy cie. Przepraszam, Remusie. Wiem, że to nie wynagrodzi ci tego całego bólu.
– Czy ktoś został przez nich ukąszony?
– Dobrze nas broniłeś. Ale chyba wiem o kogo ci chodzi. Caradoc? – Lupin skinął głową. – Uratowałeś go w ostatniej chwili i on o tym wie. Nie musisz się tym martwić.
Chłopak zorientował się, że dyrektor nie odpowiedział na jego pytanie, gdy pewien fragment wspomnień powrócił.
– Panie profesorze – zaczął.
– Tak, Remusie?
– Czasami... Czasami odzyskiwałem przytomność i słyszałem co się dzieje wokół mnie. Za którymś razem ktoś do mnie mówił. Głos, który już kiedyś słyszałem, ale nie potrafię go sobie teraz przypomnieć. Osoba ta mówiła, że została ukąszona, ale że pewnie nie dożyje końca pełni. Czy to znaczy... – urwał.
– Nie mylisz się. Jedna osoba została ukąszona, jednak nie po to, by zostać wilkołakiem. Benio został ugryziony w szyję. Nawet, gdyby jego organizm był na tyle silny, by trucizna go nie zabiła, wkrótce zabrakłoby nam krwi do transfuzji. Umarł w tym samym momencie, w którym ty się przemieniłeś. Umierał szczęśliwy, pożegnał się z rodziną, dlatego, jeśli mogę cię jeszcze o cokolwiek prosić, nie obwiniaj się. Byłeś sam przeciwko pięciu.
Remus znieruchomiał. Benio Fenwick nie przeżył. Co on wtedy do niego mówił? Coś o wyssaniu trucizny? Może to rzeczywiście by go uratowało, ale Remus po raz kolejny okazał się bezużyteczny?
– Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
– Gdyby mógł pan poinformować Petera, Jamesa i Syriusza...
– Nie ma problemu.
Gdy Dumbledore wyszedł, wróciła Molly z kanapkami. Remus, choć nie jadł od dwóch dni, nie czuł głodu. Mimo to wmusił w siebie jedną kanapkę, by zbytnio nie martwić pani Weasley.
Zamknął oczy. Czuł się tak ogromnie zmęczony. Zanim zdążył zasnąć, odwiedzili go przyjaciele i... Lily.
– Jakbym mogła to bym cię teraz rozszarpała! – wyrzuciła ze złością.
– No widzisz, prawie się spóźniłaś.
– James wszystko mi powiedział. Nie rozumiem jak mogłeś milczeć? Trzymaliście mnie w niewiedzy miesiąc! Miesiąc! A jeszcze teraz poszliście sobie beze mnie walczyć. No i jaki mamy tego finał? Jaki? Cały Zakon, łącznie z Dumbledore'em, spisywali cię na straty. – Nagle w jej oczach pojawił się smutek. – Ja też się bałam, że już się nie obudzisz. Byłeś ranny, wykrwawiałeś się...
– Przepraszam.
James spojrzał na Lily ze skruchą. Przyjaciele siedzieli z Remusem dobre dwie godziny i opowiadali mu, co działo się w walce oraz tuż po niej.
– McGonagall stanęła w twojej obronie – powiedział z podziwem Peter.
– Racja – zgodził się James. – Dearborn znowu gadał coś pod twoim adresem. Hagrid zaczął go szarpać i wtedy wkroczyła McGonagall. Najpierw kazała Hagridowi się uspokoić, potem skarciła Dearborna. Mówiła, że uratowałeś mu życie i należy ci się szacunek.
– Jak na to zareagował?
– Nic już więcej nie powiedział. Wrócił do siebie.
Remus ziewnął. Przyjaciele pożegnali się z nim i obiecali, że odwiedzą go jutro. Chłopak poczuł lekki głód. Nie chciał jednak fatygować pani Weasley, więc ostrożnie sam zszedł do kuchni. Po drodze minął wejście do piwnicy. Zatrzymał się przy nich i wpatrzył w nie. Tam na dole leży Benio Fenwick. Martwy z jego nieudolności. Wyciągnął niepewnie rękę w stronę klamki. Przełknął ślinę i cicho wszedł. Było tu znacznie chłodniej. Odpowiedzialne za to były między innymi zaklęcia. Choć wiedział, że ofiar śmiertelnych było sześć, zobaczył tylko trzy ciała: Benia, Penelopę Daniels oraz jej męża. Ci ostatni nie mieli już żadnej rodziny, więc to Zakon musiał zająć się formalnościami związanymi z pochówkiem. Remus podszedł do Fenwicka i skierował wzrok na jego szyję.
Ubrudzone krwią bandaże zasłaniały ranę. Zdjął je delikatnie i zamarł. Mężczyzna miał wielką, postrzępioną dziurę, pełną zaschniętej krwi. Wilkołak, który mu to zrobił, nie chciał go zarazić. Zachował się dokładnie jak on. Zadrżał i szybko zawinął ponownie szyję trupa. Na wiotkich nogach powrócił do kuchni i umył ręce. Usiadł, lecz dalej się trząsł. Poczuł w ustach metaliczny posmak. Wstał szybko, po czym złapał się stołu, by nie upaść. Głód był coraz dotkliwszy, więc podszedł do lodówki i otworzył ją. Wziął masło oraz szynkę, przeniósł to na blat i przygotował sobie kanapkę. Wciąż lekko go mdliło, a nie chciał marnować jedzenia.
Nie potrafił jednak przełknąć pierwszego kęsa. Drugim i trzecim się zakrztusił. Czuł w sobie jakąś wewnętrzną blokadę. Przed oczami nagle pojawili mu się Śmierciożercy. Ich przerażone krzyki, tryskająca z rozszarpanych gardeł krew, ostatnie konwulsje. Zrobiło mu się niedobrze, więc wstał i najszybciej jak mógł, skierował się do toalety. Mimo bólu boku, nachylił się nad sedesem i zwymiotował. Usta umył w umywalce i spojrzał na siebie w lustrze. Nie licząc siniaków spod opatrunku, był przeraźliwie blady. Wrócił do kuchni, skąd wziął kanapkę i wyrzucił ją, po czym udał się do pokoju. Położył się i poczuł ogromne zmęczenie. Wszystko go bolało, trząsł się i dalej czuł kwas w przełyku. Miał ogromny żal do samego siebie, że zgodził się na tę misję. Zamknął oczy.
Gdy Molly Weasley weszła do pokoju, już spał. Pogłaskała go po głowie i zostawiła samego.
Nie potrafił jednak przełknąć pierwszego kęsa. Drugim i trzecim się zakrztusił. Czuł w sobie jakąś wewnętrzną blokadę. Przed oczami nagle pojawili mu się Śmierciożercy. Ich przerażone krzyki, tryskająca z rozszarpanych gardeł krew, ostatnie konwulsje. Zrobiło mu się niedobrze, więc wstał i najszybciej jak mógł, skierował się do toalety. Mimo bólu boku, nachylił się nad sedesem i zwymiotował. Usta umył w umywalce i spojrzał na siebie w lustrze. Nie licząc siniaków spod opatrunku, był przeraźliwie blady. Wrócił do kuchni, skąd wziął kanapkę i wyrzucił ją, po czym udał się do pokoju. Położył się i poczuł ogromne zmęczenie. Wszystko go bolało, trząsł się i dalej czuł kwas w przełyku. Miał ogromny żal do samego siebie, że zgodził się na tę misję. Zamknął oczy.
Gdy Molly Weasley weszła do pokoju, już spał. Pogłaskała go po głowie i zostawiła samego.
Otworzył oczy. Siedział na ziemi, cały uwalany we krwi. Podniósł wzrok i zobaczył rozszarpane ciała wokół niego. Było ich mnóstwo. Wśród trupów nie byli tylko zamaskowani ludzie. Rozpoznał twarze Dumbledore'a, pani Weasley, Hagrida oraz Huncwotów. Usłyszał jakiś hałas, odwrócił się i wtedy ukazał mu się masakryczny widok. Jego wykrwawiająca się matka czołgała się w jego stronę. Ostatniem sił wyciągnęła pogryzioną rękę i wychrypiała:
– To... twoja wina... Remusie. Twoja wina...
Krzyknął i zerwał się. Był cały mokry. Wyplątał dłonie z kołdry i przyjrzał się im nerwowo. Już nie były ubrudzone krwią. Dyszał ciężko.
Nie zwrócił nawet uwagi na to, że rudowłosa kobieta wpadła do pokoju.
– Co się stało, skarbie?!
Spojrzał na jej twarz i nie odpowiedział. Natychmiast do niego przybiegła i obejrzała poddenerwowana. W końcu przytuliła go do siebie.
– To tylko zły sen, tylko zły sen. Nic się nie dzieje, kochanie.
Mimowolnie zaczął drżeć. Przed oczami wciąż miał obraz pogryzionej i umierającej matki. Gdy w końcu się uspokoił, kobieta wyszła. Wróciła po chwili z jakimś eliksirem.
– Napij się, po tym spokojnie zaśniesz.
– Dziękuję. – Wziął fiolkę i zażył napój. Położył się i prawie natychmiast poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Pani Weasley pogłaskała go czule po głowie i wyszła.
– To... twoja wina... Remusie. Twoja wina...
Krzyknął i zerwał się. Był cały mokry. Wyplątał dłonie z kołdry i przyjrzał się im nerwowo. Już nie były ubrudzone krwią. Dyszał ciężko.
Nie zwrócił nawet uwagi na to, że rudowłosa kobieta wpadła do pokoju.
– Co się stało, skarbie?!
Spojrzał na jej twarz i nie odpowiedział. Natychmiast do niego przybiegła i obejrzała poddenerwowana. W końcu przytuliła go do siebie.
– To tylko zły sen, tylko zły sen. Nic się nie dzieje, kochanie.
Mimowolnie zaczął drżeć. Przed oczami wciąż miał obraz pogryzionej i umierającej matki. Gdy w końcu się uspokoił, kobieta wyszła. Wróciła po chwili z jakimś eliksirem.
– Napij się, po tym spokojnie zaśniesz.
– Dziękuję. – Wziął fiolkę i zażył napój. Położył się i prawie natychmiast poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Pani Weasley pogłaskała go czule po głowie i wyszła.
piątek, 19 stycznia 2018
Rozdział trzydziesty: Minuta ciszy
– Czy ktoś widział Remusa? – zapytał zaniepokojony James.
– Walczył z innymi wilkołakami, potem zniknął mi z oczu – powiedziała McGonagall.
– Pewnie do nich dołączył. – Caradoc spojrzał na wszystkich z kpiącym uśmieszkiem i przycisnął dłoń do ramienia. – Tak jak przewidziałem.
Hagrid, który przybył na wezwanie Dumbledore'a, zaczerwienił się nagle i trzasnął o ziemię parasolką.
– Spokój! – Nakazał natychmiast Dumbledore. – Musimy pozbierać ciała i przetransportować je do domu Molly, tak z nią uzgodniliśmy. Śmierciożerców musimy wynieść gdzieś dalej, choćby do lasu. Ważniejsi od ciał są ranni! Co do Remusa... – Spojrzał z poczuciem winy na Huncwotów. – Jestem pewny, że go znajdziemy.
– Walczył z innymi wilkołakami, potem zniknął mi z oczu – powiedziała McGonagall.
– Pewnie do nich dołączył. – Caradoc spojrzał na wszystkich z kpiącym uśmieszkiem i przycisnął dłoń do ramienia. – Tak jak przewidziałem.
Hagrid, który przybył na wezwanie Dumbledore'a, zaczerwienił się nagle i trzasnął o ziemię parasolką.
– Spokój! – Nakazał natychmiast Dumbledore. – Musimy pozbierać ciała i przetransportować je do domu Molly, tak z nią uzgodniliśmy. Śmierciożerców musimy wynieść gdzieś dalej, choćby do lasu. Ważniejsi od ciał są ranni! Co do Remusa... – Spojrzał z poczuciem winy na Huncwotów. – Jestem pewny, że go znajdziemy.
Hagrid niósł kolejne ciało i ułożył je obok pozostałych członków Zakonu czekających na transport. Jak na razie znalazł tylko pięć ofiar śmiertelnych. Reszta w większym lub mniejszym stopniu była ranna. Brakowało Remusa. Hagrid wiedział, że nie ma go wśród ciał, bo natychmiast wypatrzyłby jego jasną sierść. Nie chciał też uwierzyć, że chłopak uciekł z innymi wilkołakami, bo, jak mówił psor, zażył Wywar Tojadowy i był w pełni świadomy. Mógł jednak zostać uprowadzony. Wziął dwa ciała Śmierciożerców i przerzucił je sobie przez ramiona. Zgodnie z instrukcją, miał je schować w lesie. Nie chciał zbytnio się oddalać, więc rzucił je w jakieś krzaki. Gdy się odwracał, zobaczył kątem oka coś jasnego.
