Remus ocknął się, a przynajmniej tak mu się wydawało. Czuł ból każdą komórką swojego ciała. Próbował otworzyć oczy, ale kosztowało go to zbyt wiele wysiłku. Nie wiedział nawet czy jest nadal w ciele wilka. Próbował sobie przypomnieć, co się stało. Była pełnia, przemienił się, lecz miał świadomość. Brał udział w walce Zakonu. Nie pamiętał dlaczego. Gdy próbował przypomnieć sobie szczegóły, całość zaczęła mu jakby umykać i znowu pochłonęła go nicość.
Wieczność później ponownie w małym stopniu odzyskał świadomość. Znowu próbował sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia. W pewnej chwili usłyszał znajomy głos.
– Remusie... Ty głupku. Po co ich tak niepokoisz? Oboje wiemy, że z tego wyjdziesz, nie daj im dłużej czekać. – Chłopak próbował sobie przypomnieć do kogo należał owy głos. – Wiesz, gdy się obudziłem kilka godzin temu, dowiedziałem się, że ukąsił mnie wilkołak. To był dla mnie szok. Nie chciałem przechodzić tego, co ty. Chciałem umrzeć. Potem zacząłem mieć nadzieję, że to da się odwrócić, że może jak w tych wszystkich książkach mugoli, ty mógłbyś wyssać ze mnie truciznę. Wiem, że to głupie, ale myślałem, że moglibyśmy spróbować. Odkryć taki sposób leczenia. Tymczasem dowiedziałem się, że jedyny dobry wilkołak na tym świecie umiera. Z winy jakiegoś dupka. – Postać westchnęła. – Tu już nawet nie chodzi o mnie, Remusie. Wiem, że z końcem tej pełni zginę. Zakon nie potrzebuje kolejnych ofiar. Po prostu przestań się dąsać i obudź się.
Remus chciał dowiedzieć się, kim jest mówca. Włożył cały swój wysiłek w otwarcie oczu, jednak nawet nie drgnęły. Spróbował wydać jakiś dźwięk, jednak i tym razem mu się nie udało. Ogarnęła go panika. Dlaczego nie potrafił nic zrobić? Czuł się jak więzień swojego umysłu.
Mówca westchnął i Lupin usłyszał oddalające się kroki. Potem jakąś niewyraźną rozmowę. Chciało mu się wyć z bólu i bezsilności. Czekał w tym zawieszeniu chyba kilka tygodni, aż ponownie stracił przytomność.
Obudził się i od razu poczuł, że coś się zmieniło. Otworzył oczy, ale oślepiające światło i palący ból w lewej części twarzy sprawił, że szybko mocniej zacisnął powieki. Skrzywił się, co wywołało kolejną falę bólu. Krzyknął zachrypniętym głosem. Prawie natychmiast usłyszał jakiś hałas wokół siebie.
– Remusie?! – Głos Molly uspokoił go trochę. – Nie otwieraj oczu, zaraz założę ci opatrunek, skarbie. Arturze! Skontaktuj się proszę z Albusem i Edgarem. Remus się obudził!
Chłopak poczuł lekki chłód na lewej części twarzy. Westchnął z ulgą. Kobieta pogłaskała go po głowie. Otworzył prawe oko i spojrzał na nią. W jej spojrzeniu widział mieszaninę strachu i ulgi.
– Ja... Prawie nic nie pamiętam – wychrypiał.
– Spokojnie, pewnie zaraz wróci ci pamięć. Przyniosę ci wody, nawet się nie podnoś.
Remus tylko się uśmiechnął. Nawet gdyby chciał, nie miał teraz na to siły. Po chwili ponownie usłyszał kroki. Rozpoznał po nich dyrektora Hogwartu. Towarzyszył mu ich znajomy uzdrowiciel. Albus zatrzymał się w pewnej odległości od jego łóżka, natomiast czarodziej podszedł jak najbliżej.
– Obudziłeś się! Powoli zaczynałem wątpić czy do tego dojdzie. Mów szybko jak się czujesz.
– Dobrze, tylko jestem trochę obolały.
– Trochę? – Czarodziej poświecił mu światłem z końca różdżki w prawe oko. – Straciłeś kawał mięsa, jesteś cały pogryziony i prawie straciłeś oko. Jeśli nie czujesz bólu prawidłowo, będę chyba musiał zabrać cie do Munga. Odwlekałem to, bo bałem się, że trafisz po tym do ośrodka. A teraz pokaż mi się.
Mężczyzna podniósł kołdrę i odsłonił brzuch Remusa, cały obwiązany bandażami. Machnął różdżką i zakrwawiony materiał wysunął się. Lupin podniósł lekko głowę, by spojrzeć na ranę i zobaczył rozszarpany fragment skóry i mięśni. Nie wyglądało to ciekawie.
Chłopak zerknął na Dumbledore'a. Z zaciętą miną przyglądał się jak uzdrowiciel wsmarowuje w bok Remusa jakąś cuchnącą maź. Lupin starał się nie pokazywać jak ogromny sprawia mu to ból, jednak mimowolnie zaczął drżeć. Niemal westchnął z ulgą, gdy opatrunki zacisnęły się i znieruchomiały.
– Zamknij oczy – nakazał mężczyzna. Powoli oderwał opatrunek z jego twarzy. – Możesz na mnie spojrzeć?
Remus otworzył oczy, jednak piekący ból lewego kazał mu zamrugać szybko. Edgar podniósł mu palcami powiekę i zaświecił różdżką.
– Reaguje normalnie... Widzisz wszystko wyraźnie? I z daleka, i z bliska? – Lunatyk potwierdził i skrzywił się. Uzdrowiciel ponownie założył mu opatrunek. – Wychodzi na to, że wszystko jest w porządku. Dłuższy czas spędzi jeszcze w łóżku i wolałbym jeszcze poobserwować oko, ale myślę, że obejdzie się bez dodatkowych problemów. Nie wiem jak to zrobiłeś, Remusie, ale miałeś prawdziwe szczęście w nieszczęściu. Będę się zbierał. Gdyby coś, wiecie.
Odwrócił się i opuścił pokój. Molly także wyszła. Między Remusem i Dumbledore'em nastała nagle krępująca cisza.
– Remusie...
– Czy Syriusz, James i Peter są cali? A reszta? Czy ktoś...
– Mieliśmy sześć ofiar, jednak mogło ich być znacznie więcej. Nie ma wśród nich twoich przyjaciół. Są zdrowi i bardzo się o ciebie martwią. Walczyliście dobrze.
Chłopak odetchnął z ulgą. Miał jednak jeszcze kilka wątpliwości.
– Dlaczego pojawiły się inne wilkołaki? Wiedzieliście o tym wcześniej?
– Nie i gdybyśmy wiedzieli, nie narażalibyśmy cie. Przepraszam, Remusie. Wiem, że to nie wynagrodzi ci tego całego bólu.
– Czy ktoś został przez nich ukąszony?
– Dobrze nas broniłeś. Ale chyba wiem o kogo ci chodzi. Caradoc? – Lupin skinął głową. – Uratowałeś go w ostatniej chwili i on o tym wie. Nie musisz się tym martwić.
Chłopak zorientował się, że dyrektor nie odpowiedział na jego pytanie, gdy pewien fragment wspomnień powrócił.
– Panie profesorze – zaczął.
– Tak, Remusie?
– Czasami... Czasami odzyskiwałem przytomność i słyszałem co się dzieje wokół mnie. Za którymś razem ktoś do mnie mówił. Głos, który już kiedyś słyszałem, ale nie potrafię go sobie teraz przypomnieć. Osoba ta mówiła, że została ukąszona, ale że pewnie nie dożyje końca pełni. Czy to znaczy... – urwał.
– Nie mylisz się. Jedna osoba została ukąszona, jednak nie po to, by zostać wilkołakiem. Benio został ugryziony w szyję. Nawet, gdyby jego organizm był na tyle silny, by trucizna go nie zabiła, wkrótce zabrakłoby nam krwi do transfuzji. Umarł w tym samym momencie, w którym ty się przemieniłeś. Umierał szczęśliwy, pożegnał się z rodziną, dlatego, jeśli mogę cię jeszcze o cokolwiek prosić, nie obwiniaj się. Byłeś sam przeciwko pięciu.
Remus znieruchomiał. Benio Fenwick nie przeżył. Co on wtedy do niego mówił? Coś o wyssaniu trucizny? Może to rzeczywiście by go uratowało, ale Remus po raz kolejny okazał się bezużyteczny?
– Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
– Gdyby mógł pan poinformować Petera, Jamesa i Syriusza...
– Nie ma problemu.
Gdy Dumbledore wyszedł, wróciła Molly z kanapkami. Remus, choć nie jadł od dwóch dni, nie czuł głodu. Mimo to wmusił w siebie jedną kanapkę, by zbytnio nie martwić pani Weasley.
Zamknął oczy. Czuł się tak ogromnie zmęczony. Zanim zdążył zasnąć, odwiedzili go przyjaciele i... Lily.
– Jakbym mogła to bym cię teraz rozszarpała! – wyrzuciła ze złością.
– No widzisz, prawie się spóźniłaś.
– James wszystko mi powiedział. Nie rozumiem jak mogłeś milczeć? Trzymaliście mnie w niewiedzy miesiąc! Miesiąc! A jeszcze teraz poszliście sobie beze mnie walczyć. No i jaki mamy tego finał? Jaki? Cały Zakon, łącznie z Dumbledore'em, spisywali cię na straty. – Nagle w jej oczach pojawił się smutek. – Ja też się bałam, że już się nie obudzisz. Byłeś ranny, wykrwawiałeś się...
– Przepraszam.
James spojrzał na Lily ze skruchą. Przyjaciele siedzieli z Remusem dobre dwie godziny i opowiadali mu, co działo się w walce oraz tuż po niej.
– McGonagall stanęła w twojej obronie – powiedział z podziwem Peter.
– Racja – zgodził się James. – Dearborn znowu gadał coś pod twoim adresem. Hagrid zaczął go szarpać i wtedy wkroczyła McGonagall. Najpierw kazała Hagridowi się uspokoić, potem skarciła Dearborna. Mówiła, że uratowałeś mu życie i należy ci się szacunek.
– Jak na to zareagował?
– Nic już więcej nie powiedział. Wrócił do siebie.
Remus ziewnął. Przyjaciele pożegnali się z nim i obiecali, że odwiedzą go jutro. Chłopak poczuł lekki głód. Nie chciał jednak fatygować pani Weasley, więc ostrożnie sam zszedł do kuchni. Po drodze minął wejście do piwnicy. Zatrzymał się przy nich i wpatrzył w nie. Tam na dole leży Benio Fenwick. Martwy z jego nieudolności. Wyciągnął niepewnie rękę w stronę klamki. Przełknął ślinę i cicho wszedł. Było tu znacznie chłodniej. Odpowiedzialne za to były między innymi zaklęcia. Choć wiedział, że ofiar śmiertelnych było sześć, zobaczył tylko trzy ciała: Benia, Penelopę Daniels oraz jej męża. Ci ostatni nie mieli już żadnej rodziny, więc to Zakon musiał zająć się formalnościami związanymi z pochówkiem. Remus podszedł do Fenwicka i skierował wzrok na jego szyję.
Wieczność później ponownie w małym stopniu odzyskał świadomość. Znowu próbował sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia. W pewnej chwili usłyszał znajomy głos.
– Remusie... Ty głupku. Po co ich tak niepokoisz? Oboje wiemy, że z tego wyjdziesz, nie daj im dłużej czekać. – Chłopak próbował sobie przypomnieć do kogo należał owy głos. – Wiesz, gdy się obudziłem kilka godzin temu, dowiedziałem się, że ukąsił mnie wilkołak. To był dla mnie szok. Nie chciałem przechodzić tego, co ty. Chciałem umrzeć. Potem zacząłem mieć nadzieję, że to da się odwrócić, że może jak w tych wszystkich książkach mugoli, ty mógłbyś wyssać ze mnie truciznę. Wiem, że to głupie, ale myślałem, że moglibyśmy spróbować. Odkryć taki sposób leczenia. Tymczasem dowiedziałem się, że jedyny dobry wilkołak na tym świecie umiera. Z winy jakiegoś dupka. – Postać westchnęła. – Tu już nawet nie chodzi o mnie, Remusie. Wiem, że z końcem tej pełni zginę. Zakon nie potrzebuje kolejnych ofiar. Po prostu przestań się dąsać i obudź się.
Remus chciał dowiedzieć się, kim jest mówca. Włożył cały swój wysiłek w otwarcie oczu, jednak nawet nie drgnęły. Spróbował wydać jakiś dźwięk, jednak i tym razem mu się nie udało. Ogarnęła go panika. Dlaczego nie potrafił nic zrobić? Czuł się jak więzień swojego umysłu.
Mówca westchnął i Lupin usłyszał oddalające się kroki. Potem jakąś niewyraźną rozmowę. Chciało mu się wyć z bólu i bezsilności. Czekał w tym zawieszeniu chyba kilka tygodni, aż ponownie stracił przytomność.
Obudził się i od razu poczuł, że coś się zmieniło. Otworzył oczy, ale oślepiające światło i palący ból w lewej części twarzy sprawił, że szybko mocniej zacisnął powieki. Skrzywił się, co wywołało kolejną falę bólu. Krzyknął zachrypniętym głosem. Prawie natychmiast usłyszał jakiś hałas wokół siebie.
– Remusie?! – Głos Molly uspokoił go trochę. – Nie otwieraj oczu, zaraz założę ci opatrunek, skarbie. Arturze! Skontaktuj się proszę z Albusem i Edgarem. Remus się obudził!
Chłopak poczuł lekki chłód na lewej części twarzy. Westchnął z ulgą. Kobieta pogłaskała go po głowie. Otworzył prawe oko i spojrzał na nią. W jej spojrzeniu widział mieszaninę strachu i ulgi.
– Ja... Prawie nic nie pamiętam – wychrypiał.
– Spokojnie, pewnie zaraz wróci ci pamięć. Przyniosę ci wody, nawet się nie podnoś.
Remus tylko się uśmiechnął. Nawet gdyby chciał, nie miał teraz na to siły. Po chwili ponownie usłyszał kroki. Rozpoznał po nich dyrektora Hogwartu. Towarzyszył mu ich znajomy uzdrowiciel. Albus zatrzymał się w pewnej odległości od jego łóżka, natomiast czarodziej podszedł jak najbliżej.
– Obudziłeś się! Powoli zaczynałem wątpić czy do tego dojdzie. Mów szybko jak się czujesz.
– Dobrze, tylko jestem trochę obolały.
– Trochę? – Czarodziej poświecił mu światłem z końca różdżki w prawe oko. – Straciłeś kawał mięsa, jesteś cały pogryziony i prawie straciłeś oko. Jeśli nie czujesz bólu prawidłowo, będę chyba musiał zabrać cie do Munga. Odwlekałem to, bo bałem się, że trafisz po tym do ośrodka. A teraz pokaż mi się.
Mężczyzna podniósł kołdrę i odsłonił brzuch Remusa, cały obwiązany bandażami. Machnął różdżką i zakrwawiony materiał wysunął się. Lupin podniósł lekko głowę, by spojrzeć na ranę i zobaczył rozszarpany fragment skóry i mięśni. Nie wyglądało to ciekawie.
Chłopak zerknął na Dumbledore'a. Z zaciętą miną przyglądał się jak uzdrowiciel wsmarowuje w bok Remusa jakąś cuchnącą maź. Lupin starał się nie pokazywać jak ogromny sprawia mu to ból, jednak mimowolnie zaczął drżeć. Niemal westchnął z ulgą, gdy opatrunki zacisnęły się i znieruchomiały.
– Zamknij oczy – nakazał mężczyzna. Powoli oderwał opatrunek z jego twarzy. – Możesz na mnie spojrzeć?
Remus otworzył oczy, jednak piekący ból lewego kazał mu zamrugać szybko. Edgar podniósł mu palcami powiekę i zaświecił różdżką.
– Reaguje normalnie... Widzisz wszystko wyraźnie? I z daleka, i z bliska? – Lunatyk potwierdził i skrzywił się. Uzdrowiciel ponownie założył mu opatrunek. – Wychodzi na to, że wszystko jest w porządku. Dłuższy czas spędzi jeszcze w łóżku i wolałbym jeszcze poobserwować oko, ale myślę, że obejdzie się bez dodatkowych problemów. Nie wiem jak to zrobiłeś, Remusie, ale miałeś prawdziwe szczęście w nieszczęściu. Będę się zbierał. Gdyby coś, wiecie.
Odwrócił się i opuścił pokój. Molly także wyszła. Między Remusem i Dumbledore'em nastała nagle krępująca cisza.
– Remusie...
– Czy Syriusz, James i Peter są cali? A reszta? Czy ktoś...
– Mieliśmy sześć ofiar, jednak mogło ich być znacznie więcej. Nie ma wśród nich twoich przyjaciół. Są zdrowi i bardzo się o ciebie martwią. Walczyliście dobrze.
Chłopak odetchnął z ulgą. Miał jednak jeszcze kilka wątpliwości.
– Dlaczego pojawiły się inne wilkołaki? Wiedzieliście o tym wcześniej?
– Nie i gdybyśmy wiedzieli, nie narażalibyśmy cie. Przepraszam, Remusie. Wiem, że to nie wynagrodzi ci tego całego bólu.
– Czy ktoś został przez nich ukąszony?
– Dobrze nas broniłeś. Ale chyba wiem o kogo ci chodzi. Caradoc? – Lupin skinął głową. – Uratowałeś go w ostatniej chwili i on o tym wie. Nie musisz się tym martwić.
Chłopak zorientował się, że dyrektor nie odpowiedział na jego pytanie, gdy pewien fragment wspomnień powrócił.
– Panie profesorze – zaczął.
– Tak, Remusie?
– Czasami... Czasami odzyskiwałem przytomność i słyszałem co się dzieje wokół mnie. Za którymś razem ktoś do mnie mówił. Głos, który już kiedyś słyszałem, ale nie potrafię go sobie teraz przypomnieć. Osoba ta mówiła, że została ukąszona, ale że pewnie nie dożyje końca pełni. Czy to znaczy... – urwał.
– Nie mylisz się. Jedna osoba została ukąszona, jednak nie po to, by zostać wilkołakiem. Benio został ugryziony w szyję. Nawet, gdyby jego organizm był na tyle silny, by trucizna go nie zabiła, wkrótce zabrakłoby nam krwi do transfuzji. Umarł w tym samym momencie, w którym ty się przemieniłeś. Umierał szczęśliwy, pożegnał się z rodziną, dlatego, jeśli mogę cię jeszcze o cokolwiek prosić, nie obwiniaj się. Byłeś sam przeciwko pięciu.
Remus znieruchomiał. Benio Fenwick nie przeżył. Co on wtedy do niego mówił? Coś o wyssaniu trucizny? Może to rzeczywiście by go uratowało, ale Remus po raz kolejny okazał się bezużyteczny?
– Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
– Gdyby mógł pan poinformować Petera, Jamesa i Syriusza...
– Nie ma problemu.
Gdy Dumbledore wyszedł, wróciła Molly z kanapkami. Remus, choć nie jadł od dwóch dni, nie czuł głodu. Mimo to wmusił w siebie jedną kanapkę, by zbytnio nie martwić pani Weasley.
Zamknął oczy. Czuł się tak ogromnie zmęczony. Zanim zdążył zasnąć, odwiedzili go przyjaciele i... Lily.
– Jakbym mogła to bym cię teraz rozszarpała! – wyrzuciła ze złością.
– No widzisz, prawie się spóźniłaś.
– James wszystko mi powiedział. Nie rozumiem jak mogłeś milczeć? Trzymaliście mnie w niewiedzy miesiąc! Miesiąc! A jeszcze teraz poszliście sobie beze mnie walczyć. No i jaki mamy tego finał? Jaki? Cały Zakon, łącznie z Dumbledore'em, spisywali cię na straty. – Nagle w jej oczach pojawił się smutek. – Ja też się bałam, że już się nie obudzisz. Byłeś ranny, wykrwawiałeś się...
– Przepraszam.
James spojrzał na Lily ze skruchą. Przyjaciele siedzieli z Remusem dobre dwie godziny i opowiadali mu, co działo się w walce oraz tuż po niej.
– McGonagall stanęła w twojej obronie – powiedział z podziwem Peter.
– Racja – zgodził się James. – Dearborn znowu gadał coś pod twoim adresem. Hagrid zaczął go szarpać i wtedy wkroczyła McGonagall. Najpierw kazała Hagridowi się uspokoić, potem skarciła Dearborna. Mówiła, że uratowałeś mu życie i należy ci się szacunek.
– Jak na to zareagował?
– Nic już więcej nie powiedział. Wrócił do siebie.
Remus ziewnął. Przyjaciele pożegnali się z nim i obiecali, że odwiedzą go jutro. Chłopak poczuł lekki głód. Nie chciał jednak fatygować pani Weasley, więc ostrożnie sam zszedł do kuchni. Po drodze minął wejście do piwnicy. Zatrzymał się przy nich i wpatrzył w nie. Tam na dole leży Benio Fenwick. Martwy z jego nieudolności. Wyciągnął niepewnie rękę w stronę klamki. Przełknął ślinę i cicho wszedł. Było tu znacznie chłodniej. Odpowiedzialne za to były między innymi zaklęcia. Choć wiedział, że ofiar śmiertelnych było sześć, zobaczył tylko trzy ciała: Benia, Penelopę Daniels oraz jej męża. Ci ostatni nie mieli już żadnej rodziny, więc to Zakon musiał zająć się formalnościami związanymi z pochówkiem. Remus podszedł do Fenwicka i skierował wzrok na jego szyję.
Ubrudzone krwią bandaże zasłaniały ranę. Zdjął je delikatnie i zamarł. Mężczyzna miał wielką, postrzępioną dziurę, pełną zaschniętej krwi. Wilkołak, który mu to zrobił, nie chciał go zarazić. Zachował się dokładnie jak on. Zadrżał i szybko zawinął ponownie szyję trupa. Na wiotkich nogach powrócił do kuchni i umył ręce. Usiadł, lecz dalej się trząsł. Poczuł w ustach metaliczny posmak. Wstał szybko, po czym złapał się stołu, by nie upaść. Głód był coraz dotkliwszy, więc podszedł do lodówki i otworzył ją. Wziął masło oraz szynkę, przeniósł to na blat i przygotował sobie kanapkę. Wciąż lekko go mdliło, a nie chciał marnować jedzenia.
Nie potrafił jednak przełknąć pierwszego kęsa. Drugim i trzecim się zakrztusił. Czuł w sobie jakąś wewnętrzną blokadę. Przed oczami nagle pojawili mu się Śmierciożercy. Ich przerażone krzyki, tryskająca z rozszarpanych gardeł krew, ostatnie konwulsje. Zrobiło mu się niedobrze, więc wstał i najszybciej jak mógł, skierował się do toalety. Mimo bólu boku, nachylił się nad sedesem i zwymiotował. Usta umył w umywalce i spojrzał na siebie w lustrze. Nie licząc siniaków spod opatrunku, był przeraźliwie blady. Wrócił do kuchni, skąd wziął kanapkę i wyrzucił ją, po czym udał się do pokoju. Położył się i poczuł ogromne zmęczenie. Wszystko go bolało, trząsł się i dalej czuł kwas w przełyku. Miał ogromny żal do samego siebie, że zgodził się na tę misję. Zamknął oczy.
Gdy Molly Weasley weszła do pokoju, już spał. Pogłaskała go po głowie i zostawiła samego.
Nie potrafił jednak przełknąć pierwszego kęsa. Drugim i trzecim się zakrztusił. Czuł w sobie jakąś wewnętrzną blokadę. Przed oczami nagle pojawili mu się Śmierciożercy. Ich przerażone krzyki, tryskająca z rozszarpanych gardeł krew, ostatnie konwulsje. Zrobiło mu się niedobrze, więc wstał i najszybciej jak mógł, skierował się do toalety. Mimo bólu boku, nachylił się nad sedesem i zwymiotował. Usta umył w umywalce i spojrzał na siebie w lustrze. Nie licząc siniaków spod opatrunku, był przeraźliwie blady. Wrócił do kuchni, skąd wziął kanapkę i wyrzucił ją, po czym udał się do pokoju. Położył się i poczuł ogromne zmęczenie. Wszystko go bolało, trząsł się i dalej czuł kwas w przełyku. Miał ogromny żal do samego siebie, że zgodził się na tę misję. Zamknął oczy.
Gdy Molly Weasley weszła do pokoju, już spał. Pogłaskała go po głowie i zostawiła samego.
Otworzył oczy. Siedział na ziemi, cały uwalany we krwi. Podniósł wzrok i zobaczył rozszarpane ciała wokół niego. Było ich mnóstwo. Wśród trupów nie byli tylko zamaskowani ludzie. Rozpoznał twarze Dumbledore'a, pani Weasley, Hagrida oraz Huncwotów. Usłyszał jakiś hałas, odwrócił się i wtedy ukazał mu się masakryczny widok. Jego wykrwawiająca się matka czołgała się w jego stronę. Ostatniem sił wyciągnęła pogryzioną rękę i wychrypiała:
– To... twoja wina... Remusie. Twoja wina...
Krzyknął i zerwał się. Był cały mokry. Wyplątał dłonie z kołdry i przyjrzał się im nerwowo. Już nie były ubrudzone krwią. Dyszał ciężko.
Nie zwrócił nawet uwagi na to, że rudowłosa kobieta wpadła do pokoju.
– Co się stało, skarbie?!
Spojrzał na jej twarz i nie odpowiedział. Natychmiast do niego przybiegła i obejrzała poddenerwowana. W końcu przytuliła go do siebie.
– To tylko zły sen, tylko zły sen. Nic się nie dzieje, kochanie.
Mimowolnie zaczął drżeć. Przed oczami wciąż miał obraz pogryzionej i umierającej matki. Gdy w końcu się uspokoił, kobieta wyszła. Wróciła po chwili z jakimś eliksirem.
– Napij się, po tym spokojnie zaśniesz.
– Dziękuję. – Wziął fiolkę i zażył napój. Położył się i prawie natychmiast poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Pani Weasley pogłaskała go czule po głowie i wyszła.
– To... twoja wina... Remusie. Twoja wina...
Krzyknął i zerwał się. Był cały mokry. Wyplątał dłonie z kołdry i przyjrzał się im nerwowo. Już nie były ubrudzone krwią. Dyszał ciężko.
Nie zwrócił nawet uwagi na to, że rudowłosa kobieta wpadła do pokoju.
– Co się stało, skarbie?!
Spojrzał na jej twarz i nie odpowiedział. Natychmiast do niego przybiegła i obejrzała poddenerwowana. W końcu przytuliła go do siebie.
– To tylko zły sen, tylko zły sen. Nic się nie dzieje, kochanie.
Mimowolnie zaczął drżeć. Przed oczami wciąż miał obraz pogryzionej i umierającej matki. Gdy w końcu się uspokoił, kobieta wyszła. Wróciła po chwili z jakimś eliksirem.
– Napij się, po tym spokojnie zaśniesz.
– Dziękuję. – Wziął fiolkę i zażył napój. Położył się i prawie natychmiast poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Pani Weasley pogłaskała go czule po głowie i wyszła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz