Żaden z nich nie wracał już do tej sytuacji, jednak przyjaciele uważniej przyglądali się Remusowi. Ten chodził jeszcze kilka dni przygnębiony, ale pod wpływem Jamesa, Syriusza i Petera jego dobry humor szybko powrócił. Zbliżał się mecz Quidditcha Gryfonów ze Ślizgonami. Wszyscy chodzili poddenerwowani. James był coraz częściej szykanowany przez wrednych wyrostków chcących wyeliminować go z wzięcia udziału w meczu, ale razem z Łapą pokonywali wszystkich wrogów za pomocą magii. Byli najlepsi i najszybsi, gdyż często jej używali.
Obudzili się w dzień pierwszego meczu. Remus wyjrzał przez okno. Pogoda była idealna. Ani jednej chmurki, słońce świeciło łagodnie na polanę; lekki wiaterek, który nie spychałby nawet najwolniejszej miotły dodawał wigoru. W czwórkę zeszli na śniadanie, gdzie James został przywitany okrzykami i wiwatami trzech stołów. Tylko Slytherin patrzał za nim spode łba. Oczy Jamesa szybko odnalazły Lily Evans. Zawołał ją i jej pomachał.
– Evans! Trzymaj dziś za mnie kciuki, bo wtedy na pewno wygram!
– Nie mam najmniejszej ochoty ci kibicować. Moim zdaniem mógłbyś nawet spaść z miotły! – odkrzyknęła. Radość Jamesa opadła. Doszedł cicho do stołu i usiał.
– Rogacz, nie przejmuj się, na pewno wygramy – wtrącił Syriusz, patrząc groźnie w stronę stołu Slytherinu.
– A Evans się nie przejmuj. Na pewno będzie kibicować Gryfonom.
– Tylko dlaczego tak mnie traktuje?
– James, masz teraz na głowie mecz, nie myśl o Lily. Nie psuj sobie nastroju. – Remus uśmiechnął się pocieszająco. – To twój wielki dzień.
Potter wymamrotał coś niezrozumiałego i wziął się za jajecznicę. Później wyszedł przed wszystkimi, by dołączyć do drużyny zmierzającej ku stadionowi, natomiast Remus, Syriusz i Peter wrócili na chwilkę do pokoju po ogromny transparent z napisem ''Do boju Gryfoni!!!'', który emanował wszystkimi kolorami. Obok napisu przechadzał się lew - znak Gryffindoru. Razem z tłumem uczniów ruszyli ku stadionowi. W końcu zasiedli w najwyższym rzędzie ławek i czekali. Już po chwili Edward Valenti odezwał się swoim wzmocnionym głosem:
– Właśnie zaczynamy nasz pierwszy mecz tego sezonu! Walczą dziś między sobą Gryfoni i Ślizgoni! Dryżyna Gryffindoru wychodzi na boisko a wraz z nimi kapitan i wschodząca gwiazda Quidditcha James Potter! – Trybuny ryknęły i zaczęły wiwatować. – Czy i tym razem wygra? W końcu już nadchodzi drużyna Slytherinu i ich nowy szukający Paul Harrison!
Obudzili się w dzień pierwszego meczu. Remus wyjrzał przez okno. Pogoda była idealna. Ani jednej chmurki, słońce świeciło łagodnie na polanę; lekki wiaterek, który nie spychałby nawet najwolniejszej miotły dodawał wigoru. W czwórkę zeszli na śniadanie, gdzie James został przywitany okrzykami i wiwatami trzech stołów. Tylko Slytherin patrzał za nim spode łba. Oczy Jamesa szybko odnalazły Lily Evans. Zawołał ją i jej pomachał.
– Evans! Trzymaj dziś za mnie kciuki, bo wtedy na pewno wygram!
– Nie mam najmniejszej ochoty ci kibicować. Moim zdaniem mógłbyś nawet spaść z miotły! – odkrzyknęła. Radość Jamesa opadła. Doszedł cicho do stołu i usiał.
– Rogacz, nie przejmuj się, na pewno wygramy – wtrącił Syriusz, patrząc groźnie w stronę stołu Slytherinu.
– A Evans się nie przejmuj. Na pewno będzie kibicować Gryfonom.
– Tylko dlaczego tak mnie traktuje?
– James, masz teraz na głowie mecz, nie myśl o Lily. Nie psuj sobie nastroju. – Remus uśmiechnął się pocieszająco. – To twój wielki dzień.
Potter wymamrotał coś niezrozumiałego i wziął się za jajecznicę. Później wyszedł przed wszystkimi, by dołączyć do drużyny zmierzającej ku stadionowi, natomiast Remus, Syriusz i Peter wrócili na chwilkę do pokoju po ogromny transparent z napisem ''Do boju Gryfoni!!!'', który emanował wszystkimi kolorami. Obok napisu przechadzał się lew - znak Gryffindoru. Razem z tłumem uczniów ruszyli ku stadionowi. W końcu zasiedli w najwyższym rzędzie ławek i czekali. Już po chwili Edward Valenti odezwał się swoim wzmocnionym głosem:
– Właśnie zaczynamy nasz pierwszy mecz tego sezonu! Walczą dziś między sobą Gryfoni i Ślizgoni! Dryżyna Gryffindoru wychodzi na boisko a wraz z nimi kapitan i wschodząca gwiazda Quidditcha James Potter! – Trybuny ryknęły i zaczęły wiwatować. – Czy i tym razem wygra? W końcu już nadchodzi drużyna Slytherinu i ich nowy szukający Paul Harrison!
Z sektora Ślizgonów słychać było ryk kibiców. Ani Krukoni, ani Puchoni nie przepadali na mieszkańcami domu węża. Gdy drużyny stanęły naprzeciwko siebie, profesor Hooch otworzyła skrzynię.
– Kapitanowie drużyn podajcie sobie dłonie. – Potter i McMillan zrobili, co kazano. – Dosiądźcie mioteł. Do góry...
Czternastu zawodników wzbiło się w powietrze.
– Słuchajcie, ta gra ma być czysta i bez fauli, zrozumiano?! Na mój gwizdek. – Weszła na miotłę. – Raz! Dwa!
W jednej chwili stało się kilka rzeczy. Profesor Hooch rzuciła kaflem w górę, zaklęciem odblokowała tłuczki i odbiła się od ziemi; natomiast widownia ryknęła ogłuszającym wrzaskiem.
– I WYSTARTOWALI! Kafel w rękach Smitha, nie, nie! Gryffindor przejął kafla! Gryffindor przejął kafla! Ma go Judith! Do boju, kobieto!!! Przelatuje zwinnie między obroną Ślizgonów i zdobywa punkt! DZIESIĘĆ DO ZERA DLA GRYFFINDORU! – Trzy czwarte trybun zafalowały, a ryk tłumu był bolesny. – Kafel w rękach Ślizgonów, czy zdobędą punkt? Zdobyli! Remis dla obu drużyn!!! – Wrzasnął Ed, a w tym samym czasie większość widowni jęknęła. – Ale co to?! Harrison coś dostrzegł? Czy to znicz? Dlaczego Potter... Nie! Potter już leci za nim!
– Dlaczego Rogacz nie zobaczył znicza pierwszy? – Zaniepokoił się Syriusz.
– Kapitanowie drużyn podajcie sobie dłonie. – Potter i McMillan zrobili, co kazano. – Dosiądźcie mioteł. Do góry...
Czternastu zawodników wzbiło się w powietrze.
– Słuchajcie, ta gra ma być czysta i bez fauli, zrozumiano?! Na mój gwizdek. – Weszła na miotłę. – Raz! Dwa!
W jednej chwili stało się kilka rzeczy. Profesor Hooch rzuciła kaflem w górę, zaklęciem odblokowała tłuczki i odbiła się od ziemi; natomiast widownia ryknęła ogłuszającym wrzaskiem.
– I WYSTARTOWALI! Kafel w rękach Smitha, nie, nie! Gryffindor przejął kafla! Gryffindor przejął kafla! Ma go Judith! Do boju, kobieto!!! Przelatuje zwinnie między obroną Ślizgonów i zdobywa punkt! DZIESIĘĆ DO ZERA DLA GRYFFINDORU! – Trzy czwarte trybun zafalowały, a ryk tłumu był bolesny. – Kafel w rękach Ślizgonów, czy zdobędą punkt? Zdobyli! Remis dla obu drużyn!!! – Wrzasnął Ed, a w tym samym czasie większość widowni jęknęła. – Ale co to?! Harrison coś dostrzegł? Czy to znicz? Dlaczego Potter... Nie! Potter już leci za nim!
– Dlaczego Rogacz nie zobaczył znicza pierwszy? – Zaniepokoił się Syriusz.
– Znicz był przy bramkach Gryfonów, Harrison był na środku boiska, a James przy bramkach Ślizgonów. Nie miał szans ze swoją wadą wzroku.
– Harrison jest już tuż-tuż! Ale Potter nie zostaje mu dłużny! Siedzi mu na ogonie! Czy mecz skończy się tak szybko? Nie! Pałkarz Gryfonów odbił tłuczek w stronę Harrisona! SPUDŁOWAŁ! Tłuczek uderzył w znicz! Znicz ponownie zniknął!!! – Tłum jęknął i wygwizdał Hathaway'a - pałkarza Gryffindoru.
Mecz trwał półtora godziny, zanim znicz znów się pojawił. Gryffindor miał sto sześćdziesiąt punktów, a Slytherin sto czterdzieści.
– Harrison jest już tuż-tuż! Ale Potter nie zostaje mu dłużny! Siedzi mu na ogonie! Czy mecz skończy się tak szybko? Nie! Pałkarz Gryfonów odbił tłuczek w stronę Harrisona! SPUDŁOWAŁ! Tłuczek uderzył w znicz! Znicz ponownie zniknął!!! – Tłum jęknął i wygwizdał Hathaway'a - pałkarza Gryffindoru.
Mecz trwał półtora godziny, zanim znicz znów się pojawił. Gryffindor miał sto sześćdziesiąt punktów, a Slytherin sto czterdzieści.
– Potter mknie jak błyskawica, zostawiając Harrisona daleko z tyłu! Czyżby nawet najnowszy nabytek Ślizgonów nie był w stanie pokonać mistrza?! Potter jest już o włos od złapania znicza! Tak! Tak! Złapał go! ZŁAPAŁ! KONIEC MECZU!!! Aj... – Jęknął zgodnie z tłumem, bo w tym samym czasie, gdy James złapał znicza i podniósł rękę do góry sygnalizując koniec gry, tłuczek uderzył go w plecy. Ten zachwiał się i spadł z miotły.
Wszyscy w ciszy patrzeli jak James Potter, mistrz szkolnych rozgrywek Quidditcha, niepokonany szukający, spada. Dopiero po chwili wrzask widowni zagłuszył wszystko wokoło. Profesor Hooch wylądowała obok niego, a nauczyciele zbiegali już z trybun. Pani Pomfrey biegła z nimi. Trójka jego przyjaciół stała jak sparaliżowana. Spojrzeli na siebie wystraszeni. Bali się o Rogacza i nie wiedzieli co zrobić. Po kilku sekundach Remus wychylił się poza barierkę i zmrużył minimalnie oczy. James leżał daleko, ale wzrok wilkołaka był dobry. Maksymalnie próbował wytężyć wzrok, by cokolwiek zobaczyć. I zobaczył. Dumbledore wyczarował magiczne nosze i przeniósł na nie Jamesa. Machnął różdżką a nosze poszybowały obok niego.
– Chodźmy.
– Gdzie?
– Do Skrzydła Szpitalnego. Zaraz go tam zaniosą.
Pędem ruszyli do zamku, a potem szybko wbiegali po schodach. Po drodze Peter wpadł na schodek-pułapkę i musieli zmarnować trochę czasu na wyciąganie go. Wreszcie dobiegli do Skrzydła , które było zamknięte, więc czekali. Po minucie usłyszeli kroki i za najbliższym rogiem zobaczyli wyłaniającego się Dumbledore'a. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji; nawet nie wydawał się być zaskoczony ich obecnością tutaj.
– Co wy tu robicie? – zdziwiła się McGonnagal. – Powinniście być na trybunach i razem z prefektami naczelnymi wracać do dormitoriów.
Wszyscy w ciszy patrzeli jak James Potter, mistrz szkolnych rozgrywek Quidditcha, niepokonany szukający, spada. Dopiero po chwili wrzask widowni zagłuszył wszystko wokoło. Profesor Hooch wylądowała obok niego, a nauczyciele zbiegali już z trybun. Pani Pomfrey biegła z nimi. Trójka jego przyjaciół stała jak sparaliżowana. Spojrzeli na siebie wystraszeni. Bali się o Rogacza i nie wiedzieli co zrobić. Po kilku sekundach Remus wychylił się poza barierkę i zmrużył minimalnie oczy. James leżał daleko, ale wzrok wilkołaka był dobry. Maksymalnie próbował wytężyć wzrok, by cokolwiek zobaczyć. I zobaczył. Dumbledore wyczarował magiczne nosze i przeniósł na nie Jamesa. Machnął różdżką a nosze poszybowały obok niego.
– Chodźmy.
– Gdzie?
– Do Skrzydła Szpitalnego. Zaraz go tam zaniosą.
Pędem ruszyli do zamku, a potem szybko wbiegali po schodach. Po drodze Peter wpadł na schodek-pułapkę i musieli zmarnować trochę czasu na wyciąganie go. Wreszcie dobiegli do Skrzydła , które było zamknięte, więc czekali. Po minucie usłyszeli kroki i za najbliższym rogiem zobaczyli wyłaniającego się Dumbledore'a. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji; nawet nie wydawał się być zaskoczony ich obecnością tutaj.
– Co wy tu robicie? – zdziwiła się McGonnagal. – Powinniście być na trybunach i razem z prefektami naczelnymi wracać do dormitoriów.
– Chcieliśmy tylko zobaczyć czy z Jamesem wszystko dobrze. – Syriusz, Peter i Remus przesunęli się, by zrobić miejsce Dumbledore'owi, Jamesowi, McGonnagal, pani Pomfrey i Slughornowi, który zamiast wejść do sali, stanął przed nimi.
– To doprawdy postawa godna najlepszych przyjaciół! To o tak pięknej przyjaźni winny być pisane ballady i wiersze! – Chłopcy spojrzeli na siebie zaniepokojeni tym dziwnym zachowaniem profesora. Horacy złapał się za brzuch, jakby nagle jego ciężar mu zawadzał. – Jednakże wracajcie do swoich domów, chłopcy. Pan Potter jest pod dobrą opieką i nie jest tu wymagana wasza obecność.
– Mimo to chcielibyśmy się z nim zobaczyć... – nalegał Remus.
– Ależ on będzie teraz spał jak małe dziecko! – Slughorn zaśmiał się rubasznie.
– Nie będzie spać wiecznie, panie profesorze, a bardzo zależy nam by porozmawiać z nim zaraz po przebudzeniu i sprawdzić jak się czuje.
– A co powiecie na taki układ: wy wrócicie grzecznie do swoich kolegów i koleżanek w Gryffindorze, by opiewać waszą wspaniałą wygraną, a ja wyślę wam jakiegoś ucznia z wiadomością, jak pan Potter się czuję.
– To tylko dodałoby panu profesorowi problemów – powiedział słodkim, niewinnym głosikiem Remus. – Musiałby pan profesor znaleźć jakiegoś ucznia, gdy wszyscy są w dormitoriach, on musiałby przyjść do pokoju Gryfonów i nas znaleźć, a samo wejście do salonu może być dla niego niemożliwe, gdyż nie znałby zapewne hasła. No i musiałby pan też ciągle być przy Jamesie i sprawdzać czy się obudził... – lekko zwiesił głos. Slughorn nic nie odpowiedział, tylko zatrzymał wzrok na Remusie. Patrzeli sobie w oczy w ogóle nie mrugając. Po chwili jednak mężczyzna stęknął i podciągnął brzuch.
– No dobrze... Ale proszę was, wejdzie dopiero i tylko wtedy, gdy wszyscy wyjdziemy od pana Pottera.
– Dziękujemy! – krzyknęli szczęśliwi i czekali. Po dziesięciu minutach profesor Dumbledore wyszedł wraz z McGonnagal i Slughornem. Łapa, Glizdogon i Lunatyk weszli szybko do środka i podeszli do łóżka, które zajmował James. Chłopak leżał nieprzytomny. Głowę i prawdopodobnie plecy miał zabandażowane. Każdy wziął sobie krzesło i usiedli naokoło łóżka Jamesa. Dopiero po pięćdziesięciu minutach Potter obudził się.
– C-co... – zaczął.
– Wreszcie się obudziłeś! – wykrzyknął Syriusz. – Już myślałem, czy by nie iść po skarpetki Severusa i przyłożyć ci je do nosa. Chociaż... po nich chyba spałbyś dłużej.
James rozejrzał się wokoło. Próbował usiąść, ale skrzywił się z bólu.
– Nie ruszaj się – powiedział Remus.
– Kto wygrał? – zapytał James, a Syriusz wyszczerzył zęby.
– Oczywiście, że my! Przewaga punktów była miażdżąca!
– To doprawdy postawa godna najlepszych przyjaciół! To o tak pięknej przyjaźni winny być pisane ballady i wiersze! – Chłopcy spojrzeli na siebie zaniepokojeni tym dziwnym zachowaniem profesora. Horacy złapał się za brzuch, jakby nagle jego ciężar mu zawadzał. – Jednakże wracajcie do swoich domów, chłopcy. Pan Potter jest pod dobrą opieką i nie jest tu wymagana wasza obecność.
– Mimo to chcielibyśmy się z nim zobaczyć... – nalegał Remus.
– Ależ on będzie teraz spał jak małe dziecko! – Slughorn zaśmiał się rubasznie.
– Nie będzie spać wiecznie, panie profesorze, a bardzo zależy nam by porozmawiać z nim zaraz po przebudzeniu i sprawdzić jak się czuje.
– A co powiecie na taki układ: wy wrócicie grzecznie do swoich kolegów i koleżanek w Gryffindorze, by opiewać waszą wspaniałą wygraną, a ja wyślę wam jakiegoś ucznia z wiadomością, jak pan Potter się czuję.
– To tylko dodałoby panu profesorowi problemów – powiedział słodkim, niewinnym głosikiem Remus. – Musiałby pan profesor znaleźć jakiegoś ucznia, gdy wszyscy są w dormitoriach, on musiałby przyjść do pokoju Gryfonów i nas znaleźć, a samo wejście do salonu może być dla niego niemożliwe, gdyż nie znałby zapewne hasła. No i musiałby pan też ciągle być przy Jamesie i sprawdzać czy się obudził... – lekko zwiesił głos. Slughorn nic nie odpowiedział, tylko zatrzymał wzrok na Remusie. Patrzeli sobie w oczy w ogóle nie mrugając. Po chwili jednak mężczyzna stęknął i podciągnął brzuch.
– No dobrze... Ale proszę was, wejdzie dopiero i tylko wtedy, gdy wszyscy wyjdziemy od pana Pottera.
– Dziękujemy! – krzyknęli szczęśliwi i czekali. Po dziesięciu minutach profesor Dumbledore wyszedł wraz z McGonnagal i Slughornem. Łapa, Glizdogon i Lunatyk weszli szybko do środka i podeszli do łóżka, które zajmował James. Chłopak leżał nieprzytomny. Głowę i prawdopodobnie plecy miał zabandażowane. Każdy wziął sobie krzesło i usiedli naokoło łóżka Jamesa. Dopiero po pięćdziesięciu minutach Potter obudził się.
– C-co... – zaczął.
– Wreszcie się obudziłeś! – wykrzyknął Syriusz. – Już myślałem, czy by nie iść po skarpetki Severusa i przyłożyć ci je do nosa. Chociaż... po nich chyba spałbyś dłużej.
James rozejrzał się wokoło. Próbował usiąść, ale skrzywił się z bólu.
– Nie ruszaj się – powiedział Remus.
– Kto wygrał? – zapytał James, a Syriusz wyszczerzył zęby.
– Oczywiście, że my! Przewaga punktów była miażdżąca!
James uśmiechnął się i ułożył wygodniej. Po jakimś czasie przyszli jego kumple z drużyny. Wtedy to Remus, Syriusz i Peter wrócili do dormitorium. Wypili kilka butelek kremowego piwa i zjedli przekąski, jakie zostały po balandze, która się tutaj odbyła.
Siedzieli w milczeniu, nie wiedząc o czym rozmawiać. Później udali się do swojego pokoju i szybko zasnęli. Następnego dnia James wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego i stał się bohaterem szkoły. Jego cudowna gra zachwycała wszystkich. Jedynym wyjątkiem byli Ślizgoni i Lily.
– Hej, Evans! Życzyłaś mi pecha przed meczem. Mój wypadek to po części twoja wina. Nie martw się! W ramach rekompensaty możesz iść ze mną na randkę, by odpokutować.
– Wolałabym spędzić noc ze śmierdzącym ghullem, niż iść z tobą na randkę, Potter!
– Aj, zabolało – jęknął James i złapał się za serce. Remus parsknął śmiechem.
– A ty z czego się śmiejesz? – Rogacz spojrzał na niego krzywo.
– Wiesz, że gdybyś tak nie gwiazdorzył i nie próbował jej w taki sposób imponować, to by cię może polubiła?
James nic nie odpowiedział, tylko zmarszczył brwi. Syriusz nagle walnął się ręką w czoło, a uśmiech zakwitł mu na twarzy.
– Zwariowałeś? – zaśmiał się James.
– Nie. Coś sobie przypomniałem. – Odczekał chwilę, by jego słowa dotarły do jego przyjaciół i nabrały mocy.
– I…? – zachęcił go Remus.
– Już niedługo się przekonacie – Figlarny uśmiech Łapy był im dobrze znany i przeważnie nie znaczył nic dobrego.
Siedzieli w milczeniu, nie wiedząc o czym rozmawiać. Później udali się do swojego pokoju i szybko zasnęli. Następnego dnia James wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego i stał się bohaterem szkoły. Jego cudowna gra zachwycała wszystkich. Jedynym wyjątkiem byli Ślizgoni i Lily.
– Hej, Evans! Życzyłaś mi pecha przed meczem. Mój wypadek to po części twoja wina. Nie martw się! W ramach rekompensaty możesz iść ze mną na randkę, by odpokutować.
– Wolałabym spędzić noc ze śmierdzącym ghullem, niż iść z tobą na randkę, Potter!
– Aj, zabolało – jęknął James i złapał się za serce. Remus parsknął śmiechem.
– A ty z czego się śmiejesz? – Rogacz spojrzał na niego krzywo.
– Wiesz, że gdybyś tak nie gwiazdorzył i nie próbował jej w taki sposób imponować, to by cię może polubiła?
James nic nie odpowiedział, tylko zmarszczył brwi. Syriusz nagle walnął się ręką w czoło, a uśmiech zakwitł mu na twarzy.
– Zwariowałeś? – zaśmiał się James.
– Nie. Coś sobie przypomniałem. – Odczekał chwilę, by jego słowa dotarły do jego przyjaciół i nabrały mocy.
– I…? – zachęcił go Remus.
– Już niedługo się przekonacie – Figlarny uśmiech Łapy był im dobrze znany i przeważnie nie znaczył nic dobrego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz