Kilka tygodni później, czyli dwudziestego października, Syriusz wrócił pociągiem do swojego domu, by następnego dnia uczestniczyć w uroczystym wydarzeniu - swoich urodzinach. Nigdy nie znosił tej rodzinnej tradycji, gdy marnował trzy dni na głupie urodziny. Dzień spędzał z rodziną, dostawał drogie prezenty, które go nie cieszyły i wykłady o tym, jak zawiódł całą swoją liczną rodzinkę. Czy może być coś gorszego?
Jednak tego dnia przyjaciele widzieli w oczach Syriusza coś więcej niż poirytowanie i niechęć. Jakiś rodzaj zniecierpliwienia? Jakby coś knuł i to coś miało się wkrótce wydarzyć. Woleli nie wiedzieć, co to było. W ciągu tych trzech dni, gdy brakowało ich najlepszego przyjaciela, trójka huncwotów siedziała w salonie Gryffindoru. Peter pocił się nad esejem dla profesor McGonnagal o transmutacji żywności, a Remus szybko i cicho opisywał jak stworzyć eliksir wzmacniający. Jego oczy przelatywały szybko tekst w książce, a pióro bez przerwy skrobało po pergaminie.
– Remi, jak to jest, że w teorii jesteś tak dobry z eliksirów, a w praktyce nie są do końca takie, jakie powinny być?
– Nie wiem. Robię WSZYSTKO zgodnie z podręcznikiem, a mimo to Lily i Snape zawsze mają lepsze eliksiry.
– Wkurza cię to?
– Nie…
Jednak tego dnia przyjaciele widzieli w oczach Syriusza coś więcej niż poirytowanie i niechęć. Jakiś rodzaj zniecierpliwienia? Jakby coś knuł i to coś miało się wkrótce wydarzyć. Woleli nie wiedzieć, co to było. W ciągu tych trzech dni, gdy brakowało ich najlepszego przyjaciela, trójka huncwotów siedziała w salonie Gryffindoru. Peter pocił się nad esejem dla profesor McGonnagal o transmutacji żywności, a Remus szybko i cicho opisywał jak stworzyć eliksir wzmacniający. Jego oczy przelatywały szybko tekst w książce, a pióro bez przerwy skrobało po pergaminie.
– Remi, jak to jest, że w teorii jesteś tak dobry z eliksirów, a w praktyce nie są do końca takie, jakie powinny być?
– Nie wiem. Robię WSZYSTKO zgodnie z podręcznikiem, a mimo to Lily i Snape zawsze mają lepsze eliksiry.
– Wkurza cię to?
– Nie…
James przyjrzał mu się bardziej.
– Albo tak troszkę.
– Ha! Wiedziałem! Mogę w nagrodę prosić cię o sprawdzenie mojego referatu na Zaklęcia?
– Co? W jaką nagrodę? Niby za co? – Remus zaśmiał się. – Nie widzisz, że już coś robię?
– No to jak skończysz. Proooszę, Remusku!
Lupin jak zwykle nie dał się długo prosić. Skończył pisać swoją pracę i zajął się pomaganiem Jamesowi. Nagle usłyszeli pukanie do okna. James wstał i otworzył je, a do środka wleciała sowa Remusa. Ten był przez chwilkę w szoku, bo nie wiedział kto mógłby do niego pisać, jednak już po chwili zaskoczenie zmieniło się w irytację.
– Albo tak troszkę.
– Ha! Wiedziałem! Mogę w nagrodę prosić cię o sprawdzenie mojego referatu na Zaklęcia?
– Co? W jaką nagrodę? Niby za co? – Remus zaśmiał się. – Nie widzisz, że już coś robię?
– No to jak skończysz. Proooszę, Remusku!
Lupin jak zwykle nie dał się długo prosić. Skończył pisać swoją pracę i zajął się pomaganiem Jamesowi. Nagle usłyszeli pukanie do okna. James wstał i otworzył je, a do środka wleciała sowa Remusa. Ten był przez chwilkę w szoku, bo nie wiedział kto mógłby do niego pisać, jednak już po chwili zaskoczenie zmieniło się w irytację.
Pani Weasley pragnęłaby widzieć Cię w święta Bożego Narodzenia. Przyjedź jeśli chcesz, ale wcześniej nas uprzedź. Jeśli nie chcesz to wymyśl jakąś wymówkę. Moody
Remus, marszcząc brwi, sięgnął po nowy pergamin i szybko nabazgrał:
Nie mam ochoty spędzać świąt z Tobą, ale z miłą chęcią spędzę je z Panią Weasley. Remus
Zwinął wiadomość w rulonik i przypiął do nóżki sowy. Ta zagruchała przyjaźnie i odleciała.
– Co cię tak zdenerwowało? – zapytał James.
– Moody… – Bez zbędnych słów podał list Rogaczowi.
– Co za gnój! Nie potrafi być choć troszkę milszy? Zachowuje się, jakby odpowiedzialność za ciebie była nie wiadomo jaką karą. A przecież ty jesteś takim miłym i grzecznym chłopczykiem.
– Aj, bądź już cicho – zaśmiał się Remus, a James uzyskał zamierzony efekt - poprawił mu lekko humor. Peter siedział cicho przez cały ten czas. W końcu, wieczorem trzeciego dnia, wrócił Syriusz. Już pierwszej nocy chciał im coś pokazać, więc Łapa, Lunatyk i Rogacz gnietli się pod peleryną niewidką. Glizdogon zmienił się w szczura i siedział bezpiecznie na ramieniu Remusa. Przeszli całą szkołę bez żadnych problemów, gdyż korzystali ze swojej mapy. Wyszli na błonia i skierowali się w stronę lasu.
– Syriuszu, po co tam idziemy? – szepnął Remus.
– Już zaraz zobaczycie – odparł tamten i uśmiechnął się.
Black prowadził ich dalej, aż doszli na polankę oddaloną od szkolnych błoni tylko o kilkaset metrów, a tam ich oczom ukazał się… lśniący, piękny, czerwony motocykl.
– Co… to jest? – James nie wiedział jak ma na to zareagować. Glizdogon pobiegł wzdłuż ręki Remusa, zeskoczył z jego dłoni i przemienił się z powrotem w swoją ludzką formę.
– Syriuszu, ale to jest motor.
– Wiesz, Glizdku, nie zauważyłem. Dziękuję za oświecenie mnie w tej sprawie – Łapa zaśmiał się, co złudnie przypominało szczeknięcie psa.
– Kupiłem go od pewnego mugola. Długo zbierałem kieszonkowe. Podrasuję go trochę magią i będziemy mogli wymykać się do lasu nie tylko w pełnię. A w wakacje będę mógł do was jeździć! Remusa zamurowało.
– Ale… jak ty to wniosłeś na teren szkoły? W ogóle jak to tu przetransportowałeś?!
– Z pomocą Andromedy. Była dla mnie bardzo wyrozumiała. – Uśmiech Syriusza lekko zbladł.
– Zakochała się w mugolu i nasza rodzina nie chce tego do teraz zaakceptować. Uciekła z domu już dawno, poślubiła go i teraz mają dwuletnią córeczkę.
Później chłopcy wrócili do swojego dormitorium. Syriusz był bardzo podekscytowany i wiedzieli, że ciągle wracał myślami do swojego czerwonego motocykla.
– Co tam w ogóle u was nowego?
– Remus jedzie na święta do Moody’ego, bo pani Weasley chce go zobaczyć – powiedział James nie patrząc na nich.
– Serio? I pojedziesz?
– Pani Weasley mnie lubi i nie chciałbym sprawić jej przykrości, ale jak myślę o oglądaniu twarzy Moody’ego to mi się różdżka sama zapala.
– Biedny Luniaczek. A ty Peter? Gdzie spędzisz święta?
– Co cię tak zdenerwowało? – zapytał James.
– Moody… – Bez zbędnych słów podał list Rogaczowi.
– Co za gnój! Nie potrafi być choć troszkę milszy? Zachowuje się, jakby odpowiedzialność za ciebie była nie wiadomo jaką karą. A przecież ty jesteś takim miłym i grzecznym chłopczykiem.
– Aj, bądź już cicho – zaśmiał się Remus, a James uzyskał zamierzony efekt - poprawił mu lekko humor. Peter siedział cicho przez cały ten czas. W końcu, wieczorem trzeciego dnia, wrócił Syriusz. Już pierwszej nocy chciał im coś pokazać, więc Łapa, Lunatyk i Rogacz gnietli się pod peleryną niewidką. Glizdogon zmienił się w szczura i siedział bezpiecznie na ramieniu Remusa. Przeszli całą szkołę bez żadnych problemów, gdyż korzystali ze swojej mapy. Wyszli na błonia i skierowali się w stronę lasu.
– Syriuszu, po co tam idziemy? – szepnął Remus.
– Już zaraz zobaczycie – odparł tamten i uśmiechnął się.
Black prowadził ich dalej, aż doszli na polankę oddaloną od szkolnych błoni tylko o kilkaset metrów, a tam ich oczom ukazał się… lśniący, piękny, czerwony motocykl.
– Co… to jest? – James nie wiedział jak ma na to zareagować. Glizdogon pobiegł wzdłuż ręki Remusa, zeskoczył z jego dłoni i przemienił się z powrotem w swoją ludzką formę.
– Syriuszu, ale to jest motor.
– Wiesz, Glizdku, nie zauważyłem. Dziękuję za oświecenie mnie w tej sprawie – Łapa zaśmiał się, co złudnie przypominało szczeknięcie psa.
– Kupiłem go od pewnego mugola. Długo zbierałem kieszonkowe. Podrasuję go trochę magią i będziemy mogli wymykać się do lasu nie tylko w pełnię. A w wakacje będę mógł do was jeździć! Remusa zamurowało.
– Ale… jak ty to wniosłeś na teren szkoły? W ogóle jak to tu przetransportowałeś?!
– Z pomocą Andromedy. Była dla mnie bardzo wyrozumiała. – Uśmiech Syriusza lekko zbladł.
– Zakochała się w mugolu i nasza rodzina nie chce tego do teraz zaakceptować. Uciekła z domu już dawno, poślubiła go i teraz mają dwuletnią córeczkę.
Później chłopcy wrócili do swojego dormitorium. Syriusz był bardzo podekscytowany i wiedzieli, że ciągle wracał myślami do swojego czerwonego motocykla.
– Co tam w ogóle u was nowego?
– Remus jedzie na święta do Moody’ego, bo pani Weasley chce go zobaczyć – powiedział James nie patrząc na nich.
– Serio? I pojedziesz?
– Pani Weasley mnie lubi i nie chciałbym sprawić jej przykrości, ale jak myślę o oglądaniu twarzy Moody’ego to mi się różdżka sama zapala.
– Biedny Luniaczek. A ty Peter? Gdzie spędzisz święta?
– U mamy.
– James, ty pewnie u swoich rodziców? – Gdy ten kiwnął głową, Syriusz jęknął.
– A ja znowu muszę męczyć się w domu.
– Licytujcie się potem z Remusem, który z was miał gorzej – zaśmiał się Rogacz.
– James, ty pewnie u swoich rodziców? – Gdy ten kiwnął głową, Syriusz jęknął.
– A ja znowu muszę męczyć się w domu.
– Licytujcie się potem z Remusem, który z was miał gorzej – zaśmiał się Rogacz.
Tygodnie dzielące ich do świąt szybko minęły, a oni ledwo nadążali z natłokiem zadań domowych.
– To nienormalne by dawać nam tyle zadań tuż przed świętami – jęknął Syriusz i walnął czołem o stół. James podniósł go, ciągnąć za kołnierzyk swetra.
– To nienormalne by dawać nam tyle zadań tuż przed świętami – jęknął Syriusz i walnął czołem o stół. James podniósł go, ciągnąć za kołnierzyk swetra.
– Nie wal tak łbem, bo przez ciebie zaplamiłem swój esej, idioto.
– Już jutro wyjeżdżacie, więc sobie trochę odpoczniecie – powiedział Remus, nawet nie podnosząc wzroku zza swojej pracy.
– Ty też odpoczniesz – zaśmiał się James.
– Ta… Prędzej zwariuję.
– Ale w psychiatryku już odpoczniesz. – Syriusz wyszczerzył się. Cała czwórka wybuchnęła śmiechem.
– No to mnie pocieszyłeś. – Remus zatrzasnąć książkę ze Starożytnych Runów. – Ech… Wolałbym, by te święta już się skończyły.
W jego oczach pojawił się mrok i smutek. Jakby był myślami gdzie indziej. Huncwoci wiedzieli, o czym myśli ich przyjaciel - miały to być pierwsze święta bez rodziny. Z chęcią wzięliby go do siebie, ale wiedzieli, że Moody na pewno by się nie zgodził. Po chwili Remus zdał sobie sprawę z tego, że jego uczucia wyszły na wierzch i szybko zamaskował je uśmiechem.
James przygryzł wargę, ale nic nie powiedział. Następnego dnia rano cała czwórka pożegnała się. James i Peter mieli wrócić do swoich domów za pomocą proszku Fiuu, natomiast Syriusz i Remus pociągiem. Ich podróż miała trwać cały dzień, więc z nudów grali w eksplodującego durnia, wspominali ich wspólne wybryki i śmiali się z tego. Prócz nich w pociągu znajdowały się jeszcze osoby, których obojga rodziców byli mugolami, lub tacy, którzy nie posiadali kominka w domu. Około południa pojawiła się pani z przysmakami. Kupili dużo słodyczy i przez resztę dnia się nimi objadali. Pod wieczór oboje mieli już markotne nastroje.
– Więc zobaczymy się dopiero po świętach. Dałbym wszystko, by spędzić spokojne święta w Hogwarcie – jęknął Syriusz.
– Ja też. Nie uśmiecha mi się siedzieć przy jednym stole z Moody’m.
– Ty przynajmniej będziesz przez niego ignorowany. Mnie moja rodzina zaś będzie krytykować, znów poukładany co do minuty plan dnia. Echhh… To jest tak nudne i obrzydliwie czystokrwiste. Ciekawe czy Andromeda się pojawi. Bardzo ją lubię, jest jedyną normalną osobą z mojej rodziny i jak jej nie będzie to zostanę sam na polu bitwy.
Gdy pociąg zaczął zwalniać pożegnali się. Dzieci podchodziły do swoich rodzin i cieszyły się spotkaniem po kilku miesiącach rozłąki. Syriusz poszedł do swojej rodziny z miną, jakby szedł na ścięcie. Remus przeszedł przez ścianę i wyszedł na dworzec King Cross. Moody już tam stał i gdy tylko zobaczył zmierzającego w jego stronę Remusa, zmarszczył brwi. Lupin podszedł do niego i przyjrzał mu się lekko przymkniętymi oczami.
Nastała chwila ciszy. Moody odwrócił się i odszedł, a Remus poszedł za nim zachowując odległość dwóch metrów.
– Możesz ruszyć dupę i iść szybciej? Jak zaatakuje cię jakiś Śmierciożerca to daję słowo, że będę stał i tylko się przyglądał – warknął Moody. Remus westchnął i zbliżył się bardziej do aurora. – Jak tam w szkole? – spytał z niechęcią mężczyzna.
– Dobrze – odpowiedział równie niechętnie chłopak.
– Sprawiasz jakieś kłopoty.
– Nie.
– To nie było pytanie.
– Ale i tak nie sprawiam żadnych kłopotów.
– Tak? Wiem coś innego – Remus ledwo powstrzymał się by czegoś nie wtrącić.
– Gdyby Molly się o tym dowiedziała, nie byłbyś już jej ulubieńcem.
– To jej powiedz. Wisi mi to.
– Już jutro wyjeżdżacie, więc sobie trochę odpoczniecie – powiedział Remus, nawet nie podnosząc wzroku zza swojej pracy.
– Ty też odpoczniesz – zaśmiał się James.
– Ta… Prędzej zwariuję.
– Ale w psychiatryku już odpoczniesz. – Syriusz wyszczerzył się. Cała czwórka wybuchnęła śmiechem.
– No to mnie pocieszyłeś. – Remus zatrzasnąć książkę ze Starożytnych Runów. – Ech… Wolałbym, by te święta już się skończyły.
W jego oczach pojawił się mrok i smutek. Jakby był myślami gdzie indziej. Huncwoci wiedzieli, o czym myśli ich przyjaciel - miały to być pierwsze święta bez rodziny. Z chęcią wzięliby go do siebie, ale wiedzieli, że Moody na pewno by się nie zgodził. Po chwili Remus zdał sobie sprawę z tego, że jego uczucia wyszły na wierzch i szybko zamaskował je uśmiechem.
James przygryzł wargę, ale nic nie powiedział. Następnego dnia rano cała czwórka pożegnała się. James i Peter mieli wrócić do swoich domów za pomocą proszku Fiuu, natomiast Syriusz i Remus pociągiem. Ich podróż miała trwać cały dzień, więc z nudów grali w eksplodującego durnia, wspominali ich wspólne wybryki i śmiali się z tego. Prócz nich w pociągu znajdowały się jeszcze osoby, których obojga rodziców byli mugolami, lub tacy, którzy nie posiadali kominka w domu. Około południa pojawiła się pani z przysmakami. Kupili dużo słodyczy i przez resztę dnia się nimi objadali. Pod wieczór oboje mieli już markotne nastroje.
– Więc zobaczymy się dopiero po świętach. Dałbym wszystko, by spędzić spokojne święta w Hogwarcie – jęknął Syriusz.
– Ja też. Nie uśmiecha mi się siedzieć przy jednym stole z Moody’m.
– Ty przynajmniej będziesz przez niego ignorowany. Mnie moja rodzina zaś będzie krytykować, znów poukładany co do minuty plan dnia. Echhh… To jest tak nudne i obrzydliwie czystokrwiste. Ciekawe czy Andromeda się pojawi. Bardzo ją lubię, jest jedyną normalną osobą z mojej rodziny i jak jej nie będzie to zostanę sam na polu bitwy.
Gdy pociąg zaczął zwalniać pożegnali się. Dzieci podchodziły do swoich rodzin i cieszyły się spotkaniem po kilku miesiącach rozłąki. Syriusz poszedł do swojej rodziny z miną, jakby szedł na ścięcie. Remus przeszedł przez ścianę i wyszedł na dworzec King Cross. Moody już tam stał i gdy tylko zobaczył zmierzającego w jego stronę Remusa, zmarszczył brwi. Lupin podszedł do niego i przyjrzał mu się lekko przymkniętymi oczami.
Nastała chwila ciszy. Moody odwrócił się i odszedł, a Remus poszedł za nim zachowując odległość dwóch metrów.
– Możesz ruszyć dupę i iść szybciej? Jak zaatakuje cię jakiś Śmierciożerca to daję słowo, że będę stał i tylko się przyglądał – warknął Moody. Remus westchnął i zbliżył się bardziej do aurora. – Jak tam w szkole? – spytał z niechęcią mężczyzna.
– Dobrze – odpowiedział równie niechętnie chłopak.
– Sprawiasz jakieś kłopoty.
– Nie.
– To nie było pytanie.
– Ale i tak nie sprawiam żadnych kłopotów.
– Tak? Wiem coś innego – Remus ledwo powstrzymał się by czegoś nie wtrącić.
– Gdyby Molly się o tym dowiedziała, nie byłbyś już jej ulubieńcem.
– To jej powiedz. Wisi mi to.
– Uważasz się za kogoś lepszego, bo podsłuchujesz spotkania, a Dumbledore, choć o tym wie, nic z tym nie robi?
– Nie. A podsłuchuję, bo mam prawo wiedzieć coś więcej.
– Nie masz prawa.
– Mam, bo szuka mnie Greyback.
– Nie szuka cię żaden pierdolony Grey…
– Sam mi to powiedziałeś! Wymsknęło ci się! Więc teraz mnie nie kłam.
– I co, czekasz aż wspomnimy coś o nim na spotkaniu? Na to liczysz? Że jak usłyszysz gdzie on jest, to pójdziesz i ‘’znajdziesz go, zanim on znajdzie ciebie’’? Po co chcesz o nim wiedzieć?
Remus nic nie odpowiedział. W ciszy doszli do domu aurora. Chłopak od razu udał się do swojego pokoju i położył na łóżku. Czekają go okropne dni. Już nie mógł doczekać się ich końca i powrotu do Hogwartu. Do przyjaciół. Z dala od tej niechęci i nienawiści do niego za to, jaki był. Za to jakim zrobił go Greyback.
– Nie. A podsłuchuję, bo mam prawo wiedzieć coś więcej.
– Nie masz prawa.
– Mam, bo szuka mnie Greyback.
– Nie szuka cię żaden pierdolony Grey…
– Sam mi to powiedziałeś! Wymsknęło ci się! Więc teraz mnie nie kłam.
– I co, czekasz aż wspomnimy coś o nim na spotkaniu? Na to liczysz? Że jak usłyszysz gdzie on jest, to pójdziesz i ‘’znajdziesz go, zanim on znajdzie ciebie’’? Po co chcesz o nim wiedzieć?
Remus nic nie odpowiedział. W ciszy doszli do domu aurora. Chłopak od razu udał się do swojego pokoju i położył na łóżku. Czekają go okropne dni. Już nie mógł doczekać się ich końca i powrotu do Hogwartu. Do przyjaciół. Z dala od tej niechęci i nienawiści do niego za to, jaki był. Za to jakim zrobił go Greyback.
Obudził się i spojrzał na zegarek. Piata dwadzieścia dwie. Zwlókł się z łóżka i zszedł cicho do kuchni. Nie zastał tam nikogo, więc pogrzebał chwilę w lodówce i nie mając żadnego pomysłu na śniadanie, postanowił zrobić sobie omlet.
Do pomieszczenia wszedł Moody. Remus spojrzał na niego zaspanymi oczami i rozczochranymi od snu włosami.Przez sekundkę wydawało mu się, że w oczach mężczyzny ujrzał... rozczulenie? Ale kiedy powrócił chłód i obojętność pomyślał, że mu się przewidziało.
– Chcesz też?
– Poproszę.
Do pomieszczenia wszedł Moody. Remus spojrzał na niego zaspanymi oczami i rozczochranymi od snu włosami.Przez sekundkę wydawało mu się, że w oczach mężczyzny ujrzał... rozczulenie? Ale kiedy powrócił chłód i obojętność pomyślał, że mu się przewidziało.
– Chcesz też?
– Poproszę.
Dzisiejszego dnia byli dla siebie dziwnie mili. Ale nie można było powiedzieć, że było to sztuczne.
– Remusie? – Chłopak zakrztusił się kawałkiem omleta, gdy nie usłyszał w głosie aurora groźby ani niechęci. Może jeszcze śpi? Duże prawdopodobieństwo.
– Tak?
– Porozmawiajmy.
– O czym?
– Nienawidzisz mnie?
Remus pomyślał chwilkę. Nie znosił go. W jednej chwili mógłby doskoczyć do niego z nożem i go zadźgać.
– Nie – odparł bez zająknięcia.
– Wiem, że nasze relacje nie zaczęły się zbyt dobrze, ale teraz są święta i może byśmy je naprawili?
– Naprawili? Ja mogę się zachowywać względem ciebie normalnie, ale jeśli ty nie będziesz traktował mnie jak robaka. – Oczy Remusa zwęziły się.
– Okej… Więc od dziś sojusz? Nie gnębimy się, ani nie denerwujemy? – Remus skinął głową.
– A co cię skłoniło do tego? – zapytał nagle.
– Co? Nic.
Remus mu nie uwierzył, ale nie drążył tego tematu, by nie wywołać kolejnej wojny. Czy to ma się naprawdę stać? Czy Moody zacznie traktować go jak człowieka? Wstał, zebrał talerze i poszedł je zmywać. Potem wrócił do pokoju i doprowadził się do porządku. Rzeczywiście to nie był sen. Około południa przyszli wszyscy członkowie Zakonu, którzy byli samotni i nie mieli z kim spędzić świąt. Byli wśród nich też czterej Weasleyowie. Gdy tylko Molly zobaczyła Remusa, podbiegła do niego, wyściskała i ucałowała.
Poczuł się troszkę zawstydzony, gdyż traktowała go jak własnego syna. Wszyscy zasiedli do stołu, gdzie już były przygotowane przez Remusa i Alastora potrawy. Każdy z gości także przyniósł coś od siebie. Atmosfera była przyjemna i rozmawiało im się cudownie.
Żartowali, plotkowali, wspominali. Cały Zakon Feniksa był w szoku, że Remus i Moody się dogadują. Pod koniec wieczerzy wpadł do nich na chwilkę Dumbledore.
– A ty jak zwykle zabiegany, Albusie.
– Pewne sprawy nie dają mi spokoju nawet w święta – zaśmiał się dyrektor. Uśmiechnął się na widok Remusa, a w jego oczach coś zalśniło, zupełnie jakby patrzał na syna. Zjadł z nimi kilka potraw i wyszedł.
Gdy wszyscy byli już najedzeni, pogadali jeszcze jakiś czas i posłuchali kolęd jakie śpiewano w radio. Potem wszyscy udali się do swoich domów. Remus położył się na łóżku i szybko zasnął. Po policzku popłynęła mu tylko jedna samotna łza.
Następnego ranka, po rozpakowaniu prezentów (od Petera książki, Jamesa znicza, Syriusza małych, ruchomych figurek pieska, jelenia, szczurka i wilczka, a także swetra od pani Weasley), wszedł do kuchni i zrobił sobie śniadanie. Mimo że spał długo, wciąż czuł się sennie. Zaparzył sobie herbatę i gdy czekał aż się ostudzi, do pomieszczenia wszedł Moody.
Przywitał go skinieniem i poszedł zrobić sobie śniadanie. Wyglądał na wyjątkowo markotnego. Kiedy auror jadł, Remus wrócił do pokoju, wziął książkę od Petera i rozsiadł się wygodnie na kanapie w salonie. Glizdogon wiedział jakiego autora uwielbiał Remus i kupił mu jedną z jego książek. Chłopak zaczytał się i przestał zwracać uwagę na wszystko, co go otaczało. Nie zauważył, że Moody usiadł obok niego czytając jakieś raporty. Zerknął tylko na Remusa, czy ten naprawdę jest zaczytany i nie zobaczy co trzyma w rękach. Po kilkunastu minutach Lupin wyrwał się z książki i kątem oka zerknął do kartek jakie trzymał auror.
– Remusie? – Chłopak zakrztusił się kawałkiem omleta, gdy nie usłyszał w głosie aurora groźby ani niechęci. Może jeszcze śpi? Duże prawdopodobieństwo.
– Tak?
– Porozmawiajmy.
– O czym?
– Nienawidzisz mnie?
Remus pomyślał chwilkę. Nie znosił go. W jednej chwili mógłby doskoczyć do niego z nożem i go zadźgać.
– Nie – odparł bez zająknięcia.
– Wiem, że nasze relacje nie zaczęły się zbyt dobrze, ale teraz są święta i może byśmy je naprawili?
– Naprawili? Ja mogę się zachowywać względem ciebie normalnie, ale jeśli ty nie będziesz traktował mnie jak robaka. – Oczy Remusa zwęziły się.
– Okej… Więc od dziś sojusz? Nie gnębimy się, ani nie denerwujemy? – Remus skinął głową.
– A co cię skłoniło do tego? – zapytał nagle.
– Co? Nic.
Remus mu nie uwierzył, ale nie drążył tego tematu, by nie wywołać kolejnej wojny. Czy to ma się naprawdę stać? Czy Moody zacznie traktować go jak człowieka? Wstał, zebrał talerze i poszedł je zmywać. Potem wrócił do pokoju i doprowadził się do porządku. Rzeczywiście to nie był sen. Około południa przyszli wszyscy członkowie Zakonu, którzy byli samotni i nie mieli z kim spędzić świąt. Byli wśród nich też czterej Weasleyowie. Gdy tylko Molly zobaczyła Remusa, podbiegła do niego, wyściskała i ucałowała.
Poczuł się troszkę zawstydzony, gdyż traktowała go jak własnego syna. Wszyscy zasiedli do stołu, gdzie już były przygotowane przez Remusa i Alastora potrawy. Każdy z gości także przyniósł coś od siebie. Atmosfera była przyjemna i rozmawiało im się cudownie.
Żartowali, plotkowali, wspominali. Cały Zakon Feniksa był w szoku, że Remus i Moody się dogadują. Pod koniec wieczerzy wpadł do nich na chwilkę Dumbledore.
– A ty jak zwykle zabiegany, Albusie.
– Pewne sprawy nie dają mi spokoju nawet w święta – zaśmiał się dyrektor. Uśmiechnął się na widok Remusa, a w jego oczach coś zalśniło, zupełnie jakby patrzał na syna. Zjadł z nimi kilka potraw i wyszedł.
Gdy wszyscy byli już najedzeni, pogadali jeszcze jakiś czas i posłuchali kolęd jakie śpiewano w radio. Potem wszyscy udali się do swoich domów. Remus położył się na łóżku i szybko zasnął. Po policzku popłynęła mu tylko jedna samotna łza.
Następnego ranka, po rozpakowaniu prezentów (od Petera książki, Jamesa znicza, Syriusza małych, ruchomych figurek pieska, jelenia, szczurka i wilczka, a także swetra od pani Weasley), wszedł do kuchni i zrobił sobie śniadanie. Mimo że spał długo, wciąż czuł się sennie. Zaparzył sobie herbatę i gdy czekał aż się ostudzi, do pomieszczenia wszedł Moody.
Przywitał go skinieniem i poszedł zrobić sobie śniadanie. Wyglądał na wyjątkowo markotnego. Kiedy auror jadł, Remus wrócił do pokoju, wziął książkę od Petera i rozsiadł się wygodnie na kanapie w salonie. Glizdogon wiedział jakiego autora uwielbiał Remus i kupił mu jedną z jego książek. Chłopak zaczytał się i przestał zwracać uwagę na wszystko, co go otaczało. Nie zauważył, że Moody usiadł obok niego czytając jakieś raporty. Zerknął tylko na Remusa, czy ten naprawdę jest zaczytany i nie zobaczy co trzyma w rękach. Po kilkunastu minutach Lupin wyrwał się z książki i kątem oka zerknął do kartek jakie trzymał auror.
Stan Parker zachowuje się podejrzanie. Podczas przerw w pracy odwiedza innych naszych podejrzanych. W środę był w okolicach Podziemia. Będziemy obserwować go dalej, dopóki nie znajdziemy obciążających go dowodów. Rudolf Lestrange i jego narzeczona Bellatrix Black są kolejnymi podejrzanymi. Szukamy dowodów przeciwko nim, poza odwiedzinami Stana Parkera. Często znika…
– Możesz mi powiedzieć co robisz? – spytał cicho Moody. Remus zaczerwienił się.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Na szczęście nie było w nich nic ważnego. – Machnął różdżką, a papiery zamieniły się w dym i zniknęły.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Na szczęście nie było w nich nic ważnego. – Machnął różdżką, a papiery zamieniły się w dym i zniknęły.
Reszta świąt minęła spokojnie. Raz czy dwa odwiedziła ich Molly. Na trzydzieści minut wpadła także matka Alastora. Pod koniec świąt niezręcznie się pożegnali i Remus wrócił ekspresem do Hogwartu razem z Syriuszem.
Lupin nie mógł wrócić za pomocą proszka Fiuu, gdyż nikt nie mógł wiedzieć o sieci Moody’ego. Mimo tego że był przyjacielem dyrektora Hogwartu, woleli zachować ostrożność. Opowiedział Syriuszowi jak mu minęły święta. Ten, skrzywiony, opowiedział co było w jego domu. Tradycja goniąca tradycję, sztuczność. Gdy Łapa opowiadał to wszystko, w jego oczach płonęła nienawiść. Pod wieczór dojechali do zamku i rozpakowali swoje rzeczy. James i Peter już na nich czekali.
Czwórka przyjaciół zasiadła przy kominku w pokoju wspólnym Gryffindoru i opowiadała sobie wszystko, co działo się w ciągu tych kilku dni rozłąki.Około północy wstali i udali się na górę do swoich łóżek. Prawie natychmiast wszyscy zasnęli. Następny dzień bogaty był w lekcje i oddawanie wszystkich esejów, zadań domowych; zaklęć, których mieli się nauczyć…
Idąc na obiad wszyscy wyglądali jakby chcieli już iść do pokoi i się położyć. Niemrawo i w ciszy zjedli wszystko, co mieli pod ręką i udali się na eliksiry. Profesor Slughorn wyglądał na bardzo szczęśliwego z powodu przebytych świąt. Wiadomo było, że codziennie robił spotkania Klubu Ślimaka i przyjęcia świąteczne.
W Klubie Ślimaka miał swoich ulubieńców – czarodziejów i czarownice, którzy mieli kogoś sławnego i wybitnego w rodzinie, lub sami mieli predyspozycje by takimi perełkami się stać. James był w Klubie Ślimaka jako mistrz Quidditcha. Lily i Snape też tam byli jako najlepsi z eliksirów. Slughorn bardzo ubolewał nad tym, że Potter wyjechał na święta do domu.Na dzisiejszej lekcji mieli stworzyć eliksir nasenny. Remus robił wszystko zgodnie z instrukcjami w podręczniku; wszystko było idealnie wyważone i w odpowiedniej kolejności dodane. Mimo to pod koniec lekcji i tak Snape i Lily zrobili lepsze eliksiry od niego. Naprawdę tego nie rozumiał. Z wszystkiego był dobry, bo mógł znaleźć odpowiedzi w książkach. Ta jednak ciągle go zawodziła. Czuł rosnące poirytowanie.
Remus westchnął i obrócił się na drugi bok. Znów wstał o świcie i nie mógł ponownie zasnąć. Leżał więc w ciszy i myślał. Myślał o tym, co będzie robić w przyszłości. Nikt nie będzie chciał zatrudnić wilkołaka, nawet z tak wysokimi ocenami jakie posiadał. Z czego będzie żył? Będzie zdany tylko na siebie. Już nikt nie będzie dbał o to, by nie był zagrożeniem dla innych. Co on ze sobą zrobi? Wrócę do domu rodziców, pomyślał.
Nagle przed oczami stanęła mu scena z dzieciństwa. Obezwładniony tata, biegnący Greyback, ból, krzyk matki i... od tego to wszystko się zaczęło. Gdyby nie ten jeden moment w jego życiu, byłoby dobrze. Nie byłby chory. Czy jego życie naprawdę byłoby wtedy lepsze?
– Wszystko byłoby wtedy lepsze – szepnął i schował twarz w dłoniach. Siedział tak kilka minut, ale w końcu postanowił wstać i wziąć poranny prysznic. Gdy wrócił do sypialni James i Syriusz już wychodzili z łóżek. Peter dalej chrapał pod swoją kołdrą.
– Luniak, tak myślałem, że się myjesz. – Syriusz wyszczerzył zęby w swój psi sposób i wskazał podbródkiem na jego mokre jeszcze włosy.
– Mhm... – mruknął chłopak i podszedł do szafki po różdżkę. Machnął nią krótko i jego włosy wyschły.
– Jak tak szybko opanowałeś zaklęcia niewerbalne? – zapytał ze zdumieniem Syriusz. – Ja próbowałem już dwa razy i mi nie wyszło.
– A myślałeś o zaklęciu?
– Nie, o dziewczynie, która siedziała na prawo ode mnie. Miała takie duże cycki – powiedział rozmarzonym głosem.
– To nie dziwię się, że ja i Luniak to potrafimy, a ty jeszcze nie – zaśmiał się Rogacz; machnął różdżką a świeże ubrania wyleciały z szafy i podleciały posłusznie do jego wyciągniętej lewej ręki.
– Przymknij się – warknął Syriusz. – Glizdek powinien już wstać.
Nagle przed oczami stanęła mu scena z dzieciństwa. Obezwładniony tata, biegnący Greyback, ból, krzyk matki i... od tego to wszystko się zaczęło. Gdyby nie ten jeden moment w jego życiu, byłoby dobrze. Nie byłby chory. Czy jego życie naprawdę byłoby wtedy lepsze?
– Wszystko byłoby wtedy lepsze – szepnął i schował twarz w dłoniach. Siedział tak kilka minut, ale w końcu postanowił wstać i wziąć poranny prysznic. Gdy wrócił do sypialni James i Syriusz już wychodzili z łóżek. Peter dalej chrapał pod swoją kołdrą.
– Luniak, tak myślałem, że się myjesz. – Syriusz wyszczerzył zęby w swój psi sposób i wskazał podbródkiem na jego mokre jeszcze włosy.
– Mhm... – mruknął chłopak i podszedł do szafki po różdżkę. Machnął nią krótko i jego włosy wyschły.
– Jak tak szybko opanowałeś zaklęcia niewerbalne? – zapytał ze zdumieniem Syriusz. – Ja próbowałem już dwa razy i mi nie wyszło.
– A myślałeś o zaklęciu?
– Nie, o dziewczynie, która siedziała na prawo ode mnie. Miała takie duże cycki – powiedział rozmarzonym głosem.
– To nie dziwię się, że ja i Luniak to potrafimy, a ty jeszcze nie – zaśmiał się Rogacz; machnął różdżką a świeże ubrania wyleciały z szafy i podleciały posłusznie do jego wyciągniętej lewej ręki.
– Przymknij się – warknął Syriusz. – Glizdek powinien już wstać.
W jednej chwili podbiegł do łóżka przyjaciela i wskoczył na nie na szczupaka. Peter pisnął i próbował go z siebie zrzucić, ale w rezultacie sam spadł z łóżka.
– Łapa! Czemu to zrobiłeś? – jęknął i złapał się za głowę i prawe ramię.
– Hmm... Chyba dla zabawy. Nie no, niedługo śniadanie, a wiem jak lubisz jeść, więc wolałem, żebyś nie zaspał. Tak w ogóle to dziś jest mecz Jamesa z Krukonami i wypadałoby pokibicować troszkę. Weźmiemy jedzonko!
– Co? Jedzenie na trybuny? – Oczy Glizdogona zaświeciły.
– Tak! Musimy mieć czym rzucać w szukającego Krukonów!
– Ale... myślałem, że do jedzenia...
– Jedzenia? Jeszcze wszyscy przytyjemy, a muszę dbać o mój kaloryfer. Czymś trzeba imponować dziewczynom, gdy sama twarz już nie wystarczy. Do tego Luniaczek i tak zjadłby caaaaałą czekoladę – Syriusz puścił Lupinowi oko.
– N-nieprawda! - krzyknął tamten speszony.
– Jesteś uzależniony od czekolady! Pochłaniasz ją w tak zastraszającym tempie, że to nawet słodkie, Czekoladowy Chłopczyku.
– Nie jestem Czekoladowym...
W tej samej chwili Łapa owinął go ramieniem i wyszczerzył się.
– Nie mów, że nie, bo zaraz wyciągnę czekoladę mleczną i zobaczymy, jak się zachowasz.
– Łapa! Czemu to zrobiłeś? – jęknął i złapał się za głowę i prawe ramię.
– Hmm... Chyba dla zabawy. Nie no, niedługo śniadanie, a wiem jak lubisz jeść, więc wolałem, żebyś nie zaspał. Tak w ogóle to dziś jest mecz Jamesa z Krukonami i wypadałoby pokibicować troszkę. Weźmiemy jedzonko!
– Co? Jedzenie na trybuny? – Oczy Glizdogona zaświeciły.
– Tak! Musimy mieć czym rzucać w szukającego Krukonów!
– Ale... myślałem, że do jedzenia...
– Jedzenia? Jeszcze wszyscy przytyjemy, a muszę dbać o mój kaloryfer. Czymś trzeba imponować dziewczynom, gdy sama twarz już nie wystarczy. Do tego Luniaczek i tak zjadłby caaaaałą czekoladę – Syriusz puścił Lupinowi oko.
– N-nieprawda! - krzyknął tamten speszony.
– Jesteś uzależniony od czekolady! Pochłaniasz ją w tak zastraszającym tempie, że to nawet słodkie, Czekoladowy Chłopczyku.
– Nie jestem Czekoladowym...
W tej samej chwili Łapa owinął go ramieniem i wyszczerzył się.
– Nie mów, że nie, bo zaraz wyciągnę czekoladę mleczną i zobaczymy, jak się zachowasz.
Cała czwórka zaśmiała się, szybko przyszykowała i wyszła do jadalni szkolnej, która była już w połowie wypełniona przez przychodzących na śniadanie uczniów. Chłopcy usiedli razem przy stole Gryfonów i zaczęli szybko pochłaniać stojące przed nimi jedzenie. Nagle James odchylił się w tył i uśmiechnął.
– Hej! Evans! Wygram dziś dla ciebie!
– Nie obchodzi mnie czy wygrasz i dla kogo. Nie interesujesz mnie.
– Ojoj, Evans, nie bądź taka oschła dla mnie. Tak bardzo się staram...
Nie usłyszeli odpowiedzi, ale po mimice twarzy można było poznać, że prychnęła. Markotny James wstał i ruszył na boisko. Huncwoci szli za nim i próbowali go jakoś pocieszyć, ale to nic nie dało. W końcu nadszedł mecz i James wyrzucił z głowy zmartwienia i grał najlepiej jak potrafił. Wygrali w pół godziny z rekordową liczbą punktów 540 do 0.
Lily pierwszy raz w życiu podeszła do niego i szczerze mu pogratulowała. Nawet go przytuliła, a James nie myślał o niczym innym przez kilka następnych godzin.
– Hej! Evans! Wygram dziś dla ciebie!
– Nie obchodzi mnie czy wygrasz i dla kogo. Nie interesujesz mnie.
– Ojoj, Evans, nie bądź taka oschła dla mnie. Tak bardzo się staram...
Nie usłyszeli odpowiedzi, ale po mimice twarzy można było poznać, że prychnęła. Markotny James wstał i ruszył na boisko. Huncwoci szli za nim i próbowali go jakoś pocieszyć, ale to nic nie dało. W końcu nadszedł mecz i James wyrzucił z głowy zmartwienia i grał najlepiej jak potrafił. Wygrali w pół godziny z rekordową liczbą punktów 540 do 0.
Lily pierwszy raz w życiu podeszła do niego i szczerze mu pogratulowała. Nawet go przytuliła, a James nie myślał o niczym innym przez kilka następnych godzin.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz