sobota, 2 maja 2015

Rozdział siedemnasty: Dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny!

         James doznał nagłej przemiany duchowej. Po spokojnej rozmowie z Lily zrozumiał już dlaczego tak bardzo go nie lubiła i stwierdził, że dziewczyna ma rację. Był nieznośny.
        Przestał atakować innych uczniów, nawet - choć przyszło mu to z trudem - Ślizgonów. Nie odpuścili tylko zżędliwemu Filchowi.
         Lily cieszyła się, że spowodowała tę przemianę i coraz częściej spędzała czas z czwórką przyjaciół. Remusowi bardzo się to podobało, gdyż szczerze mówiąc miał już dość niechęci dziewczyny do jego kumpli.
          Wiosna w pełni kwitła i szkolne błonia zamieniły się w piękną zieloną oazę. Huncwoci coraz częściej wychodzili, by pogawędzić pod ich ulubionym drzewem lub posiedzieć nad brzegiem jeziora. Niestety, nie mieli zbyt dużo czasu na tego typu przyjemności. Nauczyciele obciążali ich coraz większą ilością zadań domowych. Osoby, które zamierzały zakończyć edukację w szóstej klasie musiały być gotowe na wyjście w świat.
          Każdego wieczoru stoliki w bibliotece i pokojach wspólnych uginały się pod stosem ciężkich tomiszczy.
– Remi, mógłbyś sprawdzić mój referat z zaklęć? – mruknął James.
– Muszę? – jęknął, wertując podręcznik z numerologii.
– Zaraz zaczyna się trening - lamentował Potter. - Nie mogę się spóźnić, bo co sobie pomyślą o mnie.
        Spojrzał szczenięcym wzrokiem.
– Ej, nie zamieniaj się w Łapę! Dobra... Dawaj to.
– Luniak, wiesz że z nieba mi spadasz? – James wstał. – Do zobaczenia na kolacji!
        Lupin odstawił pergamin przyjaciela na bok i zajął się swoim zadaniem z numerologii, opieki nad magicznymi stworzeniami, historii magii oraz zaklęć. Dopiero gdy skończył, zajął się jego pracą.
        Wrzucił wszystko do torby, przerzucił ją przez ramię i wszedł do dormitorium. Pochował wszystko w swojej szafce, a pracę Jamesa zostawił mu na łóżku. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Do kolacji została godzina, więc sięgnął po książkę, położył się wygodnie i zatopił w lekturze.
         Nagle do pokoju wpadł przepocony i brudny z błota James. Na jego twarzy widniał wielki szeroki banan. Rzucił się na Remusa i zaczął nieskładnie coś krzyczeć i potrząsać nim.
– Rogacz, co ci? – wykrztusił.
– Lily! Lily!
– Coś jej się stało?
– Nie! – Oczy Jamesa lśniły. – Wracałem do dormitorium i spotkałem ją. Poszliśmy do sali obok, gadaliśmy, było super! Nachyliłem się i ją pocałowałem!
         Remus otworzył usta ze zdziwienia. Tego się nie spodziewał.
– I co dalej? – spytał.
– Spoliczkowała mnie i wyszła zarumieniona.
          Lupin, choć wiedział, że zachowuje się wrednie, zaśmiał się z przyjaciela.
– Ale jestem pewien, że odwzajemniła go na początku! A jak całuje... mmm. – Rozmarzył się. – Ona na mnie leci. Mówię ci to.
– Dlatego cie uderzyła? – Remus próbował opanować śmiech.
– To dlatego, że jest nieśmiała!
– No tak, tak, oczywiście – odparł Remus prawie płacząc z rozbawienia.
– Nie wierzysz mi.
– No, nie bardzo.
– Jeszcze zobaczysz, że będzie moja!
– Ależ oczywiście. – Chłopak wreszcie się opanował, choć było mu naprawdę ciężko.
           Zeszli na kolację i spotkali Syriusza oraz Petera. James podekscytowany opowiedział im, co zaszło. Spojrzał w stronę dziewczyny. Zauważyła to, zarumieniła się i odwróciła w drugą stronę.
– M o j a – szepnął w stronę Remusa i mrugnął porozumiewawczo.
         W końcu James i Lily spotkali się w klasie i dziewczyna nie miała sposobności ucieczki. Potter podszedł do niej energicznym krokiem.
– Patrz, już mogę dostrzec jego skrzydła. Zaraz odleci – zażartował Łapa.
– Może znowu dostanie w twarz?
– Marzę, by to zobaczyć – szczeknął Syriusz.
– Jesteście niemili – jęknął Peter. Wszyscy zamilkli, gdy chłopak podszedł do Evans. Stała plecami do niego.
– Hej, Evans. – James wyszczerzył się. – Co tam?
           Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się szybko w jego stronę.
– Eee... Hej - wydukała i odwróciła się, by nie patrzeć na jego twarz.
– Masz ochotę spotkać się po lekcjach?
– Ja... Nie wiem... – zarumieniła się. Spojrzała na niego, a w jej oczach było coś dziwnego.
– To jesteśmy umówieni – zakrzyknął radośnie.
– Ej, no! Chciałem zobaczyć jak bije go po pysku – zajęczał Łapa ze smutkiem.
– My to jednak jesteśmy wredni - skomentował Remus. Dzwonek obwieścił początek lekcji.
  
***

           Potter i Evans kręcili ze sobą kilka miesięcy, ale wciąż nie zaczynali być parą. Syriusz naśmiewał się z Jamesa, że jest mało męski, bo nie potrafi przejąć inicjatywy. Ten natomiast odpowiadał, że ją urabia, by zakochała się w nim bardziej. W tym czasie przystojny Black miał już cztery dziewczyny, a aktualnie spotykał się z Niną, która wzdychała do niego od roku i podstępnie eliminowała wszystkie jego poprzednie dziewczyny w taki sposób, że ani on, ani owe dziewczyny nie wiedzieli nawet, że była w to zamieszana. Peter nie miał powodzenia u kobiet, natomiast Remus nieświadomie spławiał chłodno jakąkolwiek dziewczynę, jaka próbowała się zbliżyć.
          Przyjaciele patrzeli na to ze smutkiem. Wiedzieli czemu tak się dzieje. Lupin bał się, że jeśli się z kimś zwiąże to skończy się tak samo jak z Carly. Zastanawiali się nawet nad tym czy dalej ją kocha.
            Koniec roku szkolnego okazał się dla nich sprzyjający. James i Lily zaczęli oficjalnie być parą. Severus Snape ubolewał nad tym okropnie i jeszcze bardziej nienawidził czwórki przyjaciół. Swoją zawiść i ból próbował wyładowywać na Remusie. Znał jego sekret. Mógł go gnębić, szantażować. Zniszczyć życie. Lunatyk starał się to ignorować, jednak jego wewnętrzny głos, tak krytyczny wobec niego, zgadzał się ze Ślizgonem. Powoli zacząć otaczać się na powrót czarnymi myślami.
         
