piątek, 19 stycznia 2018

Rozdział trzydziesty: Minuta ciszy

– Czy ktoś widział Remusa? – zapytał zaniepokojony James.
– Walczył z innymi wilkołakami, potem zniknął mi z oczu – powiedziała McGonagall.
– Pewnie do nich dołączył. – Caradoc spojrzał na wszystkich z kpiącym uśmieszkiem i przycisnął dłoń do ramienia. – Tak jak przewidziałem.
    Hagrid, który przybył na wezwanie Dumbledore'a, zaczerwienił się nagle i trzasnął o ziemię parasolką.
– Spokój! – Nakazał natychmiast Dumbledore. – Musimy pozbierać ciała i przetransportować je do domu Molly, tak z nią uzgodniliśmy. Śmierciożerców musimy wynieść gdzieś dalej, choćby do lasu. Ważniejsi od ciał są ranni! Co do Remusa... – Spojrzał z poczuciem winy na Huncwotów. – Jestem pewny, że go znajdziemy.

       Hagrid niósł kolejne ciało i ułożył je obok pozostałych członków Zakonu czekających na transport. Jak na razie znalazł tylko pięć ofiar śmiertelnych. Reszta w większym lub mniejszym stopniu była ranna. Brakowało Remusa. Hagrid wiedział, że nie ma go wśród ciał, bo natychmiast wypatrzyłby jego jasną sierść. Nie chciał też uwierzyć, że chłopak uciekł z innymi wilkołakami, bo, jak mówił psor, zażył Wywar Tojadowy i był w pełni świadomy. Mógł jednak zostać uprowadzony. Wziął dwa ciała Śmierciożerców i przerzucił je sobie przez ramiona. Zgodnie z instrukcją, miał je schować w lesie. Nie chciał zbytnio się oddalać, więc rzucił je w jakieś krzaki. Gdy się odwracał, zobaczył kątem oka coś jasnego.
     Spojrzał w tamtą stronę i rozpoznał Remusa. Leżał w kałuży krwi, nie poruszał się. Hagrid podbiegł do niego i podniósł szybko. Czuł słabe tętno chłopaka. Prawie natychmiast rzuciła mu się w oczy ogromna rana na jego lewym boku. Przeklinając, że nie ma ze sobą żadnych bandaży, wrócił do miejsca walki.
– Psorze! Psorze! Znalazłem Remuska!
     Dumbledore i Moody spojrzeli na Rubeusa, tymczasem James i Syriusz pobiegli w jego kierunku. Peter był obecnie w domu Molly Weasley.
– Co z nim?! – James pobladł.
– Nie wiem. Jest, cholibka, poważnie ranny.
     Dumbledore podszedł do nich.
– Alastorze, zabierz go natychmiast do Nory. Wyślij też wiadomość do naszego uzdrowiciela. Wiem, że odsypia dyżur z Munga, jednak bez niego nam się nie obejdzie.
    Auror złapał Hagrida za palec i teleportował się. Półolbrzym szybko wszedł do domu i po krótkiej rozmowie z Molly, położył Lupina na kanapie w salonie. W tym samym czasie patronus Moody'ego pomknął w ciemną noc.
     Niecałe dwie minuty później głośny trzask poinformował ich, że Edgar Bones aportował się. Był w bordowej piżamie i szlafroku. Włosy miał rozczochrane. Spojrzał na Moody'ego i zachrypniętym głosem spytał o powód wezwania.
– Remus jest poważnie ranny. Widziałem sporo ran na całym ciele, w tym jedną źle wyglądającą na boku. Jest nieprzytomny i stracił sporo krwi.
– Ale on... – Edgar spojrzał na księżyc.
– Tak, jest przemieniony. Wypił Wywar Tojadowy.
     Uzdrowiciel wszedł szybko do środka i zbliżył się do Remusa.
– Nie, nie, tutaj mam zbyt mały dostęp.
     Machnął różdżką i zrzucił wszystkie rzeczy ze stolika. Machnął nią drugi raz i mebel zalśnił czystością.
– Hagridzie, gdybyś mógł...
    Półolbrzym, chlipiąc, podniósł nieprzytomnego Remusa i położył go na stole. Kilka minut Edgar krzątał się wokoło niego, wyczarował sobie nawet rękawiczki. W końcu westchnął.
– Nie jestem w stanie nic zrobić. To skażone rany. Musimy poczekać, aż się przemieni, wtedy będę mógł mu jakoś pomóc maściami. Teraz tylko go zabandażuję i musimy mieć nadzieję, że jakoś się z tego wyliże.
    Coś w jego spojrzeniu powiedziało im, że najprawdopodobniej Remus nie przetrwa tego.
Wziął bandaże i z pomocą Hagrida założył ciasne opatrunki. Potem przenieśli go z powrotem na kanapę.
    Mężczyzna wyszedł z Nory razem z Alastorem.
– Czy jeśli Lupin umrze w ciele wilka, wróci jeszcze do dawnej formy?
– Nie mam bladego pojęcia – westchnął uzdrowiciel. – Pozwól, że na chwilę wrócę do siebie i przyniosę więcej swoich rzeczy. Trochę odciążę panią Weasley.
      W momencie, gdy on się deportował, aportowali się Huncwoci. Pomagali kolejnym rannym.
– Co z Remusem? – Syriusz wpatrzył się w zakrwawiony pysk swego przyjaciela.
– Musimy czekać na koniec pełni. Teraz mu nie pomożemy. – Alastor stanął w drzwiach. – Czy to już wszyscy?
– Nie, zaraz zjawi się Artur z dwoma rannymi. My już musimy wracać po ciała.
    I rzeczywiście, po kilku sekundach pojawił się Artur, trzymając za ręce Dedalusa Diggle'a i Caradoca. Dedalus utykał, tymczazem Dearborn trzymał za krwawiące ramię. Edgar natychmiast do nich podbiegł.
– Dedalusie, myślę, że Molly powinna sobie poradzić z tym złamaniem. Car, chodź za mną, zaraz ci zdezynfekuję ranę.
    Ten ledwo wszedł do salonu, zatrzymał się i krzyknął z oburzeniem.
– Czemu to zwierze leży na kanapie? Tylko zajmuje miejsce rannym!
      Nastała cisza i wszyscy wrogo spojrzeli na czarodzieja. On nawet tego nie zauważył - nienawistne spojrzenie skierował na Remusa. Hagrid podszedł do niego i złapał go za poły szaty.
– NIE BĘDZIESZ WIĘCEJ NAZYWAŁ REMUSA ZWIERZEM! TY MAŁY...
– Hagridzie! – krzyknęła McGonagall. – Postaw, proszę, pana Dearborna na ziemię!
     Gdy ten to zrobił, sama do niego podeszła szybkim krokiem.
– Tak się składa, że Lupin uratował pańskie zdrowie a nawet życie przed wilkołakiem. Widziałam tę sytuację. Widziałam też potem jak z tego powodu został otoczony. Nie dość, że teraz umiera za pana, to nawet po tym wszystkim, nie może pan mu okazać szacunku? Nie będziemy tego więcej tolerować w Zakonie. Liczę, że zaprzestanie pan tej dziecinady, w innym wypadku będę musiała pomówić z Albusem!
    Mężczyzna zbladł.
– Umiera...?
     Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy wrócili do swoich obowiązków. Edgar bez słowa, ale ze srogą miną obmył mu ranę i zakleił magią.
     Huncwoci wrócili z ostatnimi ciałami i usiedli na ziemi przy kanapie przyjaciela. Nic nie mówili.
Poza Remusem jeszcze dwie osoby były ciężko ranne - Elfias Doge i Benio Fenwick. Elfias został trafiony jakąś klątwą i co kilka minut tracił przytomność. Benio natomiast został ukąszony przez wilkołaka w gardło. Choć robili wszystko, co mogli, nie byli w stanie zatamować krwawienia, tak samo, jak w przypadku Remusa. Leżąc na kanapie naprzeciwko chłopaka, spoglądał na niego z przerażeniem. Najwidoczniej wyobrażał sobie siebie w tej postaci.
     Dumbledore zjawił się pomieszczeniu i spojrzał na Remusa, Elfiasa i Benia ze smutkiem. Westchnął. Podszedł szybko do Moody'ego i Molly, którzy pomagali Edgarowi w opatrywaniu rannych. Rozmawiali szeptem, marszcząc przy tym czoła.
      Czarodziej zakasał nagle rękawy i podszedł do Elfiasa. Stał nad nim skupiony, machając od czasu do czasu różdżką. Doge nagle ocknął się.
– Profesor... Co pan...
– Jak się teraz czujesz, Elfiasie? – zapytał.
– Inaczej. Już nic mnie nie "ciągnie" w dół. – Podrapał się po głowie. – Dziękuję.
      Dumbledore podziękował Fenwickowi cicho za pomoc. Zerknął na Remusa i grupkę jego przyjaciół z bólem w oczach, ale nie podszedł do nich.
      Przeszedł na środek pokoju i zabrał głos.
– Dziś wszyscy walczyliście dzielnie. Dziękuję wam. Nie odnieśliśmy dziś porażki, jednak też nie przybliżyliśmy się do zwycięstwa. Zabiliśmy dwudziestu trzech Śmierciożerców. Straciliśmy jednak piątkę wspaniałych przyjaciół. Uczcijmy minutą ciszy Penelopę i Alberta Daniels, Suzan Hover, Maxa Persena oraz Willa Flooda.
      Wszyscy zamilkli i zwiesili głowy. Poczucie straty dławiło ich w gardłach. Po dłuższej chwili Albus kontynuował:
– Jeśli czujecie się dobrze, wracajcie do siebie i odpocznijcie. Zasłużyliście na to. Uważajcie na siebie po drodze.
       Huncwoci nawet nie drgnęli.
– Chłopcy...
– Nie, profesorze. Nie zostawimy Remusa w takim stanie – przerwał mu James.
– Nie, James. Powinieneś porozmawiać w tym momencie z Lily. Jeśli Remus... – głos Syriusza zadrżał nieznacznie. – Jeśli Remus się z tego nie wyliże, powinna tutaj przyjść.
     Spojrzeli na siebie z bólem.
– Syriuszu, mogę być pewny, że w razie jakiejkolwiek zmiany czy to na lepsze, czy na gorsze, skontaktujesz się ze mną i Edgarem?
– Oczywiście – przyrzekł chłopak.
– Dziękuję.
    Dumbledore odwrócił się i wyszedł. Peter i James zrobili po chwili to samo.
     Syriusz siedział wciąż w tej samej pozycji i choć wszystko już go bolało, nie ruszył się. Molly stanęła za jego plecami i nic nie mówiła, dopóki chłopak na nią nie spojrzał. Miała zmartwiony wyraz twarzy.
– Kochanie, pomógłbyś mi umyć jego twarz z tej całej krwi? Tylko chyba będziemy musieli użyć rękawiczek.
– Dobrze, już się robi, pani Weasley! – Natychmiast zerwał się i machnął różdżką. Miska napełniła się letnią wodą i pofrunęła do niego. Zaraz za nią pojawiły się dwie białe szmatki. Wyczarowali sobie rękawiczki i zaczęli delikatnie odmywać mu futro na pysku. W pewnym momencie Syriusz odkrył, że przez oko Remusa przebiega płytka rana, która jednak nie chciała się zasklepić. Zacisnął zęby. Ileż by teraz dał, by wypatroszyć Greybacka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz