sobota, 2 maja 2015

Rozdział osiemnasty: Najmilsza kolacja Zakonu Feniksa w historii Zakonu

       Tej nocy już nie zasnął. Z samego rana, gdy Moody jeszcze spał, zrobił śniadanie dla siebie. Ciągle myślał o tym co mu się śniło. To była prawda, czy tylko głupi sen? Wydawał się być prawdziwy...
       Auror wszedł do kuchni i zaczął robić kanapki z szynką, natomiast Lupin sięgnął po książkę. Milczenie trwało bardzo długo. Remus już chciał iść do swojego pokoju i napisać listy do przyjaciół, ale nagle usłyszeli dzwonek do drzwi. Alastor poszedł sprawdzić kto to i po chwili wrócił z Arturem Weasley'em - mężem Molly Weasley.
– Cześć, Remusie!
– Dzień dobry – uśmiechnął się.
– Alastorze, nie przeszkadza ci, że wpadłem na kawę?
– Nie, ale co się stało, że nie przyszedłeś z Molly? Jest chora?
– Nie, tylko trochę zmęczona. Dzieci nie dawały nam w nocy spać.

***
      Tydzień później, w niedzielę, odbyło się kolejne zebranie Zakonu Feniksa. Zebranie trwało prawie cztery godziny i wszyscy zgłodnieli. Molly zaproponowała, że zrobi im kolację, a Remus udając, że przywabiły go zapachy, wszedł do kuchni. Wszyscy siedzieli przy stole, przy którym zawsze omawiano ich misję, ale wszystkie dokumenty zniknęły. Nie było mu to i tak potrzebne. Usiadł obok Moody'ego, który założył rękę na rękę i siedział zamyślony. Przyjście Remusa jakby go obudziło.
– Zapomniałeś o czujności – powiedział ze śmiechem Remus.
– Ty o niej zapominasz cały czas – odparł Moody.
      Wkrótce Molly podała gulasz warzywny i rozdała każdemu porcję. Usiadła między swoim mężem, a Moody'm i już miała zacząć jeść, gdy Alastor zagadał do niej:
– Jak tam mały Percy? Słyszałem, że nie dawał ci znać.
– Niestety. Śpi krótko, jak to dzieci.
– Przyprowadź ich kiedyś do nas. Remus zawsze się nudzi, mógłby się nimi zająć.
– Już widzę jak panikuje, gdyby musiał zmienić któremuś pieluszkę – zaśmiała się Molly.
         W końcu goście poszli i Remus wrócił do swojego pokoju. Dzisiejsza kolacja była naprawdę miła. Wszyscy żartowali i opowiadali sobie różne rzeczy. Smutne, że większość z nich pewnie niedługo zginie. Ich misje były naprawdę niebezpieczne.
          Spojrzał przez okno na ciemniejące niebo i przypomniał sobie, że miał napisać do przyjaciół. Sięgnął po pióro, pergamin i zaczął skrobać:

Hej,
Tęsknię za Hogwartem i Wami. Dziś miałem dziwny sen i boję się, że może okazać się prawdziwy.

        Nagle rozmyślił się. Będzie się zwierzał ze snu? To głupie!

Hej,
Co tam u Ciebie? Już się nie mogę doczekać aż Was zobaczę. Niby wiem, co dzieje się w Zakonie, ale jest tu bardzo nudno. Kiedy wybierasz się na Pokątną? Może wybierzemy się w ten sam dzień całą paczką?
Remus

        Przepisał list jeszcze dwukrotnie i przypiął Nowowi do nóżki.


 Leć – szepnął, a ptak odbił się od jego ręki i wyleciał przez okno.
        Zapatrzył się w księżyc. Już niedługo pełnia. Westchnął, bo przypomniał sobie sen. Patrzał tak w czarne niebo i naszła go melancholia. Chciał do Hogwartu. Odkąd stracił rodziców to Hogwart, a nie mieszkanie Moody'ego, stał się jego prawdziwym domem.
      Czekał go ostatni rok szkoły. Ostatni rok. A później? Jaką przyszłość ma przed sobą wilkołak? Gdzie będzie mieszkać? Gdzie pracować? Przyszłość go przerażała. Na pewno nie da rady wyżyć. Nawiedził go pysk Greybacka mówiący, że jest oczekiwany w Podziemiu, że będzie traktowany jak książę...
       Pokręcił głową. To nie jest wyjście. Nigdy nie postawi stopy w tym brudnym miejscu. Wstał, poszedł do łazienki i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Zielone oczy wydawały się być zmęczone i zagubione. Westchnął i zauważył, że ostatnio bardzo często wzdychał. Kiedyś potrafił idealnie ukrywać uczucia, teraz był już tym zmęczony. Rozebrał się i wszedł pod prysznic. Gorąca woda uderzała w jego ciało i odprężała.

     Wrócił do pokoju i położył się na łóżku. Nie poleżał długo, gdy nagle wleciała sowa Syriusza i rzuciła na niego list, po czym wylądowała obok klatki i zaczęła skubać pokarm dla sów.
– Nów nie będzie zadowolony – mruknął i przeczytał wiadomość.

Luna,
Też tęsknię, ten dom mnie dobija. Chciałbym się już stąd wyrwać. Moi cholerni rodzice wymyślili, żebym znalazł sobie dziewczynę w Slytherinie. Jeszcze miałem pogadankę na temat tego, żebym seksu nie uprawiał ze szlamami i mugolami, bo jeszcze zapłodnię i narażę na szwank reputację rodziny, albo się zarażę czymś. Ta cała czystość krwi mnie męczy. Kiedy ludzie zrozumieją, że to nie jest ważne? Jak tam u Moody'ego? Jest ciężko?
       Niedługo pełnia, więc trzymaj się i powodzenia. Śpij, Luno!
                                     Twój na wieki 
Syriusz

       Remus zaśmiał się. Syriuszowi ostatnio coś odbiło. W mugolskiej bibliotece znalazł dziwny komiks. Styl rysowania był inny niż w komiksach, które czytał. Historia opowiadała o dziewczynce, która spotkała gadającego kota i stała się czarodziejką. Kotka nazywała się Luna i miała na czole znak półksiężyca. Opisał to Remusowi i wypomniał mu jego lenistwo, słabość do ciepełka i kotów (Remus zawsze marzył o kocie, ale nigdy nie odważył się żadnego adoptować) i zaczął nazywać go Luną.
       "W Hogwarcie wyczaruję ci na czole ten znak!" zagroził w pewnym liście. 
       Remus postanowił, że odpisze mu jutro, dosypał trochę pokarmu do miski, by sowa Syriusza nie głodowała i poszedł spać.

          Pewnego szczególnego dla niego dnia wstał, ubrał się, rozczesał włosy i poszedł zrobić sobie śniadanie. Gdy kończył jeść tosty, do kuchni wszedł Moody. Remus zmył swoje naczynia i idąc do przedpokoju powiedział:
 Wychodzę.
 Gdzie?  Moody spojrzał na niego podejrzliwie.
 Przejść się.
 Dokąd?
 A tak o...  odparł Remus wymijająco.
 Powiedz gdzie, albo nigdzie nie idziesz. Dobrze wiesz, że zwolennicy Voldemorta są coraz bardziej aktywni. Już raz cie porwali, mało ci było?
 Nie, ale spokojnie, wrócę i nie dam się złapać. Jestem prawie dorosły. Potrafię zadbać o siebie.
         Zanim Moody zdążył cokolwiek powiedzieć, wyszedł na zewnątrz. Promienie słońca jakby przywitały go po tych kilku dniach nie wychodzenia z domu. Było przyjemnie ciepło. Chwilę zastanawiał się czy jechać Błędnym Rycerzem, czy dotrzeć tam pieszo. W końcu postanowił nacieszyć się dobrą pogodą.
        Szedł spokojnie, jednak w głowie miał mętlik. Mimo to zwracał szczególną uwagę na swoje otoczenie, by upewnić się, że nikt go nie śledzi, ani nie ma na jego drodze żadnej magicznej pułapki. Po godzinie przyjemnej wędrówki dotarł na cmentarz.
         Ogarnęła go melancholia i - mimo słońca - przejmujący chłód. Nie był tu od tak dawna. Ominął kilka grobów i stanął przed dwoma położonymi bardzo blisko siebie.

Hope Lupin      Lyall Lupin

         Na płytach pisała również data ich narodzin i zgonów. Patrzył przygnębiony na kamień, pod którym spoczywali jego rodzice, a raczej już kości po nich. Było mu smutno. Tęsknił za nimi. Zawsze bezwarunkowo go kochali, wspierali, a gdy się buntował, to bez słowa to znosili.
 Mamo, tato...  szepnął i spuścił głowę. Ułożył na ich grobach kwiaty, które kupił przy bramie cmentarnej.  Tęsknię za wami. Został ostatni rok Hogwartu. Szkoda, że nie doczekaliście aż skończę szkołę. Nie wiem, co mam dalej zrobić i nie wiem, kto mógłby mi pomóc. Gdy wrócę z Hogwartu po raz ostatni, będę już zupełnie sam. Chcę należeć do Zakonu, ale to mi przecież nie zapewni pieniędzy na życie. Mogłem przewidzieć to, że nic się w moim losie nie poprawi i położyć z wami, nie?
         Postał przy nich jeszcze jakiś czas, wspominając swoje dzieciństwo i to, jacy byli. Smuciło go, że już nigdy nie usłyszy ich głosów, nie poczuje ich zapachu, dotyku...
         Otrząsnął się ze smętnych myśli i postanowił, że pójdzie zobaczyć swój rodzinny dom. Był niedaleko cmentarza. Idąc kompletnie się zamyślił.
        Nagle stanął jak wryty. Nie... Nie, NIE! Szerokimi oczami patrzył na spalone szczątki swojego domu. Nie mógł uwierzyć w to co widział. Bo przecież to nie mogła być prawda! Zgliszcza nie wyglądały na świeże, lecz nikt nie kwapił się ich posprzątać. Wszedł powoli za furtkę do ogródka. Ostrożnie chodząc po szczątkach czegoś, co kiedyś było jego azylem, rozejrzał się. Rozpoznawał, gdzie co było. Ogarnął go gniew. Nie wiedział, kto to zrobił, ale obiecał sobie, że osoba ta poczuje smak jego zemsty. Dlaczego o tym nie wiedział? Zakon, gdyby wiedział, poruszyłby temat przy posiedzeniu, prawda?
        I wtedy zobaczył coś dziwnego. Coś, czego na pewno nie powinno tu być. Kartka z krwistą plamą w kształcie łapy. Nie byle jakiej łapy. Sam smród kartki, choć leżała pod gruzem już bardzo długo, powiedział mu, kto to zrobił.

 Gdzieś był tak długo?!  Przywitał go wrzask Moody'ego.  Wiesz jak nieodpowiedzialnie się zachowałeś?! Obchodzi cie w ogóle twoje bezpieczeństwo i to ile osób stara się ciebie chronić?
 Poradziłbym sobie – odparł pustym głosem.
 Coś się stało?  Auror spojrzał na niego, marszcząc brwi.
 Wiesz o tym, że mój dom spalono?  odpowiedział pytaniem na pytanie. 
 Co? Nie... Kiedy? Na twoich oczach?!
 Czy gdyby spalono go na moich oczach, to podpalacz pozwoliłby mi odejść? Musiało się to stać dawno.
 Wiesz kto to zrobił?
 Nie - skłamał Remus. Nawet się nie zająknął.
 Musimy powiadomić o tym Dumbledore'a. Nie sądzę, by to był przypadek. Już raz cie porwano i wiemy, że Greyback dalej chce cię mieć w swoich szeregach. Myślisz, że to mógłby być on?
        Remusa wzruszyła postawa Alastora. Naprawdę się tym przejął i chciał pomóc. W pierwszej chwili chciał mu powiedzieć o znaku zostawionym przez wilkołaka, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Musiał mu za to odpłacić sam. Bez niczyjej pomocy. Przypomniał mu się jego koszmar. Co to wszystko może oznaczać?
 Nie wiem czy to on. Nie wiem tez czy podpalili dom magią czy po prostu rozpalili ogień jakimś mugolskim sposobem. Greyback nie używa magii, chyba, że to konieczne.
 Wszystko w porządku?
 Tak  skłamał chłopak.  Po prostu jestem wściekły. 
 Rozumiem cie. Gdyby ktoś spalił mój dom...
 Idę do pokoju  odparł Remus i wszedł po schodach, zostawiając Moody'ego samego. Mężczyzna natychmiast skontaktował się z Dumbledore'em i wyjaśnił mu czego się dowiedzieli.
         Remus zauważył, że Nów wrócił z listami od przyjaciół. Przeczytał je szybko, choć prawie nie skupiał się na treści i bardzo szybko napisał na trzech pergaminach to, co odkrył. Łącznie z karteczką ze śladem wilkołaka. Nów spojrzał na niego z wyrzutem.
 Wiem, że chciałbyś odpocząć, ale proszę, to ważne  szepnął. Uszczypnął go w palec trochę za mocno i odbił się od jego ręki; wyleciał przez okno. Patrzał za nim na tle zachodzącego powoli słońca, dopóki nie zniknął mu z oczu.
        Zasiadł przy biurku, oparł łokcie o blat i zakrył twarz w dłoniach. Chciał dziś tylko odwiedzić rodziców. Nie sądził, że dzisiejsze wyjście tak pognębi mu humor. Nie wiedział już co ma zrobić. Nawet jeśli nie robił nic, to i tak wszystko co działo się wokół niego musiało mieć jakiś negatywny wpływ na niego. Jęknął. Za dużo myśli chodziło mu po głowie.
        Sięgnął po jakąś książkę z półki. Nie obchodziło go, co to będzie, chciał tylko zatopić się w tej fabule i choć na chwilę uwolnić od własnych problemów i myśli. Wszystko się w nim kotłowało.  
      Myślał już, czy nie położyć się spać, gdy do domu wleciał Nów z listem od Syriusza. 

Luniak,
Morze w przyszłą niedzielę sobotę wybralibyśmy się w czwórkę na Pokątną pojeździć? po podręczniki? Ten stary wredny Moody chyba się zgodzi, nie? Porozmawialibyśmy na spokojnie o tym co napisałeś, bo listownie to nie ma co. Czekam na odpowiedź, ale najpierw daj Nowowi odpocząć, bo biedak padnie!

Syriusz
PS. Miałem dość i zwiałem z domu. Mieszkam teraz trochę u Rogacza. Sorka, że Ci nie napisałem we wcześniejszym liście, ale jakoś kompletnie zapomniałem. Tutaj jest cudownie! Taka normalna rodzina, nie ześwirowana na punkcie czystości krwi. Miła odmiana.

      Próbował nie zauważyć błędów i skupił się na treści, choć zmęczenie trochę mu to utrudniało. Łapa kilkukrotnie skreślał słowa. Pojeździć? Czyli zamierzał wziąć motocykl. Mogłaby to być fajna odskocznia tego lata. Wiedział, że przyjaciel pomieszkuje u Jamesa. Rogacz napisał mu to w liście. Zazdrościł im. Sam chciałby już ich zobaczyć. Ich życie było o wiele prostsze od jego. Co prawda nad nimi i ich rodzinami wciąż wisiała groźba ze strony Voldemorta, jak zresztą nad wszystkimi, ale teraz, w ciepłe lato, nikt nie trzymał ich jak w klatce, mieli gdzie wracać, mieli swoje rodziny, byli zdrowi i ich przyszłość zależała tylko od ocen. Zazdrościł tego zwykłym ludziom. Tej całej normalności.
       W końcu wstał powoli i w ciszy przygotował się do spania. Jeszcze zanim zasnął jego senne myśli zawędrowały do rodziców i ich zniszczonego domu. Poczuł w brzuchu jęzor wściekłości. Stłumił ją jednak natychmiast, a po chwili zasnął.

        Gdy się obudził słońce już świeciło. Wsłuchał się w ciszę i wiedział, że Moody jeszcze śpi. Bardzo dobrze, znaczyło to, że przynajmniej na razie uniknie pytań. Wkrótce jednak auror się obudził, lecz po szybkim spożyciu posiłku poszedł do gabinetu.
        Pół godziny później w salonie zebrało się dziewięcioro członków Zakonu. Pochylali się nad jakimiś papierami i dyskutowali głośno, lecz Remus nic z tego nie rozumiał: porozumiewali się jakimś szyfrem.
        W końcu spięci, z poważnymi minami, spojrzeli po sobie i sprawdzając czas wyszli. Lupin został sam w domu. Pozmywał naczynia ze śniadania oraz kubki po kawach, które pili członkowie. Zrobił to bardzo szybko. Nienawidził zapachu kawy. Był ciężki i wpychał się do jego nozdrzy. Smak też nie był lepszy. Chłopak wolał pić herbatę. Z nudów zaczął sprzątać mieszkanie. Dawno nikt tu nie odkurzał, ani nie ścierał kurzu. Moody kiedyś dbał o to, teraz często był zmęczony. Łączenie pracy aurora, gdzie w każdej chwili mogli go wezwać z byciem zastępcą założyciela Zakonu było trudne, zwłaszcza, że Voldemort zwiększył swoją działalność.
        Wkrótce nie miał już co robić. Przeszukał jeszcze raz biblioteczkę Alastora, ale nie znalazł w niej nic ciekawego. Z westchnięciem opadł na kanapę. W głowie wciąż rozmyślał o swoim koszmarze i spalonym domostwie. Greyback czegoś od niego chciał. Czy aż tak bardzo zależało mu, by Remus dołączył do Podziemia, ponieważ go ukąsił? Wilkołaki najczęściej atakowały małe dzieci, by te znienawidziły społeczeństwo czarodziejów, które je odrzuca i udaremnia im znalezienie pracy. Wiedział, że był prawdopodobnie jedynym, który został ''stworzony'' przez Fenrira i do niego nie dołączył i jako jedyny uczył się w Hogwarcie. Dla takich jak on były specjalne wyznaczone przez Ministerstwo oddziały, ale nigdy tam nie był.
         Gdy zgłodniał, odmroził sobie łazanki i zjadł. Zmył od razu miskę, by nic nie zaśmiecało zlewu. Strasznie się nudził. Poszedł na górę do pokoju i wyjął z kufra swój podręcznik do numerologii. Powtórzy sobie materiał. Około dwudziestej znów zgłodniał i zszedł do kuchni zrobić sobie trochę kromek z szynką Nie wiedział co miałby jeszcze porobić, więc postanowił, że pójdzie wcześniej spać. Około północy obudził go hałas na dole. W przedpokoju krzyczeli ludzie. Zerwał się szybko z łóżka i zbiegł sprawdzić, co się dzieje. Jeszcze u szczytu schodów poczuł świeży zapach krwi. Gdy zbiegł po nich, zauważył jak cztery osoby wnoszą zakrwawionego Moody'ego do salonu i kładą na kanapie. Wszędzie było pełno krwi aurora. Z twarzy także lała mu się krew; Remusowi wydawało się, że mężczyźnie brakuje kawałka nosa. Czarodzieje natychmiast zaczęli szeptać zaklęcia i machać różdżkami nad nim. Pewna kobieta, której imię zawsze wylatywało Lupinowi z głowy, upewniła się, że oddycha. 

          Po kilku minutach westchnął i otworzył swoje paciorkowate oczy.
 Gdzie jest ten skurwysyn?  wysapał.
 Spokojnie, Alastorze. Jesteś u siebie w domu.
          Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego. Skrzywił się z bólu i próbował usiąść i wtedy też Remus zauważył coś przerażającego. Takiej ilości krwi nie mogło być tylko przy uszkodzeniu nosa. Alastor Moody nie miał lewej nogi.

Rozdział siedemnasty: Dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny!

         James doznał nagłej przemiany duchowej. Po spokojnej rozmowie z Lily zrozumiał już dlaczego tak bardzo go nie lubiła i stwierdził, że dziewczyna ma rację. Był nieznośny.
        Przestał atakować innych uczniów, nawet - choć przyszło mu to z trudem - Ślizgonów. Nie odpuścili tylko zżędliwemu Filchowi.
         Lily cieszyła się, że spowodowała tę przemianę i coraz częściej spędzała czas z czwórką przyjaciół. Remusowi bardzo się to podobało, gdyż szczerze mówiąc miał już dość niechęci dziewczyny do jego kumpli.
          Wiosna w pełni kwitła i szkolne błonia zamieniły się w piękną zieloną oazę. Huncwoci coraz częściej wychodzili, by pogawędzić pod ich ulubionym drzewem lub posiedzieć nad brzegiem jeziora. Niestety, nie mieli zbyt dużo czasu na tego typu przyjemności. Nauczyciele obciążali ich coraz większą ilością zadań domowych. Osoby, które zamierzały zakończyć edukację w szóstej klasie musiały być gotowe na wyjście w świat.
          Każdego wieczoru stoliki w bibliotece i pokojach wspólnych uginały się pod stosem ciężkich tomiszczy.
– Remi, mógłbyś sprawdzić mój referat z zaklęć? – mruknął James.
– Muszę? – jęknął, wertując podręcznik z numerologii.
– Zaraz zaczyna się trening - lamentował Potter. - Nie mogę się spóźnić, bo co sobie pomyślą o mnie.
        Spojrzał szczenięcym wzrokiem.
– Ej, nie zamieniaj się w Łapę! Dobra... Dawaj to.
– Luniak, wiesz że z nieba mi spadasz? – James wstał. – Do zobaczenia na kolacji!
        Lupin odstawił pergamin przyjaciela na bok i zajął się swoim zadaniem z numerologii, opieki nad magicznymi stworzeniami, historii magii oraz zaklęć. Dopiero gdy skończył, zajął się jego pracą.
        Wrzucił wszystko do torby, przerzucił ją przez ramię i wszedł do dormitorium. Pochował wszystko w swojej szafce, a pracę Jamesa zostawił mu na łóżku. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Do kolacji została godzina, więc sięgnął po książkę, położył się wygodnie i zatopił w lekturze.
         Nagle do pokoju wpadł przepocony i brudny z błota James. Na jego twarzy widniał wielki szeroki banan. Rzucił się na Remusa i zaczął nieskładnie coś krzyczeć i potrząsać nim.
– Rogacz, co ci? – wykrztusił.
– Lily! Lily!
– Coś jej się stało?
– Nie! – Oczy Jamesa lśniły. – Wracałem do dormitorium i spotkałem ją. Poszliśmy do sali obok, gadaliśmy, było super! Nachyliłem się i ją pocałowałem!
         Remus otworzył usta ze zdziwienia. Tego się nie spodziewał.
– I co dalej? – spytał.
– Spoliczkowała mnie i wyszła zarumieniona.
          Lupin, choć wiedział, że zachowuje się wrednie, zaśmiał się z przyjaciela.
– Ale jestem pewien, że odwzajemniła go na początku! A jak całuje... mmm. – Rozmarzył się. – Ona na mnie leci. Mówię ci to.
– Dlatego cie uderzyła? – Remus próbował opanować śmiech.
– To dlatego, że jest nieśmiała!
– No tak, tak, oczywiście – odparł Remus prawie płacząc z rozbawienia.
– Nie wierzysz mi.
– No, nie bardzo.
– Jeszcze zobaczysz, że będzie moja!
– Ależ oczywiście. – Chłopak wreszcie się opanował, choć było mu naprawdę ciężko.
           Zeszli na kolację i spotkali Syriusza oraz Petera. James podekscytowany opowiedział im, co zaszło. Spojrzał w stronę dziewczyny. Zauważyła to, zarumieniła się i odwróciła w drugą stronę.
– M o j a – szepnął w stronę Remusa i mrugnął porozumiewawczo.
         W końcu James i Lily spotkali się w klasie i dziewczyna nie miała sposobności ucieczki. Potter podszedł do niej energicznym krokiem.
– Patrz, już mogę dostrzec jego skrzydła. Zaraz odleci – zażartował Łapa.
– Może znowu dostanie w twarz?
– Marzę, by to zobaczyć – szczeknął Syriusz.
– Jesteście niemili – jęknął Peter. Wszyscy zamilkli, gdy chłopak podszedł do Evans. Stała plecami do niego.
– Hej, Evans. – James wyszczerzył się. – Co tam?
           Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się szybko w jego stronę.
– Eee... Hej - wydukała i odwróciła się, by nie patrzeć na jego twarz.
– Masz ochotę spotkać się po lekcjach?
– Ja... Nie wiem... – zarumieniła się. Spojrzała na niego, a w jej oczach było coś dziwnego.
– To jesteśmy umówieni – zakrzyknął radośnie.
– Ej, no! Chciałem zobaczyć jak bije go po pysku – zajęczał Łapa ze smutkiem.
– My to jednak jesteśmy wredni - skomentował Remus. Dzwonek obwieścił początek lekcji.
  
***

           Potter i Evans kręcili ze sobą kilka miesięcy, ale wciąż nie zaczynali być parą. Syriusz naśmiewał się z Jamesa, że jest mało męski, bo nie potrafi przejąć inicjatywy. Ten natomiast odpowiadał, że ją urabia, by zakochała się w nim bardziej. W tym czasie przystojny Black miał już cztery dziewczyny, a aktualnie spotykał się z Niną, która wzdychała do niego od roku i podstępnie eliminowała wszystkie jego poprzednie dziewczyny w taki sposób, że ani on, ani owe dziewczyny nie wiedzieli nawet, że była w to zamieszana. Peter nie miał powodzenia u kobiet, natomiast Remus nieświadomie spławiał chłodno jakąkolwiek dziewczynę, jaka próbowała się zbliżyć.
          Przyjaciele patrzeli na to ze smutkiem. Wiedzieli czemu tak się dzieje. Lupin bał się, że jeśli się z kimś zwiąże to skończy się tak samo jak z Carly. Zastanawiali się nawet nad tym czy dalej ją kocha.
            Koniec roku szkolnego okazał się dla nich sprzyjający. James i Lily zaczęli oficjalnie być parą. Severus Snape ubolewał nad tym okropnie i jeszcze bardziej nienawidził czwórki przyjaciół. Swoją zawiść i ból próbował wyładowywać na Remusie. Znał jego sekret. Mógł go gnębić, szantażować. Zniszczyć życie. Lunatyk starał się to ignorować, jednak jego wewnętrzny głos, tak krytyczny wobec niego, zgadzał się ze Ślizgonem. Powoli zacząć otaczać się na powrót czarnymi myślami.
         
***

          Szedł w ciszy w stronę domu Moody'ego. Auror napisał mu w liście, że nie mógł go dziś odebrać spod dworca. Remus cieszył się z takiego obrotu spraw, gdyż mógł nacieszyć się pięknem lata i wyciszeniem. Co prawda słychać było uliczny hałas, ale mógł to łatwo zignorować.
          Doszedł do domu Alastora i wyciągnął list. Pełnia była trzy tygodnie temu i czarodziej wiedział, że zmysł wykrywania magii osłabł już w Remusie, dlatego opisał mu jak powinien stawiać stopy, by nie nadziać się na nowy system zabezpieczeń.
           Gdy już bezpiecznie dostał się do środka, rozpakował swoje rzeczy i usiadł po turecku na łóżku. Znów się zamyślił. Ostatnio bardzo często mu się to zdarzało. Ogarniały go czarne myśli. Myślał o wilkołactwie, o Greybacku, matce, ojcu i Zakonie. Myślał o swoich przyjaciołach, wrogach i Voldemorcie. Świat z dnia na dzień stawał się coraz straszniejszy. Na razie miał jeszcze rok bezpiecznego chowania się w Hogwarcie wraz z innymi, ale co potem? Jaka miała być jego przyszłość?
        Gwałtowne dobijanie się do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Zszedł na dół i wpuścił do środka swojego opiekuna. Ten przyjrzał mu się podejrzliwie i nagle... skierował ku niemu różdżkę.
        Chłopak zamarł. Nie wiedział czego się spodziewać. Powróciła nienawiść Moody'ego do jego rasy i postanowił go wyeliminować? A może to nie Moody? Może ktoś podszył się pod niego właśnie po to, by wkraść się do wnętrza kwatery Zakonu i powybijać członków?
– Na co nigdy ci nie pozwalałem?
– Co? – spytał zdezorientowany Remus.
– Odpowiedz! Na co nigdy ci nie pozwalałem? – Niebezpiecznie zbliżył swoją różdżkę. Chłopak patrzył na nią całkiem zdezorientowany.
– Nie wiem. Na to bym był w Zakonie Feniksa.
         Mężczyzna opuścił różdżkę.
– To ty.
– A kogo się spodziewałeś?
         Moody przetarł dłonią czoło. Wyglądał na zmęczonego.
– Ostatnio mamy wielu szpiegów. Ludzie albo przychodzą ze złymi zamiarami, albo w trakcie służby przechodzą na stronę zła. Jest źle. Musimy walczyć z własnymi przyjaciółmi nie wiedząc do końca czy oskarżenia są prawdziwe. Jest coraz ciężej walczyć z Voldemortem. Ludzie się boją.
– Wiem. W Proroku Codziennym pisali o zdradach członków rodzin.
– To, co pisze Prorok to ledwo cząstka tego, co dzieje się na świecie.  – Moody minął Remusa i skierował się do swojego gabinetu. – Proszę, zrób mi kawę do termosu. Czeka mnie dużo pracy, a wszystko musi być gotowe do jutrzejszego zebrania.

        Czuł się podle. Nie nadawał się do niczego. Nie ważne były jego oceny. Nic mu w życiu nie przyniosą, nie pomogą, żaden pracodawca nie weźmie go z entuzjazmem. Prędzej wygna, grożąc śmiercią, pomyślał. Objął kolana ramionami. Dlaczego tak musiało być? Dlaczego nikt nie potrafił wymyślić lekarstwa? Czuł się jak ktoś z HIV'em; wilkołactwo wyniszczało jego ciało i psychikę. Często wśród ludzi, którzy wiedzieli czym jest, czuł się właśnie tak, jakby przez sam dotyk mógł komuś przekazać to przekleństwo. Oparł czoło o kolana
        Nie chcę już być potworem. Mam dość. Dość! 
          Czuł ogromny ból w sercu. Czemu tak trudno go zaakceptować? On nie jest jak inne wilkołaki. Nikogo nie atakuje, chowa się, uważa. Nie jest jak Greyback, nie...
           I nagle dziwna pustka wypełniła mu umysł. Myślał o czymś związanym z Greybackiem, ale nie pamiętał, co to było. Próbował sobie przypomnieć, ale gdy tylko w jego głowie, jak za mgłą, pojawiał się strzępek obrazu, natychmiast pustka wypierała go jak najdalej.
          Rozbolała go głowa, więc położył się, przykrył i zasnął.
         
          Stał. Spowijał go mrok. Odczekał chwilę, aż jego wzrok przyzwyczai się do ciemności, ale nic takiego się nie stało. Czuł się jak ślepiec. Po chwili reszta jego zmysłów "włączyła się". Czuł smród brudu, pleśni i starości. Była też krew. Coraz więcej krwi. Jej mdły zapach napierał na niego. Nie słyszał nic. Ta pustka była dobijająca.
         Nie miał klaustrofobii, ale ta ciemność otaczała go z każdej strony. P r z y t ł a c z a ł a. Nieświadomie zaczął głośno dyszeć. Nie potrafił zaczerpnąć powietrza w płuca. Nagle usłyszał głos matki:
– Remusku, Remusku, mój synku...
– Mamo...? – szepnął i rozejrzał się. W głowie usłyszał krzyk.
– TY NIE JESTEŚ JUŻ MOIM SYNEM! JESTEŚ BESTIĄ! TO TY MNIE ZABIŁEŚ!
        Po chwili dołączyły do niego innego głosy.
– Nie zbliżaj się do mnie, kanalio, nie chcę się niczym zarazić.
– Powinno się ciebie od razu zabić. Albo zamknąć! Sczeźnij!
– Chłopakowi nie można ufać, jest niebezpieczny.
– Okłamywałeś nas! Swoich przyjaciół! Jak mamy ci ufać? Byliśmy z tobą szczerzy, a ty?!
– Dość, dość, dość – jęczał Lupin. Zacisnął powieki, wplótł palce we włosy i padł na kolana. – To sen, to sen, to SEN! Zaraz się wybudzę...
– Jak to jest być nienawidzonym za samo istnienie?
– Nie lepiej się zabić i zniknąć z życia innych?
– Już mam dość tego, że mieszka pod moim dachem. Nigdy nie chciałem mieć zwierzaka.
      Wydał z siebie zduszony jęk i począł bujać się w przód i w tył. Czuł, że jest na granicy wyczerpania psychicznego. Niech to się już skończy!
        I nagle go zobaczył. Greyback. Szedł w jego kierunku z ogromnym uśmiechem pełnym spiłowanych na trójkąt, żółtych, brudnych zębów. Remus klęczał sparaliżowany. Nie mógł drgnąć, natomiast Fenrir stanął tuż przed nim. Cuchnął krwią, potem i brudem. Złapał Remusa za włosy i pociągnął je tak, by głowa chłopaka się odchyliła i by patrzał na niego.
– Witaj, mój drogi – zamruczał. – Stęskniłem się za tobą.
– Czego chcesz?! – krzyknął, a jego głos odbił się echem.
– Czego? Oczywiście, że ciebie. Potrzebny jesteś w Podziemiu. Dobrze wiesz, że nie uciekniesz przed tym. Masz to we krwi, by żyć z wilkołakami.
– Nie! Nie urodziłem się wilkołakiem jak ty! Nigdy bym nim nie był, gdybyś mnie nie ukąsił.
– Ależ byś był – zaśmiał się wilkołak. – To twoje przeznaczenie. Jak nie ja, to ktoś inny. Powinieneś mi dziękować.
       Remus prychnął.
– Przybyłbyś w chwale; traktowany niczym książę!
– Nie potrzebuje tego.
– Ależ potrzebujesz w takim samym stopniu, w jakim my potrzebujemy ciebie. Naprawdę chcesz żyć z ludźmi? Z rasą, która tak cie nienawidzi? Która jest tak nietolerancyjna, że nie masz jak żyć?
– Rasa? Też jesteśmy ludźmi.
– Nie, nie, Remusku. Mylisz się. Jesteśmy nadludźmi powstałymi z legendy. Chcesz ją zgłębić? Wiedzę o sobie? Musisz tylko dołączyć... – kusił. Remus spojrzał na niego z pewnym błyskiem w oczach, który jednak po chwili zniknął.
– Nigdy.
– A może jak opowiem ci o naszym pokrewieństwie to zechcesz dołączyć?
– Nic nie zmieni mojej decyzji.
– Znasz może legendę o założeniu Rzymu? Dwaj bracia Romulus i twój imiennik Remus pokłócili się i Romulus zabił Remusa. Wybudował Rzym i władał w nim. To popularna wersja legendy. Lecz my, wyznawcy Romulusa, znamy szczegóły. Ponoć wilczyca wychowała braci. Prawda jest jednak inna. Spłodziła ich. Pewien czarodziej eksperymentował na zwierzętach. Za pomocą magii chciał stworzyć istniejące już chimery. On jednak chciał człowieko-wilka. Cóż to by było za wspaniałe stworzenie, prawda? Tak więc za pomocą magii i wilczycy eksperymentalnej na świat przyszli Remus i Romulus, wyglądali jednak jak ludzie. Czarodziej chciał ich wrzucić do rzeki, ale wilczyca zabiła go i pożarła ciało. Dzieci w żadnym stopniu jej nie przypominały, jednak postanowiła je wychować. Pierwszej pełni, przemieniły się one w szczeniaki wilków. Bracia zachowali to w sekrecie. Gdy dorośli, postanowili zamieszkać w pobliskim miasteczku. Już wcześniej błąkali się po nim, by nauczyć się języka i podstawowych zachowań. Teraz byli gotowi by udawać ludzi. Rozdzielili się i każdy poszedł w swoją stronę. Niefortunnie zakochali się w tej samej dziewczynie. Zaszła ona w ciążę i urodziła bliźniaków dwujajecznych, a że spała z obojgiem braci, jedno było Remusa, a drugie Romulusa. Bracia dowiedzieli się, że dzielili łoże z jedną kobietą i znienawidzili. Każdy zapragnął stworzyć własne miasto i wygnać z niego drugiego. W miejscu, gdzie były idealne warunki na budowę, spotkali się i zaczęli walczyć. Kto wie, jak wszystko by się skończyło, gdyby Remus nie potknął się o głupi kamyk? Ich kochanka Pia została żoną Romulusa, ale więcej dzieci nie urodziła. Ich synowie rozeszli się po świecie i zaczęli tworzyć ród swojej rodziny. Po wielu latach poszukiwań odkryłem, że moim dalekim krewnym jest Romulus. Twoim zaś Remus. Twoi rodzice interesowali się Rzymem. Wiedzieli, że twój ojciec jest dalekim potomkiem Remusa i dlatego nadali ci to imię. Zastanawiasz się pewnie, dlaczego ja urodziłem się wilkołakiem, a ty musiałeś zostać ukąszony? Otóż dzieci pierwszych wilkołaków także były wilkołakami. Porywczy syn Romulusa zarażał całą swoją rodzinę i znajomych tworząc wyznawców Romulusa istniejących do dziś. Mądrzejszy syn Remusa nikogo nie ukąsił, ale przeniósł likantropię w genach. Miałeś ją w sobie od narodzin, tylko uśpioną. Dowiedziałem się o twoim istnieniu, gdy miałeś pięć lat. Myślałem, że jak każde odrzucone dziecko przyłączysz się do mnie. Rozczarowałeś mnie. Ale spokojnie, masz jeszcze czas, by się przyłączyć. Zrób to...

piątek, 1 maja 2015

Rozdział szesnasty: Nowy, czerwony, lśniący...

          Kilka tygodni później, czyli dwudziestego października, Syriusz wrócił pociągiem do swojego domu, by następnego dnia uczestniczyć w uroczystym wydarzeniu - swoich urodzinach. Nigdy nie znosił tej rodzinnej tradycji, gdy marnował trzy dni na głupie urodziny. Dzień spędzał z rodziną, dostawał drogie prezenty, które go nie cieszyły i wykłady o tym, jak zawiódł całą swoją liczną rodzinkę. Czy może być coś gorszego?
         Jednak tego dnia przyjaciele widzieli w oczach Syriusza coś więcej niż poirytowanie i niechęć. Jakiś rodzaj zniecierpliwienia? Jakby coś knuł i to coś miało się wkrótce wydarzyć. Woleli nie wiedzieć, co to było. W ciągu tych trzech dni, gdy brakowało ich najlepszego przyjaciela, trójka huncwotów siedziała w salonie Gryffindoru. Peter pocił się nad esejem dla profesor McGonnagal o transmutacji żywności, a Remus szybko i cicho opisywał jak stworzyć eliksir wzmacniający. Jego oczy przelatywały szybko tekst w książce, a pióro bez przerwy skrobało po pergaminie.
– Remi, jak to jest, że w teorii jesteś tak dobry z eliksirów, a w praktyce nie są do końca takie, jakie powinny być?
– Nie wiem. Robię WSZYSTKO zgodnie z podręcznikiem, a mimo to Lily i Snape zawsze mają lepsze eliksiry.
– Wkurza cię to?
– Nie…  
       James przyjrzał mu się bardziej.
– Albo tak troszkę.
– Ha! Wiedziałem! Mogę w nagrodę prosić cię o sprawdzenie mojego referatu na Zaklęcia?
– Co? W jaką nagrodę? Niby za co? – Remus zaśmiał się. – Nie widzisz, że już coś robię?
– No to jak skończysz. Proooszę, Remusku!
           Lupin jak zwykle nie dał się długo prosić. Skończył pisać swoją pracę i zajął się pomaganiem Jamesowi. Nagle usłyszeli pukanie do okna. James wstał i otworzył je, a do środka wleciała sowa Remusa. Ten był przez chwilkę w szoku, bo nie wiedział kto mógłby do niego pisać, jednak już po chwili zaskoczenie zmieniło się w irytację.

Pani Weasley pragnęłaby widzieć Cię w święta Bożego Narodzenia. Przyjedź jeśli chcesz, ale wcześniej nas uprzedź. Jeśli nie chcesz to wymyśl jakąś wymówkę. Moody

        Remus, marszcząc brwi, sięgnął po nowy pergamin i szybko nabazgrał:  

Nie mam ochoty spędzać świąt z Tobą, ale z miłą chęcią spędzę je z Panią Weasley. Remus  

         Zwinął wiadomość w rulonik i przypiął do nóżki sowy. Ta zagruchała przyjaźnie i odleciała.
– Co cię tak zdenerwowało? – zapytał James.
– Moody… – Bez zbędnych słów podał list Rogaczowi.
– Co za gnój! Nie potrafi być choć troszkę milszy? Zachowuje się, jakby odpowiedzialność za ciebie była nie wiadomo jaką karą. A przecież ty jesteś takim miłym i grzecznym chłopczykiem.
– Aj, bądź już cicho – zaśmiał się Remus, a James uzyskał zamierzony efekt - poprawił mu lekko humor. Peter siedział cicho przez cały ten czas. W końcu, wieczorem trzeciego dnia, wrócił Syriusz. Już pierwszej nocy chciał im coś pokazać, więc Łapa, Lunatyk i Rogacz gnietli się pod peleryną niewidką. Glizdogon zmienił się w szczura i siedział bezpiecznie na ramieniu Remusa. Przeszli całą szkołę bez żadnych problemów, gdyż korzystali ze swojej mapy. Wyszli na błonia i skierowali się w stronę lasu.
– Syriuszu, po co tam idziemy? – szepnął Remus.
– Już zaraz zobaczycie – odparł tamten i uśmiechnął się.
         Black prowadził ich dalej, aż doszli na polankę oddaloną od szkolnych błoni tylko o kilkaset metrów, a tam ich oczom ukazał się… lśniący, piękny, czerwony motocykl.
– Co… to jest? – James nie wiedział jak ma na to zareagować. Glizdogon pobiegł wzdłuż ręki Remusa, zeskoczył z jego dłoni i przemienił się z powrotem w swoją ludzką formę.
– Syriuszu, ale to jest motor.
– Wiesz, Glizdku, nie zauważyłem. Dziękuję za oświecenie mnie w tej sprawie – Łapa zaśmiał się, co złudnie przypominało szczeknięcie psa.
– Kupiłem go od pewnego mugola. Długo zbierałem kieszonkowe. Podrasuję go trochę magią i będziemy mogli wymykać się do lasu nie tylko w pełnię. A w wakacje będę mógł do was jeździć!            Remusa zamurowało.
– Ale… jak ty to wniosłeś na teren szkoły? W ogóle jak to tu przetransportowałeś?!
– Z pomocą Andromedy. Była dla mnie bardzo wyrozumiała. – Uśmiech Syriusza lekko zbladł.
– Zakochała się w mugolu i nasza rodzina nie chce tego do teraz zaakceptować. Uciekła z domu już dawno, poślubiła go i teraz mają dwuletnią córeczkę.
       Później chłopcy wrócili do swojego dormitorium. Syriusz był bardzo podekscytowany i wiedzieli, że ciągle wracał myślami do swojego czerwonego motocykla.
– Co tam w ogóle u was nowego?
– Remus jedzie na święta do Moody’ego, bo pani Weasley chce go zobaczyć – powiedział James nie patrząc na nich.
– Serio? I pojedziesz?
– Pani Weasley mnie lubi i nie chciałbym sprawić jej przykrości, ale jak myślę o oglądaniu twarzy Moody’ego to mi się różdżka sama zapala.
– Biedny Luniaczek. A ty Peter? Gdzie spędzisz święta? 
– U mamy.
– James, ty pewnie u swoich rodziców? – Gdy ten kiwnął głową, Syriusz jęknął.
– A ja znowu muszę męczyć się w domu.
– Licytujcie się potem z Remusem, który z was miał gorzej – zaśmiał się Rogacz.


          Tygodnie dzielące ich do świąt szybko minęły, a oni ledwo nadążali z natłokiem zadań domowych.
– To nienormalne by dawać nam tyle zadań tuż przed świętami – jęknął Syriusz i walnął czołem o stół. James podniósł go, ciągnąć za kołnierzyk swetra. 
– Nie wal tak łbem, bo przez ciebie zaplamiłem swój esej, idioto.
– Już jutro wyjeżdżacie, więc sobie trochę odpoczniecie – powiedział Remus, nawet nie podnosząc wzroku zza swojej pracy.
– Ty też odpoczniesz – zaśmiał się James.
– Ta… Prędzej zwariuję.
– Ale w psychiatryku już odpoczniesz. – Syriusz wyszczerzył się. Cała czwórka wybuchnęła śmiechem.
– No to mnie pocieszyłeś. – Remus zatrzasnąć książkę ze Starożytnych Runów. – Ech… Wolałbym, by te święta już się skończyły.
          W jego oczach pojawił się mrok i smutek. Jakby był myślami gdzie indziej. Huncwoci wiedzieli, o czym myśli ich przyjaciel - miały to być pierwsze święta bez rodziny. Z chęcią wzięliby go do siebie, ale wiedzieli, że Moody na pewno by się nie zgodził. Po chwili Remus zdał sobie sprawę z tego, że jego uczucia wyszły na wierzch i szybko zamaskował je uśmiechem.
        James przygryzł wargę, ale nic nie powiedział. Następnego dnia rano cała czwórka pożegnała się. James i Peter mieli wrócić do swoich domów za pomocą proszku Fiuu, natomiast Syriusz i Remus pociągiem. Ich podróż miała trwać cały dzień, więc z nudów grali w eksplodującego durnia, wspominali ich wspólne wybryki i śmiali się z tego. Prócz nich w pociągu znajdowały się jeszcze osoby, których obojga rodziców byli mugolami, lub tacy, którzy nie posiadali kominka w domu. Około południa pojawiła się pani z przysmakami. Kupili dużo słodyczy i przez resztę dnia się nimi objadali. Pod wieczór oboje mieli już markotne nastroje.
– Więc zobaczymy się dopiero po świętach. Dałbym wszystko, by spędzić spokojne święta w Hogwarcie – jęknął Syriusz.
– Ja też. Nie uśmiecha mi się siedzieć przy jednym stole z Moody’m.
– Ty przynajmniej będziesz przez niego ignorowany. Mnie moja rodzina zaś będzie krytykować, znów poukładany co do minuty plan dnia. Echhh… To jest tak nudne i obrzydliwie czystokrwiste. Ciekawe czy Andromeda się pojawi. Bardzo ją lubię, jest jedyną normalną osobą z mojej rodziny i jak jej nie będzie to zostanę sam na polu bitwy.
         Gdy pociąg zaczął zwalniać pożegnali się. Dzieci podchodziły do swoich rodzin i cieszyły się spotkaniem po kilku miesiącach rozłąki. Syriusz poszedł do swojej rodziny z miną, jakby szedł na ścięcie. Remus przeszedł przez ścianę i wyszedł na dworzec King Cross. Moody już tam stał i gdy tylko zobaczył zmierzającego w jego stronę Remusa, zmarszczył brwi. Lupin podszedł do niego i przyjrzał mu się lekko przymkniętymi oczami.
       Nastała chwila ciszy. Moody odwrócił się i odszedł, a Remus poszedł za nim zachowując odległość dwóch metrów.
– Możesz ruszyć dupę i iść szybciej? Jak zaatakuje cię jakiś Śmierciożerca to daję słowo, że będę stał i tylko się przyglądał – warknął Moody. Remus westchnął i zbliżył się bardziej do aurora. – Jak tam w szkole? – spytał z niechęcią mężczyzna.
– Dobrze – odpowiedział równie niechętnie chłopak.
– Sprawiasz jakieś kłopoty.
– Nie.
– To nie było pytanie.
– Ale i tak nie sprawiam żadnych kłopotów.
– Tak? Wiem coś innego – Remus ledwo powstrzymał się by czegoś nie wtrącić.
– Gdyby Molly się o tym dowiedziała, nie byłbyś już jej ulubieńcem.
– To jej powiedz. Wisi mi to.
– Uważasz się za kogoś lepszego, bo podsłuchujesz spotkania, a Dumbledore, choć o tym wie, nic z tym nie robi?
– Nie. A podsłuchuję, bo mam prawo wiedzieć coś więcej.
– Nie masz prawa.
– Mam, bo szuka mnie Greyback.
– Nie szuka cię żaden pierdolony Grey…
– Sam mi to powiedziałeś! Wymsknęło ci się! Więc teraz mnie nie kłam.
– I co, czekasz aż wspomnimy coś o nim na spotkaniu? Na to liczysz? Że jak usłyszysz gdzie on jest, to pójdziesz i ‘’znajdziesz go, zanim on znajdzie ciebie’’? Po co chcesz o nim wiedzieć?
         Remus nic nie odpowiedział. W ciszy doszli do domu aurora. Chłopak od razu udał się do swojego pokoju i położył na łóżku. Czekają go okropne dni. Już nie mógł doczekać się ich końca i powrotu do Hogwartu. Do przyjaciół. Z dala od tej niechęci i nienawiści do niego za to, jaki był. Za to jakim zrobił go Greyback.
        Obudził się i spojrzał na zegarek. Piata dwadzieścia dwie. Zwlókł się z łóżka i zszedł cicho do kuchni. Nie zastał tam nikogo, więc pogrzebał chwilę w lodówce i nie mając żadnego pomysłu na śniadanie, postanowił zrobić sobie omlet.
         Do pomieszczenia wszedł Moody. Remus spojrzał na niego zaspanymi oczami i rozczochranymi od snu włosami.Przez sekundkę wydawało mu się, że w oczach mężczyzny ujrzał... rozczulenie? Ale kiedy powrócił chłód i obojętność pomyślał, że mu się przewidziało.
– Chcesz też?
– Poproszę. 
        Dzisiejszego dnia byli dla siebie dziwnie mili. Ale nie można było powiedzieć, że było to sztuczne.
– Remusie? – Chłopak zakrztusił się kawałkiem omleta, gdy nie usłyszał w głosie aurora groźby ani niechęci. Może jeszcze śpi? Duże prawdopodobieństwo.
– Tak?
– Porozmawiajmy.
– O czym?
– Nienawidzisz mnie?
         Remus pomyślał chwilkę. Nie znosił go. W jednej chwili mógłby doskoczyć do niego z nożem i go zadźgać.
– Nie – odparł bez zająknięcia.
– Wiem, że nasze relacje nie zaczęły się zbyt dobrze, ale teraz są święta i może byśmy je naprawili?
– Naprawili? Ja mogę się zachowywać względem ciebie normalnie, ale jeśli ty nie będziesz traktował mnie jak robaka. – Oczy Remusa zwęziły się.
– Okej… Więc od dziś sojusz? Nie gnębimy się, ani nie denerwujemy? – Remus skinął głową.
– A co cię skłoniło do tego? – zapytał nagle.
– Co? Nic.
          Remus mu nie uwierzył, ale nie drążył tego tematu, by nie wywołać kolejnej wojny. Czy to ma się naprawdę stać? Czy Moody zacznie traktować go jak człowieka? Wstał, zebrał talerze i poszedł je zmywać. Potem wrócił do pokoju i doprowadził się do porządku. Rzeczywiście to nie był sen. Około południa przyszli wszyscy członkowie Zakonu, którzy byli samotni i nie mieli z kim spędzić świąt. Byli wśród nich też czterej Weasleyowie. Gdy tylko Molly zobaczyła Remusa, podbiegła do niego, wyściskała i ucałowała.
        Poczuł się troszkę zawstydzony, gdyż traktowała go jak własnego syna. Wszyscy zasiedli do stołu, gdzie już były przygotowane przez Remusa i Alastora potrawy. Każdy z gości także przyniósł coś od siebie. Atmosfera była przyjemna i rozmawiało im się cudownie.
       Żartowali, plotkowali, wspominali. Cały Zakon Feniksa był w szoku, że Remus i Moody się dogadują. Pod koniec wieczerzy wpadł do nich na chwilkę Dumbledore.
– A ty jak zwykle zabiegany, Albusie.
– Pewne sprawy nie dają mi spokoju nawet w święta – zaśmiał się dyrektor. Uśmiechnął się na widok Remusa, a w jego oczach coś zalśniło, zupełnie jakby patrzał na syna. Zjadł z nimi kilka potraw i wyszedł.
        Gdy wszyscy byli już najedzeni, pogadali jeszcze jakiś czas i posłuchali kolęd jakie śpiewano w radio. Potem wszyscy udali się do swoich domów. Remus położył się na łóżku i szybko zasnął. Po policzku popłynęła mu tylko jedna samotna łza.
          Następnego ranka, po rozpakowaniu prezentów (od Petera książki, Jamesa znicza, Syriusza małych, ruchomych figurek pieska, jelenia, szczurka i wilczka, a także swetra od pani Weasley), wszedł do kuchni i zrobił sobie śniadanie. Mimo że spał długo, wciąż czuł się sennie. Zaparzył sobie herbatę i gdy czekał aż się ostudzi, do pomieszczenia wszedł Moody.
         Przywitał go skinieniem i poszedł zrobić sobie śniadanie. Wyglądał na wyjątkowo markotnego. Kiedy auror jadł, Remus wrócił do pokoju, wziął książkę od Petera i rozsiadł się wygodnie na kanapie w salonie. Glizdogon wiedział jakiego autora uwielbiał Remus i kupił mu jedną z jego książek. Chłopak zaczytał się i przestał zwracać uwagę na wszystko, co go otaczało. Nie zauważył, że Moody usiadł obok niego czytając jakieś raporty. Zerknął tylko na Remusa, czy ten naprawdę jest zaczytany i nie zobaczy co trzyma w rękach. Po kilkunastu minutach Lupin wyrwał się z książki i kątem oka zerknął do kartek jakie trzymał auror. 

Stan Parker zachowuje się podejrzanie. Podczas przerw w pracy odwiedza innych naszych podejrzanych. W środę był w okolicach Podziemia. Będziemy obserwować go dalej, dopóki nie znajdziemy obciążających go dowodów. Rudolf Lestrange i jego narzeczona Bellatrix Black są kolejnymi podejrzanymi. Szukamy dowodów przeciwko nim, poza odwiedzinami Stana Parkera. Często znika… 

– Możesz mi powiedzieć co robisz? – spytał cicho Moody. Remus zaczerwienił się.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Na szczęście nie było w nich nic ważnego. – Machnął różdżką, a papiery zamieniły się w dym i zniknęły. 


           Reszta świąt minęła spokojnie. Raz czy dwa odwiedziła ich Molly. Na trzydzieści minut wpadła także matka Alastora. Pod koniec świąt niezręcznie się pożegnali i Remus wrócił ekspresem do Hogwartu razem z Syriuszem.
         Lupin nie mógł wrócić za pomocą proszka Fiuu, gdyż nikt nie mógł wiedzieć o sieci Moody’ego. Mimo tego że był przyjacielem dyrektora Hogwartu, woleli zachować ostrożność. Opowiedział Syriuszowi jak mu minęły święta. Ten, skrzywiony, opowiedział co było w jego domu. Tradycja goniąca tradycję, sztuczność. Gdy Łapa opowiadał to wszystko, w jego oczach płonęła nienawiść. Pod wieczór dojechali do zamku i rozpakowali swoje rzeczy. James i Peter już na nich czekali.
        Czwórka przyjaciół zasiadła przy kominku w pokoju wspólnym Gryffindoru i opowiadała sobie wszystko, co działo się w ciągu tych kilku dni rozłąki.Około północy wstali i udali się na górę do swoich łóżek. Prawie natychmiast wszyscy zasnęli. Następny dzień bogaty był w lekcje i oddawanie wszystkich esejów, zadań domowych; zaklęć, których mieli się nauczyć…

        Idąc na obiad wszyscy wyglądali jakby chcieli już iść do pokoi i się położyć. Niemrawo i w ciszy zjedli wszystko, co mieli pod ręką i udali się na eliksiry. Profesor Slughorn wyglądał na bardzo szczęśliwego z powodu przebytych świąt. Wiadomo było, że codziennie robił spotkania Klubu Ślimaka i przyjęcia świąteczne.
           W Klubie Ślimaka miał swoich ulubieńców – czarodziejów i czarownice, którzy mieli kogoś sławnego i wybitnego w rodzinie, lub sami mieli predyspozycje by takimi perełkami się stać. James był w Klubie Ślimaka jako mistrz Quidditcha. Lily i Snape też tam byli jako najlepsi z eliksirów. Slughorn bardzo ubolewał nad tym, że Potter wyjechał na święta do domu.Na dzisiejszej lekcji mieli stworzyć eliksir nasenny. Remus robił wszystko zgodnie z instrukcjami w podręczniku; wszystko było idealnie wyważone i w odpowiedniej kolejności dodane. Mimo to pod koniec lekcji i tak Snape i Lily zrobili lepsze eliksiry od niego. Naprawdę tego nie rozumiał. Z wszystkiego był dobry, bo mógł znaleźć odpowiedzi w książkach. Ta jednak ciągle go zawodziła. Czuł rosnące poirytowanie.

         Remus westchnął i obrócił się na drugi bok. Znów wstał o świcie i nie mógł ponownie zasnąć. Leżał więc w ciszy i myślał. Myślał o tym, co będzie robić w przyszłości. Nikt nie będzie chciał zatrudnić wilkołaka, nawet z tak wysokimi ocenami jakie posiadał. Z czego będzie żył? Będzie zdany tylko na siebie. Już nikt nie będzie dbał o to, by nie był zagrożeniem dla innych. Co on ze sobą zrobi? Wrócę do domu rodziców, pomyślał.
         Nagle przed oczami stanęła mu scena z dzieciństwa. Obezwładniony tata, biegnący Greyback, ból, krzyk matki i... od tego to wszystko się zaczęło. Gdyby nie ten jeden moment w jego życiu, byłoby dobrze. Nie byłby chory. Czy jego życie naprawdę byłoby wtedy lepsze?
– Wszystko byłoby wtedy lepsze – szepnął i schował twarz w dłoniach. Siedział tak kilka minut, ale w końcu postanowił wstać i wziąć poranny prysznic. Gdy wrócił do sypialni James i Syriusz już wychodzili z łóżek. Peter dalej chrapał pod swoją kołdrą.
– Luniak, tak myślałem, że się myjesz. – Syriusz wyszczerzył zęby w swój psi sposób i wskazał podbródkiem na jego mokre jeszcze włosy.
– Mhm... – mruknął chłopak i podszedł do szafki po różdżkę. Machnął nią krótko i jego włosy wyschły.
– Jak tak szybko opanowałeś zaklęcia niewerbalne? – zapytał ze zdumieniem Syriusz. – Ja próbowałem już dwa razy i mi nie wyszło.
– A myślałeś o zaklęciu?
– Nie, o dziewczynie, która siedziała na prawo ode mnie. Miała takie duże cycki – powiedział rozmarzonym głosem.
– To nie dziwię się, że ja i Luniak to potrafimy, a ty jeszcze nie – zaśmiał się Rogacz; machnął różdżką a świeże ubrania wyleciały z szafy i podleciały posłusznie do jego wyciągniętej lewej ręki.
– Przymknij się – warknął Syriusz. – Glizdek powinien już wstać. 
       W jednej chwili podbiegł do łóżka przyjaciela i wskoczył na nie na szczupaka. Peter pisnął i próbował go z siebie zrzucić, ale w rezultacie sam spadł z łóżka.
– Łapa! Czemu to zrobiłeś? – jęknął i złapał się za głowę i prawe ramię.
– Hmm... Chyba dla zabawy. Nie no, niedługo śniadanie, a wiem jak lubisz jeść, więc wolałem, żebyś nie zaspał. Tak w ogóle to dziś jest mecz Jamesa z Krukonami i wypadałoby pokibicować troszkę. Weźmiemy jedzonko!
– Co? Jedzenie na trybuny? – Oczy Glizdogona zaświeciły.
– Tak! Musimy mieć czym rzucać w szukającego Krukonów!
– Ale... myślałem, że do jedzenia...
– Jedzenia? Jeszcze wszyscy przytyjemy, a muszę dbać o mój kaloryfer. Czymś trzeba imponować dziewczynom, gdy sama twarz już nie wystarczy. Do tego Luniaczek i tak zjadłby caaaaałą czekoladę – Syriusz puścił Lupinowi oko.
– N-nieprawda! - krzyknął tamten speszony.
– Jesteś uzależniony od czekolady! Pochłaniasz ją w tak zastraszającym tempie, że to nawet słodkie, Czekoladowy Chłopczyku.
– Nie jestem Czekoladowym...
         W tej samej chwili Łapa owinął go ramieniem i wyszczerzył się.
– Nie mów, że nie, bo zaraz wyciągnę czekoladę mleczną i zobaczymy, jak się zachowasz. 
         Cała czwórka zaśmiała się, szybko przyszykowała i wyszła do jadalni szkolnej, która była już w połowie wypełniona przez przychodzących na śniadanie uczniów. Chłopcy usiedli razem przy stole Gryfonów i zaczęli szybko pochłaniać stojące przed nimi jedzenie. Nagle James odchylił się w tył i uśmiechnął.
– Hej! Evans! Wygram dziś dla ciebie!
– Nie obchodzi mnie czy wygrasz i dla kogo. Nie interesujesz mnie.
– Ojoj, Evans, nie bądź taka oschła dla mnie. Tak bardzo się staram...
       Nie usłyszeli odpowiedzi, ale po mimice twarzy można było poznać, że prychnęła. Markotny James wstał i ruszył na boisko. Huncwoci szli za nim i próbowali go jakoś pocieszyć, ale to nic nie dało. W końcu nadszedł mecz i James wyrzucił z głowy zmartwienia i grał najlepiej jak potrafił. Wygrali w pół godziny z rekordową liczbą punktów 540 do 0.
         Lily pierwszy raz w życiu podeszła do niego i szczerze mu pogratulowała. Nawet go przytuliła, a James nie myślał o niczym innym przez kilka następnych godzin.

Rozdział piętnasty: Gryffindor vs. Slytherin!

        Żaden z nich nie wracał już do tej sytuacji, jednak przyjaciele uważniej przyglądali się Remusowi. Ten chodził jeszcze kilka dni przygnębiony, ale pod wpływem Jamesa, Syriusza i Petera jego dobry humor szybko powrócił. Zbliżał się mecz Quidditcha Gryfonów ze Ślizgonami. Wszyscy chodzili poddenerwowani. James był coraz częściej szykanowany przez wrednych wyrostków chcących wyeliminować go z wzięcia udziału w meczu, ale razem z Łapą pokonywali wszystkich wrogów za pomocą magii. Byli najlepsi i najszybsi, gdyż często jej używali.
           Obudzili się w dzień pierwszego meczu. Remus wyjrzał przez okno. Pogoda była idealna. Ani jednej chmurki, słońce świeciło łagodnie na polanę; lekki wiaterek, który nie spychałby nawet najwolniejszej miotły dodawał wigoru. W czwórkę zeszli na śniadanie, gdzie James został przywitany okrzykami i wiwatami trzech stołów. Tylko Slytherin patrzał za nim spode łba. Oczy Jamesa szybko odnalazły Lily Evans. Zawołał ją i jej pomachał.
– Evans! Trzymaj dziś za mnie kciuki, bo wtedy na pewno wygram!
– Nie mam najmniejszej ochoty ci kibicować. Moim zdaniem mógłbyś nawet spaść z miotły! – odkrzyknęła. Radość Jamesa opadła. Doszedł cicho do stołu i usiał.
– Rogacz, nie przejmuj się, na pewno wygramy – wtrącił Syriusz, patrząc groźnie w stronę stołu Slytherinu.
– A Evans się nie przejmuj. Na pewno będzie kibicować Gryfonom.
– Tylko dlaczego tak mnie traktuje?
– James, masz teraz na głowie mecz, nie myśl o Lily. Nie psuj sobie nastroju. – Remus uśmiechnął się pocieszająco. – To twój wielki dzień.
        Potter wymamrotał coś niezrozumiałego i wziął się za jajecznicę. Później wyszedł przed wszystkimi, by dołączyć do drużyny zmierzającej ku stadionowi, natomiast Remus, Syriusz i Peter wrócili na chwilkę do pokoju po ogromny transparent z napisem ''Do boju Gryfoni!!!'', który emanował wszystkimi kolorami. Obok napisu przechadzał się lew - znak Gryffindoru. Razem z tłumem uczniów ruszyli ku stadionowi. W końcu zasiedli w najwyższym rzędzie ławek i czekali. Już po chwili Edward Valenti odezwał się swoim wzmocnionym głosem:
– Właśnie zaczynamy nasz pierwszy mecz tego sezonu! Walczą dziś między sobą Gryfoni i Ślizgoni! Dryżyna Gryffindoru wychodzi na boisko a wraz z nimi kapitan i wschodząca gwiazda Quidditcha James Potter! – Trybuny ryknęły i zaczęły wiwatować. – Czy i tym razem wygra? W końcu już nadchodzi drużyna Slytherinu i ich nowy szukający Paul Harrison!
   Z sektora Ślizgonów słychać było ryk kibiców. Ani Krukoni, ani Puchoni nie przepadali na mieszkańcami domu węża. Gdy drużyny stanęły naprzeciwko siebie, profesor Hooch otworzyła skrzynię.
– Kapitanowie drużyn podajcie sobie dłonie. – Potter i McMillan zrobili, co kazano. – Dosiądźcie mioteł. Do góry...
          Czternastu zawodników wzbiło się w powietrze.
– Słuchajcie, ta gra ma być czysta i bez fauli, zrozumiano?! Na mój gwizdek. – Weszła na miotłę. – Raz! Dwa!
          W jednej chwili stało się kilka rzeczy. Profesor Hooch rzuciła kaflem w górę, zaklęciem odblokowała tłuczki i odbiła się od ziemi; natomiast widownia ryknęła ogłuszającym wrzaskiem.
– I WYSTARTOWALI! Kafel w rękach Smitha, nie, nie! Gryffindor przejął kafla! Gryffindor przejął kafla! Ma go Judith! Do boju, kobieto!!! Przelatuje zwinnie między obroną Ślizgonów i zdobywa punkt! DZIESIĘĆ DO ZERA DLA GRYFFINDORU! – Trzy czwarte trybun zafalowały, a ryk tłumu był bolesny. – Kafel w rękach Ślizgonów, czy zdobędą punkt? Zdobyli! Remis dla obu drużyn!!! – Wrzasnął Ed, a w tym samym czasie większość widowni jęknęła. – Ale co to?! Harrison coś dostrzegł? Czy to znicz? Dlaczego Potter... Nie! Potter już leci za nim!
– Dlaczego Rogacz nie zobaczył znicza pierwszy? – Zaniepokoił się Syriusz. 
– Znicz był przy bramkach Gryfonów, Harrison był na środku boiska, a James przy bramkach Ślizgonów. Nie miał szans ze swoją wadą wzroku.
– Harrison jest już tuż-tuż! Ale Potter nie zostaje mu dłużny! Siedzi mu na ogonie! Czy mecz skończy się tak szybko? Nie! Pałkarz Gryfonów odbił tłuczek w stronę Harrisona! SPUDŁOWAŁ! Tłuczek uderzył w znicz! Znicz ponownie zniknął!!! – Tłum jęknął i wygwizdał Hathaway'a - pałkarza Gryffindoru.
      Mecz trwał półtora godziny, zanim znicz znów się pojawił. Gryffindor miał sto sześćdziesiąt punktów, a Slytherin sto czterdzieści. 
– Potter mknie jak błyskawica, zostawiając Harrisona daleko z tyłu! Czyżby nawet najnowszy nabytek Ślizgonów nie był w stanie pokonać mistrza?! Potter jest już o włos od złapania znicza! Tak! Tak! Złapał go! ZŁAPAŁ! KONIEC MECZU!!! Aj... – Jęknął zgodnie z tłumem, bo w tym samym czasie, gdy James złapał znicza i podniósł rękę do góry sygnalizując koniec gry, tłuczek uderzył go w plecy. Ten zachwiał się i spadł z miotły.
         Wszyscy w ciszy patrzeli jak James Potter, mistrz szkolnych rozgrywek Quidditcha, niepokonany szukający, spada. Dopiero po chwili wrzask widowni zagłuszył wszystko wokoło. Profesor Hooch wylądowała obok niego, a nauczyciele zbiegali już z trybun. Pani Pomfrey biegła z nimi. Trójka jego przyjaciół stała jak sparaliżowana. Spojrzeli na siebie wystraszeni. Bali się o Rogacza i nie wiedzieli co zrobić. Po kilku sekundach Remus wychylił się poza barierkę i zmrużył minimalnie oczy. James leżał daleko, ale wzrok wilkołaka był dobry. Maksymalnie próbował wytężyć wzrok, by cokolwiek zobaczyć. I zobaczył. Dumbledore wyczarował magiczne nosze i przeniósł na nie Jamesa. Machnął różdżką a nosze poszybowały obok niego.
– Chodźmy.
– Gdzie?
– Do Skrzydła Szpitalnego. Zaraz go tam zaniosą.
           Pędem ruszyli do zamku, a potem szybko wbiegali po schodach. Po drodze Peter wpadł na schodek-pułapkę i musieli zmarnować trochę czasu na wyciąganie go. Wreszcie dobiegli do Skrzydła , które było zamknięte, więc czekali. Po minucie usłyszeli kroki i za najbliższym rogiem zobaczyli wyłaniającego się Dumbledore'a. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji; nawet nie wydawał się być zaskoczony ich obecnością tutaj.
– Co wy tu robicie? – zdziwiła się McGonnagal. – Powinniście być na trybunach i razem z prefektami naczelnymi wracać do dormitoriów. 
– Chcieliśmy tylko zobaczyć czy z Jamesem wszystko dobrze. – Syriusz, Peter i Remus przesunęli się, by zrobić miejsce Dumbledore'owi, Jamesowi, McGonnagal, pani Pomfrey i Slughornowi, który zamiast wejść do sali, stanął przed nimi.
– To doprawdy postawa godna najlepszych przyjaciół! To o tak pięknej przyjaźni winny być pisane ballady i wiersze! – Chłopcy spojrzeli na siebie zaniepokojeni tym dziwnym zachowaniem profesora. Horacy złapał się za brzuch, jakby nagle jego ciężar mu zawadzał. – Jednakże wracajcie do swoich domów, chłopcy. Pan Potter jest pod dobrą opieką i nie jest tu wymagana wasza obecność.
– Mimo to chcielibyśmy się z nim zobaczyć... – nalegał Remus.
– Ależ on będzie teraz spał jak małe dziecko! – Slughorn zaśmiał się rubasznie.
– Nie będzie spać wiecznie, panie profesorze, a bardzo zależy nam by porozmawiać z nim zaraz po przebudzeniu i sprawdzić jak się czuje.
– A co powiecie na taki układ: wy wrócicie grzecznie do swoich kolegów i koleżanek w Gryffindorze, by opiewać waszą wspaniałą wygraną, a ja wyślę wam jakiegoś ucznia z wiadomością, jak pan Potter się czuję.
– To tylko dodałoby panu profesorowi problemów – powiedział słodkim,  niewinnym głosikiem Remus. – Musiałby pan profesor znaleźć jakiegoś ucznia, gdy wszyscy są w dormitoriach, on musiałby przyjść do pokoju Gryfonów i nas znaleźć, a samo wejście do salonu może być dla niego niemożliwe, gdyż nie znałby zapewne hasła. No i musiałby pan też ciągle być przy Jamesie i sprawdzać czy się obudził... – lekko zwiesił głos. Slughorn nic nie odpowiedział, tylko zatrzymał wzrok na Remusie. Patrzeli sobie w oczy w ogóle nie mrugając. Po chwili jednak mężczyzna stęknął i podciągnął brzuch.
– No dobrze... Ale proszę was, wejdzie dopiero i tylko wtedy, gdy wszyscy wyjdziemy od pana Pottera.
– Dziękujemy! – krzyknęli szczęśliwi i czekali. Po dziesięciu minutach profesor Dumbledore wyszedł wraz z McGonnagal i Slughornem. Łapa, Glizdogon i Lunatyk weszli szybko do środka i podeszli do łóżka, które zajmował James. Chłopak leżał nieprzytomny. Głowę i prawdopodobnie plecy miał zabandażowane. Każdy wziął sobie krzesło i usiedli naokoło łóżka Jamesa. Dopiero po pięćdziesięciu minutach Potter obudził się.
– C-co... – zaczął.
– Wreszcie się obudziłeś! – wykrzyknął Syriusz. – Już myślałem, czy by nie iść po skarpetki Severusa i przyłożyć ci je do nosa. Chociaż... po nich chyba spałbyś dłużej.
     James rozejrzał się wokoło. Próbował usiąść, ale skrzywił się z bólu.
– Nie ruszaj się – powiedział Remus.
– Kto wygrał? – zapytał James, a Syriusz wyszczerzył zęby.
– Oczywiście, że my! Przewaga punktów była miażdżąca!
       James uśmiechnął się i ułożył wygodniej. Po jakimś czasie przyszli jego kumple z drużyny. Wtedy to Remus, Syriusz i Peter wrócili do dormitorium. Wypili kilka butelek kremowego piwa i zjedli przekąski, jakie zostały po balandze, która się tutaj odbyła.
        Siedzieli w milczeniu, nie wiedząc o czym rozmawiać. Później udali się do swojego pokoju i szybko zasnęli. Następnego dnia James wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego i stał się bohaterem szkoły. Jego cudowna gra zachwycała wszystkich. Jedynym wyjątkiem byli Ślizgoni i Lily.
– Hej, Evans! Życzyłaś mi pecha przed meczem. Mój wypadek to po części twoja wina. Nie martw się! W ramach rekompensaty możesz iść ze mną na randkę, by odpokutować.
– Wolałabym spędzić noc ze śmierdzącym ghullem, niż iść z tobą na randkę, Potter!
– Aj, zabolało – jęknął James i złapał się za serce. Remus parsknął śmiechem.
– A ty z czego się śmiejesz? – Rogacz spojrzał na niego krzywo.
– Wiesz, że gdybyś tak nie gwiazdorzył i nie próbował jej w taki sposób imponować, to by cię może polubiła?
      James nic nie odpowiedział, tylko zmarszczył brwi. Syriusz nagle walnął się ręką w czoło, a uśmiech zakwitł mu na twarzy.
– Zwariowałeś? – zaśmiał się James.
– Nie. Coś sobie przypomniałem. – Odczekał chwilę, by jego słowa dotarły do jego przyjaciół i nabrały mocy.
– I…? – zachęcił go Remus.
– Już niedługo się przekonacie – Figlarny uśmiech Łapy był im dobrze znany i przeważnie nie znaczył nic dobrego.

Rozdział czternasty: Pierwszy dzień i bunt

        Obudził się z samego rana, ale nie otwierał jeszcze oczu. Delektował się tą chwilą błogości, gdy jeszcze może zatopić się w miękkiej pościeli i po prostu leżeć. Nagle usłyszał ciche szepty. Rozbudził się troszkę bardziej i zaczął rozumieć sens słów. James, Syriusz i Peter rozmawiali przyciszonymi głosami. Dobrze rozumiał co mówią dzięki swojemu dobremu słuchowi.
– Może nie powinniśmy przy nim tak żartować i w ogóle... – pisnął Glizdogon.
– I pozwolić mu popaść w depresję? W te wakacje naprawdę dużo przeszedł. Zamiast robić mu psychologiczne rozmowy i terapie, które bardziej go zdołują, zabawiajmy go – zaproponował Syriusz. – Jesteśmy jego przyjaciółmi. Nasza obecność mu pomaga.
– Łapa ma rację. Uważajmy na niego i reagujmy, jeśli zobaczymy, że się zamyśla lub robi przygnębiony, ale starajmy się, by o tym wszystkim nie myślał. Po pewnym czasie wszystko wróci do normalności. Choć to pewnie potrwa.
– Gdybym był Lunatykiem pewnie załamałbym się psychicznie – szepnął Peter.
– Na szczęście Remus jest silny – Syriusz zwrócił się do Jamesa. – Ale martwię się o niego. Przeszedł już zbyt dużo. I chyba ukrywa swój prawdziwy ból.
– Tak. – Rogacz zamyślił się. – Jest wrażliwy, ale dobrze to ukrywa. Zawsze najlepiej ukrywał swoje uczucia. Czasami mam wrażenie, jakby nimi grał. Zawsze nad sobą panuje.
– Musimy tylko być przy nim i go wspierać a będzie wszystko dobrze. Jesteśmy huncwotami. Dla nas nie ma rzeczy niemożliwym. I na pewno damy radę mu pomóc. Przecież na nas zawsze może liczyć. Nie zawiedziemy go.
– Śpi jeszcze?
        Remus usłyszał szelest. To Syriusz ześlizgnął się ze swojego łóżka i cicho podszedł do niego. Przymknął lekko oczy i rozchylił minimalnie usta. Oddychał spokojnie. Syriusz stał za jego plecami i mu się przyglądał. Po chwili wrócił na swoje łóżko.
– Tak, ale pewnie zaraz się obudzi. Kładźmy się. Śniadanie będzie za półtorej godziny, pośpijmy jeszczeeee. – Łapa rozciągnął się i ziewnął naraz. Wszyscy ponownie się położyli. Remus dziwnie się czuł. Jak miał się teraz zachować? Słyszał ich rozmowę. Miał im o tym powiedzieć? Może lepiej nie... Mogliby stać się mniej ufni. Wiedzieli, że miał lepszy słuch, węch i smak, ale myśleli, że śpi. Tymczasem on podsłuchiwał. Co innego podsłuchiwać Zakon Feniksa podczas zebrań, a co innego podsłuchiwać własnych przyjaciół. Poczucie winy ściskało go od środka.
          Piętnaście minut później wstał i wziął szybki prysznic. Ubrał się, poczesał i poszedł do salonu. Po trzydziestu minutach dołączyli do niego Syriusz i James. Peter zwlókł się kilka minut po nich, wciąż zaspany i nierozumiejący co się dzieje wokoło niego. Skierowali się do jadalni i w ciszy zjedli śniadanie. Do każdego z nich, poza Peterem, przyleciała sowa z Prorokiem Codziennym. Jedli swoje tosty i czytali nowości w świecie czarodziejów.
– Śmierciożercy rosną w siłę... - mruknął Syriusz. – A moi rodzice umierają ze szczęścia.
– Zakon Feniksa próbuje to powstrzymać, prawda? – James zerknął na Remusa zza gazety.
– Tak, ale to nie jest proste. Mają ostatnio problemy. Ludzie boją się Lorda Voldemorta i wolą siedzieć cicho, niż narażać życie swojej rodziny wstępując do Zakonu. Śmierciożercy mają przewagę, jeśli chodzi o liczebność. No i oni używają czarnej magii, której my nawet się nie uczymy.
– Uważasz, że... że powinniśmy się uczyć czarnej magii? – pisnął Peter. Remus spojrzał na niego z dziwnym, lodowatym błyskiem w oczach.
– Tak. Biała magia jest wystarczająca, ale teraz, gdy nas jest mniej, powinniśmy walczyć na wszystkie sposoby. Śmierciożercy używają białej i czarnej magii. My tylko białej. To nas ogranicza. Ta gra nie jest fair. Gdybyśmy walczyli tak, jak oni, byłoby mniej ofiar śmiertelnych po naszej stronie. O zwycięstwie decydowały umiejętności poszczególnych jednostek, a nie to po czyjej są stronie.
– A co z Voldemortem? Nawet gdybyśmy nauczyli się czarnej magii on jest w tym najlepszy i najniebezpieczniejszy. Zabiłby nas w sekundę.
– Dumbledore jest w stanie go pokonać, ale nie może nic sam zrobić, póki tylu Śmierciożerców jest gotów oddać życie za Voldemorta i...
         Nagle urwał. Zbliżała się do nich Mcgonagall. Dała im ich plany i z uśmiechem stwierdzili, że wszystkie zajęcia mają wspólne. Tylko Remus miał kilka lekcji więcej. Po śniadaniu ruszyli w stronę klasy, w której odbyć się miały zajęcia z Historii Magii. Nudny początek dnia, ale równie dobrze mogli troszkę pospać.
- Może oznajmimy szkole nasz przyjazd? Wydaje mi się, że Filch jeszcze żyje nadzieją, że zostaliśmy w domach. – Zaproponował Syriusz.
– Co masz na myśli? – James uśmiechnął się.
– Hm... Może zrobimy kilka pułapek przed wejściem do dormitorium Ślizgonów?
– To jest myśl! Mam nadzieję, że Snape wpadnie choć w jedną z nich. Lub dwie. A najlepiej wszystkie! – Oczy Syriusza zaświeciły się.
– Musimy tylko dokupić dziesięć litrów szamponu. Może to i będą pułapki, ale bądźmy ludźmi - pomożemy Smarkerusowi umyć włosy!
          Cała czwórka zaśmiała się cicho. Doszli już do klasy i czekali aż profesor Cuthbert Binns pozwoli im wejść.
– Luniak, Glizdek, wchodzicie w to?
– T-tak – pisnął Pettigrew.
– Nie wiem... Chyba sobie odpuszczę.
– Dlaczego?! – Syriusz wytrzeszczył oczy, ale po chwili przyjrzał mu się z niepokojem; James również.
– Po prostu nie mam ochoty.
– Nie zostawimy cię przecież samego! A możemy to zrobić kiedy indziej. – Syriusz oplótł go ramieniem. – Bez Luniaczka nie ma największej zabawy.
– Co? Wiele razy odpuszczałem sobie udział w waszych zabawach, ale nigdy przez to nie rezygnowaliście z tego.
– Czasy się zmieniły, Remi. – Syriusz uśmiechnął się. W tej samej chwili Binns otworzył drzwi i zaprosił ich do środka. Zajęli swoje zwykłe miejsca na końcu sali i wyciągnęli książki.
– Zaraz zmienię ją w poduszkę - jęknął James patrząc tępo w okładkę.
           Profesor Binns nudnym i monotonnym tonem sprawdził listę obecności i zaczął opowiadać o wojnie secesyjnej, w której brali także udział czarodzieje. Później przyjaciele byli na Obronie przed Czarną Magią, Transmutacji i Zaklęciach. Remus poszedł jeszcze na Numerologię. Tego dnia nic więcej się już nie wydarzyło. Przyjaciele uważnie przyglądali się Remusowi, a on udawał, że tego nie widzi. Po zrobieniu pierwszych zadań domowych, wszyscy udali się do sypialni i położyli. Ciszę przerwał James.
– Tęsknisz za nimi?
– Tak – szepnął Remus. 
– Jak możemy ci pomóc?
– Po prostu bądźcie tacy, jacy jesteście. To w zupełności wystarczy.


           Przez następne tygodnie chłopacy uczęszczali na lekcje i uczyli się. Od czasu do czasu żartowali sobie i denerwowali Filcha. Raz poobklejali gabinet woźnego papierem toaletowym. Wyglądało to jak tapeta, tyle, że nie tylko na ścianach, ale też na meblach, przedmiotach, podłodze, suficie i innych pomniejszych przedmiotach. Innym razem w magiczny sposób zostawiali plamy błota na posadzce. Filch podążał ich tropem myśląc, że znajdzie winowajcę. Tym sposobem zamknęli go w schowku na miotły.
          Remus przestał już zwracać uwagę na dziwne zachowanie jego przyjaciół. Wiedział, że martwią się o niego, ale idealnie potrafił grać uczuciami. Tylko w nocy, gdy czuł, że nikt go nie widzi pozwalał, by kilka łez spłynęło mu po twarzy. Życie w Hogwarcie nabrało już swojego tempa i byli zasypywani coraz większą ilością prac domowych. Tylko Remus zdawał się z tym nadążać, a czasami nawet pomagał swoim przyjaciołom.
         Pewnego ranka James, który wstał najwcześniej, wbiegł z powrotem do dormitorium i skoczył najpierw na łóżko Petera, potem Remusa, a na końcu na Syriusza i na nim już został.
– Słuchajcie! Już niedługo zaczną się treningi Quidditcha!
– No i...? – wymamrotał Remus i zasłonił głowę kołdrą, gdy światło wschodzącego słońca oślepiło jego czuły wzrok. James spojrzał z urazą na przyjaciela. Przeskoczył na jego łóżko i złapał kołdrę, próbując go odkryć.
– Coś ty tam mruczał? Jakie no i? To QUIDDITCH! Najlepszy sport na świecie! A ja, słynny i jakże przystojny James Potter, jestem kapitanem drużyny Gryfonów! Więcej entuzjazmu, inaczej zabronię ci przychodzić na mecze. – Uśmiechnął się zadziornie i po sekundzie cała czwórka się zaśmiała.
– Złaź ze mnie – stęknął Remus i zrzucił Rogacza z siebie.
– Dziś sobie nie polatasz – powiedział Syriusz.
– Czemu?!
– Dziś mieliśmy iść głębiej w las, nie pamiętasz już?
          W tej chwili, gdy to do nich dotarło, James spojrzał z lekkim smutkiem na Remusa.
– Przepraszam, że zapomniałem... – zaczął, ale Remus uśmiechnął się i przerwał mu.
– Nic się nie stało. Ale Syriusz ma racje. Ostatniej pełni chodziliśmy tylko do tej polany na lewo od jeziora. Czas iść trochę głębiej. – Oczy rozbłysły mu podekscytowaniem tak, że wyglądał jakby miał jedenaście lat.
          Widać jednak było gdzieś głęboko głęboko pewien strach i zmęczenie. Dzień minął szybko i gdy nastał wieczór James, Syriusz i Peter poszli do dormitorium Gryfonów, a Remus skierował się do Skrzydła Szpitalnego. Po chwili wyszedł na szkolne błonia wraz z towarzystwem pani Pomfrey. Wszedł do tunelu prowadzącego do Wrzeszczącej Chaty i usiadł na skraju łóżka. Czekał kilka minut, patrząc zamyślony w okno.
           Gdy zobaczył wschodzący księżyc, poczuł ból w kręgosłupie. Przemiana jak zwykle była bolesna i nie mógł powstrzymać krzyku. Nienawidził tego. Nienawidził swojego ciała, które już na zawsze miało co miesiąc się zmieniać. Czuł jak każda kość, mięsień i każdy skrawek skóry naciąga się i zmienia kształt. Nic nie mogło być gorsze od tego, nawet miażdżenie kości. Po chwili był już wilkołakiem. Stał na czterech łapach. Zawył. Nie wiedział już, kim jest. Nie miał prawie żadnych wspomnień. Nagle usłyszał szczeknięcie. Tak bardzo mu znajome. Do pokoju wbiegł pies i podbiegł do niego. Polizał go po pysku. Poznawał go. To był ktoś bliski dla niego. Pies wyprowadził go na zewnątrz, gdzie czekali już na nich jeleń i szczur. Pachnieli znajomo. Powoli w ich towarzystwie zaczęły mu wracać wspomnienia. Łapa... Rogacz... i Glizdogon. Jego przyjaciele byli tu z nim. Znowu. Łapa z radością skakał naokoło nich, Rogacz przyglądał mu się chwilę z przechylonym na bok łbem. Na jego rogach leżał lekko tłustawy szczurek. Po chwili jeleń wyprężył się prosto, jakby już wiedział, że Remus przypomniał sobie kim byli i zarył kopytem w ziemię. Łapa zapiszczał i pobiegł jeszcze szybciej naokoło nich. Z radością pobiegli w stronę lasu i ukryli się w gęstwinie. Cieszyli się swoim towarzystwem. On i Łapa byli najszybsi i mieli najlepszą zwrotność. Rogacz galopował za nimi mając na swoim łbie Glizdogona, który kurczowo owijał się wokół jego rogów. Jako najmniejsze stworzenie nie mógł im dorównać szybkością, ale był bardzo przydatny, jeśli chodziło o wciskanie się w małe szczeliny.
        W oddali zobaczyli już początek polany, którą widzieli z daleka podczas ostatniej pełni. Lunatyk zawył, a Łapa natychmiast zrozumiał, o co chodziło przyjacielowi. W miarę możliwości zrównali się, a później przyspieszyli, ścigając się i klucząc między drzewami. Chwilowo żaden z nich nie mógł wyprzedzić drugiego, ale tuż przed polaną Lunatyk wybił się mocniej, wyciągnął swoje długie ciało i przegonił Łapę o długość pyska. Wbiegli na polanę jak z procy i zahamowali. Potruchtali jeszcze trochę, tracąc na szybkości i zatrzymali się.
          Łapa z rozbawieniem skoczył na Remusa i zaczęli tarzać się po ziemi. Rogacz dobiegł minutę później; Glizdogon zbiegł po jego grzbiecie i zeskoczył z niego, natomiast jeleń złapał psa i podniósł za pomocą swoich rogów. Cała czwórka wyszczerzyła zęby w zwierzęcej imitacji śmiechu. Łapa złapał się przednimi łapami jednego z rogów, a Rogacz zaczął potrząsać łbem, by dla żartów go z siebie zrzucić. Glizdogon biegł wokoło nich a Lunatyk skakał próbując uderzyć łapą psa i zrzucić go z rogów Rogacza. Dwójce przyjaciół wspólnie udało się zrzucić Łapę, a ten, nie mogąc pogodzić się z przegraną, znów rzucił się na Lunatyka. Po jakimś czasie wszyscy biegli już dalej, ku terenom, do których nie zaglądali. Wiedzieli co tam jest. Zbliżali się do granicy Hogwartu. Zatrzymali się tuż przed nią i patrzeli w dal. Każdy nowy teren jaki odkrywali pojawiał się na Mapie bez ich udziału. Później zawrócili.
             Biegli bardzo długo, po drodze mijając najróżniejsze stworzenia. Zatrzymali się na małej polance ze strumykiem. Stał tam piękny, dorosły jednorożec. Z szacunkiem podeszli do niego spokojnie. Rogacz nawet zgiął jedną nogę i pochylił łeb. Jednorożec także przyklęknął i oddał ukłon. Wypili kilka łyków czystej wody i pobiegli dalej w zwartej grupie. Było już coś koło drugiej w nocy, gdy dobiegli zdyszani do Wrzeszczącej Chaty. Remus wszedł tam sam, natomiast James, Syriusz i Peter zakradli się pod peleryną niewidką do zamku. Rano wstali śpiący, ale szczęśliwi i cały dzień wyczekiwali nadejścia nocy.
– Lunatyk musi się pewnie bardzo nudzić sam w tej Wrzeszczącej Chacie – powiedział ze smutkiem Peter.
– Na szczęście za pięć godzin będziemy mogli do niego iść. Dzisiejszy dzień jest bezchmurny. Jeżeli noc będzie taka sama, możemy iść na te małe wzgórze po drugiej stronie jeziora i poleżeć – zaproponował Syriusz.
          Po pięciu godzinach, które wlokły się dla przyjaciół w nieskończoność, zapadł zmrok, a oni wymknęli się szybko z zamku. Dotarli do Wierzby Bijącej, a Syriusz ponownie pobiegł po Lupina. Kilka minut później wszyscy biegli w stronę jeziora. Próbowali zachowywać się jak najciszej, póki nie znajdą się po drugiej stronie zamku, gdzie były tylko same puste klasy. Gdyby jakiś uczeń ich zobaczył na pewno wydawałoby mu się dziwne dlaczego wilkołak, pies i jeleń biegną obok siebie niczym przyjaciele (oczywiście Glizdogon był zbyt mały, by z takiej odległości jakikolwiek uczeń by go dostrzegł).
           Początkowo planowali okrążyć jezioro, ale gdy tylko znaleźli się w jego pobliżu Łapa wystrzelił jak strzała i wyprzedził wszystkich, by wskoczyć do jeziora. Woda sięgała mu zaledwie do brzucha, gdyż nie wybiegł zbyt daleko od brzegu. Z radosnym szczekaniem rozchlapywał wodę wokół siebie. Lunatyk i Rogacz stanęli w miejscu i patrzeli z politowaniem na swojego przyjaciela, ale już po chwili się do niego przyłączyli. Tym razem Glizdogon siedział na głowie wilkołaka, więc Lunatyk uważał, by go z siebie nie zrzucić.W końcu szczur stanął na dwóch łapkach, a Łapa podbiegł do nich i złapał go w zęby. Zrobił to delikatnie, więc Glizdogon nie odniósł żadnych obrażeń. Pies zarzucił łbem, sprawiając, że zwierzątko wyleciało w powietrze, a gdy opadało, upadło na miękką sierść na karku Łapy. Szczurek złapał się ząbkami karku Syriusza i wszyscy wybiegli na brzeg otrzepując się i rozpryskując krople wody naokoło. Ruszyli brzegiem jeziora i biegli napawając się chłodnym wiatrem ocierającym się o ich mokre futra.Tym razem to Rogacz biegł na przedzie ze swoją dumną postawą. Odgłos kopyt uderzających o ziemię był równomierny i idealnie współgrał z uderzeniami łap psa i wilkołaka. Biegli niespełna pięć minut i po chwili teren zaczął się łagodnie wznosić ku górze. Zaczęło robić się coraz bardziej stromo. Zwolnili i rozważniej wybierali swoją trasę, by po kilkunastu sekundach wspinaczki stanąć na płaskim wzniesieniu i ujrzeć najpiękniejszy widok, jaki mogli sobie wymarzyć.
        Księżyc wznosił się samotnie po niebie, a daleko pod nim roztaczał się las, który szumiał i poruszał wraz z wiatrem. Krajobraz był spokojny i piękny. Cieszył oko swoją delikatnością.Gdy się odwrócili zobaczyli gładką taflę jeziora i wieżyczki Hogwartu. Z każdej strony ów wzgórza roztaczał się inny, niepowtarzalny, aczkolwiek równie piękny widok. To było idealne miejsce do wyciszenia się i wsłuchania w odgłosy natury. W dzień nigdy nie udałoby im się tu dostać. To była zbyt długa droga. A może jednak? Może jest szansa, że zdążyliby tu dobiec i wrócić, zanim ktoś zauważyłby ich nieobecność? Usiedli obok siebie i w spokoju patrzeli na piękno otaczającego ich świata.Tej nocy już nigdzie nie biegli. Napawali się swoją obecnością i ciszą wokoło. Powolnym truchtem wrócili do Wierzby Bijącej i znów rozstali się z Remusem. Jednak następnej nocy Remus nieświadomie omal nie rzucił się na zwykłego królika. Przyjaciele nie mieli mu tego za złe. Teraz był wilkołakiem i zdarzały się takie ''wypadki''. Jednak następnego dnia Remus, gdy odzyskał choć odrobinę sił, udał się do sowiarni i spoglądał smutno przez okno. Stąd nie było widać ich ulubionego wzniesienia. Błonia łagodnie zalewało popołudniowe słońce. Dziś jeszcze nie miał lekcji, ale od jutra miał na nie wrócić. Cała szkoła wydawała się pusta - wszyscy byli w klasach. Jednak po jakimś czasie zabrzmiał ostatni dzwonek i uczniowie powychodzili z sal lekcyjnych. Dopiero po dwudziestu minutach Syriusz znalazł przyjaciela.
– James i Peter też cie szukają. Ja wolałem już na początku sowiarnię. Pamiętasz? To tu uciekłeś, gdy odkryliśmy prawdę o tobie i tutaj cie znaleźliśmy. – Zamyślił się, a później westchnął jakby z sentymentem. – To było tak dawno. I patrz ile się zmieniło. Ja, Rogacz i Glizdek staliśmy się animagami, stworzyliśmy Mapę Huncwotów...
– Robiliśmy mnóstwo głupich rzeczy – dodał Remus, a kąciki jego ust uniosły się lekko. – Wspomnienia z Hogwartu będą najpiękniejsze.
          Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się, ale po chwili Remus zmarkotniał i spojrzał znów na szkolne błonia.
– Zadręczasz się tym królikiem? Remi, to tylko królik.
– Mogłem go zabić. Mogłem skrzywdzić te niewinne stworzonko, które przecież na to nie zasługuje.
– Nie. Nie byłeś sobą, nie powinieneś się obwiniać... – zaczął Syriusz, ale Remus mu przerwał.
– Nie byłem sobą? Właśnie, że byłem. Jestem wilkołakiem. Bestią! Taki już jestem i nie wmawiaj mi, że nie.
– Nie jesteś bestią. Nie robisz tego umyślnie. Nie chciałeś tego.
– Nie chciałem. – Oczy Remusa jakby lekko zwilgotniały, ale nie uronił żadnej łzy. – I nikomu bym tego nie życzył. Ale dlaczego akurat ja? Dlaczego mnie to spotkało? Mam dość. Już tego nie wytrzymuję! Tak jest co miesiąc. Za każdym razem. Już od stu czterdziestu czterech pierdolonych miesięcy!
         Syriusz ze smutkiem spojrzał na przyjaciela.
– Remusie, wiem, że ci ciężko, ale jesteś silny. Może kiedyś wymyślą na to lekarstwo...
– Nie mów tego. Nie rób mi tej głupiej nadziei. Nie pozwól mi w to wierzyć! Wolałbym nigdy nie być zdrowy. Wtedy tak bym za tym nie tęsknił...
– To nie jest prawda. Nawet gdybyś urodził się wilkołakiem, pragnąłbyś być zdrowy.
– Nawet jeśli to nie tęsknił bym za tym tak bardzo, a jedyny czas, gdy byłem zdrowy jest tak odległy, że ledwo to pamiętam. Jeszcze jakby było mało... Zabiłem własną matkę...
– Ty nic nie...
– Gdyby się o mnie nie zamartwiała, zajęłaby się swoją chorobą i dalej by żyła. Tata nie chodziłby ciągle zamyślony i też pewnie dalej by żył. Powinienem był umrzeć przy ukąszeniu.
– Proszę cie, Remusie, nie mów tak. Gdybyś umarł, twoja mama by się załamała. Byłeś dla niej najważniejszy. Nie myśl tak o jej śmierci. Nie byłeś niczemu winny. – Syriusz przytulił go, by jakoś go wesprzeć. W tym samym momencie James i Peter weszli do sowiarni, ale nic nie mówili. Milczeli pogrążeni w smutku.