wtorek, 17 stycznia 2017

Rozdział dwudziesty piąty: Śladami ojca

         Podróż minęła zadziwiająco szybko. Bawili się i żartowali jak za dawnych lat, jednak wszyscy czuli ucisk w sercu. Najbardziej tęskni się za miejscami, do których nie można już wrócić. Wiedzieli, że będą też tęsknić za Snape'm. Nie znosili go, ale dokuczanie sobie było normą. Teraz już tego nie będzie. Pożegnali się w cywilizowany sposób i choć nigdy nie zostaliby przyjaciółmi, wiele to dla nich znaczyło.
          W końcu pociąg zatrzymał się na peronie 9 i 3/4. Przez chwilę nie ruszali się, tylko wpatrywali ze smutkiem po przedziale. Westchnęli i wzięli swoje bagaże, wyszli i stanęli koło siebie. Objęli się mocno. Stali tak z kilka minut.
– Ej, ale nie płaczcie mi tu – zażartował Syriusz łamiącym się głosem. – Przecież będziemy razem w Zakonie. To nie koniec.
– No coś się skończyło – burknął Peter. Rozplątali się z uścisku i spojrzeli na lokomotywę.
– Musimy zrobić sobie dzieciaki w tym samym czasie, żeby mogli się zaprzyjaźnić i kontynuować nasze dzieło! – ze śmiechem krzyknął Rogacz.
– Ejejej, jakie dzieciaki? Jak chcesz to sobie zmieniaj pieluchy, ale mnie w to nie mieszaj! – Syriusz dał mu kuksańca w bok.
      Remus tylko przyglądał im się z uśmiechem na ustach. Wspólnie przeszli na londyński dworzec. Od razu zauważyli Moody'ego. Stał ze swoją lekko już wyniszczoną laską i... drewnianą protezą. Podeszli do niego szybko.
– Hej, przecież wcześniej miałeś stalową, co się stało? – zapytał na wstępie Remus.
– To kurestwo było strasznie zimne i zbyt głośno stukało. Zamówiłem sobie drewnianą, wzmocniłem zaklęciami i chodzi mi się już świetnie. Nie ma jednak czasu na ploteczki. Wszędzie mogą kręcić się sługusy Voldemorta. Chodź już.
– Panie Moody....
– Tak, Potter?
- Chcielibyśmy dołączyć do Zakonu – wypalił szybko. – Mamy siedemnaście lat, ukończyliśmy już szkołę i nic...
– Cicho bądź! Chyba mówiłem, że mogą się tu kręcić szpiedzy! – warknął Alastor. – Jeśli tak bardzo wam zależy, możecie iść z nami. Niczego jednak nie obiecuję.
– Bardzo dziękujemy! – W oczach Syriusza widać było błyski podekscytowania. Auror natomiast westchnął ciężko i złapał Remusa za ramię. Jego przyjaciele uczepili się drugiej jego ręki, by po chwili znaleźć się przed Kwaterą Główną Zakonu Feniksa.
     Moody puścił ich i podreptał do drzwi. Ruszyli za nim. Stuknął różdżką, otworzył zamek, po czym odsunął się, by mogli wejść. Remus poprowadził ich od razu do salonu, gdzie się rozgościli.
– Chcecie coś pić?
     Odmówili, a w tym czasie Alastor podreptał ku nim i usiadł ciężko w fotelu. Milczeli długo, dopóki mężczyzna nie westchnął.
– Tak – zaczął. – Chcecie więc dołączyć do Zakonu? Nie myślcie sobie, że to coś prostego i fajnego. Ludzie tu umierają częściej, niż w pracy ze smokami. Musicie być gotowi na to, że na waszych oczach ginąć będą przyjaciele, rodziny. Musicie być gotowi na mordowanie z zimną krwią. Nie sądzę, byście byli na to psychicznie przygotowani...
– ... Ale jesteśmy – powiedział twardo Potter.
– Ufamy wam tylko dlatego, że znamy was od dzieciaka. Normalnie trwałoby to dłużej. Jeśli jednak chcecie do nas dołączyć, poczekajcie na zebranie, które odbędzie się dzisiaj. Tam wyjaśnią wam obowiązki członka Zakonu, kto jakie ma zadania. W razie, gdyby któremuś z was coś się nie spodobało, usuniemy wam te wspomnienia.
– Zrozumieliśmy – odparł Remus.
      Moody wstał i udał się do swojego pokoju.
– Jak myślicie, ile pożyjemy? - zaniepokoił się Peter.
– Jakoś tak do stówy? – zaśmiał się James. – Daj spokój, stary, nie będziesz nam teraz tchórzył.
       Syriusz rozsiadł się wygodnie na kanapie.
– Czy to dobrze, że ukrywasz przed Lily chęć dołączenia do Zakonu?
– Przecież nie musi wszystkiego wiedzieć. Tajemnice też są w związkach ważne.
– Wkurwi się na ciebie jak się dowie.
– Wiem, ale chyba lepiej, żeby chwilowo o tym nie wiedziała. Znam ją i wiem, że od razu sama chciałaby się w to pchać.
– W czym problem? Jest świetną czarownicą – Syriusz bacznie przypatrywał się Jamesowi.
– Niby tak, ale jednak zbyt się o nią boję. Lepiej, żeby nie wiedziała.
       Remus westchnął. Oznaczało to, że wszyscy będą musieli okłamywać Lily. Była jego bliską przyjaciółką i naprawdę tego nie chciał. Nie mógł jednak zdradzić Jamesa, gdyż on też był jego przyjacielem. Sytuacja nie należała do najprzyjemniejszych.
– Jak długo to ma trwać? – zapytał prawie z zaciśniętymi zębami. Wiedział czym skończą się te kłamstwa. Każdy do każdego będzie miał pretensje, a ich przyjaźń mocno na tym ucierpi.
– Nie wiem – odparł James. – Tak długo, jak będzie trzeba... Wiem co sobie myślisz – dodał, gdy zobaczył jak Remus otwiera usta. – Sam w takim samym stopniu nie chcę jej okłamywać. Bardziej jednak zależy mi na jej życiu i zdrowiu, niż na szczerości. Chcę założyć z nią rodzinę, mieć dzieci... Gdy ja zginę w walce z Voldemortem, ona sobie poradzi. Jest niesamowicie silna. Znajdzie sobie kogoś, kogo pokocha i z nim będzie szczęśliwie żyć. Jeśli zginęłaby w walce po dołączeniu tutaj, byłaby to wyłącznie moja wina. Nie chcę do tego dopuścić. Nie mogę!
      James wstał i zaczął przechadzać się nerwowo po pokoju. Nikt się już nie odezwał. Pełną napięcia ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Remus ruszył żwawo, by je otworzyć. Już po chwili przedpokój zapełnił się kilkunastoma członkami Zakonu. Większości Lupin nie znał. Dołączyli zapewne wtedy, gdy on się uczył. Dumbledore uśmiechnął się na jego widok.
– No, chodźmy. Trzeba rozpocząć zebranie. Ktoś chce kawy? Herbaty?
     Kilka osób pomrukiem wyraziło swoją zachciankę. Remus szybko skierował się do kuchni i machając różdżką wprawił kubki oraz torebki herbaty wraz z puszką kawy w ruch. Wrócił do salonu. Przy podłużnym stole wszyscy pozajmowali swoje miejsca. Czekali tylko na niego. Skierował kubki z gorącymi napojami ku ich właścicielom i usiadł obok Petera.
– Wszyscy już są, więc możemy zacząć. Może najpierw zaczniemy od bieżących spraw. Syriuszu, Jamesie, Peterze, Remusie – tu zrobił krótką pauzę i przyjrzał im się zza okularów-połówek. – Słyszałem, że chcielibyście wstąpić do Zakonu. Czy dalej utrzymujecie się przy swoim stanowisku?
– Tak, profesorze – reszta skinęła głową na potwierdzenie tych słów.
– Czy zdajecie sobie sprawę jak niebezpieczne jest to przedsięwzięcie? Codziennie ktoś umiera, zostaje porwany i torturowany. Walczymy z wrogiem, który nie gra fair. Może wam się wydawać, że po skończeniu Hogwartu jesteście na to gotowi, jednak rodzaj magii jaką włada Voldemort przekracza wszelkie wyobrażenia. To nie jest coś, czego uczą w szkołach. To długa i ciężka wojna. Będziecie zobowiązani do bycia w ciągłej gotowości, by przybyć na nasze wezwanie. Będziemy przydzielać wam misje, od których powodzenia zależeć będzie czyjeś życie. Niektórzy z was będą musieli poświęcić wszystko wyższej sprawie – W tym momencie Potter drgnął i spiął się. W jego oczach widać było wahanie. – Czy na pewno jesteście na to gotowi?
– Jestem - odparł Remus natychmiastowo. James wlepił wzrok w stolik, Peter skulił się w sobie, natomiast Syriusz z zawadiackim uśmiechem na ustach także potwierdził swą gotowość. Szturchnął też James'a, który toczył wewnętrzną bitwę z samym sobą.
– Jestem gotów – powiedział lekko zachrypniętym głosem. Pozostał tylko Glizdogon. Czując na sobie presję, począł skubać skrawek koszuli. Podniósł wzrok na swoich przyjaciół. W końcu podjął decyzję.
– Ja też jestem...
     Dumbledore klasnął w dłonie i powiódł wzrokiem po pozostałych.
– No! To najwyższy czas ich teraz przyjąć, prawda?
     Dyrektor Hogwartu wstał i wyszedł z salonu. Przyjaciele nie bardzo wiedzieli jak mają się zachować w takiej sytuacji. Nikt nic nie mówił. Remus także czuł się zbyt skrępowany, by spytać starych znajomych o to. Za dużo tu nowych twarzy. Wielu starych brakowało.
      Po trzech minutach Albus wrócił. Niósł jakąś wielką księgę. Syriusz wstał jako pierwszy, więc od razu rzucił się mu na pomoc i zaniósł przedmiot na stolik. Dumbledore kiwnął głową na znak podziękowania i poczekał, aż reszta Huncwotów zgromadzi się przy nim.
        Jeszcze raz objaśnił im jak niebezpieczne jest wstąpienie do ich organizacji. Nakazał im złożyć Wieczystą Przysięgę. Trwało to długo, ponieważ musieli powtarzać uroczystą formułkę czterokrotnie. Pierwszy był James, następny Syriusz, a na końcu Peter i Remus. W tej samej kolejności wpisali swoje nazwiska, daty urodzenia oraz miejsca zamieszkania do księgi. Okazał się to spis członków. Przy wielu domalowany był krzyż.
     Starali się to zignorować, choć coś ścisnęło ich w trzewiach. Mężczyzna zamknął księgę, odsunął ją, złożył swoje dłonie w trójkącik i przyjrzał im się czujnie.
– Oficjalnie jesteście członkami Zakonu Feniksa. Witamy.
     Po salonie rozniósł się okrzyk wiwatu i oklaski.
– Wreszcie możemy poznać sławnych Huncwotów! – powiedział ktoś, kogo nie znał nawet Remus. Czuli przyjemność z faktu bycia tak popularnymi.
      Zasiedli na swoich miejscach i doszło do prawdziwego zebrania. Dowiedzieli się, kto czym się zajmuje, kogo szpieguje, podejrzewa. Została przyniesiona teczka z nazwiskami Śmierciożerców. Wypełniona była licznymi kartkami i przyklejonymi do nich zdjęciami. Informacje były dopisywane, jeśli udało się je odkryć. Remus i reszta Huncwotów mieli mieć "przyznanych" Śmierciożerców do śledzenia na następnym spotkaniu. Zebranie dobiegło końca, większość osób wyszła z domu Moody'ego, ale bliżsi przyjaciele jak Weasley'owie, zostali. Molly zaczęła się już krzątać w kuchni i zaparzać nową herbatę.
– Opowiadajcie, kochani, jak było na ostatnim roku.
     Z uśmiechem zaczęli jej wspominać. Tematu Greybacka nie poruszali. Zakon wiedział o tym. Nie trzeba było im powtarzać.
– Twój tata też był w tym Zakonie. Był jednym z naszych najlepszych czarodziejów. Szkoda, że nie ma go tu z nami. Pewnie czułby dumę, że podejmujesz podobne decyzje.
     Remus nic nie odpowiedział. Nie wiedział co. Gdyby nie misja dla Zakonu, pewnie dalej miałby ojca. Mieszkałby z nim, nie z prawie obcym człowiekiem. Odrzucił jednak szybko te myśli. Czasu już nie cofnie.
     Herbata została wypita, słońce zaszło za horyzontem, a ostatni maruderzy opuścili mieszkanie. Remus siedział na kanapie, naprzeciwko niego zasiadał Moody. Nagle uśmiechnął się do chłopaka.
– Nawet się cieszę, że wróciłeś.

1 komentarz:

  1. Brakowało mi Twojego Moody'ego. Jest świetny. A jego ostanie słowa naprawdę wzruszające.
    Sama ceremonia przyjęcia do Zakonu bardzo mi się podoba.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń