piątek, 12 stycznia 2018

Rozdział dwudziesty dziewiąty: Wywar Tojadowy

       Gdy następnego dnia zorganizowali spotkanie Zakonu, dowiedzieli się, że jest jeszcze gorzej. Ze śledzenia zwolenników Voldemorta dowiedzieli się, że planują zaatakować rodzinę Marleny McKinnon i wymusić na nich wstąpienie w ich szeregi. Atak zaplanowany był na 28 lipca. Rodzina skryła się u Arabelli Figg, natomiast w jej domu, w wieczór poprzedzający atak, mieli zjawić się członkowie Zakonu. Sprawa była o tyle poważna, że w piwnicy domostwa mieli ogromne pokłady kopii z ich Księgi Członków oraz zdobytych informacji. Mogli je stamtąd zabrać a rodzinę ukryć, jednak przypuszczanie ataku na ten jeden dom było bardzo niepokojące. Nie mogli po prostu uciec i pozostawić dom pusty. Zwolennicy Czarnego Pana znaleźliby inny sposób. Musieli się też dowiedzieć, kto przekazał im informacje o miejscu ukrycia ich protokołów.
– Wciąż brakuje nam ludzi. Chłopcy, czy moglibyście...? – Dumbledore zwrócił się do Huncwotów.
James, Syriusz i Peter wyrazili zgody.
– Ja odpadam – Remus skrzywił się nieznacznie. – To drugi dzień pełni.
– Myślałem o tym od pewnego czasu, Remusie. Profesor Slughorn na moją prośbę przygotował kilka porcji Wywaru Tojadowego. Czy gdybyś był w pełni świadom, pomógłbyś nam?
– Ja... Nie wiem. Nigdy nie walczyłem jako wilkołak.
– Rozumiem, jeśli nie będziesz chciał.
    Remus spojrzał w niebieskie oczy profesora i westchnął. W tym samym momencie odezwał się Dearborn.
– Czy to nie wydaje wam się dziwne? Uciekają wilkołaki, szuka ich wilkołak, a potem ten sam wilkołak nie chce brać udziału w walce. Brzmi jak zasadzka.
     Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. Oczy Remusa zwęziły się nieznacznie.
– Dobrze, mogę spróbować – wysyczał. Przez chwilę wydawało mu się, że zobaczył coś na kształt poczucia winy i żalu w oczach dyrektora, jednak iskra ta szybko zniknęła.
– Dziękuję, Remusie. To dla mnie wiele znaczy. Dostarczę eliksir jeszcze dziś wieczorem. Powinieneś pić go codziennie aż do pełni.
     Czarodziej podszedł do Moody'ego. Remus już miał udać się do swojego pokoju, gdy Dearborn znów się odezwał.
– Więc teraz chcesz nas wszystkich pozabijać albo zarazić? Tego żądał od ciebie Czarny Pan? Chyba jest zadowolony z takiego grzecznego pupilka, rozkochującego w sobie Dumbledore'a?
      Lupin zacisnął pięści, ale nie odwrócił się do niego.
– NIE jestem zwolennikiem Voldemorta. Tak, Voldemorta, bo nie jest on naszym panem. Będę brał udział w walce. Jeśli ci to przeszkadza, zawsze możesz zrezygnować. Nikt cię nie zmusza. Nie rozumiem czemu masz do mnie uprzedzenia, ale nie będę nawet próbował ich zmienić. Przestań jednak mącić i siać intrygi. Nikomu to nie pomoże. – Spojrzał na niego z pogardą i odszedł.
     Peter wyszedł zaraz za nim, by sprawdzić czy wszystko z przyjacielem w porządku. Syriusz i James zostali na swoich miejscach, ale czuć było bijącą od nich wrogość.
Caradoc nie odezwał się już ani słowem, gdy poznał adres, deportował się. Tymczasem Dumbledore wziął z Hogwartu Wywar Tojadowy i wrócił, by osobiście dostarczyć go Remusowi. Było już przed dziesiątą wieczorem, wszyscy, łącznie z Huncwotami, rozeszli się do swoich rodzin. Alastor siedział na kanapie i popijał z chłopakiem herbatę.
– Remusie, w ostatni dzień wypij dawkę najpóźniej godzinę przed przemianą i najwcześniej trzy. Jeśli eliksir się nie udał, obezwładnimy cie i zamkniemy, więc nie musisz się bać o to, że kogokolwiek skrzywdzisz. – Lupin przytaknął na znak, że zrozumiał. – Niestety nie możemy sobie pozwolić na powiększenie armii wilkołaków, więc musiałbym cię prosić, byś mordował zwolenników Voldemorta natychmiastowo. Wiem, że brzmi to brutalnie. Nie będę miał do ciebie żalu, jeśli teraz zrezygnujesz.
     Moody przyjrzał się chłopakowi. Nie potrafił uwierzyć w to, że byłby zdolny do zabijania w ciele bestii podczas swojej pełnej świadomości. Był na to zbyt dobry. Nienawidził w wilkołakach tej dzikości. 
     Przez chwilę się wahał, ale postanowił, że ich wspomoże. Dumbledore dopił herbatę i poprawił okulary-połówki.
– Czas na mnie. Śpijcie dobrze.
     Moody zamknął za mężczyzną drzwi i wrócił do salonu. Do ręki wziął jeden flakon Wywaru Tojadowego i przyjrzał mu się.
– Wiesz jak drogi to eliksir?
– Wiem - odparł Remus z lekkim uśmiechem i wziął wywar do ręki. – Dlatego jeszcze nigdy go nie próbowałem.
– Ciekawe czy kiedyś powstanie coś lepszego?
– Może...? – powiedział Remus bez entuzjazmu. Doskonale wiedział, że nic takiego nie powstanie. Trucizna była zbyt silna, by cokolwiek mogło sobie z nią poradzić. Nikt też nie chciał marnować swojego czasu i pieniędzy na tak bezsensowny projekt. Wymagałoby to także współpracy z wilkołakami. O ile nie brakowałoby chętnych do eksperymentów, nikt nie chciałby mieć z nimi do czynienia. Póki żyli jego rodzice, desperacko szukali lekarstwa oraz ludzi gotowych go wynaleźć. Teraz, gdy ich zabrakło, Remus zaniechał poszukiwań. Nadzieja w nim umarła.
     Moody schował pozostałe flakony do szuflady i opatulił się szczelniej szlafrokiem.
– Jak zamierzasz ich zabijać? – spytał niby od niechcenia. Remus nie odpowiedział od razu.
– Nie wiem jeszcze. Może będę przegryzał im gardła? Nic innego mi do głowy nie przychodzi. Nie jestem Greybackiem.
    To ostatnie powiedział jakby nieświadomie.
– Nikt tego od ciebie nie wymaga – powiedział cicho Alastor. – Dobranoc.
– Branoc.
– Nie siedź do późna.
      Chłopak odkorkował buteleczkę, powąchaj jej zawartość i skrzywił się. Wypił wywar duszkiem i po chwili zaczął kaszleć. Jeszcze nigdy w życiu nie pił czegoś tak ohydnego. Nie poczuł jednak żadnej różnicy.


***
      27 lipca prawie nie rozmawiali. Każdy był zajęty własnymi myślami. Syriusz i James przyszli, by być przy przemianie Remusa. Peter został w domu - ze stresu nie spał w nocy i teraz był wyczerpany. Lupin był wdzięczny swoim przyjaciołom, że tak o niego dbają i bał się pełni jakby trochę mniej. W końcu będzie prawie tak samo, jak w Hogwarcie, prawda? Prawie...
Gdy została już tylko godzina do przemiany, Remus wypił ostatni flakon do dna i skrzywił się.
– To teraz czekamy – powiedział Syriusz i uśmiechnął się.
– Kto z was będzie z Remusem podczas przemiany?
     Łapa i Rogacz spojrzeli na siebie i skinęli głowami.
– Syriusz. – James uśmiechnął się. – Jestem dużym zwierzęciem i mógłbym nie trafić w niego porożem w tak małym pomieszczeniu. Syriusz będzie miał więcej możliwości do popisu, przy założeniu, że eliksir nie zadziała.
      Moody przytaknął i już nic nie powiedział. W końcu Syriusz i Remus poszli do pomieszczenia przeznaczonego na przemiany. Łapa uśmiechnął się do przyjaciela i uścisnął go. Odsunął się na bezpieczną odległość i zamienił w psa. Szczeknął radośnie. Remus uśmiechnął się i w tej samej chwili poczuł ból w kręgosłupie. Nie był to jednak ten sam ból, co zwykle. Czuł się, jakby był otumaniony przez środki przeciwbólowe, dzięki czemu potrafił to znieść. Ani razu nawet nie krzyknął. Gdy przemiana dobiegła końca czuł się... Normalnie. Był tylko zamknięty w wilczym ciele. Spojrzał na czarnego psa. Ten bacznie go obserwował, po chwili jednak przemienił się w człowieka.
– Zadziałało, prawda? – Remus skinął głową. Syriusz podbiegł do niego i wtulił się w jego szyję. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę.

     Moody czekał w napięciu. Miał nadzieję, że nic złego się nie wydarzyło. Po niespełna pięciu minutach wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha Syriusz, za nim szedł spokojnie bardzo duży wilk, który z łatwością mógłby utrzymać się na dwóch łapach.
– Luniak, siad! – zawołał do niego James, a w oczach igrały mu wesołe błyski. Wilkołak spojrzał na niego i przekręcił głowę. Gdyby miał ludzką twarz, widzieliby pewnie kpiący uśmieszek.
    Auror przyjrzał mu się. Gdy kiedyś był świadkiem przemiany Lupina, bardziej skupiał się na jego ostrych zębach i oczach pełnych żądzy mordu. Dopiero teraz mógł zobaczyć, że sierść Remusa w minimalnym stopniu przypominała jego kolor włosów. Łapy były potężne, pysk krótszy niż u normalnego wilka. 
– No, skoro wszystko jest w porządku, ja spadam do Lily. Pozdrowię ją od ciebie, Remi. Do jutra.
– Ja też już pójdę. – Syriusz poczochrał go po karku. – Nie wyj Moody'emu nad uchem, bo jeszcze potraktuje cię jakąś klątwą, zobaczysz.
    Remus pacnął go lekko łapą w nogę, na co Syriusz zaśmiał się głośno. Lupin podszedł do kanapy i położył się na ziemi.
– Nie wygłupiaj się – mruknął Moody. – Wskakuj na kanapę.
    Już po chwili Remus leżał obok niego. Mężczyzna pogłaskał go lekko po głowie. Nic nie mówił, bo Remus i tak by mu nie odpowiedział. W okolicach północy przypomniał sobie, że powinien być wypoczęty, więc wstał i już miał iść na piętro, gdy przypomniał sobie, że Remusowi mogłoby się zachcieć pić. Napełnił miskę wodą i postawił na stole. Zauważył, że chłopak przysnął.
     Dziwnie było mieć wilkołaka obok siebie i czuć się bezpiecznie. Twórca wywaru musiał być naprawdę zdolnym czarodziejem. Wspiął się po schodach, wszedł do sypialni, przysiadł na łóżku i zaczął zdejmować swoją drewnianą nogę. Czuł napięcie związane ze zbliżającą się walką. Na pewno nie obejdzie się bez ofiar. Kto tym razem będzie mieć mniej szczęścia?
       Remus obudził się nad ranem i przez chwilę miał ochotę zrobić sobie herbatę i jakieś śniadanie, gdy uświadomił sobie w jakim ciele jest uwięziony. Czuł się dziwnie w tej nowej sytuacji. Teraz miał pełną świadomość, żaden wewnętrzny instynkt nie kazał mu gryźć, szarpać i zabijać. Oczywiście przydałby się on w walce, ale Remus nie rozróżniałby wroga od przyjaciela. Pocieszała go myśl, że pewnie Śmierciożercy nie będą przygotowani na atak ze strony wilkołaka i to da mu lekką przewagę. Przerażała go jednak perspektywa walki bez użycia różdżki.
         Na stole zobaczył miskę z wodą, którą zostawił mu jego opiekun i od razu poczuł przyjemne ciepło wewnątrz. Rozciągnął się i zeskoczył z kanapy. Zostało jeszcze kilka godzin, zanim aportują się do domu Marleny i będą czekać na Śmierciożerców.
         Czas mijał bardzo powoli. Remus nudził się niemiłosiernie, jednak nie mógł się niczym zająć. Z chęcią poczytałby książkę, jednak nie chciał żadnej poniszczyć.
W okolicach ósmej obudził się Moody. Przywitał się z chłopakiem i zrobił sobie śniadanie.
– Chcesz tosta? – Dopiero po przedłużającej się ciszy zorientował się, że odpowiedzi nie uzyska. Spojrzał na chłopaka, który skinął łbem. Gdy tosty już były gotowe, rzucił Lupinowi cztery. Ten złapał je zębami i w kilka chwil pochłonął. Tuż przed dziewiątą zaczęli się schodzić pierwsi członkowie Zakonu, w tym Peter, Syriusz i trochę markotny James.
Remus spojrzał na niego pytająco a wtedy Glizdogon wyjaśnił mu, że Potter obiecał Syriuszowi wyjawienie prawdy Lily. Miał to zrobić dzisiaj po walce.
     Okularnik usiadł w fotelu. Remus podszedł do niego i położył mu łeb na kolanach. Przyjaciel drapał go za uszami i myślał intensywnie o czekającym go zadaniu.
– Wiesz – odezwał się nagle James. – Lily wydaje się nagle straszniejsza od Voldemorta.
     Syriusz zaśmiał się, natomiast Peter tylko zachichotał nerwowo. Do salonu wszedł Dearborn i skrzywił się na widok wilkołaka.
– Czy on nie jest zbyt niebezpieczny na siedzenie z nami?
– Nie, nie jest – powiedziała natychmiast Molly. – Profesor Dumbledore dał Remusowi Wywar Tojadowy.
     Mężczyzna skrzywił się i stanął na drugim końcu pomieszczenia. Na ostatnie osoby musieli czekać jeszcze dziesięć minut. W końcu dwudziestka czarodziejów była gotowa do deportacji. Po raz ostatni spojrzeli na mapę okolicy domu McKinnon'ów, uzgodnili lokalizację grup i z poważnymi minami pierwsza z nich wyszła przed Kwaterę.
     Żeby nie wzbudzać podejrzeń, planowali zmieniać się co godzinę.  Syriusz, James oraz dwaj Prevettowie mieli być pierwszymi.
     Remus z braku rozrywki położył się na dywanie. Nie przypuszczał, że jest on tak miękki. Obserwował jak Molly zestresowana skubie rąbek szaty. Kobieta nie walczyła, jednak bała się o swoich braci - Prevettów. Ci jak zwykle rozbawieni, jakby nie zauważali powagi sytuacji. Moody siedział nad mapą i ciągle mamrotał coś do siebie. Dumbledore natomiast podchodził do każdego i podnosił na duchu.
    W końcu podszedł do Remusa.
– Jak się czujesz? – uśmiechnął się dobrodusznie. Remus przekręcił łeb i spojrzał mu w oczy. Zdziwił się, kiedy zobaczył w nich podziw. Dyrektor pewnie cieszył się, że w tak trudnych czasach zdołał zebrać jakąkolwiek grupę do walki ze złem.
     Pierwsza ekipa wróciła i na ich miejscu pojawiła się druga. Do tej pory nie zauważyli żadnego Śmierciożercy w okolicy domu. Kiedy piąta grupa powróciła bez żądnych wieści, zaczęli wątpić czy informacja o ataku była prawdziwa.
    W tym samym momencie do pokoju wpadł orzeł i przemówił:
– Usłyszeliśmy trzask aportacji. Pojawiło się sześciu zakapturzonych. Nie zauważyli nas. Dotknęli się w lewe ramiona.
– Wszyscy w pełnej gotowości. Teleportujcie się czwórkami w swoich stałych grupach. Uważajcie na siebie, przyjaciele.
    Gdy tylko znaleźli się przed budynkiem, James złapał Remusa za łapę i okręcił się. Ich oczom ukazał się mały, biały domek z kwiatkami na parapetach. Stali w dość dużej odległości od niego. Na polnej dróżce czterech członków Zakonu już walczyło ze Śmierciożercami. Nowi przybywali. Remus zawarczał i pobiegł w kierunku najbliższego, odwróconego tyłem do niego i walczącego z jednym z Prevettów. Przez ułamek sekundy wahał się, jednak wypełnienie misji i pomoc Zakonowi narzuciło mu sumienie oraz Przysięga Wieczysta. Skoczył całym ciężarem ciała na plecy czarodzieja. Ten krzyknął i upadł. Remus nie czekał, po prostu nachylił się szybko i wbił zęby głęboko w gardło.              Poczuł chrzęst kręgów szyjnych i metaliczny smak krwi. W pewien sposób mu się to nawet spodobało. Spojrzał na McGonagall. Na jej twarzy widniał szok i przerażenie. Szybko się jednak otrząsnęła i rzuciła w kogoś zaklęciem.
    Remus w podobny sposób zabił jeszcze czterech śmierciożerców. Za sobą zostawiał tylko makabryczne widoki. Jeden ze zwolenników Voldemorta chyba postanowił obrać go za swój cel, bo ciągle tylko rzucał w jego kierunku Avadę Kedavrę. Był tak skupiony na tej czynności, że Syriusz go obezwładnił.
     Przygotowali się dobrze, więc świetnie sobie radzili. Gdy Remus zbliżał się do szóstej już ofiary, usłyszał wilcze wycie. Nie było ono jednak normalne. Natychmiast zorientował się, że to wilkołak. Mało tego - w wyciu tym rozpoznał Fenrira Greybacka. Spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył go jak kroczył powoli wraz z czterema innymi likantropami.
     Lupin zamarł ze strachu. Nie poradzi sobie z nimi wszystkimi naraz. Spojrzał na Dumbledore'a. On też ich zauważył. Zmarszczył czoło, jednak był zbyt zajęty walką.
      Remus stanął pewniej na łapach i zawarczał cicho. Wilkołaki towarzyszące Greybackowi pobiegły w kierunku czarodziejów. Trzy z nich zaatakowały członków Zakonu, jeden Śmierciożerców. Nie kontrolują się.
      Chłopak zobaczył jeszcze jak Dumbledore wysyła patronusa, potem skupił się tylko na żądnych krwi oczach Fenrira.
       Był większy od niego. Sierść miał prawie sztywną z brudu. Żółte kły błyszczały. Remus nie wiedział, czego się spodziewać, więc pozwolił swoim zwierzęcym instynktom pobudzonym przez krew ludzi, przejąć nad sobą kontrolę.
      Rzucili się sobie do gardeł. Odpychali, warczeli, uderzali łapami i podgryzali je. Greyback był szybszy i bardziej doświadczony w walce. Częściej ranił Remusa i przeważnie bardziej dotkliwie. Chłopak musiał się wycofywać. Nagle coś kazało mu spojrzeć w bok. Jeden wilkołak zabawiał się konającym Śmierciożercą, dwa biły się ze sobą, czwarty natomiast czaił się na plecy Dearborna zajętego walką z blondwłosym.
      Przez ułamek sekundy ciemna strona duszy Remusa zapragnęła, by wilkołak zabił Caradoca lub - jeszcze lepiej - zaraził, jednak myśl ta została prawie natychmiast wyparta.
Remus uniknął szczęki Fenrira, sam zaatakował go, złapał za pysk i szarpnął w bok, prawie wykręcając mu kark. Natychmiast puścił go i pognał w stronę znajomego. Wilkołak o sierści z rudawym zabarwieniem zawarczał nisko i skoczył. Caradoc wyczuł ruch za sobą. Pozostało kilka cali dzielących jego ramię od zębów wilkołaka, gdy Remus skoczył na niego, zatopił kły w jego szyi i szarpnął gwałtownie głową. Wilkołak zaskomlał i próbował się uwolnić, lecz Remus tylko zwiększył nacisk. Szarpali się tak kilka sekund. Rudawy wilk zaczął słabnąć. W tej samej chwili Remus poczuł ostry ból w boku. To Greyback zaatakował go i odgryzł kawałek mięsa. Remus zawył z bólu i puścił rudego wilkołaka, który zatoczył się i opadł. Kolejny wilkołak dobił w końcu Śmierciożercę i przybiegł pomóc Greybackowi. Podgryzali go i spychali, a Remus opadał z sił. Nie wiedział już co się dzieje z członkami Zakonu, był pewny tego, że zaraz umrze. Jeśli nie dobiją go wilkołaki, wykrwawi się. Miał już dość walki, chciał się poddać, umrzeć, przestać czuć przejmujący ból całego ciała. Zakapturzona postać zagwizdała gdzieś z oddali. Greyback i troje wilkołaków zawyli i pobiegli za nim.
     Remus zdążył zauważyć, że podczas walki oddalili się od domu i byli teraz na granicy lasu. Widział jak zakapturzone postacie się deportują. Chciał podejść do członków Zakonu, jednak zakręciło mu się w głowie. Z cichym skompleniem opadł na ziemię i obserwował tylko jak czarodzieje przeszukują ciała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz