Huncwoci siedzieli wspólnie na transmutacji. McGonagall starała się dawać im pozory normalności. Z jej twarzy nie można było odczytać żadnych emocji, do czasu, aż las rąk nie zgłosił się, by zadać jej pytania. Zdumiona uniosła lewą brew.
– Aż tyle osób nagle zainteresowało się moim przedmiotem? Proszę, jakie macie pytania?
– Pani profesor – zapytała Krukonka, której imienia Remus nie zapamiętał – Czy Śmierciożercy mogą być dalej na terenie szkoły pod postacią animagów? Czy nasze zabezpieczenia wykrywają ten rodzaj magii?
Nastała cisza. McGonagall nie wiedziała, co powiedzieć i Remus doskonale zdawał sobie sprawę dlaczego. Magia ochronna rozmieszczona wokół szkoły wyłapywała tylko ludzi przemieszczających się na miotle, bądź teleportujących się. Gdyby ktoś wszedł pieszo od strony lasu, dotarłby, choć mogłyby go zabić zwierzęta. James, Peter i Syriusz przemieniali się bardzo często i żadna magia tego nie wykryła. Nie wiedział, czy animaga latającego powstrzymałaby bariera, jednak wiedział, że dla ziemnego praktycznie nie istniała. Profesor nie mogła tego jednak powiedzieć, bo powstałoby zamieszanie i panika. Uczniowie powiedzieliby rodzicom, oni zabraliby ich ze szkoły i ona by upadła. Zniszczono by to reputację najbezpieczniejszego miejsca.
– Nie jest możliwe, by na terenie tej szkoły przemieszczał się jakikolwiek animag. Magia wciąż pozostaje w jego ciele, co odróżnia go od zwierząt. Bariera go nie przepuści.
– Skąd w takim razie Śmierciożercy wzięli się tutaj?
– Dość, to nie jest temat na dzisiejszą lekcję. Otwórzcie, proszę, podręczniki na stronie sto piętnastej.
Nastała cisza przerywana tylko szelestem wertowanych kartek. Zgodnie z następnymi instrukcjami rozgniewanej nauczycielki, przeczytali rozdział.
– Napiszcie mi na poniedziałek esej z tego, co dziś wyczytaliście!
Remus bez słowa wyszedł z sali, a Huncwoci za nim. Porozumiewając się bez słów, udali się do magicznego pokoju ukrytego w ścianie. Przeszli wzdłuż niej, myśląc o spokojnym pokoju, a gdy pojawiły się drzwi, weszli tam. Początkowo rozsiedli się na wygodnych fotelach i nic nie mówili, jednak po chwili Peter zapytał:
– Co myślicie o słowach McGonagall? Co jeśli ona wie o nas? O naszych przemianach? Skoro zaklęcia ochronne to wykrywają...
– Kłamała – przerwał mu Remus. Wszystkie oczy przeniosły się na niego. – Jesteście niezarejestrowanymi animagami, co znaczy, że nielegalnymi. Tyle razy mieliśmy kłopoty przez nasze głupie pomysły, że gdyby wiedzieli o przemianach, mieliby pretekst by nas wywalić. Musiała tak powiedzieć, żeby nie wzniecić paniki. W rzeczywistości i normalny Śmierciożerca i Śmierciożerca-animag, bez przeszkód dostaną się tutaj pieszo przez Zakazany Las.
Peter głośno przełknął ślinę. Widać było, że jest przerażony.
– Co teraz? – zapiszczał.
Nie wiedzieli. To by znaczyło, że Hogwart jest zagrożony. Dumbledore musi zdawać sobie z tego sprawę. Może coś już robi w tym kierunku? Spojrzał na zegarek.
– Mamy trzy minuty do obiadu, lepiej żebyśmy już szli – oznajmił.
Wszyscy powoli wstali i wyszli z pokoju. Gdy zamknęli drzwi, zniknęły. Wielokrotnie już próbowali przenieść magiczny pokój na mapę, jednak nie potrafili. Musiał to być naprawdę dziwny odłam magii. Coś o wiele trudniejszego niż ustawienie na mapie kroków przemieszczających się, nawet nieznanych twórcom osób.
Podczas obiadu zachowywali się jakby nic się nie wydarzyło. Żartowali, plotkowali i narzekali na naukę.
– Dają nam tyle prac pisemnych, bo niedługo OWUTEM-y – zaznaczył Remus, sięgając widelcem po kawałek kurczaka. – Musimy je zdać jak najlepiej.
– To samo mówiłeś o SUM-ach – dogryzł mu Syriusz. Wszyscy się uśmiechnęli. Udało im się nie myśleć o barierach ochronnych zamku.
Po skończonym obiedzie wszyscy, poza Remusem, wrócili do dormitorium. On miał jeszcze lekcję Numerologii. Lekcja minęła mu zadziwiająco szybko. Pakował swoje podręczniki, gdy podeszła do niego Lily.
– Hej.
– Hej – odpowiedział jej z uśmiechem. – Coś się stało?
– Tak jakby... Czy moglibyśmy porozmawiać gdzieś w cztery oczy?
– Jasne – odparł Remus, choć ta propozycja wydawała mu się dziwna. Wziął swoją torbę i udał się z dziewczyną do jednej z pustych klas. – Więc co się dzieje?
– Bo widzisz... McGonagall mówiła nam dzisiaj o animagach i martwię się o Jamesa. Może wcześniej nie zwracali uwagi na małe przemiany trzech uczniów, ale teraz będą bardziej zwracać uwagę i...
– Lily, nie wierzę, że słyszę to od tak inteligentnej osóbki. Naprawdę nabrałaś się na kłamstwo z jej strony?
– Kłamała? – Oczy Lily otwarł się szeroko.
– Tak, po to, by nie niepokoić uczniów. Zmieniają się od tak dawna, że już by zwrócili na to uwagę, zwłaszcza, że to nielegalne. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że rozmawiam o tym z tobą!
Zaczerwieniła się i zająknęła. Widać było, że naprawdę jest jej wstyd za swoją łatwowierność. Remus zaśmiał się, na co ona się uśmiechnęła. Wyszli z sali i poszli do pokoju wspólnego, by dołączyć do obijających się Huncwotów.
Lily nie pokazywała już po sobie swojego zmartwienia. Wręcz przeciwnie - tryskała humorem. Dosiadła się do Jamesa i znowu się miziali. Remus cieszył się, widząc ich dwoje szczęśliwych, jednak w głębi serca zawsze czuł ból, bo wiedział, że on nie może sobie pozwolić na coś tak pięknego jak miłość.
Z braku ciekawego zajęcia, wziął się za odrabianie lekcji. Przyniósł do pokoju wspólnego wszystkie książki, z których było zadanie i rozłożył je w potężny stos na stole.
– Oj, Luniak – mruknął James zza ciemnorudych włosów Lily. – Znajdź sobie dziewczynę.
– Dobrze wiesz, czemu nie szukam – odpowiedział mu Lupin, zajęty esejem dla Binnsa.
– Przez swój mały, futerkowy problem? Już ci mówiłem, że to żaden powód.
Remus westchnął i nie odpowiedział. Dyskusja na ten temat była przeprowadzana wiele razy i ani James, ani Remus nie ustępowali. Byli na to zbyt uparci i pewni swojej racji. Wiedział, że Syriusz popiera zdanie Jamesa w tej sprawie. Tak samo było z Lily. Tylko Peter nie potrafił zdecydować czyj argument jest lepszy.
Syriusz poszedł spotkać się z jedną Krukonką, Potter dalej zajmował się swoją dziewczyną, Peter przypatrywał się ludziom w pomieszczeniu, a Remus kontynuował odrabianie lekcji. Było tego dużo, ale jednak dążył do tego, by dziś skończyć wszystko. Udało mu się to chwilę przed kolacją, na którą wszyscy zgodnie poszli. Tylko Syriusz dołączył do nich dopiero w Wielkiej Sali.
– I jak randka? – zagadnął James.
– Szkoda gadać. Już myślałem, że tej kolacji w ogóle nie będzie! Laska ma coś z głową. Ciągle gada o jakichś narklach, czy czymś...
– Serio? A jak się w ogóle nazywa? – James próbował ukryć rozbawienie.
– A wiesz, że nawet nie wiem? Była tak nieciekawa, że wyleciało mi to z głowy. W sumie dobrze. Nie mam zamiaru już się z nią widywać.
– Syrek, tak nie możesz, złamiesz jej serduszko. – James udał, że jest zasmucony. – No umóf sjem s niom. Bendzie fajno!
Syriusz dał Jamesowi kuksańca, by ten się uspokoił, jednak śmiał się. Wtedy Remusa tknęło wewnętrzne przeczucie i spojrzał na sklepienie. Nic nie zobaczył, jednak niepokój go nie opuszczał.
Pod koniec kolacji, gdy wszyscy zbierali się do powrotu do dormitoriów, wydarzyło się jednak coś szokującego. Drzwi Wielkiej Sali powoli się otworzyły. Wszyscy zgromadzeni odwrócili się ze śmiechem w ich stronę. Byli pewni, że to jakiś spóźnialski uczeń. Uśmiechy zgasły, gdy ujrzeli, że to Śmierciożerca.
Remusowi stanęło na moment serce. Był jak sparaliżowany. Greyback. Greyback wciąż tu jest. W jednej sekundzie mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał centralnie na chłopaka. Jego niebieskie oczy wwiercały się w zielone oczy Lupina. Ten wpatrywał się w niego i nie potrafił racjonalnie myśleć. Trwało to zaledwie kilka sekund. Po tym czasie uczniowie najbliżej wejścia wstali i biegiem ruszyli w stronę nauczycieli. Wszyscy nawzajem się potrącali. Dziewczyny zaczęły piszczeć. Profesorowie natomiast jak jeden mąż, powstali i wyciągnęli różdżki. Greyback uśmiechnął się do Remusa, puścił mu oko i wybiegł z sali.
Przyjaciele przypatrywali się chłopakowi z przerażeniem. Ich Remus był w niebezpieczeństwie. Greyback jawnie pokazał na kim mu zależy i dlaczego tu jest. Pytaniem było, do czego się posunie, by Remusa zdobyć?
Remus przełknął ślinę i spojrzał powoli na swoich przyjaciół. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Sam nie wiedział, co o tym myśleć. Boją się go. Boją się, że przez niego spadnie na nich jakieś nieszczęście. Od początku złym pomysłem było, by zaczął uczyć się w tej szkole. To zbyt wielkie niebezpieczeństwo dla reszty. Większość nauczycieli z Dumbledore'm na czele wybiegła z Wielkiej Sali w pościgu za Greybackiem. Dlaczego akurat on? Czemu nie wysłali po Lupina innego Śmierciożercy, kogoś mniej rzucającego się w oczy swoim wilczym wyglądem?
James, jako prefekt naczelny sprawował opiekę nad wszystkimi Gryfonami. Wysłał prefektów do pozostałych nauczycieli, by spytali się, co z uczniami. Ci wrócili i powiedzieli, że każdy ma wracać do swojego dormitorium, ale prefekci naczelni mają tylko ich odprowadzić i ponownie stawić się w Wielkiej Sali.
Chłopak przytaknął i podniósł głos, by zwrócić na siebie uwagę. Po chwili to samo zrobili prefekci innych domów.
Lupinowi nie pozostało już nic innego jak pójść do nauczycieli. Syriusz podążał za nim; Peter zdecydował się udać d pokoju wspólnego Gryffindoru i pilnować wystraszonych pierwszoroczniaków. Huncwoci wiedzieli jednak, że sam bardzo się boi.
Podeszła do nich profesor McGonagall. Spojrzała na Remusa bezbarwnym spojrzeniem. Nie wiedział, jak to zinterpretować. Czy miała do niego żal? Czy obwiniała go o to wszystko?
– Musimy poczekać na powrót dyrektora – powiedziała. Po godzinie wszedł do Wielkiej Sali i rozejrzał się po niej. W końcu podszedł do nich.
– Wracajcie do swoich dormitoriów, prześpijcie się trochę, jutro z lekcji jesteście zwolnieni.
Chłopak chciał zaprotestować i powiedzieć, że da radę wziąć udział w lekcjach, jednak nie zrobił tego. Cień, który przebiegł po twarzy Dumbledore'a, powstrzymał go. Kiwnął głową i skierował się do domu. Czuł się... dziwnie. Jakby wszyscy ludzie nagle byli wrogo do niego nastawieni. Wszystko przez Greybacka. Najpierw zniszczył mu życie, a gry Remus zaczął je odbudowywać, zaczął się ponownie w nie wtrącać. Był rozgoryczony. Powiedział hasło, wszedł do pokoju wspólnego i skierował się do dormitorium. Może to i lepiej, że nie będzie pokazywał się jutro ludziom. Będą bezpieczniejsi bez niego.
Wstał i przeczesał palcami włosy. Westchnął i udał się do Wielkiej Sali. Widział, że reszta uczniów powoli zajmuje swoje miejsca. Wypatrzył swoich przyjaciół i skierował się w ich stronę. Czuć było wiszące w powietrzu napięcie. Każdy się bał.
– Dowiedzieliście się czegoś ciekawego?
– Tak i nie. Niby nauczyciele widzieli ślady Greybacka wychodzącego z Zakazanego Lasu, jednak nie ma nic pewnego. W każdej chwili może wrócić i my doskonale wiemy czego, a raczej kogo chce.
Remus nic nie odpowiedział. Doskonale wiedział, że James ma rację. Co w takiej sytuacji powinni zrobić? Czy Lupin musi opuścić szkołę, by nie narażać innych uczniów na niebezpieczeństwo? Tego by jeszcze brakowało, żeby ktokolwiek został zakładnikiem Fenrira.
Po chwili chłopak zauważył, że bacznie przygląda mu się profesor McGonagall. Jego niepokój wzrósł. Gdy wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia, podeszła do niego.
– Panie Lupin, proszę byś stawił się w gabinecie profesora Dumbledore'a wraz ze mną. Musimy porozmawiać.
Zjeżyły mu się włoski na karku. Co to ma znaczyć? Czy chcą go wydalić ze szkoły? Czy Fenrir Greyback zniszczył mu kolejne marzenie? Kiwnął lekko głową na znak, że zrozumiał. Kobieta odeszła, a on szedł tuż za nią. Nic nie mówiła, nawet na niego nie patrzyła. Czuł wzbierający w sobie głęboki smutek, jednak wiedział, że to nieuniknione. Właśnie wyleją go ze szkoły. W ostatnim roku.
Minuty wlokły mu się niemiłosiernie, jednak w końcu dotarli do gabinetu dyrektora.
– Fasolki – powiedziała McGonagall. Remus zauważył po raz kolejny, że wszystkie hasła Dumbledore'a mają związek ze słodyczami. Rozbawiło go to troszeczkę.
Szybko weszli po schodach i kobieta zastukała kołatką w drzwi. Usłyszeli po chwili ciche ''wejść''. Otworzyła drzwi i pozwoliła wejść Remusowi, po czym zamknęła je za nim. Chłopak przełknął ślinę, szykując się na najgorsze.
– Witaj, Remusie. Zawsze miło mi cie widzieć we własnym gabinecie, jednak smuci mnie w jakiej sprawie muszę to dziś zrobić. Usiądź, proszę.
Lupin zrobił to i natychmiast poczuł się, jakby był w pierwszej klasie. Znowu siedział, niepewny swojej przyszłości, gorszy od innych, a Albus Dumbledore przeszywał go na wskroś swymi niebieskimi oczyma patrzącymi uważnie zza okularów połówek.
– Jak myślisz, Remusie, dlaczego dziś cię tu wezwałem?
Chłopak poczuł jak McGonagall staje za nim. Nie uspokoiło go to. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
– Pewnie ma to związek z włamaniem się Fenrira Greybacka...
– Wiem, że niepokoisz się jego obecnością tutaj. Nie od dziś wiadomo, że chce cie mieć dla siebie. Musimy jeszcze bardziej dbać o to, byś nie trafił w jego ręce. Nigdy nie opuszczaj dormitorium samodzielnie. Nie zapuszczajcie się z przyjaciółmi do lasu. Wszystkie podejrzane sytuacje natychmiast zgłaszajcie mnie. Hasło znasz. Nie ufaj nikomu poza nimi, nawet nauczycielom. Wszędzie mogą być szpiedzy Voldemorta.
Remus przytaknął, ale nic nie powiedział. Czekał na kontynuację ze strony dyrektora.
– Nastały straszne czasy, ale kiedyś to się skończy. Proszę tylko, byście na siebie uważali.
Dumbledore zakończył swój monolog i skinął na niego głową. Lupin wstał, podziękował i wyszedł. Po przemowie Dumbledore'a czuł, że naprawdę jest coraz gorzej. Greyback posunie się do wszystkiego, by go podporządkować sobie. Z mętlikiem w głowie udał się do dormitorium. Zastał tam resztę Huncwotów. Szybko powiedział im o zaleceniach i prośbach dyrektora. Potakiwali, ale nic nie mówili. Wszyscy byli zbyt przerażeni tym, że coś może stać się ich przyjacielowi.
– To koniec naszych wędrówek po Hogwarcie – powiedział James. – Było to świetne i pozwoliłoby nam się pożegnać z tą szkołą, ale nie będziemy ryzykować życiem Remusa.
Zamilkli, a cisza wokół nich przytłaczała. W końcu Peter wstał, westchnął i schował się pod kołdrą. Spojrzeli po sobie, ale dalej nikt nic nie powiedział. Tak minęła im reszta dnia. W nocy Remus i James mieli problemy ze snem. Potter wstał jako pierwszy i podszedł do okna. Bacznie przyglądał się skrawkowi świata jaki przed sobą widzi.
– Nie zbliży się do zamku tak szybko – szepnął Remus.
– Wiem, ale... Chcę się chyba tylko upewnić, że... Jesteś tu bezpieczny.
Nastała cisza. McGonagall nie wiedziała, co powiedzieć i Remus doskonale zdawał sobie sprawę dlaczego. Magia ochronna rozmieszczona wokół szkoły wyłapywała tylko ludzi przemieszczających się na miotle, bądź teleportujących się. Gdyby ktoś wszedł pieszo od strony lasu, dotarłby, choć mogłyby go zabić zwierzęta. James, Peter i Syriusz przemieniali się bardzo często i żadna magia tego nie wykryła. Nie wiedział, czy animaga latającego powstrzymałaby bariera, jednak wiedział, że dla ziemnego praktycznie nie istniała. Profesor nie mogła tego jednak powiedzieć, bo powstałoby zamieszanie i panika. Uczniowie powiedzieliby rodzicom, oni zabraliby ich ze szkoły i ona by upadła. Zniszczono by to reputację najbezpieczniejszego miejsca.
– Nie jest możliwe, by na terenie tej szkoły przemieszczał się jakikolwiek animag. Magia wciąż pozostaje w jego ciele, co odróżnia go od zwierząt. Bariera go nie przepuści.
– Skąd w takim razie Śmierciożercy wzięli się tutaj?
– Dość, to nie jest temat na dzisiejszą lekcję. Otwórzcie, proszę, podręczniki na stronie sto piętnastej.
Nastała cisza przerywana tylko szelestem wertowanych kartek. Zgodnie z następnymi instrukcjami rozgniewanej nauczycielki, przeczytali rozdział.
– Napiszcie mi na poniedziałek esej z tego, co dziś wyczytaliście!
Remus bez słowa wyszedł z sali, a Huncwoci za nim. Porozumiewając się bez słów, udali się do magicznego pokoju ukrytego w ścianie. Przeszli wzdłuż niej, myśląc o spokojnym pokoju, a gdy pojawiły się drzwi, weszli tam. Początkowo rozsiedli się na wygodnych fotelach i nic nie mówili, jednak po chwili Peter zapytał:
– Co myślicie o słowach McGonagall? Co jeśli ona wie o nas? O naszych przemianach? Skoro zaklęcia ochronne to wykrywają...
– Kłamała – przerwał mu Remus. Wszystkie oczy przeniosły się na niego. – Jesteście niezarejestrowanymi animagami, co znaczy, że nielegalnymi. Tyle razy mieliśmy kłopoty przez nasze głupie pomysły, że gdyby wiedzieli o przemianach, mieliby pretekst by nas wywalić. Musiała tak powiedzieć, żeby nie wzniecić paniki. W rzeczywistości i normalny Śmierciożerca i Śmierciożerca-animag, bez przeszkód dostaną się tutaj pieszo przez Zakazany Las.
Peter głośno przełknął ślinę. Widać było, że jest przerażony.
– Co teraz? – zapiszczał.
Nie wiedzieli. To by znaczyło, że Hogwart jest zagrożony. Dumbledore musi zdawać sobie z tego sprawę. Może coś już robi w tym kierunku? Spojrzał na zegarek.
– Mamy trzy minuty do obiadu, lepiej żebyśmy już szli – oznajmił.
Wszyscy powoli wstali i wyszli z pokoju. Gdy zamknęli drzwi, zniknęły. Wielokrotnie już próbowali przenieść magiczny pokój na mapę, jednak nie potrafili. Musiał to być naprawdę dziwny odłam magii. Coś o wiele trudniejszego niż ustawienie na mapie kroków przemieszczających się, nawet nieznanych twórcom osób.
Podczas obiadu zachowywali się jakby nic się nie wydarzyło. Żartowali, plotkowali i narzekali na naukę.
– Dają nam tyle prac pisemnych, bo niedługo OWUTEM-y – zaznaczył Remus, sięgając widelcem po kawałek kurczaka. – Musimy je zdać jak najlepiej.
– To samo mówiłeś o SUM-ach – dogryzł mu Syriusz. Wszyscy się uśmiechnęli. Udało im się nie myśleć o barierach ochronnych zamku.
Po skończonym obiedzie wszyscy, poza Remusem, wrócili do dormitorium. On miał jeszcze lekcję Numerologii. Lekcja minęła mu zadziwiająco szybko. Pakował swoje podręczniki, gdy podeszła do niego Lily.
– Hej.
– Hej – odpowiedział jej z uśmiechem. – Coś się stało?
– Tak jakby... Czy moglibyśmy porozmawiać gdzieś w cztery oczy?
– Jasne – odparł Remus, choć ta propozycja wydawała mu się dziwna. Wziął swoją torbę i udał się z dziewczyną do jednej z pustych klas. – Więc co się dzieje?
– Bo widzisz... McGonagall mówiła nam dzisiaj o animagach i martwię się o Jamesa. Może wcześniej nie zwracali uwagi na małe przemiany trzech uczniów, ale teraz będą bardziej zwracać uwagę i...
– Lily, nie wierzę, że słyszę to od tak inteligentnej osóbki. Naprawdę nabrałaś się na kłamstwo z jej strony?
– Kłamała? – Oczy Lily otwarł się szeroko.
– Tak, po to, by nie niepokoić uczniów. Zmieniają się od tak dawna, że już by zwrócili na to uwagę, zwłaszcza, że to nielegalne. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że rozmawiam o tym z tobą!
Zaczerwieniła się i zająknęła. Widać było, że naprawdę jest jej wstyd za swoją łatwowierność. Remus zaśmiał się, na co ona się uśmiechnęła. Wyszli z sali i poszli do pokoju wspólnego, by dołączyć do obijających się Huncwotów.
Lily nie pokazywała już po sobie swojego zmartwienia. Wręcz przeciwnie - tryskała humorem. Dosiadła się do Jamesa i znowu się miziali. Remus cieszył się, widząc ich dwoje szczęśliwych, jednak w głębi serca zawsze czuł ból, bo wiedział, że on nie może sobie pozwolić na coś tak pięknego jak miłość.
Z braku ciekawego zajęcia, wziął się za odrabianie lekcji. Przyniósł do pokoju wspólnego wszystkie książki, z których było zadanie i rozłożył je w potężny stos na stole.
– Oj, Luniak – mruknął James zza ciemnorudych włosów Lily. – Znajdź sobie dziewczynę.
– Dobrze wiesz, czemu nie szukam – odpowiedział mu Lupin, zajęty esejem dla Binnsa.
– Przez swój mały, futerkowy problem? Już ci mówiłem, że to żaden powód.
Remus westchnął i nie odpowiedział. Dyskusja na ten temat była przeprowadzana wiele razy i ani James, ani Remus nie ustępowali. Byli na to zbyt uparci i pewni swojej racji. Wiedział, że Syriusz popiera zdanie Jamesa w tej sprawie. Tak samo było z Lily. Tylko Peter nie potrafił zdecydować czyj argument jest lepszy.
Syriusz poszedł spotkać się z jedną Krukonką, Potter dalej zajmował się swoją dziewczyną, Peter przypatrywał się ludziom w pomieszczeniu, a Remus kontynuował odrabianie lekcji. Było tego dużo, ale jednak dążył do tego, by dziś skończyć wszystko. Udało mu się to chwilę przed kolacją, na którą wszyscy zgodnie poszli. Tylko Syriusz dołączył do nich dopiero w Wielkiej Sali.
– I jak randka? – zagadnął James.
– Szkoda gadać. Już myślałem, że tej kolacji w ogóle nie będzie! Laska ma coś z głową. Ciągle gada o jakichś narklach, czy czymś...
– Serio? A jak się w ogóle nazywa? – James próbował ukryć rozbawienie.
– A wiesz, że nawet nie wiem? Była tak nieciekawa, że wyleciało mi to z głowy. W sumie dobrze. Nie mam zamiaru już się z nią widywać.
– Syrek, tak nie możesz, złamiesz jej serduszko. – James udał, że jest zasmucony. – No umóf sjem s niom. Bendzie fajno!
Syriusz dał Jamesowi kuksańca, by ten się uspokoił, jednak śmiał się. Wtedy Remusa tknęło wewnętrzne przeczucie i spojrzał na sklepienie. Nic nie zobaczył, jednak niepokój go nie opuszczał.
Pod koniec kolacji, gdy wszyscy zbierali się do powrotu do dormitoriów, wydarzyło się jednak coś szokującego. Drzwi Wielkiej Sali powoli się otworzyły. Wszyscy zgromadzeni odwrócili się ze śmiechem w ich stronę. Byli pewni, że to jakiś spóźnialski uczeń. Uśmiechy zgasły, gdy ujrzeli, że to Śmierciożerca.
Remusowi stanęło na moment serce. Był jak sparaliżowany. Greyback. Greyback wciąż tu jest. W jednej sekundzie mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał centralnie na chłopaka. Jego niebieskie oczy wwiercały się w zielone oczy Lupina. Ten wpatrywał się w niego i nie potrafił racjonalnie myśleć. Trwało to zaledwie kilka sekund. Po tym czasie uczniowie najbliżej wejścia wstali i biegiem ruszyli w stronę nauczycieli. Wszyscy nawzajem się potrącali. Dziewczyny zaczęły piszczeć. Profesorowie natomiast jak jeden mąż, powstali i wyciągnęli różdżki. Greyback uśmiechnął się do Remusa, puścił mu oko i wybiegł z sali.
Przyjaciele przypatrywali się chłopakowi z przerażeniem. Ich Remus był w niebezpieczeństwie. Greyback jawnie pokazał na kim mu zależy i dlaczego tu jest. Pytaniem było, do czego się posunie, by Remusa zdobyć?
Remus przełknął ślinę i spojrzał powoli na swoich przyjaciół. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Sam nie wiedział, co o tym myśleć. Boją się go. Boją się, że przez niego spadnie na nich jakieś nieszczęście. Od początku złym pomysłem było, by zaczął uczyć się w tej szkole. To zbyt wielkie niebezpieczeństwo dla reszty. Większość nauczycieli z Dumbledore'm na czele wybiegła z Wielkiej Sali w pościgu za Greybackiem. Dlaczego akurat on? Czemu nie wysłali po Lupina innego Śmierciożercy, kogoś mniej rzucającego się w oczy swoim wilczym wyglądem?
James, jako prefekt naczelny sprawował opiekę nad wszystkimi Gryfonami. Wysłał prefektów do pozostałych nauczycieli, by spytali się, co z uczniami. Ci wrócili i powiedzieli, że każdy ma wracać do swojego dormitorium, ale prefekci naczelni mają tylko ich odprowadzić i ponownie stawić się w Wielkiej Sali.
Chłopak przytaknął i podniósł głos, by zwrócić na siebie uwagę. Po chwili to samo zrobili prefekci innych domów.
Lupinowi nie pozostało już nic innego jak pójść do nauczycieli. Syriusz podążał za nim; Peter zdecydował się udać d pokoju wspólnego Gryffindoru i pilnować wystraszonych pierwszoroczniaków. Huncwoci wiedzieli jednak, że sam bardzo się boi.
Podeszła do nich profesor McGonagall. Spojrzała na Remusa bezbarwnym spojrzeniem. Nie wiedział, jak to zinterpretować. Czy miała do niego żal? Czy obwiniała go o to wszystko?
– Musimy poczekać na powrót dyrektora – powiedziała. Po godzinie wszedł do Wielkiej Sali i rozejrzał się po niej. W końcu podszedł do nich.
– Wracajcie do swoich dormitoriów, prześpijcie się trochę, jutro z lekcji jesteście zwolnieni.
Chłopak chciał zaprotestować i powiedzieć, że da radę wziąć udział w lekcjach, jednak nie zrobił tego. Cień, który przebiegł po twarzy Dumbledore'a, powstrzymał go. Kiwnął głową i skierował się do domu. Czuł się... dziwnie. Jakby wszyscy ludzie nagle byli wrogo do niego nastawieni. Wszystko przez Greybacka. Najpierw zniszczył mu życie, a gry Remus zaczął je odbudowywać, zaczął się ponownie w nie wtrącać. Był rozgoryczony. Powiedział hasło, wszedł do pokoju wspólnego i skierował się do dormitorium. Może to i lepiej, że nie będzie pokazywał się jutro ludziom. Będą bezpieczniejsi bez niego.
Wstał i przeczesał palcami włosy. Westchnął i udał się do Wielkiej Sali. Widział, że reszta uczniów powoli zajmuje swoje miejsca. Wypatrzył swoich przyjaciół i skierował się w ich stronę. Czuć było wiszące w powietrzu napięcie. Każdy się bał.
– Dowiedzieliście się czegoś ciekawego?
– Tak i nie. Niby nauczyciele widzieli ślady Greybacka wychodzącego z Zakazanego Lasu, jednak nie ma nic pewnego. W każdej chwili może wrócić i my doskonale wiemy czego, a raczej kogo chce.
Remus nic nie odpowiedział. Doskonale wiedział, że James ma rację. Co w takiej sytuacji powinni zrobić? Czy Lupin musi opuścić szkołę, by nie narażać innych uczniów na niebezpieczeństwo? Tego by jeszcze brakowało, żeby ktokolwiek został zakładnikiem Fenrira.
Po chwili chłopak zauważył, że bacznie przygląda mu się profesor McGonagall. Jego niepokój wzrósł. Gdy wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia, podeszła do niego.
– Panie Lupin, proszę byś stawił się w gabinecie profesora Dumbledore'a wraz ze mną. Musimy porozmawiać.
Zjeżyły mu się włoski na karku. Co to ma znaczyć? Czy chcą go wydalić ze szkoły? Czy Fenrir Greyback zniszczył mu kolejne marzenie? Kiwnął lekko głową na znak, że zrozumiał. Kobieta odeszła, a on szedł tuż za nią. Nic nie mówiła, nawet na niego nie patrzyła. Czuł wzbierający w sobie głęboki smutek, jednak wiedział, że to nieuniknione. Właśnie wyleją go ze szkoły. W ostatnim roku.
Minuty wlokły mu się niemiłosiernie, jednak w końcu dotarli do gabinetu dyrektora.
– Fasolki – powiedziała McGonagall. Remus zauważył po raz kolejny, że wszystkie hasła Dumbledore'a mają związek ze słodyczami. Rozbawiło go to troszeczkę.
Szybko weszli po schodach i kobieta zastukała kołatką w drzwi. Usłyszeli po chwili ciche ''wejść''. Otworzyła drzwi i pozwoliła wejść Remusowi, po czym zamknęła je za nim. Chłopak przełknął ślinę, szykując się na najgorsze.
– Witaj, Remusie. Zawsze miło mi cie widzieć we własnym gabinecie, jednak smuci mnie w jakiej sprawie muszę to dziś zrobić. Usiądź, proszę.
Lupin zrobił to i natychmiast poczuł się, jakby był w pierwszej klasie. Znowu siedział, niepewny swojej przyszłości, gorszy od innych, a Albus Dumbledore przeszywał go na wskroś swymi niebieskimi oczyma patrzącymi uważnie zza okularów połówek.
– Jak myślisz, Remusie, dlaczego dziś cię tu wezwałem?
Chłopak poczuł jak McGonagall staje za nim. Nie uspokoiło go to. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
– Pewnie ma to związek z włamaniem się Fenrira Greybacka...
– Wiem, że niepokoisz się jego obecnością tutaj. Nie od dziś wiadomo, że chce cie mieć dla siebie. Musimy jeszcze bardziej dbać o to, byś nie trafił w jego ręce. Nigdy nie opuszczaj dormitorium samodzielnie. Nie zapuszczajcie się z przyjaciółmi do lasu. Wszystkie podejrzane sytuacje natychmiast zgłaszajcie mnie. Hasło znasz. Nie ufaj nikomu poza nimi, nawet nauczycielom. Wszędzie mogą być szpiedzy Voldemorta.
Remus przytaknął, ale nic nie powiedział. Czekał na kontynuację ze strony dyrektora.
– Nastały straszne czasy, ale kiedyś to się skończy. Proszę tylko, byście na siebie uważali.
Dumbledore zakończył swój monolog i skinął na niego głową. Lupin wstał, podziękował i wyszedł. Po przemowie Dumbledore'a czuł, że naprawdę jest coraz gorzej. Greyback posunie się do wszystkiego, by go podporządkować sobie. Z mętlikiem w głowie udał się do dormitorium. Zastał tam resztę Huncwotów. Szybko powiedział im o zaleceniach i prośbach dyrektora. Potakiwali, ale nic nie mówili. Wszyscy byli zbyt przerażeni tym, że coś może stać się ich przyjacielowi.
– To koniec naszych wędrówek po Hogwarcie – powiedział James. – Było to świetne i pozwoliłoby nam się pożegnać z tą szkołą, ale nie będziemy ryzykować życiem Remusa.
Zamilkli, a cisza wokół nich przytłaczała. W końcu Peter wstał, westchnął i schował się pod kołdrą. Spojrzeli po sobie, ale dalej nikt nic nie powiedział. Tak minęła im reszta dnia. W nocy Remus i James mieli problemy ze snem. Potter wstał jako pierwszy i podszedł do okna. Bacznie przyglądał się skrawkowi świata jaki przed sobą widzi.
– Nie zbliży się do zamku tak szybko – szepnął Remus.
– Wiem, ale... Chcę się chyba tylko upewnić, że... Jesteś tu bezpieczny.