piątek, 2 lutego 2018

Rozdział trzydziesty drugi: Przeprosiny

     Tym razem już nie śniły mu się koszmary i obudził się wypoczęty. Zdjął opatrunek z oka i wstał zobaczyć się w lustrze. Cała lewa twarz była pokryta siniakami od ciemnego fioletu po żółty. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim był jeszcze bordowy kolor sugerujący, że to skażona rana. Opuchlizna zeszła dzięki maściom. Oko przekrwione było od licznych popękanych naczynek. Wyglądał okropnie. Wiedział, że o tej porze dzieci pani Weasley pewnie już nie śpią, więc nie chciał ich straszyć. Zakrył oko ponownie i zszedł na dół.
     Molly uśmiechnęła się ciepło, była w kuchni sama.
– Masz ochotę na jajecznicę? Moje dzieci jeszcze śpią.
      Remus chętnie zjadłby śniadanie. Było pyszne, lecz coś stawało mu ciągle w gardle. Nie chciał jednak sprawić kobiecie przykrości. Chyba jednak coś zauważyła, bo zmarszczyła lekko brwi.
– Czujesz się już lepiej? – spytała po chwili. Remus potwierdził i podziękował.
– Tutaj nie mam żadnych swoich ubrań, chyba lepiej będzie jak wrócę już do Moody'ego. Nie chcę tak długo siedzieć pani na głowie.
– Ależ to żaden problem, skarbie. – Spojrzała na niego z troską. – Możesz zostać jak długo chcesz.
– I miałbym dać Moody'emu tyle dni spokoju? W życiu.
     Kobieta uśmiechnęła się ciepło. Umyła talerze i przytuliła Remusa do siebie.
– Radziłabym ci się teleportować do niego już teraz, bo za – zerknęła na zegarek na ścianie - Jakieś dziesięć minut ma być zebranie i Alastor pewnie by się zdenerwował, gdybyś im przerwał.
     Remus podziękował, poszedł na górę tylko po maść na skażone rany i wrócił. Jeszcze raz został przytulony, tym razem mocniej. 
– Pani nie idzie na zebranie?
– Nie, dzisiaj nie. Muszę zająć się dziećmi, gdy Artur w pracy.
     Podziękował jej za wszystko, wyszedł z Nory i okręcił się wokół własnej osi.
Pojawił się przed domem aurora. Padało, więc nałożył na głowę kaptur. Przeszedł przez posesję i zapukał w drzwi. Moody się go nie spodziewał, więc wolał nie wchodzić samodzielnie.
Po kilkunastu sekundach usłyszał ciężkie kroki. Jego opiekun otworzył drzwi i stanął jak wryty.
– Remus!
– O, czyli jeszcze o mnie nie zapomniałeś? –  Chłopak uśmiechnął się. Moody przepuścił go, ale wciąż z dziwnym wyrazem przyglądał się jego twarzy.
– Czujesz się już lepiej?
– Tak, wszystko jest dobrze. Mogę nawet wziąć udział w posiedzeniu, jeśli to nie problem.
– Nie, nie, czekamy jeszcze tylko na Albusa.
      Lupin skierował się do salonu. Gdy wszedł, wszystkie twarze skierowały się w jego stronę. Większość osób była w szoku, jego przyjaciele uśmiechnęli się szeroko. Odwzajemnił uśmiech i usiadł obok nich.
Po dwóch minutach Moody wrócił w towarzystwie dyrektora. Ten także lekko zdziwił się na widok chłopaka, ale w żaden sposób tego nie skomentował. Zajął miejsce u szczytu stołu, auror tuż obok niego.
– Wszyscy nasi przyjaciele zostali już pochowani. Ministerstwo nie będzie wszczynać nic w tej sprawie, więc nikt nie będzie ciągany po sądach, na nasze szczęście. Chciałbym jeszcze raz wam podziękować za pomoc i poświęcenie. Po tym jak przechwyciliśmy ich plany, stali się ostrożniejsi. W ten sposób jeszcze łatwiej będzie nam ich wytropić i upewnić się, że nie mają czystego sumienia. Musimy podwoić wysiłki, by informacje zdobywać. Dzięki temu mniej osób odda swoje życie. – Jego wzrok spoczął na Remusie. – Na chwilę obecną nie mamy żadnych nowych podejrzanych, razem z Alastorem ustalcie warty do obecnych na następny tydzień. Remusie, ty masz zakaz. – Mrugnął do niego. Chłopak zdążył tylko otworzyć usta i dyrektor wyszedł.
     Nikt nie ruszył się z miejsca, bo Moody już rozpisywał dni pilnowania poszczególnych osób. Huncwoci nachylili się ku niemu i z przejęciem pytali o samopoczucie. Widok Remusa siedzącego i rozmawiającego z nimi najwidoczniej ich uspokoił. Uciszyli się, gdy Moody posłał w ich stronę surowe spojrzenie. Czekali na koniec zebrania, gdy Remus poczuł nagle łzę spływającą mu po policzku. Problem był w tym, że nie płakał. Przetarł policzek ręką i zobaczył na niej krew. Przeklnął cicho i wyczarował sobie chusteczkę, którą natychmiast przyłożył do zamkniętego oka.
James nachylił się i zaniepokoił.
– Co się dzieje?
– Nie wiem... Może po prostu pójdę do pokoju i posmaruję maścią? 
     Wstał, a auror spojrzał na niego natychmiast. Gdy zobaczył, że zakrył oko chusteczką, nie powiedział nic, lecz skinął głową na znak zrozumienia. Remus wyszedł. W pokoju odjął materiał od twarzy i spojrzał na swoje dłonie. Były we krwi. Znowu. Zaparło mu dech w piersiach, gdy przypomniał sobie swoje koszmary oraz coś gorszego - prawdziwe zdarzenia z czasów pełni.
Zrobił rundkę po pokoju, otworzył okno i ponownie spojrzał na dłonie.
Ciekawe, czy mieli rodziny?
     Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Dearborn. Szok wyrwał Remusa z zamyślenia. 
– To mój pokój i nie zamierzam go opuszczać, żebyś poczuł się lepiej. Ten dom nie jest znowu taki mały – powiedział chłodno i odwrócił się tyłem, żeby nie musieć patrzeć na jego twarz i przypominać sobie swojego wahania.
– Właściwie to... – zaczął mężczyzna. – Chciałem cie przeprosić.
Remus spojrzał na niego.
– Co?
– Byłem dla ciebie dupkiem a mimo to uratowałeś mnie. Niewielu by to zrobiło. Do tego ryzykowałeś swoim życiem. Gdy przynieśli cie do Nory, spisywali cie na straty. Wkurzyłem ich trochę, bo początkowo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dziękuję. I przepraszam. Gdybyś pozwolił, moglibyśmy pchnąć w niepamięć początki naszej znajomości?
– Tak, oczywiście – powiedział Remus, dalej będąc w szoku.
– Mogę cokolwiek dla ciebie zrobić, by się odwdzięczyć?
   To już zaczynało być naprawdę dziwne.
– Nie, raczej nie. Dziękuję... – Czarodziej spojrzał na niego ze smutkiem. Widać było, że naprawdę żałuje. Remus odczuł dziwną ulgę. Pożegnał mężczyznę i posmarował ranę na twarzy maścią. Umył dłonie i wrócił do salonu. Jako że zebranie już się skończyło, przy stole siedzieli i pili herbatę tylko Moody oraz Huncwoci. Z uśmiechem zauważył czekający na niego parujący kubek.
– Wszystko w porządku? – Syriusz przyjrzał mu się.
– Tak, już to opanowałem.
– Napisałem do Edgara w tej sprawie. Powinien cie przebadać.
– Dziękuję – mruknął Remus.
– Czego chciał od ciebie Dearborn? – spytał James.
– Nie uwierzycie, ale... Przeprosić. Nie sądziłem nawet, że dożyję tego momentu.
– Chyba trochę wzruszyło go, że uratowałeś mu życie. Może nawet... – Syriusz zniżył głos do szeptu. – ... Go w sobie rozkochałeś?
Remus parsknął śmiechem.
– I co jeszcze? Może nie mam dziewczyny, ale proszę nie robić ze mnie geja!
      James westchnął nagle.
– Mam nadzieję, że już więcej nas tak nie będziesz straszyć. Po tym jaką awanturę zrobiła mi Lily, miałem ochotę prosić Voldemorta o schronienie. Naprawdę! Była taka straszna...
– Swoją drogą, dlaczego dzisiaj nie przyszła na zebranie?
– Jest u rodziny. Oczywiście mam do nich zaraz dołączyć i opowiedzieć jak się czujesz. Myślę, że wszyscy przemilczymy twoje dzisiejsze krwawienie.
– Jestem za. – Remus uśmiechnął się lekko. – Jednak dalej nie podoba mi się okłamywanie jej.
    James tylko westchnął. Przyjaciele posiedzieli z nim jeszcze chwilę. Rogacz i Łapa wyszli - James do rodziny Lily, tymczasem młody Black miał do wykonania misję. Peter poszedł do kuchni, by dolać sobie herbaty.
    W salonie słychać było tylko szelest raportów i skrobanie magicznego, samopiszącego pióra.
– Pomóc? – Remus spojrzał w stronę aurora.
– Tak, tak i zaplamić mi wszystkie pergaminy.
      Chłopak westchnął. Nudził się niemiłosiernie. Peter porozmawiał z nim chwilę o kolacji u Lily, podczas której James wyznał jej prawdę.
– Mocno się wkurzyła. Chodziła po całym pokoju, krzyczała. Obwiniała też mnie i Syriusza. Chciała nam pomóc, jednak się nie zgodziliśmy. Gdy byłeś nieprzytomny wstąpiła do Zakonu i dalej denerwowała się na Jamesa. Teraz jest już trochę lepiej, ale łatwo wpada w furię. Zwłaszcza po tym jak zostałeś ranny.
– Od początku mówiłem, że nie powinniśmy jej okłamywać. James jest sam sobie winien.
     Peter wzruszył ramionami. Dopił herbatę i wrócił do siebie.
Gdy Remus poszedł do kuchni, by z pomocą zaklęcia umyć i pochować wszystkie kubki, ktoś zapukał do drzwi. Moody poszedł przywitać nowego gościa i już po chwili do uszu Remusa doszła rozmowa dwóch mężczyzn.
– Dostałem sowę od ciebie i skoczyłem na nanosekundę do Munga. Gdzie jest teraz?
– W kuchni.
– Czemu nie ma go w łóżku? Dostał nakaz leżenia! Stracił dużo krwi i pierwszy raz zażył Wywar Tojadowy.
       Lupin wiedział już, że będzie mieć kłopoty, więc szybko sprzątnął resztę kubków i psychicznie nastawił na konfrontację z czarodziejami.
        Edgar wszedł do pomieszczenia z ustami ściągniętymi w wąską linię. Ciekawe czy był spokrewniony z McGonagall?
– Dlaczego nie leżysz w łóżku?
– Nudziło mi się. – Remus spróbował użyć swojego czarującego uśmiechu.
– I dlatego potem krwawiłeś z oka. Nic o siebie nie dbasz! Z takim podejściem nie dożyjesz następnych urodzin! Ech! – Rzucił swoją medyczną torbą na blat, wyciągnął rękawiczki i jakieś pudełko.
– Ostatnio trafił do nas pacjent pogryziony przez wilkołaka, więc udało mi się zebrać trochę dyptamu i sproszkowanego srebra. To na pewno będzie skuteczniejsze niż maść. Gdy mi się uda, przemycę tego więcej. Teraz pokaż mi to nieszczęsne oko.
      Podszedł do chłopaka i przyjrzał się dokładnie jego ranie. Mruknął do siebie niezadowolony, wziął na palce kawałek dyptamu i delikatnie wsmarował. Remus poczuł ostry ból i zimno, jednak to pierwsze już po chwili zniknęło. Gorsze miało dopiero nadejść. Ściągnął koszulkę i opatrunek. Uzdrowiciel chwilę poprzyglądał się ranie, ale i na nią zaczął nanosić dyptam. Remus myślał,  że krzyknie z bólu. Zamiast tego zacisnął zęby i zadrżał. Moody przyglądał mu się w ciszy.
     W końcu cała powierzchnia rany była wysmarowana lekarstwem, ale w przeciwieństwie do oka, ból nie ustępował, tylko jeszcze się powiększał. Edgar ponownie zawinął bandaż i zajrzał mu w oczy.
– Na pewno czujesz się dobrze? Żadnych zawrotów głowy, mdłości?
– Tak, wszystko w porządku.
– Powinieneś się położyć. Zwłaszcza po tym krwawieniu. Dać ci coś nasennego?
     Remus speszony tą troską podziękował, ale odmówił. Wiedział, że nie ma sensu się z nimi spierać, więc udał się do swojego pokoju i usiadł na łóżku. Westchnął i przyjrzał się ranie na boku. Wyglądała odrażająco.
    Prawie natychmiast ujrzał przed oczami rozszarpane gardła Śmierciożerców. Przełknął nerwowo ślinę i próbował wymazać obrazy z pamięci. Może gdyby zjadł czekoladę... Jednak był już na odwyku dokładnie piętnaście miesięcy i nie chciał tego niszczyć. Westchnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz