Przez cale trzy tygodnie James nie powiedział Lily o Zakonie. Pomiędzy przyjaciółmi czasem czuć było z tego powodu napiętą atmosferę, jednak żaden go nie zdradził.
Na dzisiejszym spotkaniu omawiali śmierć całej rodziny mugoli z przedmieści Londynu. Policja stwierdziła, że zatruli się czadem, jednak Zakon znał prawdę.
– Czy Voldemort próbuje wybić wszystkich mugoli, mugolaków i pół-krwi czarodziejów? To chore.
– Był już w historii świata taki człowiek. Mugol o imieniu Adolf. W komorach gazowych dusił ludzi, ciała spalał. Odbierał im imiona, tatuował numerkami. Marnie skończył, może naszego też to czeka?
– Oby – odpowiedział Artur Weasley – bo coraz gorzej się robi na tym świecie.
– Pozostaje nam mieć nadzieję. Ktoś ma jeszcze jakieś nowe informacje na jakikolwiek temat? Nie? Możemy więc zamknąć posiedzenie. Remusie, odłożysz teczki do mojego gabinetu?
– Jasne. – Chłopak machnął różdżką i skierował się na piętro. Gdy tylko zniknął, jeden z członków przyjętych dwa miesiące temu, zabrał głos:
– Myślę, że ja mam coś do powiedzenia.
– Dobrze. Poczekamy na Remusa i porozmawiamy.
– Um... Wolałbym nie. Chodzi o to, że słyszałem ostatnio sporo o wilkołakach propagujących przyłączenie się do Czarnego Pana. Nawet osoby, które były przeciwko niemu, dołączają do niego, bo posłuchały Alfy. Czy ktokolwiek zna Alfę Lupina?
Nastała cisza. Dopiero Moody zdołał ją przerwać.
– O jakiej Alfie mówisz?
– O dowódcy stada. Każdy wilkołak należy do jakiegoś stada. Co właściwie wiecie o nim?
– Na pewno więcej niż ty...
– Skąd ta pewność? Wilkołaki mają mnóstwo tajemnic. Myślę, że nasze ostatnie niepowodzenia w śledztwach i śmierci są spowodowane obecnością wilkołaka na spotkaniach. Myślę, że jest szpiegiem. Nawet jeśli nie samego Czarnego Pana, to na pewno wilkołaków. Głosuję za tym, by wydalić go...
– Skończ. – Głos Alastora był jak cisza przed burzą. – Nie ty będziesz o tym decydował, Caradocu Dearbornie.
– Ale zawsze możemy to przedyskutować, prawda? W końcu panuje tutaj demokracja.
Moody rzucił tylko w jego kierunku zniechęcone spojrzenie. Doskonale wiedział, że Remus wszystko słyszał. Najprawdopodobniej stał już za drzwiami, ale wolał się nie wtrącać ani nie unosić. Pewnie poczeka aż skończą o nim rozmawiać i będzie udawać, że go to nie ruszyło.
– Jeśli tak bardzo przeszkadza ci jego obecność w Zakonie, możesz udać się do samego Dumbledore'a i z nim porozmawiać. Może on cie poprze. – W oczach mignął błysk rozbawienia, ale Caradoc go nie dostrzegł.
– Dobrze, tak zrobię. Zobaczycie, że gdy tylko wilkołak zniknie, ataki na nas się zmniejszą.
Nikt w żaden sposób tego nie skomentował. Zaczęli szeptem rozmawiać między sobą o swoich prywatnych sprawach i wtedy też Remus wrócił do pomieszczenia. Caradoc spojrzał na niego z tryumfem, Remus natomiast uśmiechnął się do niego przyjaźnie. Mężczyzna zmarszczył brwi, sfrustrowany.
Posiedzenie oficjalnie się zakończyło. Pierwsze osoby wstały i pożegnały się. Inne szły do Moody'ego, by porozmawiać o jakichś osobistych kwestiach. Remus pożegnał się ze swoją paczką i przysiadł obok pani Weasley, która właśnie rozmawiała z Alicją Abbott.
– Staramy się z Arturem o kolejne dziecko. Mamy nadzieję, że w końcu będzie to dziewczynka!
– W końcu? To ile dzieci macie?
– Billa, który za kilka miesięcy będzie mieć siódme urodziny, czteroletniego Charliego, prawie rocznego Percy'ego, którego czasem tutaj przynoszę, żeby móc nakarmić. No i w pewien sposób opiekuję się Alastorem i Remusem. To takie moje adoptowane dzieci. – Spojrzała czule na chłopaka.
– Ejejej, potrafię się sam sobą zająć – odezwał się nagle Moody. – Remusa sobie adoptuj, ja jestem dorosłym facetem.
Mimo to uśmiechnął się pod nosem.
– Och, my i Frank jeszcze nie myślimy o dzieciach. Najpierw chcemy wziąć ślub, jednak chwilowo brak na to czasu.
– Mam nadzieję, że nas zaprosicie, gdy już ustalicie datę – ucieszyła się Molly.
– Ależ oczywiście! Jakbym mogła tego nie zrobić?
– Alicjo, powinniśmy się już zbierać.
– No tak, już idę, Frank. Mam nadzieję, że wkrótce przyjdziesz do nas z wesołą nowiną, Molly. Dobranoc.
– Miłej nocy – pani Weasley uścisnęła ją mocno. – I uważajcie na siebie.
– Będziemy.
Kobieta spojrzała na Remusa. Pomiędzy brwiami pojawiła jej się na sekundkę zmarszczka, ale szybko zniknęła.
– Masz może ochotę na kolejną herbatę?
– Tylko, jeśli ja ją zrobię. Opiekowała się pani Moody'm przez dziesięć miesięcy, teraz panią zastąpię, przynajmniej, dopóki nie znajdę żadnego mieszkania.
– Zamierzasz się wyprowadzić? – Auror nawet nie przejął się żartem pod jego adresem.
– No... Tak. Myślałem o tym już od jakiegoś czasu, ale było tyle spraw z Zakonem, że nie miałem okazji niczego poszukać. Skoro skończyłem już szkołę, nie jest to tylko dwumiesięczne pomieszkiwanie tutaj. Powinienem rozejrzeć się za czymś własnym.
– Rozmawiałeś o tym z Dumbledore'm?
– Nie – Remus zalał kubki swoje i Molly wrzątkiem. – Ma mnóstwo ważniejszych problemów na głowie. Bardzo mi pomagał przez większość mojego życia, ale nie chcę tego nadużywać.
Molly i Alastor zerknęli na siebie przelotnie za plecami Remusa. Ten w końcu postawił kubki na stole.
Po godzinie kobieta wróciła do domu, by zająć się swoimi dziećmi, tymczasem Remus pozmywał. Moody ubrał na siebie swój płaszcz.
– Wychodzisz gdzieś?
– Tak, Albus mnie prosił o wizytę – odpowiedział i wyszedł. Po chwili szczęknęły zamki. Remus skierował się do toalety.
Alastor aportował się w Dolinie Godryka Gryffindora i skierował w stronę domu Dumbledore'a. Zapukał mocno i czekał. Już po chwili mężczyzna otworzył, spojrzał na niego zza okularów-połówek i wydawać by się mogło, że już wie, iż coś się stało. Otworzył szerzej drzwi i pozwolił mu wejść do środka.
– Czemu zawdzięczam tę wizytę?
– Był już u ciebie Dearbone?– zapytał jakby od niechcenia.
– Tak, był. Czyżbyś to ty go nasłał, Alastorze? – Dyrektor uśmiechnął się.
– Tak. Nie chciało mi się z nim bawić podczas spotkania.
– I bardzo dobrze. Zauważyłem, że jest po prostu uprzedzony do wilkołaków, więc nic byś tym nie zyskał.
– Co mu powiedziałeś?
Albus zasiadł w miękkim fotelu i westchnął.
– Powiedziałem mu, że Remusa znamy odkąd skończył dziesięć lat, znaliśmy jego ojca i obserwowaliśmy go przez cały jego okres edukacji. Wyjaśniłem mu jak pomagał nam w misjach. Niestety to go nie przekonało. Ciągle uważał, że Remus gra przed nami, by uśpić naszą czujność i zaatakować nas w odpowiednim momencie. Powtarzał, że boi się pogryzienia...
– Przecież chłopak nie ma na swoim koncie żadnej ofiary!
– Wiem – odparł smutno Dumbledore. – Jestem prawie pewien, że gdyby kogoś ukąsił, zabiły się z poczucia winy. Caradoca nie zmienimy i niestety będziemy musieli pilnować, by nie próbował niczego głupiego. Nie wydalimy go też z powodu złego nastawienia do jednego członka, bo potrzebujemy ludzi. Remusa tak samo. W końcu jest naszym jedynym wilkołakiem. Może nam się przydać przy poszukiwaniach lub, o czym myślę od pewnego czasu, udać się do innych wilkołaków i zostać ich szpiegiem.
– Szpiegiem wśród wilkołaków? Przecież Greyback chce go zabić!
– Mylisz się. Greyback wcale nie chce go zabić. Kąsa dzieci, by jak najszybciej znienawidziły ludzi i przyłączyły się do niego. Remus tego nie zrobił, opiera mu się od bardzo wielu lat. Drażni go to. Gdyby nagle chłopak zjawił się u niego, połechtałoby to jego dumę.
– Skąd wiesz, że nie uznałby tego za podejrzane?
– Uznałby. Na pewno by uznał. Zwłaszcza, że podejrzewa związek Remusa z Zakonem. Zawsze jednak mógłby wymyślić jakąś dobrą historyjkę. Jest bardzo inteligentny i sprytny.
– Mimo to misja jest bardzo niebezpieczna...
– Wiem – przerwał mu dyrektor i poprawił sobie okulary. – Nie mówię, że wyślę go teraz. Nie zrobię tego nawet w tym roku. Najpierw poczekajmy kilka lat, zobaczmy jak sprawy się rozwiną. Chcę, by była to ostateczność. Nie wiadomo nawet czy Remus tego dożyje, więc nie zajmujmy tym umysłów. Proszę cię też, byś mu o tym nie mówił. Nie wspominał nawet na zebraniach, na których go nie będzie.
– Dobrze – zgodził się Moody.
– Czy mi się wydaje, czy nie tylko sprawa Dearbone'a kazała ci mnie odwiedzić?
– Czasem wydaje mi się, że tym spojrzeniem zaglądasz ludziom w duszę i nie trzeba nic ci mówić, bo wszystko sam odkrywasz. – Albus uśmiechnął się. – Ale do rzeczy. Remus powiedział dziś, że myśli nad wyprowadzką na swoje. Jego argumentem był koniec szkoły...
Dumbledore zmarszczył brwi. Wstał z fotela i zaczął się przechadzać po pokoju. Myślał nad czymś intensywnie.
– Musimy mu to wybić z głowy. Przynajmniej do momentu, aż Greyback przestanie na niego polować. Nie możemy sobie pozwolić na to, by go porwali albo zabili. Jeśli zamieszka gdzieś sam, będzie można go łatwiej wyśledzić, zastraszyć, zaatakować. U ciebie chronią go przynajmniej mocne zaklęcia i obecność innych czarodziejów.
– Wiem, jednak nie wiem czy to będzie takie proste. Remus potrafi być uparty.
– Wystarczy, że z nim porozmawiam. – Albus westchnął. – Czasem czuję się źle, kiedy go o coś proszę, bo wiem, że nigdy mi nie odmówi. Odkąd tylko pozwoliłem mu choć trochę polepszyć swoje życie, jest mi bardzo oddany. Nawet za bardzo. Gdybym kazał mu zabić samego siebie, zrobiłby to. Chociaż myślę, że jego przyjaciele są dla niego ważniejsi. Gdy mianowałem go prefektem, licząc, że ich opamięta, przymykał oko na ich wybryki. – Zaśmiał się cicho. – Chyba zbytnio się do nich przyzwyczaiłem. Utrata któregokolwiek z nich byłaby dla mnie czymś okropnym, ale ze smutkiem i wstydem muszę przyznać, że Remus jest moim największym pupilem.
– Nie dziwię ci się. Ma taki sposób bycia, że łapie wszystkich za serce. Najśmieszniejsze jest to, że nie zdaje sobie z tego sprawy i dzieli ludzi na tych, którzy go nienawidzą i mu współczują.
Niebieskie oczy spojrzały na Alastora.
– Czy to już wszystko?
– Tak, Albusie. Nie było dziś żadnych nowych członków, dalej śledzimy te same osoby, co wcześniej. Będziesz na następnym posiedzeniu?
– Tak, muszę najpierw sprawdzić kilka rzeczy i upewnić się w pewnych kwestiach, zanim was o czymś poinformuję.
– Czy to coś poważnego? – Moody wstał powoli i rozmasował sobie nogę kawałek nad łączeniem z protezą.
– Nie chcę nic mówić, jeśli nie będę pewny. Jednak nie jest to wesoła nowina.
Mężczyźni pożegnali się i auror deportował się z głośnym trzaskiem.
Miało opublikować się równo o 19, ustawiłam wszystko bardzo dokładnie. Ktoś wie, czemu nie zadziałało? Byłabym wdzięczna za pomoc, bo w tej sytuacji musiałabym ''ponaprawiać'' przyszłe rozdziały, które czekają.
– Ale zawsze możemy to przedyskutować, prawda? W końcu panuje tutaj demokracja.
Moody rzucił tylko w jego kierunku zniechęcone spojrzenie. Doskonale wiedział, że Remus wszystko słyszał. Najprawdopodobniej stał już za drzwiami, ale wolał się nie wtrącać ani nie unosić. Pewnie poczeka aż skończą o nim rozmawiać i będzie udawać, że go to nie ruszyło.
– Jeśli tak bardzo przeszkadza ci jego obecność w Zakonie, możesz udać się do samego Dumbledore'a i z nim porozmawiać. Może on cie poprze. – W oczach mignął błysk rozbawienia, ale Caradoc go nie dostrzegł.
– Dobrze, tak zrobię. Zobaczycie, że gdy tylko wilkołak zniknie, ataki na nas się zmniejszą.
Nikt w żaden sposób tego nie skomentował. Zaczęli szeptem rozmawiać między sobą o swoich prywatnych sprawach i wtedy też Remus wrócił do pomieszczenia. Caradoc spojrzał na niego z tryumfem, Remus natomiast uśmiechnął się do niego przyjaźnie. Mężczyzna zmarszczył brwi, sfrustrowany.
Posiedzenie oficjalnie się zakończyło. Pierwsze osoby wstały i pożegnały się. Inne szły do Moody'ego, by porozmawiać o jakichś osobistych kwestiach. Remus pożegnał się ze swoją paczką i przysiadł obok pani Weasley, która właśnie rozmawiała z Alicją Abbott.
– Staramy się z Arturem o kolejne dziecko. Mamy nadzieję, że w końcu będzie to dziewczynka!
– W końcu? To ile dzieci macie?
– Billa, który za kilka miesięcy będzie mieć siódme urodziny, czteroletniego Charliego, prawie rocznego Percy'ego, którego czasem tutaj przynoszę, żeby móc nakarmić. No i w pewien sposób opiekuję się Alastorem i Remusem. To takie moje adoptowane dzieci. – Spojrzała czule na chłopaka.
– Ejejej, potrafię się sam sobą zająć – odezwał się nagle Moody. – Remusa sobie adoptuj, ja jestem dorosłym facetem.
Mimo to uśmiechnął się pod nosem.
– Och, my i Frank jeszcze nie myślimy o dzieciach. Najpierw chcemy wziąć ślub, jednak chwilowo brak na to czasu.
– Mam nadzieję, że nas zaprosicie, gdy już ustalicie datę – ucieszyła się Molly.
– Ależ oczywiście! Jakbym mogła tego nie zrobić?
– Alicjo, powinniśmy się już zbierać.
– No tak, już idę, Frank. Mam nadzieję, że wkrótce przyjdziesz do nas z wesołą nowiną, Molly. Dobranoc.
– Miłej nocy – pani Weasley uścisnęła ją mocno. – I uważajcie na siebie.
– Będziemy.
Kobieta spojrzała na Remusa. Pomiędzy brwiami pojawiła jej się na sekundkę zmarszczka, ale szybko zniknęła.
– Masz może ochotę na kolejną herbatę?
– Tylko, jeśli ja ją zrobię. Opiekowała się pani Moody'm przez dziesięć miesięcy, teraz panią zastąpię, przynajmniej, dopóki nie znajdę żadnego mieszkania.
– Zamierzasz się wyprowadzić? – Auror nawet nie przejął się żartem pod jego adresem.
– No... Tak. Myślałem o tym już od jakiegoś czasu, ale było tyle spraw z Zakonem, że nie miałem okazji niczego poszukać. Skoro skończyłem już szkołę, nie jest to tylko dwumiesięczne pomieszkiwanie tutaj. Powinienem rozejrzeć się za czymś własnym.
– Rozmawiałeś o tym z Dumbledore'm?
– Nie – Remus zalał kubki swoje i Molly wrzątkiem. – Ma mnóstwo ważniejszych problemów na głowie. Bardzo mi pomagał przez większość mojego życia, ale nie chcę tego nadużywać.
Molly i Alastor zerknęli na siebie przelotnie za plecami Remusa. Ten w końcu postawił kubki na stole.
Po godzinie kobieta wróciła do domu, by zająć się swoimi dziećmi, tymczasem Remus pozmywał. Moody ubrał na siebie swój płaszcz.
– Wychodzisz gdzieś?
– Tak, Albus mnie prosił o wizytę – odpowiedział i wyszedł. Po chwili szczęknęły zamki. Remus skierował się do toalety.
Alastor aportował się w Dolinie Godryka Gryffindora i skierował w stronę domu Dumbledore'a. Zapukał mocno i czekał. Już po chwili mężczyzna otworzył, spojrzał na niego zza okularów-połówek i wydawać by się mogło, że już wie, iż coś się stało. Otworzył szerzej drzwi i pozwolił mu wejść do środka.
– Czemu zawdzięczam tę wizytę?
– Był już u ciebie Dearbone?– zapytał jakby od niechcenia.
– Tak, był. Czyżbyś to ty go nasłał, Alastorze? – Dyrektor uśmiechnął się.
– Tak. Nie chciało mi się z nim bawić podczas spotkania.
– I bardzo dobrze. Zauważyłem, że jest po prostu uprzedzony do wilkołaków, więc nic byś tym nie zyskał.
– Co mu powiedziałeś?
Albus zasiadł w miękkim fotelu i westchnął.
– Powiedziałem mu, że Remusa znamy odkąd skończył dziesięć lat, znaliśmy jego ojca i obserwowaliśmy go przez cały jego okres edukacji. Wyjaśniłem mu jak pomagał nam w misjach. Niestety to go nie przekonało. Ciągle uważał, że Remus gra przed nami, by uśpić naszą czujność i zaatakować nas w odpowiednim momencie. Powtarzał, że boi się pogryzienia...
– Przecież chłopak nie ma na swoim koncie żadnej ofiary!
– Wiem – odparł smutno Dumbledore. – Jestem prawie pewien, że gdyby kogoś ukąsił, zabiły się z poczucia winy. Caradoca nie zmienimy i niestety będziemy musieli pilnować, by nie próbował niczego głupiego. Nie wydalimy go też z powodu złego nastawienia do jednego członka, bo potrzebujemy ludzi. Remusa tak samo. W końcu jest naszym jedynym wilkołakiem. Może nam się przydać przy poszukiwaniach lub, o czym myślę od pewnego czasu, udać się do innych wilkołaków i zostać ich szpiegiem.
– Szpiegiem wśród wilkołaków? Przecież Greyback chce go zabić!
– Mylisz się. Greyback wcale nie chce go zabić. Kąsa dzieci, by jak najszybciej znienawidziły ludzi i przyłączyły się do niego. Remus tego nie zrobił, opiera mu się od bardzo wielu lat. Drażni go to. Gdyby nagle chłopak zjawił się u niego, połechtałoby to jego dumę.
– Skąd wiesz, że nie uznałby tego za podejrzane?
– Uznałby. Na pewno by uznał. Zwłaszcza, że podejrzewa związek Remusa z Zakonem. Zawsze jednak mógłby wymyślić jakąś dobrą historyjkę. Jest bardzo inteligentny i sprytny.
– Mimo to misja jest bardzo niebezpieczna...
– Wiem – przerwał mu dyrektor i poprawił sobie okulary. – Nie mówię, że wyślę go teraz. Nie zrobię tego nawet w tym roku. Najpierw poczekajmy kilka lat, zobaczmy jak sprawy się rozwiną. Chcę, by była to ostateczność. Nie wiadomo nawet czy Remus tego dożyje, więc nie zajmujmy tym umysłów. Proszę cię też, byś mu o tym nie mówił. Nie wspominał nawet na zebraniach, na których go nie będzie.
– Dobrze – zgodził się Moody.
– Czy mi się wydaje, czy nie tylko sprawa Dearbone'a kazała ci mnie odwiedzić?
– Czasem wydaje mi się, że tym spojrzeniem zaglądasz ludziom w duszę i nie trzeba nic ci mówić, bo wszystko sam odkrywasz. – Albus uśmiechnął się. – Ale do rzeczy. Remus powiedział dziś, że myśli nad wyprowadzką na swoje. Jego argumentem był koniec szkoły...
Dumbledore zmarszczył brwi. Wstał z fotela i zaczął się przechadzać po pokoju. Myślał nad czymś intensywnie.
– Musimy mu to wybić z głowy. Przynajmniej do momentu, aż Greyback przestanie na niego polować. Nie możemy sobie pozwolić na to, by go porwali albo zabili. Jeśli zamieszka gdzieś sam, będzie można go łatwiej wyśledzić, zastraszyć, zaatakować. U ciebie chronią go przynajmniej mocne zaklęcia i obecność innych czarodziejów.
– Wiem, jednak nie wiem czy to będzie takie proste. Remus potrafi być uparty.
– Wystarczy, że z nim porozmawiam. – Albus westchnął. – Czasem czuję się źle, kiedy go o coś proszę, bo wiem, że nigdy mi nie odmówi. Odkąd tylko pozwoliłem mu choć trochę polepszyć swoje życie, jest mi bardzo oddany. Nawet za bardzo. Gdybym kazał mu zabić samego siebie, zrobiłby to. Chociaż myślę, że jego przyjaciele są dla niego ważniejsi. Gdy mianowałem go prefektem, licząc, że ich opamięta, przymykał oko na ich wybryki. – Zaśmiał się cicho. – Chyba zbytnio się do nich przyzwyczaiłem. Utrata któregokolwiek z nich byłaby dla mnie czymś okropnym, ale ze smutkiem i wstydem muszę przyznać, że Remus jest moim największym pupilem.
– Nie dziwię ci się. Ma taki sposób bycia, że łapie wszystkich za serce. Najśmieszniejsze jest to, że nie zdaje sobie z tego sprawy i dzieli ludzi na tych, którzy go nienawidzą i mu współczują.
Niebieskie oczy spojrzały na Alastora.
– Czy to już wszystko?
– Tak, Albusie. Nie było dziś żadnych nowych członków, dalej śledzimy te same osoby, co wcześniej. Będziesz na następnym posiedzeniu?
– Tak, muszę najpierw sprawdzić kilka rzeczy i upewnić się w pewnych kwestiach, zanim was o czymś poinformuję.
– Czy to coś poważnego? – Moody wstał powoli i rozmasował sobie nogę kawałek nad łączeniem z protezą.
– Nie chcę nic mówić, jeśli nie będę pewny. Jednak nie jest to wesoła nowina.
Mężczyźni pożegnali się i auror deportował się z głośnym trzaskiem.
Miało opublikować się równo o 19, ustawiłam wszystko bardzo dokładnie. Ktoś wie, czemu nie zadziałało? Byłabym wdzięczna za pomoc, bo w tej sytuacji musiałabym ''ponaprawiać'' przyszłe rozdziały, które czekają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz