piątek, 9 lutego 2018

Rozdział trzydziesty trzeci: Wytchnienie

    Obudziły go poranne promienie wpadające przez niezasłonięte okno, jednak długo nie ruszał się z miejsca. Znowu śniły mu się koszmary przez co praktycznie nie odpoczął. Wyplątał się z kołdry i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Rana na oku wyglądała już o wiele lepiej, jednak siniaki tylko lekko pożółkły. Zszedł do kuchni i zobaczył na stole karteczkę.

Będę dopiero wieczorem. Z łóżka możesz wychodzić tylko po jedzenie i do łazienki. Dowiem się, jeśli zrobisz inaczej.

    Westchnął i wyrzucił kartkę do kosza. Sięgnął do lodówki i wyciągnął z niej mleko. Już od dawna nie jadł płatków. Co prawda Moody nie kupował czekoladowych, ale owsiane nie były aż tak złe. Pierwszy raz od kilku dni nie czuł mdłości podczas jedzenia. Podejrzewając, że auror będzie z zaskoczenia wpadać do mieszkania, wziął pierwszą lepszą książkę z biblioteczki i udał się do pokoju. Tam nudził się niemiłosiernie. Czas zleciałby mu szybciej, gdyby się zdrzemnął, jednak bał się tego, co zobaczy tym razem.
    Nagle usłyszał dzwonek do drzwi. W pierwszej chwili zamarł. Gdy dźwięk się powtórzył, złapał za różdżkę i na palcach zszedł do przedpokoju. Gdyby ktoś miał się dzisiaj zjawić, Alastor by go uprzedził.
– Kim jesteś?
– To ja, Edward. Wpuścisz mnie?
    Chwilę się wahał, jednak w końcu stuknął różdżką i otworzył zamki. Siwiejący już mężczyzna uśmiechnął się smutno i wszedł.
– Gdzie to się podziewa nasz ukochany auror?
– Nie mam bladego pojęcia. Ma wrócić dopiero wieczorem.
– To nie zostało mu wiele czasu. – Ed spojrzał na swój kieszonkowy zegarek. – Będzie to dla ciebie problemem, jeśli tu na niego zaczekam?
– Nie, rozgość się. Stało się coś złego?
– Mam nadzieję, że nie. Przychodzę tutaj tylko w prywatnej sprawie. Widzę natomiast, że czujesz się już lepiej. Jak to się w ogóle stało, że tak wstrząsnąłeś całym Zakonem?
– Wstrząsnąłem Zakonem?
    Stard nie odpowiedział od razu. Zdjął zabłocone buty i skierował się do salonu, po czym rozsiadł się na kanapie.
– Mógłbym cię prosić o kawę? Jestem naprawdę zmęczony.
    Remus wywrócił oczami i poszedł zagotować wodę. Gdy wrócił z parującymi szklankami, mężczyzna nie zaczął tematu. Naprawdę wyglądał, jakby był po przejściach. Lupin doskonale pamiętał go, gdy uratował przed nim Moody'ego. Miał czarne jak skrzydła kruka włosy, a nie było to wcale tak dawno temu.
– Więc – podjął. – Jak wstrząsnąłem Zakonem?
– Jeszcze pytasz? – Zaśmiał się głośno. – Wszyscy usłyszeli o tym jak ich ochroniłeś w swojej wilczej postaci, uratowałeś tego dupka Caradoca i umarłeś. Wydaje mi się, że było im naprawdę przykro z tego powodu.
– Tylko ci się wydaje. – Remus wyszczerzył do niego zęby.
– Jak to w ogóle możliwe, że nie zaatakowałeś nikogo z nas?
– Wywar Tojadowy. Profesor Slughorn przygotował mi go na prośbę Dumbledore'a.
    Mężczyzna upił łyk śmierdzącej kawy.
– Czyli teraz będziesz to dostawał co miesiąc?
– Nie, tylko na jakiejś większe akcje, przy których mógłbym się przydać. Chociaż wątpię, żeby miało to mieć miejsce w najbliższym czasie.