***

          Szedł w ciszy w stronę domu Moody'ego. Auror napisał mu w liście, że nie mógł go dziś odebrać spod dworca. Remus cieszył się z takiego obrotu spraw, gdyż mógł nacieszyć się pięknem lata i wyciszeniem. Co prawda słychać było uliczny hałas, ale mógł to łatwo zignorować.
          Doszedł do domu Alastora i wyciągnął list. Pełnia była trzy tygodnie temu i czarodziej wiedział, że zmysł wykrywania magii osłabł już w Remusie, dlatego opisał mu jak powinien stawiać stopy, by nie nadziać się na nowy system zabezpieczeń.
           Gdy już bezpiecznie dostał się do środka, rozpakował swoje rzeczy i usiadł po turecku na łóżku. Znów się zamyślił. Ostatnio bardzo często mu się to zdarzało. Ogarniały go czarne myśli. Myślał o wilkołactwie, o Greybacku, matce, ojcu i Zakonie. Myślał o swoich przyjaciołach, wrogach i Voldemorcie. Świat z dnia na dzień stawał się coraz straszniejszy. Na razie miał jeszcze rok bezpiecznego chowania się w Hogwarcie wraz z innymi, ale co potem? Jaka miała być jego przyszłość?
        Gwałtowne dobijanie się do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Zszedł na dół i wpuścił do środka swojego opiekuna. Ten przyjrzał mu się podejrzliwie i nagle... skierował ku niemu różdżkę.
        Chłopak zamarł. Nie wiedział czego się spodziewać. Powróciła nienawiść Moody'ego do jego rasy i postanowił go wyeliminować? A może to nie Moody? Może ktoś podszył się pod niego właśnie po to, by wkraść się do wnętrza kwatery Zakonu i powybijać członków?
– Na co nigdy ci nie pozwalałem?
– Co? – spytał zdezorientowany Remus.
– Odpowiedz! Na co nigdy ci nie pozwalałem? – Niebezpiecznie zbliżył swoją różdżkę. Chłopak patrzył na nią całkiem zdezorientowany.
– Nie wiem. Na to bym był w Zakonie Feniksa.
         Mężczyzna opuścił różdżkę.
– To ty.
– A kogo się spodziewałeś?
         Moody przetarł dłonią czoło. Wyglądał na zmęczonego.
– Ostatnio mamy wielu szpiegów. Ludzie albo przychodzą ze złymi zamiarami, albo w trakcie służby przechodzą na stronę zła. Jest źle. Musimy walczyć z własnymi przyjaciółmi nie wiedząc do końca czy oskarżenia są prawdziwe. Jest coraz ciężej walczyć z Voldemortem. Ludzie się boją.
– Wiem. W Proroku Codziennym pisali o zdradach członków rodzin.
– To, co pisze Prorok to ledwo cząstka tego, co dzieje się na świecie.  – Moody minął Remusa i skierował się do swojego gabinetu. – Proszę, zrób mi kawę do termosu. Czeka mnie dużo pracy, a wszystko musi być gotowe do jutrzejszego zebrania.

        Czuł się podle. Nie nadawał się do niczego. Nie ważne były jego oceny. Nic mu w życiu nie przyniosą, nie pomogą, żaden pracodawca nie weźmie go z entuzjazmem. Prędzej wygna, grożąc śmiercią, pomyślał. Objął kolana ramionami. Dlaczego tak musiało być? Dlaczego nikt nie potrafił wymyślić lekarstwa? Czuł się jak ktoś z HIV'em; wilkołactwo wyniszczało jego ciało i psychikę. Często wśród ludzi, którzy wiedzieli czym jest, czuł się właśnie tak, jakby przez sam dotyk mógł komuś przekazać to przekleństwo. Oparł czoło o kolana
        Nie chcę już być potworem. Mam dość. Dość! 
          Czuł ogromny ból w sercu. Czemu tak trudno go zaakceptować? On nie jest jak inne wilkołaki. Nikogo nie atakuje, chowa się, uważa. Nie jest jak Greyback, nie...
           I nagle dziwna pustka wypełniła mu umysł. Myślał o czymś związanym z Greybackiem, ale nie pamiętał, co to było. Próbował sobie przypomnieć, ale gdy tylko w jego głowie, jak za mgłą, pojawiał się strzępek obrazu, natychmiast pustka wypierała go jak najdalej.
          Rozbolała go głowa, więc położył się, przykrył i zasnął.
         
          Stał. Spowijał go mrok. Odczekał chwilę, aż jego wzrok przyzwyczai się do ciemności, ale nic takiego się nie stało. Czuł się jak ślepiec. Po chwili reszta jego zmysłów "włączyła się". Czuł smród brudu, pleśni i starości. Była też krew. Coraz więcej krwi. Jej mdły zapach napierał na niego. Nie słyszał nic. Ta pustka była dobijająca.
         Nie miał klaustrofobii, ale ta ciemność otaczała go z każdej strony. P r z y t ł a c z a ł a. Nieświadomie zaczął głośno dyszeć. Nie potrafił zaczerpnąć powietrza w płuca. Nagle usłyszał głos matki:
– Remusku, Remusku, mój synku...
– Mamo...? – szepnął i rozejrzał się. W głowie usłyszał krzyk.
– TY NIE JESTEŚ JUŻ MOIM SYNEM! JESTEŚ BESTIĄ! TO TY MNIE ZABIŁEŚ!
        Po chwili dołączyły do niego innego głosy.
– Nie zbliżaj się do mnie, kanalio, nie chcę się niczym zarazić.
– Powinno się ciebie od razu zabić. Albo zamknąć! Sczeźnij!
– Chłopakowi nie można ufać, jest niebezpieczny.
– Okłamywałeś nas! Swoich przyjaciół! Jak mamy ci ufać? Byliśmy z tobą szczerzy, a ty?!
– Dość, dość, dość – jęczał Lupin. Zacisnął powieki, wplótł palce we włosy i padł na kolana. – To sen, to sen, to SEN! Zaraz się wybudzę...
– Jak to jest być nienawidzonym za samo istnienie?
– Nie lepiej się zabić i zniknąć z życia innych?
– Już mam dość tego, że mieszka pod moim dachem. Nigdy nie chciałem mieć zwierzaka.
      Wydał z siebie zduszony jęk i począł bujać się w przód i w tył. Czuł, że jest na granicy wyczerpania psychicznego. Niech to się już skończy!
        I nagle go zobaczył. Greyback. Szedł w jego kierunku z ogromnym uśmiechem pełnym spiłowanych na trójkąt, żółtych, brudnych zębów. Remus klęczał sparaliżowany. Nie mógł drgnąć, natomiast Fenrir stanął tuż przed nim. Cuchnął krwią, potem i brudem. Złapał Remusa za włosy i pociągnął je tak, by głowa chłopaka się odchyliła i by patrzał na niego.
– Witaj, mój drogi – zamruczał. – Stęskniłem się za tobą.
– Czego chcesz?! – krzyknął, a jego głos odbił się echem.
– Czego? Oczywiście, że ciebie. Potrzebny jesteś w Podziemiu. Dobrze wiesz, że nie uciekniesz przed tym. Masz to we krwi, by żyć z wilkołakami.
– Nie! Nie urodziłem się wilkołakiem jak ty! Nigdy bym nim nie był, gdybyś mnie nie ukąsił.
– Ależ byś był – zaśmiał się wilkołak. – To twoje przeznaczenie. Jak nie ja, to ktoś inny. Powinieneś mi dziękować.
       Remus prychnął.
– Przybyłbyś w chwale; traktowany niczym książę!
– Nie potrzebuje tego.
– Ależ potrzebujesz w takim samym stopniu, w jakim my potrzebujemy ciebie. Naprawdę chcesz żyć z ludźmi? Z rasą, która tak cie nienawidzi? Która jest tak nietolerancyjna, że nie masz jak żyć?
– Rasa? Też jesteśmy ludźmi.
– Nie, nie, Remusku. Mylisz się. Jesteśmy nadludźmi powstałymi z legendy. Chcesz ją zgłębić? Wiedzę o sobie? Musisz tylko dołączyć... – kusił. Remus spojrzał na niego z pewnym błyskiem w oczach, który jednak po chwili zniknął.
– Nigdy.
– A może jak opowiem ci o naszym pokrewieństwie to zechcesz dołączyć?
– Nic nie zmieni mojej decyzji.
– Znasz może legendę o założeniu Rzymu? Dwaj bracia Romulus i twój imiennik Remus pokłócili się i Romulus zabił Remusa. Wybudował Rzym i władał w nim. To popularna wersja legendy. Lecz my, wyznawcy Romulusa, znamy szczegóły. Ponoć wilczyca wychowała braci. Prawda jest jednak inna. Spłodziła ich. Pewien czarodziej eksperymentował na zwierzętach. Za pomocą magii chciał stworzyć istniejące już chimery. On jednak chciał człowieko-wilka. Cóż to by było za wspaniałe stworzenie, prawda? Tak więc za pomocą magii i wilczycy eksperymentalnej na świat przyszli Remus i Romulus, wyglądali jednak jak ludzie. Czarodziej chciał ich wrzucić do rzeki, ale wilczyca zabiła go i pożarła ciało. Dzieci w żadnym stopniu jej nie przypominały, jednak postanowiła je wychować. Pierwszej pełni, przemieniły się one w szczeniaki wilków. Bracia zachowali to w sekrecie. Gdy dorośli, postanowili zamieszkać w pobliskim miasteczku. Już wcześniej błąkali się po nim, by nauczyć się języka i podstawowych zachowań. Teraz byli gotowi by udawać ludzi. Rozdzielili się i każdy poszedł w swoją stronę. Niefortunnie zakochali się w tej samej dziewczynie. Zaszła ona w ciążę i urodziła bliźniaków dwujajecznych, a że spała z obojgiem braci, jedno było Remusa, a drugie Romulusa. Bracia dowiedzieli się, że dzielili łoże z jedną kobietą i znienawidzili. Każdy zapragnął stworzyć własne miasto i wygnać z niego drugiego. W miejscu, gdzie były idealne warunki na budowę, spotkali się i zaczęli walczyć. Kto wie, jak wszystko by się skończyło, gdyby Remus nie potknął się o głupi kamyk? Ich kochanka Pia została żoną Romulusa, ale więcej dzieci nie urodziła. Ich synowie rozeszli się po świecie i zaczęli tworzyć ród swojej rodziny. Po wielu latach poszukiwań odkryłem, że moim dalekim krewnym jest Romulus. Twoim zaś Remus. Twoi rodzice interesowali się Rzymem. Wiedzieli, że twój ojciec jest dalekim potomkiem Remusa i dlatego nadali ci to imię. Zastanawiasz się pewnie, dlaczego ja urodziłem się wilkołakiem, a ty musiałeś zostać ukąszony? Otóż dzieci pierwszych wilkołaków także były wilkołakami. Porywczy syn Romulusa zarażał całą swoją rodzinę i znajomych tworząc wyznawców Romulusa istniejących do dziś. Mądrzejszy syn Remusa nikogo nie ukąsił, ale przeniósł likantropię w genach. Miałeś ją w sobie od narodzin, tylko uśpioną. Dowiedziałem się o twoim istnieniu, gdy miałeś pięć lat. Myślałem, że jak każde odrzucone dziecko przyłączysz się do mnie. Rozczarowałeś mnie. Ale spokojnie, masz jeszcze czas, by się przyłączyć. Zrób to...

3 komentarze:

  1. Jimi i Lily w zamku się spotkali i tak bardzo się w sobie zakochali... Marna ze mnie poetka. Przepraszam.
    Czekałam na ten rozdział. Serio. Ale po kolei.
    Po pierwsze gratuluję szczęśliwych przenosin na blogspota. Jak Ci się tutaj podoba?
    Rozdział czytał mi się strasznie szybko. Jakoś tak ogólnikowo. Kilka miesięcy w jednej chwili. Mam nadzieję, że później jakoś to rozwiniesz.
    Pozdrawiam i życzę zdrowia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam Jimi i pierwsza myśl: "Ale jaki Jimi? Lily była z Jamesem" ale świetne :D Podoba się bardzo! :D Tyyyyle funkcji ♡ i wreszcie nie liczy także moich odwiedzin na blogu ^^ Trochę się męczyłam z wyglądem, ale myślę, że jest okej? A te funkcje!!! Byłam tak wniebowzięta, że chciałam u dołu strony dać staw z kolorowymi rybkami, ale przypomniałam sama sobie, że to nie ma nic wspólnego z Huncwotami. Muszę się pilnować. Mam jednak pytanko do Ciebie, napisałam na poczcie, ale nie wiem, czy zrobiłam błąd w adresie, czy jeszcze nie odczytałaś. Ale, ale.... życie przelatuje! Dziękuję i Tobie też zdrówka życzę

      Usuń
    2. Chyba zrobiłaś błąd, bo żaden mail do Ciebie do mnie nie dotarł. Na wszelki wypadek jeszcze raz piszę tego maila: wariatka3@op.pl
      Najlepiej po prostu go skopiuj.
      Cieszę się, że Ci się tu podoba. Ja też byłam zachwycona, gdy się przeniosłam. Poczułam się, jakby ktoś zdjął mi kajdany.
      Pozdrawiam i czekam na maila

      Usuń