Spojrzał w tamtą stronę i rozpoznał Remusa. Leżał w kałuży krwi, nie poruszał się. Hagrid podbiegł do niego i podniósł szybko. Czuł słabe tętno chłopaka. Prawie natychmiast rzuciła mu się w oczy ogromna rana na jego lewym boku. Przeklinając, że nie ma ze sobą żadnych bandaży, wrócił do miejsca walki.
– Psorze! Psorze! Znalazłem Remuska!
Dumbledore i Moody spojrzeli na Rubeusa, tymczasem James i Syriusz pobiegli w jego kierunku. Peter był obecnie w domu Molly Weasley.
– Co z nim?! – James pobladł.
– Nie wiem. Jest, cholibka, poważnie ranny.
Dumbledore podszedł do nich.
– Alastorze, zabierz go natychmiast do Nory. Wyślij też wiadomość do naszego uzdrowiciela. Wiem, że odsypia dyżur z Munga, jednak bez niego nam się nie obejdzie.
Auror złapał Hagrida za palec i teleportował się. Półolbrzym szybko wszedł do domu i po krótkiej rozmowie z Molly, położył Lupina na kanapie w salonie. W tym samym czasie patronus Moody'ego pomknął w ciemną noc.
Niecałe dwie minuty później głośny trzask poinformował ich, że Edgar Bones aportował się. Był w bordowej piżamie i szlafroku. Włosy miał rozczochrane. Spojrzał na Moody'ego i zachrypniętym głosem spytał o powód wezwania.
– Remus jest poważnie ranny. Widziałem sporo ran na całym ciele, w tym jedną źle wyglądającą na boku. Jest nieprzytomny i stracił sporo krwi.
– Ale on... – Edgar spojrzał na księżyc.
– Tak, jest przemieniony. Wypił Wywar Tojadowy.
Uzdrowiciel wszedł szybko do środka i zbliżył się do Remusa.
– Nie, nie, tutaj mam zbyt mały dostęp.
Machnął różdżką i zrzucił wszystkie rzeczy ze stolika. Machnął nią drugi raz i mebel zalśnił czystością.
– Hagridzie, gdybyś mógł...
Półolbrzym, chlipiąc, podniósł nieprzytomnego Remusa i położył go na stole. Kilka minut Edgar krzątał się wokoło niego, wyczarował sobie nawet rękawiczki. W końcu westchnął.
– Nie jestem w stanie nic zrobić. To skażone rany. Musimy poczekać, aż się przemieni, wtedy będę mógł mu jakoś pomóc maściami. Teraz tylko go zabandażuję i musimy mieć nadzieję, że jakoś się z tego wyliże.
Coś w jego spojrzeniu powiedziało im, że najprawdopodobniej Remus nie przetrwa tego.
Wziął bandaże i z pomocą Hagrida założył ciasne opatrunki. Potem przenieśli go z powrotem na kanapę.
Mężczyzna wyszedł z Nory razem z Alastorem.
– Czy jeśli Lupin umrze w ciele wilka, wróci jeszcze do dawnej formy?
– Nie mam bladego pojęcia – westchnął uzdrowiciel. – Pozwól, że na chwilę wrócę do siebie i przyniosę więcej swoich rzeczy. Trochę odciążę panią Weasley.
W momencie, gdy on się deportował, aportowali się Huncwoci. Pomagali kolejnym rannym.
– Co z Remusem? – Syriusz wpatrzył się w zakrwawiony pysk swego przyjaciela.
– Musimy czekać na koniec pełni. Teraz mu nie pomożemy. – Alastor stanął w drzwiach. – Czy to już wszyscy?
– Nie, zaraz zjawi się Artur z dwoma rannymi. My już musimy wracać po ciała.
I rzeczywiście, po kilku sekundach pojawił się Artur, trzymając za ręce Dedalusa Diggle'a i Caradoca. Dedalus utykał, tymczazem Dearborn trzymał za krwawiące ramię. Edgar natychmiast do nich podbiegł.
– Dedalusie, myślę, że Molly powinna sobie poradzić z tym złamaniem. Car, chodź za mną, zaraz ci zdezynfekuję ranę.
Ten ledwo wszedł do salonu, zatrzymał się i krzyknął z oburzeniem.
– Czemu to zwierze leży na kanapie? Tylko zajmuje miejsce rannym!
Nastała cisza i wszyscy wrogo spojrzeli na czarodzieja. On nawet tego nie zauważył - nienawistne spojrzenie skierował na Remusa. Hagrid podszedł do niego i złapał go za poły szaty.
– NIE BĘDZIESZ WIĘCEJ NAZYWAŁ REMUSA ZWIERZEM! TY MAŁY...
– Hagridzie! – krzyknęła McGonagall. – Postaw, proszę, pana Dearborna na ziemię!
Gdy ten to zrobił, sama do niego podeszła szybkim krokiem.
– Tak się składa, że Lupin uratował pańskie zdrowie a nawet życie przed wilkołakiem. Widziałam tę sytuację. Widziałam też potem jak z tego powodu został otoczony. Nie dość, że teraz umiera za pana, to nawet po tym wszystkim, nie może pan mu okazać szacunku? Nie będziemy tego więcej tolerować w Zakonie. Liczę, że zaprzestanie pan tej dziecinady, w innym wypadku będę musiała pomówić z Albusem!
Mężczyzna zbladł.
– Umiera...?
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy wrócili do swoich obowiązków. Edgar bez słowa, ale ze srogą miną obmył mu ranę i zakleił magią.
Spojrzał w tamtą stronę i rozpoznał Remusa. Leżał w kałuży krwi, nie poruszał się. Hagrid podbiegł do niego i podniósł szybko. Czuł słabe tętno chłopaka. Prawie natychmiast rzuciła mu się w oczy ogromna rana na jego lewym boku. Przeklinając, że nie ma ze sobą żadnych bandaży, wrócił do miejsca walki.
– Psorze! Psorze! Znalazłem Remuska!
Dumbledore i Moody spojrzeli na Rubeusa, tymczasem James i Syriusz pobiegli w jego kierunku. Peter był obecnie w domu Molly Weasley.
– Co z nim?! – James pobladł.
– Nie wiem. Jest, cholibka, poważnie ranny.
Dumbledore podszedł do nich.
– Alastorze, zabierz go natychmiast do Nory. Wyślij też wiadomość do naszego uzdrowiciela. Wiem, że odsypia dyżur z Munga, jednak bez niego nam się nie obejdzie.
Auror złapał Hagrida za palec i teleportował się. Półolbrzym szybko wszedł do domu i po krótkiej rozmowie z Molly, położył Lupina na kanapie w salonie. W tym samym czasie patronus Moody'ego pomknął w ciemną noc.
Niecałe dwie minuty później głośny trzask poinformował ich, że Edgar Bones aportował się. Był w bordowej piżamie i szlafroku. Włosy miał rozczochrane. Spojrzał na Moody'ego i zachrypniętym głosem spytał o powód wezwania.
– Remus jest poważnie ranny. Widziałem sporo ran na całym ciele, w tym jedną źle wyglądającą na boku. Jest nieprzytomny i stracił sporo krwi.
– Ale on... – Edgar spojrzał na księżyc.
– Tak, jest przemieniony. Wypił Wywar Tojadowy.
Uzdrowiciel wszedł szybko do środka i zbliżył się do Remusa.
– Nie, nie, tutaj mam zbyt mały dostęp.
Machnął różdżką i zrzucił wszystkie rzeczy ze stolika. Machnął nią drugi raz i mebel zalśnił czystością.
– Hagridzie, gdybyś mógł...
Półolbrzym, chlipiąc, podniósł nieprzytomnego Remusa i położył go na stole. Kilka minut Edgar krzątał się wokoło niego, wyczarował sobie nawet rękawiczki. W końcu westchnął.
– Nie jestem w stanie nic zrobić. To skażone rany. Musimy poczekać, aż się przemieni, wtedy będę mógł mu jakoś pomóc maściami. Teraz tylko go zabandażuję i musimy mieć nadzieję, że jakoś się z tego wyliże.
Coś w jego spojrzeniu powiedziało im, że najprawdopodobniej Remus nie przetrwa tego.
Wziął bandaże i z pomocą Hagrida założył ciasne opatrunki. Potem przenieśli go z powrotem na kanapę.
Mężczyzna wyszedł z Nory razem z Alastorem.
– Czy jeśli Lupin umrze w ciele wilka, wróci jeszcze do dawnej formy?
– Nie mam bladego pojęcia – westchnął uzdrowiciel. – Pozwól, że na chwilę wrócę do siebie i przyniosę więcej swoich rzeczy. Trochę odciążę panią Weasley.
W momencie, gdy on się deportował, aportowali się Huncwoci. Pomagali kolejnym rannym.
– Co z Remusem? – Syriusz wpatrzył się w zakrwawiony pysk swego przyjaciela.
– Musimy czekać na koniec pełni. Teraz mu nie pomożemy. – Alastor stanął w drzwiach. – Czy to już wszyscy?
– Nie, zaraz zjawi się Artur z dwoma rannymi. My już musimy wracać po ciała.
I rzeczywiście, po kilku sekundach pojawił się Artur, trzymając za ręce Dedalusa Diggle'a i Caradoca. Dedalus utykał, tymczazem Dearborn trzymał za krwawiące ramię. Edgar natychmiast do nich podbiegł.
– Dedalusie, myślę, że Molly powinna sobie poradzić z tym złamaniem. Car, chodź za mną, zaraz ci zdezynfekuję ranę.
Ten ledwo wszedł do salonu, zatrzymał się i krzyknął z oburzeniem.
– Czemu to zwierze leży na kanapie? Tylko zajmuje miejsce rannym!
Nastała cisza i wszyscy wrogo spojrzeli na czarodzieja. On nawet tego nie zauważył - nienawistne spojrzenie skierował na Remusa. Hagrid podszedł do niego i złapał go za poły szaty.
– NIE BĘDZIESZ WIĘCEJ NAZYWAŁ REMUSA ZWIERZEM! TY MAŁY...
– Hagridzie! – krzyknęła McGonagall. – Postaw, proszę, pana Dearborna na ziemię!
Gdy ten to zrobił, sama do niego podeszła szybkim krokiem.
– Tak się składa, że Lupin uratował pańskie zdrowie a nawet życie przed wilkołakiem. Widziałam tę sytuację. Widziałam też potem jak z tego powodu został otoczony. Nie dość, że teraz umiera za pana, to nawet po tym wszystkim, nie może pan mu okazać szacunku? Nie będziemy tego więcej tolerować w Zakonie. Liczę, że zaprzestanie pan tej dziecinady, w innym wypadku będę musiała pomówić z Albusem!
Mężczyzna zbladł.
– Umiera...?
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy wrócili do swoich obowiązków. Edgar bez słowa, ale ze srogą miną obmył mu ranę i zakleił magią.
Huncwoci wrócili z ostatnimi ciałami i usiedli na ziemi przy kanapie przyjaciela. Nic nie mówili.
Poza Remusem jeszcze dwie osoby były ciężko ranne - Elfias Doge i Benio Fenwick. Elfias został trafiony jakąś klątwą i co kilka minut tracił przytomność. Benio natomiast został ukąszony przez wilkołaka w gardło. Choć robili wszystko, co mogli, nie byli w stanie zatamować krwawienia, tak samo, jak w przypadku Remusa. Leżąc na kanapie naprzeciwko chłopaka, spoglądał na niego z przerażeniem. Najwidoczniej wyobrażał sobie siebie w tej postaci.
Dumbledore zjawił się pomieszczeniu i spojrzał na Remusa, Elfiasa i Benia ze smutkiem. Westchnął. Podszedł szybko do Moody'ego i Molly, którzy pomagali Edgarowi w opatrywaniu rannych. Rozmawiali szeptem, marszcząc przy tym czoła.
Czarodziej zakasał nagle rękawy i podszedł do Elfiasa. Stał nad nim skupiony, machając od czasu do czasu różdżką. Doge nagle ocknął się.
– Profesor... Co pan...
– Jak się teraz czujesz, Elfiasie? – zapytał.
– Inaczej. Już nic mnie nie "ciągnie" w dół. – Podrapał się po głowie. – Dziękuję.
Dumbledore podziękował Fenwickowi cicho za pomoc. Zerknął na Remusa i grupkę jego przyjaciół z bólem w oczach, ale nie podszedł do nich.
Przeszedł na środek pokoju i zabrał głos.
– Dziś wszyscy walczyliście dzielnie. Dziękuję wam. Nie odnieśliśmy dziś porażki, jednak też nie przybliżyliśmy się do zwycięstwa. Zabiliśmy dwudziestu trzech Śmierciożerców. Straciliśmy jednak piątkę wspaniałych przyjaciół. Uczcijmy minutą ciszy Penelopę i Alberta Daniels, Suzan Hover, Maxa Persena oraz Willa Flooda.
Wszyscy zamilkli i zwiesili głowy. Poczucie straty dławiło ich w gardłach. Po dłuższej chwili Albus kontynuował:
– Jeśli czujecie się dobrze, wracajcie do siebie i odpocznijcie. Zasłużyliście na to. Uważajcie na siebie po drodze.
Huncwoci nawet nie drgnęli.
– Chłopcy...
– Nie, profesorze. Nie zostawimy Remusa w takim stanie – przerwał mu James.
– Nie, James. Powinieneś porozmawiać w tym momencie z Lily. Jeśli Remus... – głos Syriusza zadrżał nieznacznie. – Jeśli Remus się z tego nie wyliże, powinna tutaj przyjść.
Spojrzeli na siebie z bólem.
– Syriuszu, mogę być pewny, że w razie jakiejkolwiek zmiany czy to na lepsze, czy na gorsze, skontaktujesz się ze mną i Edgarem?
– Oczywiście – przyrzekł chłopak.
– Dziękuję.
Dumbledore odwrócił się i wyszedł. Peter i James zrobili po chwili to samo.
Syriusz siedział wciąż w tej samej pozycji i choć wszystko już go bolało, nie ruszył się. Molly stanęła za jego plecami i nic nie mówiła, dopóki chłopak na nią nie spojrzał. Miała zmartwiony wyraz twarzy.
– Kochanie, pomógłbyś mi umyć jego twarz z tej całej krwi? Tylko chyba będziemy musieli użyć rękawiczek.
– Dobrze, już się robi, pani Weasley! – Natychmiast zerwał się i machnął różdżką. Miska napełniła się letnią wodą i pofrunęła do niego. Zaraz za nią pojawiły się dwie białe szmatki. Wyczarowali sobie rękawiczki i zaczęli delikatnie odmywać mu futro na pysku. W pewnym momencie Syriusz odkrył, że przez oko Remusa przebiega płytka rana, która jednak nie chciała się zasklepić. Zacisnął zęby. Ileż by teraz dał, by wypatroszyć Greybacka.
Poza Remusem jeszcze dwie osoby były ciężko ranne - Elfias Doge i Benio Fenwick. Elfias został trafiony jakąś klątwą i co kilka minut tracił przytomność. Benio natomiast został ukąszony przez wilkołaka w gardło. Choć robili wszystko, co mogli, nie byli w stanie zatamować krwawienia, tak samo, jak w przypadku Remusa. Leżąc na kanapie naprzeciwko chłopaka, spoglądał na niego z przerażeniem. Najwidoczniej wyobrażał sobie siebie w tej postaci.
Dumbledore zjawił się pomieszczeniu i spojrzał na Remusa, Elfiasa i Benia ze smutkiem. Westchnął. Podszedł szybko do Moody'ego i Molly, którzy pomagali Edgarowi w opatrywaniu rannych. Rozmawiali szeptem, marszcząc przy tym czoła.
Czarodziej zakasał nagle rękawy i podszedł do Elfiasa. Stał nad nim skupiony, machając od czasu do czasu różdżką. Doge nagle ocknął się.
– Profesor... Co pan...
– Jak się teraz czujesz, Elfiasie? – zapytał.
– Inaczej. Już nic mnie nie "ciągnie" w dół. – Podrapał się po głowie. – Dziękuję.
Dumbledore podziękował Fenwickowi cicho za pomoc. Zerknął na Remusa i grupkę jego przyjaciół z bólem w oczach, ale nie podszedł do nich.
Przeszedł na środek pokoju i zabrał głos.
– Dziś wszyscy walczyliście dzielnie. Dziękuję wam. Nie odnieśliśmy dziś porażki, jednak też nie przybliżyliśmy się do zwycięstwa. Zabiliśmy dwudziestu trzech Śmierciożerców. Straciliśmy jednak piątkę wspaniałych przyjaciół. Uczcijmy minutą ciszy Penelopę i Alberta Daniels, Suzan Hover, Maxa Persena oraz Willa Flooda.
Wszyscy zamilkli i zwiesili głowy. Poczucie straty dławiło ich w gardłach. Po dłuższej chwili Albus kontynuował:
– Jeśli czujecie się dobrze, wracajcie do siebie i odpocznijcie. Zasłużyliście na to. Uważajcie na siebie po drodze.
Huncwoci nawet nie drgnęli.
– Chłopcy...
– Nie, profesorze. Nie zostawimy Remusa w takim stanie – przerwał mu James.
– Nie, James. Powinieneś porozmawiać w tym momencie z Lily. Jeśli Remus... – głos Syriusza zadrżał nieznacznie. – Jeśli Remus się z tego nie wyliże, powinna tutaj przyjść.
Spojrzeli na siebie z bólem.
– Syriuszu, mogę być pewny, że w razie jakiejkolwiek zmiany czy to na lepsze, czy na gorsze, skontaktujesz się ze mną i Edgarem?
– Oczywiście – przyrzekł chłopak.
– Dziękuję.
Dumbledore odwrócił się i wyszedł. Peter i James zrobili po chwili to samo.
Syriusz siedział wciąż w tej samej pozycji i choć wszystko już go bolało, nie ruszył się. Molly stanęła za jego plecami i nic nie mówiła, dopóki chłopak na nią nie spojrzał. Miała zmartwiony wyraz twarzy.
– Kochanie, pomógłbyś mi umyć jego twarz z tej całej krwi? Tylko chyba będziemy musieli użyć rękawiczek.
– Dobrze, już się robi, pani Weasley! – Natychmiast zerwał się i machnął różdżką. Miska napełniła się letnią wodą i pofrunęła do niego. Zaraz za nią pojawiły się dwie białe szmatki. Wyczarowali sobie rękawiczki i zaczęli delikatnie odmywać mu futro na pysku. W pewnym momencie Syriusz odkrył, że przez oko Remusa przebiega płytka rana, która jednak nie chciała się zasklepić. Zacisnął zęby. Ileż by teraz dał, by wypatroszyć Greybacka.
piątek, 12 stycznia 2018
Rozdział dwudziesty dziewiąty: Wywar Tojadowy
Gdy następnego dnia zorganizowali spotkanie Zakonu, dowiedzieli się, że jest jeszcze gorzej. Ze śledzenia zwolenników Voldemorta dowiedzieli się, że planują zaatakować rodzinę Marleny McKinnon i wymusić na nich wstąpienie w ich szeregi. Atak zaplanowany był na 28 lipca. Rodzina skryła się u Arabelli Figg, natomiast w jej domu, w wieczór poprzedzający atak, mieli zjawić się członkowie Zakonu. Sprawa była o tyle poważna, że w piwnicy domostwa mieli ogromne pokłady kopii z ich Księgi Członków oraz zdobytych informacji. Mogli je stamtąd zabrać a rodzinę ukryć, jednak przypuszczanie ataku na ten jeden dom było bardzo niepokojące. Nie mogli po prostu uciec i pozostawić dom pusty. Zwolennicy Czarnego Pana znaleźliby inny sposób. Musieli się też dowiedzieć, kto przekazał im informacje o miejscu ukrycia ich protokołów.
– Wciąż brakuje nam ludzi. Chłopcy, czy moglibyście...? – Dumbledore zwrócił się do Huncwotów.
James, Syriusz i Peter wyrazili zgody.
– Ja odpadam – Remus skrzywił się nieznacznie. – To drugi dzień pełni.
– Myślałem o tym od pewnego czasu, Remusie. Profesor Slughorn na moją prośbę przygotował kilka porcji Wywaru Tojadowego. Czy gdybyś był w pełni świadom, pomógłbyś nam?
– Ja... Nie wiem. Nigdy nie walczyłem jako wilkołak.
– Rozumiem, jeśli nie będziesz chciał.
Remus spojrzał w niebieskie oczy profesora i westchnął. W tym samym momencie odezwał się Dearborn.
– Czy to nie wydaje wam się dziwne? Uciekają wilkołaki, szuka ich wilkołak, a potem ten sam wilkołak nie chce brać udziału w walce. Brzmi jak zasadzka.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. Oczy Remusa zwęziły się nieznacznie.
– Dobrze, mogę spróbować – wysyczał. Przez chwilę wydawało mu się, że zobaczył coś na kształt poczucia winy i żalu w oczach dyrektora, jednak iskra ta szybko zniknęła.
– Dziękuję, Remusie. To dla mnie wiele znaczy. Dostarczę eliksir jeszcze dziś wieczorem. Powinieneś pić go codziennie aż do pełni.
Czarodziej podszedł do Moody'ego. Remus już miał udać się do swojego pokoju, gdy Dearborn znów się odezwał.
– Więc teraz chcesz nas wszystkich pozabijać albo zarazić? Tego żądał od ciebie Czarny Pan? Chyba jest zadowolony z takiego grzecznego pupilka, rozkochującego w sobie Dumbledore'a?
Lupin zacisnął pięści, ale nie odwrócił się do niego.
– NIE jestem zwolennikiem Voldemorta. Tak, Voldemorta, bo nie jest on naszym panem. Będę brał udział w walce. Jeśli ci to przeszkadza, zawsze możesz zrezygnować. Nikt cię nie zmusza. Nie rozumiem czemu masz do mnie uprzedzenia, ale nie będę nawet próbował ich zmienić. Przestań jednak mącić i siać intrygi. Nikomu to nie pomoże. – Spojrzał na niego z pogardą i odszedł.
Peter wyszedł zaraz za nim, by sprawdzić czy wszystko z przyjacielem w porządku. Syriusz i James zostali na swoich miejscach, ale czuć było bijącą od nich wrogość.
Caradoc nie odezwał się już ani słowem, gdy poznał adres, deportował się. Tymczasem Dumbledore wziął z Hogwartu Wywar Tojadowy i wrócił, by osobiście dostarczyć go Remusowi. Było już przed dziesiątą wieczorem, wszyscy, łącznie z Huncwotami, rozeszli się do swoich rodzin. Alastor siedział na kanapie i popijał z chłopakiem herbatę.
– Remusie, w ostatni dzień wypij dawkę najpóźniej godzinę przed przemianą i najwcześniej trzy. Jeśli eliksir się nie udał, obezwładnimy cie i zamkniemy, więc nie musisz się bać o to, że kogokolwiek skrzywdzisz. – Lupin przytaknął na znak, że zrozumiał. – Niestety nie możemy sobie pozwolić na powiększenie armii wilkołaków, więc musiałbym cię prosić, byś mordował zwolenników Voldemorta natychmiastowo. Wiem, że brzmi to brutalnie. Nie będę miał do ciebie żalu, jeśli teraz zrezygnujesz.
Moody przyjrzał się chłopakowi. Nie potrafił uwierzyć w to, że byłby zdolny do zabijania w ciele bestii podczas swojej pełnej świadomości. Był na to zbyt dobry. Nienawidził w wilkołakach tej dzikości.
– Wciąż brakuje nam ludzi. Chłopcy, czy moglibyście...? – Dumbledore zwrócił się do Huncwotów.
James, Syriusz i Peter wyrazili zgody.
– Ja odpadam – Remus skrzywił się nieznacznie. – To drugi dzień pełni.
– Myślałem o tym od pewnego czasu, Remusie. Profesor Slughorn na moją prośbę przygotował kilka porcji Wywaru Tojadowego. Czy gdybyś był w pełni świadom, pomógłbyś nam?
– Ja... Nie wiem. Nigdy nie walczyłem jako wilkołak.
– Rozumiem, jeśli nie będziesz chciał.
Remus spojrzał w niebieskie oczy profesora i westchnął. W tym samym momencie odezwał się Dearborn.
– Czy to nie wydaje wam się dziwne? Uciekają wilkołaki, szuka ich wilkołak, a potem ten sam wilkołak nie chce brać udziału w walce. Brzmi jak zasadzka.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. Oczy Remusa zwęziły się nieznacznie.
– Dobrze, mogę spróbować – wysyczał. Przez chwilę wydawało mu się, że zobaczył coś na kształt poczucia winy i żalu w oczach dyrektora, jednak iskra ta szybko zniknęła.
– Dziękuję, Remusie. To dla mnie wiele znaczy. Dostarczę eliksir jeszcze dziś wieczorem. Powinieneś pić go codziennie aż do pełni.
Czarodziej podszedł do Moody'ego. Remus już miał udać się do swojego pokoju, gdy Dearborn znów się odezwał.
– Więc teraz chcesz nas wszystkich pozabijać albo zarazić? Tego żądał od ciebie Czarny Pan? Chyba jest zadowolony z takiego grzecznego pupilka, rozkochującego w sobie Dumbledore'a?
Lupin zacisnął pięści, ale nie odwrócił się do niego.
– NIE jestem zwolennikiem Voldemorta. Tak, Voldemorta, bo nie jest on naszym panem. Będę brał udział w walce. Jeśli ci to przeszkadza, zawsze możesz zrezygnować. Nikt cię nie zmusza. Nie rozumiem czemu masz do mnie uprzedzenia, ale nie będę nawet próbował ich zmienić. Przestań jednak mącić i siać intrygi. Nikomu to nie pomoże. – Spojrzał na niego z pogardą i odszedł.
Peter wyszedł zaraz za nim, by sprawdzić czy wszystko z przyjacielem w porządku. Syriusz i James zostali na swoich miejscach, ale czuć było bijącą od nich wrogość.
Caradoc nie odezwał się już ani słowem, gdy poznał adres, deportował się. Tymczasem Dumbledore wziął z Hogwartu Wywar Tojadowy i wrócił, by osobiście dostarczyć go Remusowi. Było już przed dziesiątą wieczorem, wszyscy, łącznie z Huncwotami, rozeszli się do swoich rodzin. Alastor siedział na kanapie i popijał z chłopakiem herbatę.
– Remusie, w ostatni dzień wypij dawkę najpóźniej godzinę przed przemianą i najwcześniej trzy. Jeśli eliksir się nie udał, obezwładnimy cie i zamkniemy, więc nie musisz się bać o to, że kogokolwiek skrzywdzisz. – Lupin przytaknął na znak, że zrozumiał. – Niestety nie możemy sobie pozwolić na powiększenie armii wilkołaków, więc musiałbym cię prosić, byś mordował zwolenników Voldemorta natychmiastowo. Wiem, że brzmi to brutalnie. Nie będę miał do ciebie żalu, jeśli teraz zrezygnujesz.
Moody przyjrzał się chłopakowi. Nie potrafił uwierzyć w to, że byłby zdolny do zabijania w ciele bestii podczas swojej pełnej świadomości. Był na to zbyt dobry. Nienawidził w wilkołakach tej dzikości.
Przez chwilę się wahał, ale postanowił, że ich wspomoże. Dumbledore dopił herbatę i poprawił okulary-połówki.
– Czas na mnie. Śpijcie dobrze.
Moody zamknął za mężczyzną drzwi i wrócił do salonu. Do ręki wziął jeden flakon Wywaru Tojadowego i przyjrzał mu się.
– Wiesz jak drogi to eliksir?
– Wiem - odparł Remus z lekkim uśmiechem i wziął wywar do ręki. – Dlatego jeszcze nigdy go nie próbowałem.
– Ciekawe czy kiedyś powstanie coś lepszego?
– Może...? – powiedział Remus bez entuzjazmu. Doskonale wiedział, że nic takiego nie powstanie. Trucizna była zbyt silna, by cokolwiek mogło sobie z nią poradzić. Nikt też nie chciał marnować swojego czasu i pieniędzy na tak bezsensowny projekt. Wymagałoby to także współpracy z wilkołakami. O ile nie brakowałoby chętnych do eksperymentów, nikt nie chciałby mieć z nimi do czynienia. Póki żyli jego rodzice, desperacko szukali lekarstwa oraz ludzi gotowych go wynaleźć. Teraz, gdy ich zabrakło, Remus zaniechał poszukiwań. Nadzieja w nim umarła.
Moody schował pozostałe flakony do szuflady i opatulił się szczelniej szlafrokiem.
– Jak zamierzasz ich zabijać? – spytał niby od niechcenia. Remus nie odpowiedział od razu.
– Nie wiem jeszcze. Może będę przegryzał im gardła? Nic innego mi do głowy nie przychodzi. Nie jestem Greybackiem.
To ostatnie powiedział jakby nieświadomie.
– Nikt tego od ciebie nie wymaga – powiedział cicho Alastor. – Dobranoc.
– Branoc.
– Nie siedź do późna.
Chłopak odkorkował buteleczkę, powąchaj jej zawartość i skrzywił się. Wypił wywar duszkiem i po chwili zaczął kaszleć. Jeszcze nigdy w życiu nie pił czegoś tak ohydnego. Nie poczuł jednak żadnej różnicy.
– Czas na mnie. Śpijcie dobrze.
Moody zamknął za mężczyzną drzwi i wrócił do salonu. Do ręki wziął jeden flakon Wywaru Tojadowego i przyjrzał mu się.
– Wiesz jak drogi to eliksir?
– Wiem - odparł Remus z lekkim uśmiechem i wziął wywar do ręki. – Dlatego jeszcze nigdy go nie próbowałem.
– Ciekawe czy kiedyś powstanie coś lepszego?
– Może...? – powiedział Remus bez entuzjazmu. Doskonale wiedział, że nic takiego nie powstanie. Trucizna była zbyt silna, by cokolwiek mogło sobie z nią poradzić. Nikt też nie chciał marnować swojego czasu i pieniędzy na tak bezsensowny projekt. Wymagałoby to także współpracy z wilkołakami. O ile nie brakowałoby chętnych do eksperymentów, nikt nie chciałby mieć z nimi do czynienia. Póki żyli jego rodzice, desperacko szukali lekarstwa oraz ludzi gotowych go wynaleźć. Teraz, gdy ich zabrakło, Remus zaniechał poszukiwań. Nadzieja w nim umarła.
Moody schował pozostałe flakony do szuflady i opatulił się szczelniej szlafrokiem.
– Jak zamierzasz ich zabijać? – spytał niby od niechcenia. Remus nie odpowiedział od razu.
– Nie wiem jeszcze. Może będę przegryzał im gardła? Nic innego mi do głowy nie przychodzi. Nie jestem Greybackiem.
To ostatnie powiedział jakby nieświadomie.
– Nikt tego od ciebie nie wymaga – powiedział cicho Alastor. – Dobranoc.
– Branoc.
– Nie siedź do późna.
Chłopak odkorkował buteleczkę, powąchaj jej zawartość i skrzywił się. Wypił wywar duszkiem i po chwili zaczął kaszleć. Jeszcze nigdy w życiu nie pił czegoś tak ohydnego. Nie poczuł jednak żadnej różnicy.
***
27 lipca prawie nie rozmawiali. Każdy był zajęty własnymi myślami. Syriusz i James przyszli, by być przy przemianie Remusa. Peter został w domu - ze stresu nie spał w nocy i teraz był wyczerpany. Lupin był wdzięczny swoim przyjaciołom, że tak o niego dbają i bał się pełni jakby trochę mniej. W końcu będzie prawie tak samo, jak w Hogwarcie, prawda? Prawie...
Gdy została już tylko godzina do przemiany, Remus wypił ostatni flakon do dna i skrzywił się.
– To teraz czekamy – powiedział Syriusz i uśmiechnął się.
– Kto z was będzie z Remusem podczas przemiany?
Łapa i Rogacz spojrzeli na siebie i skinęli głowami.
– Syriusz. – James uśmiechnął się. – Jestem dużym zwierzęciem i mógłbym nie trafić w niego porożem w tak małym pomieszczeniu. Syriusz będzie miał więcej możliwości do popisu, przy założeniu, że eliksir nie zadziała.
Moody przytaknął i już nic nie powiedział. W końcu Syriusz i Remus poszli do pomieszczenia przeznaczonego na przemiany. Łapa uśmiechnął się do przyjaciela i uścisnął go. Odsunął się na bezpieczną odległość i zamienił w psa. Szczeknął radośnie. Remus uśmiechnął się i w tej samej chwili poczuł ból w kręgosłupie. Nie był to jednak ten sam ból, co zwykle. Czuł się, jakby był otumaniony przez środki przeciwbólowe, dzięki czemu potrafił to znieść. Ani razu nawet nie krzyknął. Gdy przemiana dobiegła końca czuł się... Normalnie. Był tylko zamknięty w wilczym ciele. Spojrzał na czarnego psa. Ten bacznie go obserwował, po chwili jednak przemienił się w człowieka.
– Zadziałało, prawda? – Remus skinął głową. Syriusz podbiegł do niego i wtulił się w jego szyję. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę.
Gdy została już tylko godzina do przemiany, Remus wypił ostatni flakon do dna i skrzywił się.
– To teraz czekamy – powiedział Syriusz i uśmiechnął się.
– Kto z was będzie z Remusem podczas przemiany?
Łapa i Rogacz spojrzeli na siebie i skinęli głowami.
– Syriusz. – James uśmiechnął się. – Jestem dużym zwierzęciem i mógłbym nie trafić w niego porożem w tak małym pomieszczeniu. Syriusz będzie miał więcej możliwości do popisu, przy założeniu, że eliksir nie zadziała.
Moody przytaknął i już nic nie powiedział. W końcu Syriusz i Remus poszli do pomieszczenia przeznaczonego na przemiany. Łapa uśmiechnął się do przyjaciela i uścisnął go. Odsunął się na bezpieczną odległość i zamienił w psa. Szczeknął radośnie. Remus uśmiechnął się i w tej samej chwili poczuł ból w kręgosłupie. Nie był to jednak ten sam ból, co zwykle. Czuł się, jakby był otumaniony przez środki przeciwbólowe, dzięki czemu potrafił to znieść. Ani razu nawet nie krzyknął. Gdy przemiana dobiegła końca czuł się... Normalnie. Był tylko zamknięty w wilczym ciele. Spojrzał na czarnego psa. Ten bacznie go obserwował, po chwili jednak przemienił się w człowieka.
– Zadziałało, prawda? – Remus skinął głową. Syriusz podbiegł do niego i wtulił się w jego szyję. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę.
Moody czekał w napięciu. Miał nadzieję, że nic złego się nie wydarzyło. Po niespełna pięciu minutach wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha Syriusz, za nim szedł spokojnie bardzo duży wilk, który z łatwością mógłby utrzymać się na dwóch łapach.
– Luniak, siad! – zawołał do niego James, a w oczach igrały mu wesołe błyski. Wilkołak spojrzał na niego i przekręcił głowę. Gdyby miał ludzką twarz, widzieliby pewnie kpiący uśmieszek.
Auror przyjrzał mu się. Gdy kiedyś był świadkiem przemiany Lupina, bardziej skupiał się na jego ostrych zębach i oczach pełnych żądzy mordu. Dopiero teraz mógł zobaczyć, że sierść Remusa w minimalnym stopniu przypominała jego kolor włosów. Łapy były potężne, pysk krótszy niż u normalnego wilka.
– No, skoro wszystko jest w porządku, ja spadam do Lily. Pozdrowię ją od ciebie, Remi. Do jutra.
– Ja też już pójdę. – Syriusz poczochrał go po karku. – Nie wyj Moody'emu nad uchem, bo jeszcze potraktuje cię jakąś klątwą, zobaczysz.
Remus pacnął go lekko łapą w nogę, na co Syriusz zaśmiał się głośno. Lupin podszedł do kanapy i położył się na ziemi.
– Nie wygłupiaj się – mruknął Moody. – Wskakuj na kanapę.
Już po chwili Remus leżał obok niego. Mężczyzna pogłaskał go lekko po głowie. Nic nie mówił, bo Remus i tak by mu nie odpowiedział. W okolicach północy przypomniał sobie, że powinien być wypoczęty, więc wstał i już miał iść na piętro, gdy przypomniał sobie, że Remusowi mogłoby się zachcieć pić. Napełnił miskę wodą i postawił na stole. Zauważył, że chłopak przysnął.
Dziwnie było mieć wilkołaka obok siebie i czuć się bezpiecznie. Twórca wywaru musiał być naprawdę zdolnym czarodziejem. Wspiął się po schodach, wszedł do sypialni, przysiadł na łóżku i zaczął zdejmować swoją drewnianą nogę. Czuł napięcie związane ze zbliżającą się walką. Na pewno nie obejdzie się bez ofiar. Kto tym razem będzie mieć mniej szczęścia?
– Luniak, siad! – zawołał do niego James, a w oczach igrały mu wesołe błyski. Wilkołak spojrzał na niego i przekręcił głowę. Gdyby miał ludzką twarz, widzieliby pewnie kpiący uśmieszek.
Auror przyjrzał mu się. Gdy kiedyś był świadkiem przemiany Lupina, bardziej skupiał się na jego ostrych zębach i oczach pełnych żądzy mordu. Dopiero teraz mógł zobaczyć, że sierść Remusa w minimalnym stopniu przypominała jego kolor włosów. Łapy były potężne, pysk krótszy niż u normalnego wilka.
– No, skoro wszystko jest w porządku, ja spadam do Lily. Pozdrowię ją od ciebie, Remi. Do jutra.
– Ja też już pójdę. – Syriusz poczochrał go po karku. – Nie wyj Moody'emu nad uchem, bo jeszcze potraktuje cię jakąś klątwą, zobaczysz.
Remus pacnął go lekko łapą w nogę, na co Syriusz zaśmiał się głośno. Lupin podszedł do kanapy i położył się na ziemi.
– Nie wygłupiaj się – mruknął Moody. – Wskakuj na kanapę.
Już po chwili Remus leżał obok niego. Mężczyzna pogłaskał go lekko po głowie. Nic nie mówił, bo Remus i tak by mu nie odpowiedział. W okolicach północy przypomniał sobie, że powinien być wypoczęty, więc wstał i już miał iść na piętro, gdy przypomniał sobie, że Remusowi mogłoby się zachcieć pić. Napełnił miskę wodą i postawił na stole. Zauważył, że chłopak przysnął.
Dziwnie było mieć wilkołaka obok siebie i czuć się bezpiecznie. Twórca wywaru musiał być naprawdę zdolnym czarodziejem. Wspiął się po schodach, wszedł do sypialni, przysiadł na łóżku i zaczął zdejmować swoją drewnianą nogę. Czuł napięcie związane ze zbliżającą się walką. Na pewno nie obejdzie się bez ofiar. Kto tym razem będzie mieć mniej szczęścia?
Remus obudził się nad ranem i przez chwilę miał ochotę zrobić sobie herbatę i jakieś śniadanie, gdy uświadomił sobie w jakim ciele jest uwięziony. Czuł się dziwnie w tej nowej sytuacji. Teraz miał pełną świadomość, żaden wewnętrzny instynkt nie kazał mu gryźć, szarpać i zabijać. Oczywiście przydałby się on w walce, ale Remus nie rozróżniałby wroga od przyjaciela. Pocieszała go myśl, że pewnie Śmierciożercy nie będą przygotowani na atak ze strony wilkołaka i to da mu lekką przewagę. Przerażała go jednak perspektywa walki bez użycia różdżki.
Na stole zobaczył miskę z wodą, którą zostawił mu jego opiekun i od razu poczuł przyjemne ciepło wewnątrz. Rozciągnął się i zeskoczył z kanapy. Zostało jeszcze kilka godzin, zanim aportują się do domu Marleny i będą czekać na Śmierciożerców.
Czas mijał bardzo powoli. Remus nudził się niemiłosiernie, jednak nie mógł się niczym zająć. Z chęcią poczytałby książkę, jednak nie chciał żadnej poniszczyć.
W okolicach ósmej obudził się Moody. Przywitał się z chłopakiem i zrobił sobie śniadanie.
– Chcesz tosta? – Dopiero po przedłużającej się ciszy zorientował się, że odpowiedzi nie uzyska. Spojrzał na chłopaka, który skinął łbem. Gdy tosty już były gotowe, rzucił Lupinowi cztery. Ten złapał je zębami i w kilka chwil pochłonął. Tuż przed dziewiątą zaczęli się schodzić pierwsi członkowie Zakonu, w tym Peter, Syriusz i trochę markotny James.
Remus spojrzał na niego pytająco a wtedy Glizdogon wyjaśnił mu, że Potter obiecał Syriuszowi wyjawienie prawdy Lily. Miał to zrobić dzisiaj po walce.
Okularnik usiadł w fotelu. Remus podszedł do niego i położył mu łeb na kolanach. Przyjaciel drapał go za uszami i myślał intensywnie o czekającym go zadaniu.
– Wiesz – odezwał się nagle James. – Lily wydaje się nagle straszniejsza od Voldemorta.
Syriusz zaśmiał się, natomiast Peter tylko zachichotał nerwowo. Do salonu wszedł Dearborn i skrzywił się na widok wilkołaka.
– Czy on nie jest zbyt niebezpieczny na siedzenie z nami?
– Nie, nie jest – powiedziała natychmiast Molly. – Profesor Dumbledore dał Remusowi Wywar Tojadowy.
Mężczyzna skrzywił się i stanął na drugim końcu pomieszczenia. Na ostatnie osoby musieli czekać jeszcze dziesięć minut. W końcu dwudziestka czarodziejów była gotowa do deportacji. Po raz ostatni spojrzeli na mapę okolicy domu McKinnon'ów, uzgodnili lokalizację grup i z poważnymi minami pierwsza z nich wyszła przed Kwaterę.
Żeby nie wzbudzać podejrzeń, planowali zmieniać się co godzinę. Syriusz, James oraz dwaj Prevettowie mieli być pierwszymi.
Remus z braku rozrywki położył się na dywanie. Nie przypuszczał, że jest on tak miękki. Obserwował jak Molly zestresowana skubie rąbek szaty. Kobieta nie walczyła, jednak bała się o swoich braci - Prevettów. Ci jak zwykle rozbawieni, jakby nie zauważali powagi sytuacji. Moody siedział nad mapą i ciągle mamrotał coś do siebie. Dumbledore natomiast podchodził do każdego i podnosił na duchu.
W końcu podszedł do Remusa.
– Jak się czujesz? – uśmiechnął się dobrodusznie. Remus przekręcił łeb i spojrzał mu w oczy. Zdziwił się, kiedy zobaczył w nich podziw. Dyrektor pewnie cieszył się, że w tak trudnych czasach zdołał zebrać jakąkolwiek grupę do walki ze złem.
Pierwsza ekipa wróciła i na ich miejscu pojawiła się druga. Do tej pory nie zauważyli żadnego Śmierciożercy w okolicy domu. Kiedy piąta grupa powróciła bez żądnych wieści, zaczęli wątpić czy informacja o ataku była prawdziwa.
W tym samym momencie do pokoju wpadł orzeł i przemówił:
– Usłyszeliśmy trzask aportacji. Pojawiło się sześciu zakapturzonych. Nie zauważyli nas. Dotknęli się w lewe ramiona.
– Wszyscy w pełnej gotowości. Teleportujcie się czwórkami w swoich stałych grupach. Uważajcie na siebie, przyjaciele.
Gdy tylko znaleźli się przed budynkiem, James złapał Remusa za łapę i okręcił się. Ich oczom ukazał się mały, biały domek z kwiatkami na parapetach. Stali w dość dużej odległości od niego. Na polnej dróżce czterech członków Zakonu już walczyło ze Śmierciożercami. Nowi przybywali. Remus zawarczał i pobiegł w kierunku najbliższego, odwróconego tyłem do niego i walczącego z jednym z Prevettów. Przez ułamek sekundy wahał się, jednak wypełnienie misji i pomoc Zakonowi narzuciło mu sumienie oraz Przysięga Wieczysta. Skoczył całym ciężarem ciała na plecy czarodzieja. Ten krzyknął i upadł. Remus nie czekał, po prostu nachylił się szybko i wbił zęby głęboko w gardło. Poczuł chrzęst kręgów szyjnych i metaliczny smak krwi. W pewien sposób mu się to nawet spodobało. Spojrzał na McGonagall. Na jej twarzy widniał szok i przerażenie. Szybko się jednak otrząsnęła i rzuciła w kogoś zaklęciem.
Remus w podobny sposób zabił jeszcze czterech śmierciożerców. Za sobą zostawiał tylko makabryczne widoki. Jeden ze zwolenników Voldemorta chyba postanowił obrać go za swój cel, bo ciągle tylko rzucał w jego kierunku Avadę Kedavrę. Był tak skupiony na tej czynności, że Syriusz go obezwładnił.
Przygotowali się dobrze, więc świetnie sobie radzili. Gdy Remus zbliżał się do szóstej już ofiary, usłyszał wilcze wycie. Nie było ono jednak normalne. Natychmiast zorientował się, że to wilkołak. Mało tego - w wyciu tym rozpoznał Fenrira Greybacka. Spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył go jak kroczył powoli wraz z czterema innymi likantropami.
Lupin zamarł ze strachu. Nie poradzi sobie z nimi wszystkimi naraz. Spojrzał na Dumbledore'a. On też ich zauważył. Zmarszczył czoło, jednak był zbyt zajęty walką.
Remus stanął pewniej na łapach i zawarczał cicho. Wilkołaki towarzyszące Greybackowi pobiegły w kierunku czarodziejów. Trzy z nich zaatakowały członków Zakonu, jeden Śmierciożerców. Nie kontrolują się.
Chłopak zobaczył jeszcze jak Dumbledore wysyła patronusa, potem skupił się tylko na żądnych krwi oczach Fenrira.
Był większy od niego. Sierść miał prawie sztywną z brudu. Żółte kły błyszczały. Remus nie wiedział, czego się spodziewać, więc pozwolił swoim zwierzęcym instynktom pobudzonym przez krew ludzi, przejąć nad sobą kontrolę.
Rzucili się sobie do gardeł. Odpychali, warczeli, uderzali łapami i podgryzali je. Greyback był szybszy i bardziej doświadczony w walce. Częściej ranił Remusa i przeważnie bardziej dotkliwie. Chłopak musiał się wycofywać. Nagle coś kazało mu spojrzeć w bok. Jeden wilkołak zabawiał się konającym Śmierciożercą, dwa biły się ze sobą, czwarty natomiast czaił się na plecy Dearborna zajętego walką z blondwłosym.
Przez ułamek sekundy ciemna strona duszy Remusa zapragnęła, by wilkołak zabił Caradoca lub - jeszcze lepiej - zaraził, jednak myśl ta została prawie natychmiast wyparta.
Remus uniknął szczęki Fenrira, sam zaatakował go, złapał za pysk i szarpnął w bok, prawie wykręcając mu kark. Natychmiast puścił go i pognał w stronę znajomego. Wilkołak o sierści z rudawym zabarwieniem zawarczał nisko i skoczył. Caradoc wyczuł ruch za sobą. Pozostało kilka cali dzielących jego ramię od zębów wilkołaka, gdy Remus skoczył na niego, zatopił kły w jego szyi i szarpnął gwałtownie głową. Wilkołak zaskomlał i próbował się uwolnić, lecz Remus tylko zwiększył nacisk. Szarpali się tak kilka sekund. Rudawy wilk zaczął słabnąć. W tej samej chwili Remus poczuł ostry ból w boku. To Greyback zaatakował go i odgryzł kawałek mięsa. Remus zawył z bólu i puścił rudego wilkołaka, który zatoczył się i opadł. Kolejny wilkołak dobił w końcu Śmierciożercę i przybiegł pomóc Greybackowi. Podgryzali go i spychali, a Remus opadał z sił. Nie wiedział już co się dzieje z członkami Zakonu, był pewny tego, że zaraz umrze. Jeśli nie dobiją go wilkołaki, wykrwawi się. Miał już dość walki, chciał się poddać, umrzeć, przestać czuć przejmujący ból całego ciała. Zakapturzona postać zagwizdała gdzieś z oddali. Greyback i troje wilkołaków zawyli i pobiegli za nim.
Remus zdążył zauważyć, że podczas walki oddalili się od domu i byli teraz na granicy lasu. Widział jak zakapturzone postacie się deportują. Chciał podejść do członków Zakonu, jednak zakręciło mu się w głowie. Z cichym skompleniem opadł na ziemię i obserwował tylko jak czarodzieje przeszukują ciała.
Na stole zobaczył miskę z wodą, którą zostawił mu jego opiekun i od razu poczuł przyjemne ciepło wewnątrz. Rozciągnął się i zeskoczył z kanapy. Zostało jeszcze kilka godzin, zanim aportują się do domu Marleny i będą czekać na Śmierciożerców.
Czas mijał bardzo powoli. Remus nudził się niemiłosiernie, jednak nie mógł się niczym zająć. Z chęcią poczytałby książkę, jednak nie chciał żadnej poniszczyć.
W okolicach ósmej obudził się Moody. Przywitał się z chłopakiem i zrobił sobie śniadanie.
– Chcesz tosta? – Dopiero po przedłużającej się ciszy zorientował się, że odpowiedzi nie uzyska. Spojrzał na chłopaka, który skinął łbem. Gdy tosty już były gotowe, rzucił Lupinowi cztery. Ten złapał je zębami i w kilka chwil pochłonął. Tuż przed dziewiątą zaczęli się schodzić pierwsi członkowie Zakonu, w tym Peter, Syriusz i trochę markotny James.
Remus spojrzał na niego pytająco a wtedy Glizdogon wyjaśnił mu, że Potter obiecał Syriuszowi wyjawienie prawdy Lily. Miał to zrobić dzisiaj po walce.
Okularnik usiadł w fotelu. Remus podszedł do niego i położył mu łeb na kolanach. Przyjaciel drapał go za uszami i myślał intensywnie o czekającym go zadaniu.
– Wiesz – odezwał się nagle James. – Lily wydaje się nagle straszniejsza od Voldemorta.
Syriusz zaśmiał się, natomiast Peter tylko zachichotał nerwowo. Do salonu wszedł Dearborn i skrzywił się na widok wilkołaka.
– Czy on nie jest zbyt niebezpieczny na siedzenie z nami?
– Nie, nie jest – powiedziała natychmiast Molly. – Profesor Dumbledore dał Remusowi Wywar Tojadowy.
Mężczyzna skrzywił się i stanął na drugim końcu pomieszczenia. Na ostatnie osoby musieli czekać jeszcze dziesięć minut. W końcu dwudziestka czarodziejów była gotowa do deportacji. Po raz ostatni spojrzeli na mapę okolicy domu McKinnon'ów, uzgodnili lokalizację grup i z poważnymi minami pierwsza z nich wyszła przed Kwaterę.
Żeby nie wzbudzać podejrzeń, planowali zmieniać się co godzinę. Syriusz, James oraz dwaj Prevettowie mieli być pierwszymi.
Remus z braku rozrywki położył się na dywanie. Nie przypuszczał, że jest on tak miękki. Obserwował jak Molly zestresowana skubie rąbek szaty. Kobieta nie walczyła, jednak bała się o swoich braci - Prevettów. Ci jak zwykle rozbawieni, jakby nie zauważali powagi sytuacji. Moody siedział nad mapą i ciągle mamrotał coś do siebie. Dumbledore natomiast podchodził do każdego i podnosił na duchu.
W końcu podszedł do Remusa.
– Jak się czujesz? – uśmiechnął się dobrodusznie. Remus przekręcił łeb i spojrzał mu w oczy. Zdziwił się, kiedy zobaczył w nich podziw. Dyrektor pewnie cieszył się, że w tak trudnych czasach zdołał zebrać jakąkolwiek grupę do walki ze złem.
Pierwsza ekipa wróciła i na ich miejscu pojawiła się druga. Do tej pory nie zauważyli żadnego Śmierciożercy w okolicy domu. Kiedy piąta grupa powróciła bez żądnych wieści, zaczęli wątpić czy informacja o ataku była prawdziwa.
W tym samym momencie do pokoju wpadł orzeł i przemówił:
– Usłyszeliśmy trzask aportacji. Pojawiło się sześciu zakapturzonych. Nie zauważyli nas. Dotknęli się w lewe ramiona.
– Wszyscy w pełnej gotowości. Teleportujcie się czwórkami w swoich stałych grupach. Uważajcie na siebie, przyjaciele.
Gdy tylko znaleźli się przed budynkiem, James złapał Remusa za łapę i okręcił się. Ich oczom ukazał się mały, biały domek z kwiatkami na parapetach. Stali w dość dużej odległości od niego. Na polnej dróżce czterech członków Zakonu już walczyło ze Śmierciożercami. Nowi przybywali. Remus zawarczał i pobiegł w kierunku najbliższego, odwróconego tyłem do niego i walczącego z jednym z Prevettów. Przez ułamek sekundy wahał się, jednak wypełnienie misji i pomoc Zakonowi narzuciło mu sumienie oraz Przysięga Wieczysta. Skoczył całym ciężarem ciała na plecy czarodzieja. Ten krzyknął i upadł. Remus nie czekał, po prostu nachylił się szybko i wbił zęby głęboko w gardło. Poczuł chrzęst kręgów szyjnych i metaliczny smak krwi. W pewien sposób mu się to nawet spodobało. Spojrzał na McGonagall. Na jej twarzy widniał szok i przerażenie. Szybko się jednak otrząsnęła i rzuciła w kogoś zaklęciem.
Remus w podobny sposób zabił jeszcze czterech śmierciożerców. Za sobą zostawiał tylko makabryczne widoki. Jeden ze zwolenników Voldemorta chyba postanowił obrać go za swój cel, bo ciągle tylko rzucał w jego kierunku Avadę Kedavrę. Był tak skupiony na tej czynności, że Syriusz go obezwładnił.
Przygotowali się dobrze, więc świetnie sobie radzili. Gdy Remus zbliżał się do szóstej już ofiary, usłyszał wilcze wycie. Nie było ono jednak normalne. Natychmiast zorientował się, że to wilkołak. Mało tego - w wyciu tym rozpoznał Fenrira Greybacka. Spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył go jak kroczył powoli wraz z czterema innymi likantropami.
Lupin zamarł ze strachu. Nie poradzi sobie z nimi wszystkimi naraz. Spojrzał na Dumbledore'a. On też ich zauważył. Zmarszczył czoło, jednak był zbyt zajęty walką.
Remus stanął pewniej na łapach i zawarczał cicho. Wilkołaki towarzyszące Greybackowi pobiegły w kierunku czarodziejów. Trzy z nich zaatakowały członków Zakonu, jeden Śmierciożerców. Nie kontrolują się.
Chłopak zobaczył jeszcze jak Dumbledore wysyła patronusa, potem skupił się tylko na żądnych krwi oczach Fenrira.
Był większy od niego. Sierść miał prawie sztywną z brudu. Żółte kły błyszczały. Remus nie wiedział, czego się spodziewać, więc pozwolił swoim zwierzęcym instynktom pobudzonym przez krew ludzi, przejąć nad sobą kontrolę.
Rzucili się sobie do gardeł. Odpychali, warczeli, uderzali łapami i podgryzali je. Greyback był szybszy i bardziej doświadczony w walce. Częściej ranił Remusa i przeważnie bardziej dotkliwie. Chłopak musiał się wycofywać. Nagle coś kazało mu spojrzeć w bok. Jeden wilkołak zabawiał się konającym Śmierciożercą, dwa biły się ze sobą, czwarty natomiast czaił się na plecy Dearborna zajętego walką z blondwłosym.
Przez ułamek sekundy ciemna strona duszy Remusa zapragnęła, by wilkołak zabił Caradoca lub - jeszcze lepiej - zaraził, jednak myśl ta została prawie natychmiast wyparta.
Remus uniknął szczęki Fenrira, sam zaatakował go, złapał za pysk i szarpnął w bok, prawie wykręcając mu kark. Natychmiast puścił go i pognał w stronę znajomego. Wilkołak o sierści z rudawym zabarwieniem zawarczał nisko i skoczył. Caradoc wyczuł ruch za sobą. Pozostało kilka cali dzielących jego ramię od zębów wilkołaka, gdy Remus skoczył na niego, zatopił kły w jego szyi i szarpnął gwałtownie głową. Wilkołak zaskomlał i próbował się uwolnić, lecz Remus tylko zwiększył nacisk. Szarpali się tak kilka sekund. Rudawy wilk zaczął słabnąć. W tej samej chwili Remus poczuł ostry ból w boku. To Greyback zaatakował go i odgryzł kawałek mięsa. Remus zawył z bólu i puścił rudego wilkołaka, który zatoczył się i opadł. Kolejny wilkołak dobił w końcu Śmierciożercę i przybiegł pomóc Greybackowi. Podgryzali go i spychali, a Remus opadał z sił. Nie wiedział już co się dzieje z członkami Zakonu, był pewny tego, że zaraz umrze. Jeśli nie dobiją go wilkołaki, wykrwawi się. Miał już dość walki, chciał się poddać, umrzeć, przestać czuć przejmujący ból całego ciała. Zakapturzona postać zagwizdała gdzieś z oddali. Greyback i troje wilkołaków zawyli i pobiegli za nim.
Remus zdążył zauważyć, że podczas walki oddalili się od domu i byli teraz na granicy lasu. Widział jak zakapturzone postacie się deportują. Chciał podejść do członków Zakonu, jednak zakręciło mu się w głowie. Z cichym skompleniem opadł na ziemię i obserwował tylko jak czarodzieje przeszukują ciała.
piątek, 5 stycznia 2018
Rozdział dwudziesty ósmy: Złe nowiny
Zirytowany Moody cisnął kubkiem z herbatą. Remus drgnął, spojrzał na niego z niepokojem, ale nic nie powiedział. Machnął różdżką, a odłamki naczynia złączyły się. Machnął nią ponownie i podpłynęło ono do szafki.
– Już nie wiem, co w tej sytuacji mamy robić! Jeszcze do tego wszystkiego ty chcesz się wyprowadzić i narazić nas na to, że stracimy kolejnego członka Zakonu. Dumbledore po to tak się starał, byś uczył się w Hogwarcie, żebyś po miesiącu od ukończenia szkoły myślał nad bezsensowną śmiercią?
– Nie myślę o bezsensownej...
– Myślisz! Twoja decyzja jest niedojrzała. Zamiast skorzystać z tego, że staramy się ciebie chronić, sam chcesz pchać się w objęcia Greybacka.
– Nie robię tego. Prędzej czy później i tak mnie dopadnie, nie ważne czy tutaj, czy wtedy, gdy będę na własnym, a po prostu nie chcę być pasożytem. Byłem już zbyt długo.
– Przecież z twojego mieszkania tutaj są same plusy. Tu jesteś bezpieczniejszy. Gdyby ktoś zaatakował mnie, mógłbyś mi pomóc. Opiekowałeś się mną też, gdy straciłem nogę. Jeśli jest jakieś nagłe zebranie, jesteś na miejscu. Dumbledore'owi też nie podoba się twój pomysł.
– Wiem o tym. – Remus westchnął. – Jednak nie sądzę, by były to same plusy. W każdej chwili mogę ukąsić ciebie albo innego członka Zakonu. Doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. Wielu się mnie boi. Samej mojej obecności tutaj.
– Tylko nowi. Starzy członkowie wiedzą już, że jesteś niegroźny. Po prostu nie chcemy wystawiać nikogo na talerzu dla Greybacka. Znasz zbyt dużo tajemnic Zakonu.
– Co to za argument? Przypomnę tylko, że już raz mnie porwano. Przeżyłem, nic nie zdradziłem.
– Ale ktoś mógł zginąć podczas akcji ratunkowej. – Moody spojrzał na niego. – Dopóki sytuacja się nie uspokoi, powinieneś zostać z nami. W tym momencie jesteś jednym z najbardziej poszukiwanych członków Zakonu, zaraz po Albusie.
– Wiem. – Remus uśmiechnął się cierpko. – Już mu obiecałem, że zostanę.
– Już nie wiem, co w tej sytuacji mamy robić! Jeszcze do tego wszystkiego ty chcesz się wyprowadzić i narazić nas na to, że stracimy kolejnego członka Zakonu. Dumbledore po to tak się starał, byś uczył się w Hogwarcie, żebyś po miesiącu od ukończenia szkoły myślał nad bezsensowną śmiercią?
– Nie myślę o bezsensownej...
– Myślisz! Twoja decyzja jest niedojrzała. Zamiast skorzystać z tego, że staramy się ciebie chronić, sam chcesz pchać się w objęcia Greybacka.
– Nie robię tego. Prędzej czy później i tak mnie dopadnie, nie ważne czy tutaj, czy wtedy, gdy będę na własnym, a po prostu nie chcę być pasożytem. Byłem już zbyt długo.
– Przecież z twojego mieszkania tutaj są same plusy. Tu jesteś bezpieczniejszy. Gdyby ktoś zaatakował mnie, mógłbyś mi pomóc. Opiekowałeś się mną też, gdy straciłem nogę. Jeśli jest jakieś nagłe zebranie, jesteś na miejscu. Dumbledore'owi też nie podoba się twój pomysł.
– Wiem o tym. – Remus westchnął. – Jednak nie sądzę, by były to same plusy. W każdej chwili mogę ukąsić ciebie albo innego członka Zakonu. Doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. Wielu się mnie boi. Samej mojej obecności tutaj.
– Tylko nowi. Starzy członkowie wiedzą już, że jesteś niegroźny. Po prostu nie chcemy wystawiać nikogo na talerzu dla Greybacka. Znasz zbyt dużo tajemnic Zakonu.
– Co to za argument? Przypomnę tylko, że już raz mnie porwano. Przeżyłem, nic nie zdradziłem.
– Ale ktoś mógł zginąć podczas akcji ratunkowej. – Moody spojrzał na niego. – Dopóki sytuacja się nie uspokoi, powinieneś zostać z nami. W tym momencie jesteś jednym z najbardziej poszukiwanych członków Zakonu, zaraz po Albusie.
– Wiem. – Remus uśmiechnął się cierpko. – Już mu obiecałem, że zostanę.
Moody skierował się ku schodom, a Remus został w salonie. Usiadł na kanapie, wziął książkę, ale nie potrafił skupić się na jej czytaniu. Spojrzał przez okno. Niebo było całkiem czarne, nie widział ani jednej gwiazdy. Za dokładnie dziewięć dni ma być pełnia. Zamknął oczy. Co prawda nigdy nikogo nie ukąsił, ale były ku temu okazje. Severus, pijany mężczyzna w Hogsmeate, Moody. Dobrze wiedział, że czasem podczas jego przemian, organizowane są zebrania Zakonu. Gdyby tylko udało mu się jakoś uciec, mogliby zostać okaleczeni do końca życia.
Nagle zobaczył przed sobą Greybacka. Patrzył na niego łakomym wzrokiem, z szerokim, tryumfującym uśmiechem. Remus zauważył jak pozostałe, nieznane mu wilkołaki, trzymały Lily, Jamesa, Petera i Syriusza.
– Jeśli do nas nie dołączysz, będziesz mógł wyć do księżyca razem z przyjaciółmi, chyba, że moje dzieciaczki zechcą ich zabić. Jaka jest twoja decyzja?
Remus stał jak sparaliżowany. Jak do tego doszło? Fenrir wyciągnął do niego rękę. Jego długie i brudne pazury wyglądały złowieszczo. Spojrzeli sobie w oczy. Śmierciożerca już otwierał usta, gdy Remus wyrzucił na wydechu:
– Dobrze, przyłączę się, tylko zostaw ich i ich rodziny w spokoju. Błagam!
– Jeśli do nas nie dołączysz, będziesz mógł wyć do księżyca razem z przyjaciółmi, chyba, że moje dzieciaczki zechcą ich zabić. Jaka jest twoja decyzja?
Remus stał jak sparaliżowany. Jak do tego doszło? Fenrir wyciągnął do niego rękę. Jego długie i brudne pazury wyglądały złowieszczo. Spojrzeli sobie w oczy. Śmierciożerca już otwierał usta, gdy Remus wyrzucił na wydechu:
– Dobrze, przyłączę się, tylko zostaw ich i ich rodziny w spokoju. Błagam!
Ocknął się i usiadł szybko. Był na kanapie, w salonie Moody'ego. Książka leżała na ziemi. Rozejrzał się gorączkowo, jednak był sam. Szybko wstał i podszedł do zlewu, by opłukać twarz. To był tylko zły sen. Ciągle zdenerwowany, udał się do kuchni, by zaparzyć sobie melisy. Przed oczami wciąż miał dziką twarz Greybacka. Rodziła ona u niego różne emocje - od nienawiści do strachu.
W kuchni przesiedział aż do poranka, podczas którego sowa przyniosła Proroka Codziennego dla Alastora. Ten jednak jeszcze spał, więc Remus pozwolił sobie ją przeczytać. Na pierwszej stronie widniał ogromny nagłówek: Ucieczka dziesięciu wilkołaków z ośrodka! Str. 4.
Szybko otworzył gazetę na odpowiedniej stronie i odczytał:
Ministerstwo Magii poinformowało o ucieczce dziesięciu wilkołaków z Ośrodka dla Likantropów, do którego trafiają prawie wszyscy przedstawiciele tego gatunku. Za osiem dni będzie pełnia, dlatego przestrzegamy wszystkich o wzmożoną ostrożność. Uważajcie także na mugoli w swoim sąsiedztwach, poinformujcie o obecności dzikich zwierząt. Trucizna likantropa jest zbyt silna na ich niemagiczne organizmy i prowadzi do natychmiastowej śmierci.
Odłożył gazetę i westchnął. On też miał trafić do takiego ośrodka, jednak jego rodzice się na to nie zgodzili. Oczywiście dalej mu to groziło, gdyby tylko zrobił coś nieodpowiedniego i Ministerstwo by się dowiedziało. Nie wiedział jak tam jest, ojciec też nie chciał udzielić odpowiedzi na jego pytanie. Był ciekaw, jednak nie odważył się tam udać. Był to nieoficjalny bilet w jedną stronę. Jednak jak strasznie musiało tam być, skoro ludzie uciekali? Czy może to nie było ich głównym motywem? Co jeśli w ucieczce pomógł im Voldemort?
Usłyszał stukot drewnianej nogi Moody'ego. Czekał na niego z rosnącą niecierpliwością.
– Coś się stało? – spytał mężczyzna, widząc poważną minę Lupina.
– Tak, zobacz. – Wskazał na Proroka Codziennego. – Dziesięć wilkołaków uciekło z ośrodka. Niedługo pełnia.
– Myślisz, że przyłączyły się do Voldemorta? – Remus przytaknął. – Ale... Może po prostu miały dość tego miejsca? Jak tam jest?
– Nie wiem – odparł chłopak. – Nigdy tam nie byłem. Gdybym poszedł, nie miałbym jak wam opowiedzieć. Nie wiem czy wilkołaki są tam dobrze traktowane, czy nie. Tata nigdy mi nie mówił.
– Chyba powinniśmy powiadomić Dumbledore'a. Zajmę się tym. Potrafiłbyś ich wyśledzić? Gdzie są, czy używają magii?
– Nie. Nie znam ich zapachów, nie wiem, gdzie jest ośrodek i gdzie mógłbym zacząć szukać.
– Dobra. Idę do Dumbledore'a, będę za jakąś godzinę. Mógłbym cie prosić o jakieś śniadanie? Potem od razu zwołamy posiedzenie.
Remus zgodził się i wpatrzył w twarz ośmiu mężczyzn i dwóch kobiet. Wyglądali całkowicie normalnie.
Moody wyszedł, a Remus przejrzał pobieżnie gazetę i zaczął robić tosty. Usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwiło go, że Moody sam ich sobie nie otworzy, ale dopiero po chwili okazało się, że to wcale nie był on. Był do Gideon Prevett. Nie czekając na reakcję Remusa, przepchnął się przez drzwi.
– Gdzie Moody?!
– Poszedł do Dumbledore'a...
– Dumbledore'a? Czy stało się coś jeszcze?!
– Jak to "coś jeszcze"?
Gideon spojrzał na niego z przerażeniem.
– Śledziłem Amycusa Carrowa. Teleportował się na jakieś odludzie, ale były tam budynki. Wyglądało to jak jakieś miasto, ale gdy próbowałem znaleźć je na mapie, nie istniało. Na nowe nie wyglądało. Zniknął na dwie godziny, gdy w końcu wyszedł, był w towarzystwie dziesięciu osób. Miały tyle samo blizn co ty, Remusie. Boję się, że to wilkołaki.
– Bo to są wilkołaki, Gideonie. – Westchnął chłopak. – Pisali o tym w dzisiejszym Proroku. Dlatego Moody udał się do Dumbledore'a, bo podejrzewamy, że to nie była tylko ucieczka od zamknięcia. Powinieneś jak najszybciej ich o tym poinformować.
Mężczyzna podziękował mu za informacje i wybiegł z domu. Po chwili Remus usłyszał trzask.
A więc Śmierciożercy postanowili werbować odseparowane od społeczeństwa wilkołaki. Było to o wiele łatwiejsze niż szukanie plotek i śledzenie podejrzanych o likantropię. Gdyby sam tam trafił, pewnie też próbowaliby go uprowadzić.
Dokończył śniadanie i czekał na Moody'ego. Wkrótce przybył i zjadł bez słowa. Gdy przeżuł ostatni kęs, odsunął od siebie talerz.
– Dumbledore będzie za godzinę. Zwołałem też resztę członków.
– Wiemy coś nowego? – spytał chłopak.
– Nie. Jesteśmy w czarnej dupie. Przynajmniej Gideon szybko nas poinformował o swoim odkryciu.
W kuchni przesiedział aż do poranka, podczas którego sowa przyniosła Proroka Codziennego dla Alastora. Ten jednak jeszcze spał, więc Remus pozwolił sobie ją przeczytać. Na pierwszej stronie widniał ogromny nagłówek: Ucieczka dziesięciu wilkołaków z ośrodka! Str. 4.
Szybko otworzył gazetę na odpowiedniej stronie i odczytał:
Ministerstwo Magii poinformowało o ucieczce dziesięciu wilkołaków z Ośrodka dla Likantropów, do którego trafiają prawie wszyscy przedstawiciele tego gatunku. Za osiem dni będzie pełnia, dlatego przestrzegamy wszystkich o wzmożoną ostrożność. Uważajcie także na mugoli w swoim sąsiedztwach, poinformujcie o obecności dzikich zwierząt. Trucizna likantropa jest zbyt silna na ich niemagiczne organizmy i prowadzi do natychmiastowej śmierci.
Odłożył gazetę i westchnął. On też miał trafić do takiego ośrodka, jednak jego rodzice się na to nie zgodzili. Oczywiście dalej mu to groziło, gdyby tylko zrobił coś nieodpowiedniego i Ministerstwo by się dowiedziało. Nie wiedział jak tam jest, ojciec też nie chciał udzielić odpowiedzi na jego pytanie. Był ciekaw, jednak nie odważył się tam udać. Był to nieoficjalny bilet w jedną stronę. Jednak jak strasznie musiało tam być, skoro ludzie uciekali? Czy może to nie było ich głównym motywem? Co jeśli w ucieczce pomógł im Voldemort?
Usłyszał stukot drewnianej nogi Moody'ego. Czekał na niego z rosnącą niecierpliwością.
– Coś się stało? – spytał mężczyzna, widząc poważną minę Lupina.
– Tak, zobacz. – Wskazał na Proroka Codziennego. – Dziesięć wilkołaków uciekło z ośrodka. Niedługo pełnia.
– Myślisz, że przyłączyły się do Voldemorta? – Remus przytaknął. – Ale... Może po prostu miały dość tego miejsca? Jak tam jest?
– Nie wiem – odparł chłopak. – Nigdy tam nie byłem. Gdybym poszedł, nie miałbym jak wam opowiedzieć. Nie wiem czy wilkołaki są tam dobrze traktowane, czy nie. Tata nigdy mi nie mówił.
– Chyba powinniśmy powiadomić Dumbledore'a. Zajmę się tym. Potrafiłbyś ich wyśledzić? Gdzie są, czy używają magii?
– Nie. Nie znam ich zapachów, nie wiem, gdzie jest ośrodek i gdzie mógłbym zacząć szukać.
– Dobra. Idę do Dumbledore'a, będę za jakąś godzinę. Mógłbym cie prosić o jakieś śniadanie? Potem od razu zwołamy posiedzenie.
Remus zgodził się i wpatrzył w twarz ośmiu mężczyzn i dwóch kobiet. Wyglądali całkowicie normalnie.
Moody wyszedł, a Remus przejrzał pobieżnie gazetę i zaczął robić tosty. Usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwiło go, że Moody sam ich sobie nie otworzy, ale dopiero po chwili okazało się, że to wcale nie był on. Był do Gideon Prevett. Nie czekając na reakcję Remusa, przepchnął się przez drzwi.
– Gdzie Moody?!
– Poszedł do Dumbledore'a...
– Dumbledore'a? Czy stało się coś jeszcze?!
– Jak to "coś jeszcze"?
Gideon spojrzał na niego z przerażeniem.
– Śledziłem Amycusa Carrowa. Teleportował się na jakieś odludzie, ale były tam budynki. Wyglądało to jak jakieś miasto, ale gdy próbowałem znaleźć je na mapie, nie istniało. Na nowe nie wyglądało. Zniknął na dwie godziny, gdy w końcu wyszedł, był w towarzystwie dziesięciu osób. Miały tyle samo blizn co ty, Remusie. Boję się, że to wilkołaki.
– Bo to są wilkołaki, Gideonie. – Westchnął chłopak. – Pisali o tym w dzisiejszym Proroku. Dlatego Moody udał się do Dumbledore'a, bo podejrzewamy, że to nie była tylko ucieczka od zamknięcia. Powinieneś jak najszybciej ich o tym poinformować.
Mężczyzna podziękował mu za informacje i wybiegł z domu. Po chwili Remus usłyszał trzask.
A więc Śmierciożercy postanowili werbować odseparowane od społeczeństwa wilkołaki. Było to o wiele łatwiejsze niż szukanie plotek i śledzenie podejrzanych o likantropię. Gdyby sam tam trafił, pewnie też próbowaliby go uprowadzić.
Dokończył śniadanie i czekał na Moody'ego. Wkrótce przybył i zjadł bez słowa. Gdy przeżuł ostatni kęs, odsunął od siebie talerz.
– Dumbledore będzie za godzinę. Zwołałem też resztę członków.
– Wiemy coś nowego? – spytał chłopak.
– Nie. Jesteśmy w czarnej dupie. Przynajmniej Gideon szybko nas poinformował o swoim odkryciu.
Czekali w milczeniu. Do Kwatery Głównej zaczęli schodzić się członkowie. Remus tradycyjnie robił wszystkim kawy i herbaty. Molly wyglądała na przerażoną i co chwilę na niego zerkała. W końcu zjawił się i sam Albus Dumbledore. Wszystkie rozmowy ucichły, gdy zasiadł u szczytu stołu.
– Dzisiejszej nocy z ośrodka dla wilkołaków uciekło dziesięciu z nich. Zostali wyprowadzeni przez Śmierciożercę, Amycusa Carrowa. Poinformował mnie o tym Gideon. Gideonie, mógłbyś nam to wszystko powtórzyć? – Mężczyzna zgodził się i pokrótce opowiedział o nocnej wyprawie Carrowa. Gdy skończył, wszyscy zaczęli głośno dyskutować o zaistniałej sytuacji.
– Razem z Moodym przedyskutowaliśmy to – zabrał głos Dumbledore i znowu zapanowała cisza. – I chcielibyśmy prosić cie, Remusie, o pomoc.
Wszystkie oczy skierowały się na niego.
– Tak?
– Mamy kilka rzeczy należących do Carrowa, a wszyscy doskonale wiemy, że masz ostrzejszy węch od nas. Gdybyś tylko udał się z Gideonem w okolice ośrodka i spróbował odkryć, gdzie się udali, ułatwiłbyś nam wszystko.
– Dobrze, mogę to zrobić choćby zaraz.
– Świetnie!
– Ale Albusie, to zbyt niebezpieczne... – zaczęła Molly. – Lokalizacja tego ośrodka jest tajemnicą. Jeśli zobaczą Remusa w jego okolicy, znajdą byle pretekst, by go tam zamknąć.
– Nie dopuścimy do tego, a niestety, Molly, Remus jest jedyną osobą, która może wpaść na ich trop. Złożył Przysięgę Wieczystą, tak jak my wszyscy, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by pomóc Zakonowi. Przecież nie będzie tam sam.
Kobieta już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale Remus ją uprzedził.
– Profesor Dumbledore ma rację, złożyłem Przysięgę. Zresztą to nic niebezpiecznego, pójdziemy tam na chwilę i zaraz wrócimy.
– Myślę, że nie powinniście tracić czasu. Jeśli ustalimy coś nowego, Moody wam to streści. Lećcie.
– Możemy iść z nimi? – Zaczął James, gdy Remus i Gideon wstali.
– Wolałbym nie. Im mniej ludzi, tym trudniej będzie ich nakryć. Przykro mi, James.
Ten ponownie usiadł na swoim miejscu. Podał jednak przyjacielowi małe zawiniątko.
– Weź i uważaj na siebie.
Gideon i Remus wyszli z domu aurora, złapali się za ręce i teleportowali. Chłopak rozłożył pelerynę-niewidkę, Prevett odkrył się własną. Szli bardzo blisko siebie, aż doszli na kraniec lasu. Przed sobą widzieli małe miasto otoczone murami. Gideon podał Remusowi maskę Śmierciożercy. Ten wziął ją delikatnie i przysunął do twarzy. Zaciągnął się zapachem Carrowa i złapał Gideona za nadgarstek. Nic nie mówili.
Przy bramie kręciło się wielu aurorów, jednak byli zbyt zajęci dyskutowaniem, niż rzeczywistą pracą. Remus skupił się na znalezieniu zapachu Śmierciożercy. Zbyt wielu czarodziejów się tu kręciło i prawie stracił nadzieję na powodzenie misji, gdy poczuł jego niknący zapach. Sunąc prawie bezszelestnie, ciągnął za sobą Prevetta. Oddalili się od głównej drogi, okrążyli miasto i znaleźli na małej polance. Remus od razu wyczuł kilka zwodzących zaklęć, jednak szedł dalej po zapachu. Coraz bardziej też czuł ślady dziesięciu wilkołaków. Puścił rękę Gideona i przystanął. Było tu zbyt dużo magii, tak samo jak wcześniej zapachy innych ludzi utrudniały mu identyfikację. Musiał tylko bardziej się skupić... I nagle wyczuł to. Miejsce, w którym magia najbardziej wibrowała. Deportowali się.
Wszedł w nikły ślad magii i zamknął oczy.
– Już wiem – powiedział szeptem i wrócił do miejsca, w którym zostawił Gideona.
– Cirencester. To tam się aportowali.
Gideon bez słowa złapał go za ramię i pozwolił Remusowi się teleportować.
Ich oczom ukazała się wąska i ciemna uliczka. Tutaj jednak chłopak natychmiast namierzył zapachy jedenastki osób i poszedł za nimi. Szli chyba z czterdzieści minut, w końcu wyszli z miasta i znaleźli się w lesie. Im głębiej szli, tym bardziej Remus czuł zapach innych ludzi oraz krwi. Nagle ukazały im się obdrapane drzewa. Zatrzymał się.
– Dalej nie powinniśmy iść. Wydaje mi się, że gdzieś blisko jest Podziemie. Czuję świeży zapach Greybacka. Spotkał się z nimi. Carrow tutaj zawrócił.
Gideon zaznaczył kilka miejsc na mapie za pomocą różdżki i rozejrzał się.
– Chyba masz rację, wracajmy. – Zacisnął dłoń na ramieniu chłopaka i okręcił się. Już po chwili byli przed domem Moody'ego. Weszli do środka, by prawie natychmiast usłyszeć głuchy stukot drewnianej nogi.
– I jak? – wychrypiał mężczyzna. Dumbledore, pani Weasley, Syriusz i Peter siedzieli w salonie.
– Wiemy gdzie są oni i... Chyba odkryliśmy Podziemie. Remus znalazł trop pod Cirencester. Wewnątrz lasu wyczuł jednak zapach Greybacka i kilku innych wilkołaków, więc woleliśmy się wycofać.
– Dobrze zrobiliście – wtrąciła Molly.
Remus usiadł obok swoich przyjaciół. Niebieskie oczy wpatrzyły się w niego.
– Dziękuję, Remusie, bardzo nam pomogłeś.
Chłopak skinął głową. Nie była to ciężka misja, wypełnił tylko swoją powinność.
– Gdzie James?
– Poszedł do Lily. Ona w końcu dalej nie wie...
Nastała między nimi niezręczna cisza. Odkąd wstąpili do Zakonu, było to dość częste. Bolało ich okłamywanie przyjaciółki, wiedzieli też, że mogą ją stracić, gdy w końcu się domyśli. Nie nalegali jednak na Jamesa i nie zdradzali go.
– Zaprosiła nas dzisiaj na kolacje.
– Och... Byłoby jej przykro, gdybyśmy nie przyszli.
– Mhm – mruknął Peter.
– Dzisiejszej nocy z ośrodka dla wilkołaków uciekło dziesięciu z nich. Zostali wyprowadzeni przez Śmierciożercę, Amycusa Carrowa. Poinformował mnie o tym Gideon. Gideonie, mógłbyś nam to wszystko powtórzyć? – Mężczyzna zgodził się i pokrótce opowiedział o nocnej wyprawie Carrowa. Gdy skończył, wszyscy zaczęli głośno dyskutować o zaistniałej sytuacji.
– Razem z Moodym przedyskutowaliśmy to – zabrał głos Dumbledore i znowu zapanowała cisza. – I chcielibyśmy prosić cie, Remusie, o pomoc.
Wszystkie oczy skierowały się na niego.
– Tak?
– Mamy kilka rzeczy należących do Carrowa, a wszyscy doskonale wiemy, że masz ostrzejszy węch od nas. Gdybyś tylko udał się z Gideonem w okolice ośrodka i spróbował odkryć, gdzie się udali, ułatwiłbyś nam wszystko.
– Dobrze, mogę to zrobić choćby zaraz.
– Świetnie!
– Ale Albusie, to zbyt niebezpieczne... – zaczęła Molly. – Lokalizacja tego ośrodka jest tajemnicą. Jeśli zobaczą Remusa w jego okolicy, znajdą byle pretekst, by go tam zamknąć.
– Nie dopuścimy do tego, a niestety, Molly, Remus jest jedyną osobą, która może wpaść na ich trop. Złożył Przysięgę Wieczystą, tak jak my wszyscy, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by pomóc Zakonowi. Przecież nie będzie tam sam.
Kobieta już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale Remus ją uprzedził.
– Profesor Dumbledore ma rację, złożyłem Przysięgę. Zresztą to nic niebezpiecznego, pójdziemy tam na chwilę i zaraz wrócimy.
– Myślę, że nie powinniście tracić czasu. Jeśli ustalimy coś nowego, Moody wam to streści. Lećcie.
– Możemy iść z nimi? – Zaczął James, gdy Remus i Gideon wstali.
– Wolałbym nie. Im mniej ludzi, tym trudniej będzie ich nakryć. Przykro mi, James.
Ten ponownie usiadł na swoim miejscu. Podał jednak przyjacielowi małe zawiniątko.
– Weź i uważaj na siebie.
Gideon i Remus wyszli z domu aurora, złapali się za ręce i teleportowali. Chłopak rozłożył pelerynę-niewidkę, Prevett odkrył się własną. Szli bardzo blisko siebie, aż doszli na kraniec lasu. Przed sobą widzieli małe miasto otoczone murami. Gideon podał Remusowi maskę Śmierciożercy. Ten wziął ją delikatnie i przysunął do twarzy. Zaciągnął się zapachem Carrowa i złapał Gideona za nadgarstek. Nic nie mówili.
Przy bramie kręciło się wielu aurorów, jednak byli zbyt zajęci dyskutowaniem, niż rzeczywistą pracą. Remus skupił się na znalezieniu zapachu Śmierciożercy. Zbyt wielu czarodziejów się tu kręciło i prawie stracił nadzieję na powodzenie misji, gdy poczuł jego niknący zapach. Sunąc prawie bezszelestnie, ciągnął za sobą Prevetta. Oddalili się od głównej drogi, okrążyli miasto i znaleźli na małej polance. Remus od razu wyczuł kilka zwodzących zaklęć, jednak szedł dalej po zapachu. Coraz bardziej też czuł ślady dziesięciu wilkołaków. Puścił rękę Gideona i przystanął. Było tu zbyt dużo magii, tak samo jak wcześniej zapachy innych ludzi utrudniały mu identyfikację. Musiał tylko bardziej się skupić... I nagle wyczuł to. Miejsce, w którym magia najbardziej wibrowała. Deportowali się.
Wszedł w nikły ślad magii i zamknął oczy.
– Już wiem – powiedział szeptem i wrócił do miejsca, w którym zostawił Gideona.
– Cirencester. To tam się aportowali.
Gideon bez słowa złapał go za ramię i pozwolił Remusowi się teleportować.
Ich oczom ukazała się wąska i ciemna uliczka. Tutaj jednak chłopak natychmiast namierzył zapachy jedenastki osób i poszedł za nimi. Szli chyba z czterdzieści minut, w końcu wyszli z miasta i znaleźli się w lesie. Im głębiej szli, tym bardziej Remus czuł zapach innych ludzi oraz krwi. Nagle ukazały im się obdrapane drzewa. Zatrzymał się.
– Dalej nie powinniśmy iść. Wydaje mi się, że gdzieś blisko jest Podziemie. Czuję świeży zapach Greybacka. Spotkał się z nimi. Carrow tutaj zawrócił.
Gideon zaznaczył kilka miejsc na mapie za pomocą różdżki i rozejrzał się.
– Chyba masz rację, wracajmy. – Zacisnął dłoń na ramieniu chłopaka i okręcił się. Już po chwili byli przed domem Moody'ego. Weszli do środka, by prawie natychmiast usłyszeć głuchy stukot drewnianej nogi.
– I jak? – wychrypiał mężczyzna. Dumbledore, pani Weasley, Syriusz i Peter siedzieli w salonie.
– Wiemy gdzie są oni i... Chyba odkryliśmy Podziemie. Remus znalazł trop pod Cirencester. Wewnątrz lasu wyczuł jednak zapach Greybacka i kilku innych wilkołaków, więc woleliśmy się wycofać.
– Dobrze zrobiliście – wtrąciła Molly.
Remus usiadł obok swoich przyjaciół. Niebieskie oczy wpatrzyły się w niego.
– Dziękuję, Remusie, bardzo nam pomogłeś.
Chłopak skinął głową. Nie była to ciężka misja, wypełnił tylko swoją powinność.
– Gdzie James?
– Poszedł do Lily. Ona w końcu dalej nie wie...
Nastała między nimi niezręczna cisza. Odkąd wstąpili do Zakonu, było to dość częste. Bolało ich okłamywanie przyjaciółki, wiedzieli też, że mogą ją stracić, gdy w końcu się domyśli. Nie nalegali jednak na Jamesa i nie zdradzali go.
– Zaprosiła nas dzisiaj na kolacje.
– Och... Byłoby jej przykro, gdybyśmy nie przyszli.
– Mhm – mruknął Peter.
Subskrybuj:
Posty (Atom)