– Może to i lepiej. Bo kto by się zajął naszym starym zrzędą, gdybyś wziął i umarł? Ach, muszę być bardziej aktywny w Zakonie. Ostatnie miesiące poświęciłem rodzinie. Wiesz? Urodziła mi się córeczka. Nazwaliśmy ją Betty. Już coś tam mamrota do siebie i...
    W tym momencie usłyszeli szczęknięcie zamków i ciche, złowrogie mamrotanie. Moody, stukając swoją drewnianą nogą, wszedł ociężale do salonu. Zamarł zdziwiony na widok gościa.
– Ed, nie spodziewałem się ciebie dzisiaj.
– Jednak jestem. Całe szczęście, że Remus z tobą mieszka, bo pocałowałbym klamkę.
    Wzrok aurora spoczął na Lupinie. Ten uśmiechnął się szeroko i wstał.
– Tak, wiem, doskonale wiem, co chcesz teraz powiedzieć. Ale patrz! Masz gościa! Nie każ mu dłużej na siebie czekać.
    Gdy to mówił, coraz bardziej zbliżał się do schodów.
– Poczekaj tylko aż stąd pójdzie. Będziesz żałował, że cię Greyback nie wykończył.
– Też cię kocham. – Uśmiechnął się szeroko i wrócił do pokoju. Wiedział, że i tak będzie mieć pogadankę, gdy tylko Edward wyjdzie, jednak nie przejmował się tym zbytnio. Moody lubił narzekać, ale też razem z Uzdrowicielem przesadzali. Może i był lekko osłabiony i obolały, ale już nic mu nie groziło.
    Sięgnął po podręcznik z Numerologii i rozsiadł się wygodnie na łóżku. Dopiero głośne burczenie przypomniało mu o niezjedzonym obiedzie. Spojrzał na zegarek. Teraz właściwie pozostało mu tylko zjeść kolację.
    Starał się nie słyszeć rozmowy dwóch mężczyzn, jednak na swoje nieszczęście miał podzielną uwagę. Ed informował jedynie, że teraz może być bardziej dostępny dla Zakonu. Gdy w końcu zamknęły się za nim drzwi, w domu zapadła złowroga cisza. Remus odstawił książkę szafkę i zszedł powoli z łóżka. Przeciągnął się powoli i ruszył do kuchni.
    Moody udawał, że go nie widzi. Chłopak wziął się więc za robienie kanapek z szynką. Po chwili usiadł przy stole.
– Znowu mnie nie posłuchałeś. – Mężczyzna spojrzał mu twardo w oczy.
– Miałem zostawić Edwarda przed drzwiami i udawać, że nikogo nie ma? Nie wygłupiaj się.
– Miałeś leżeć.
    Lupin zaśmiał się cicho i wziął gryza kanapki. Gdy kawałek szynki prześlizgnął się przez jego gardło, przed oczami zobaczył rany, jakie wyrządził Śmierciożercom. Zakrztusił się.
– Wszystko w porządku?
    Odkaszlnął kilka razy i spojrzał na Moody'ego.
– Nie umieram, jeśli tego się obawiasz.
– Powinieneś bardziej dbać o swoje zdrowie. Ile razy trzeba ci to jeszcze powtarzać? Nie jesteś już dzieckiem.
– Doskonale o tym wiem. – Odłożył kanapkę. – Jednak to nie moja wina, że jestem pechowcem. Nie proszę się o wypadki. Same do mnie przychodzą.
– Może masz rację. – Zaśmiał się. – Więc teraz odpoczniesz sobie dwa tygodnie i zaczniemy na nowo przydzielać ci misje. Jakieś tam mycie kubków czy robienie rosołu...
– Chyba żartujesz. Dwa tygodnie?
– Tak zalecił Edgar. Nie będę się z nim spierał. – Uśmiechnął się złośliwie i odszedł w stronę lodówki. Po chwili zaczął coś nucić pod nosem.
– Ty wielki gumochłonie... – mruknął pod nosem Remus.
– Coś do mnie powiedział, smarku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz