piątek, 9 marca 2018

Rozdział trzydziesty szósty: Pani Buchanan

    Gdy Moody wrócił do domu, zastał Remusa leżącego głową w dół na brzegu kanapy.
– Nudzi ci się?
– Żebyś wiedział.
– Krew ci spływa do mózgu.
– Wiem. – Chłopak podniósł się i zmienił pozycję. Już otwierał usta, gdy czarodziej go uprzedził.
– Nie boli cię już...? – Niezgrabnie wskazał na lewą stronę ciała. 
– Nie. Dlatego mógłbym znowu brać udział w misjach.
    Mężczyzna jednak go zignorował  i przeszedł do kuchni. Długo krzątał się w niej, choć nic konkretnego nie robił.
– Bardzo chcesz jakieś zadanie, hm? To mam idealne dla ciebie.
    Auror zbliżył się do chłopaka, postukując drewnianą nogą. Wyszczerzył zęby.
– Pewna miła, starsza pani obiecała mi przekazać kilka cennych rzeczy, w tym bardzo poufne listy, które wymieniała z dziećmi i wnukami, którzy wyjechali. Od dawna chciałem to zrobić, jednak nie miałem na to czasu. Mógłbyś ją grzecznie odwiedzić, powiedzieć, że to ja cię przysyłam i te rzeczy wziąć. Jak ci się uda to nawet herbatą cię poczęstuje, a kolekcjonuje naprawdę dziwne. Z pietruszkami i innymi pieprzami.
– I gdzie w tym wszystkim haczyk?
– Nie ma go. To jest w tym najlepsze.
– To ma być misja dla Zakonu? Serio?
– Nic poważniejszego ci teraz nie dam. Z twoim szczęściem pewnie byś potknął się o szatę Voldemorta i wpadł pod ten mugolski pojazd.
    Remus prychnął i założył ręce na piersi.
– Dobrze, przynajmniej wyjdę na zewnątrz. Podasz mi adres?

    W kilku zdaniach mężczyzna wyjaśnił mu, ile mniej więcej będzie przedmiotów, jak nazywa się kobieta i gdzie mieszka. Gdy już miał wychodzić, ścisnął go za ramię.
– Masz się teleportować w różne miejsca minimum piętnaście razy. Dowiem się, jeśli tego nie zrobisz, a konsekwencje będą dla ciebie nieprzyjemne.
    Teleportował się z głośnym trzaskiem i wylądował w szkockiej wsi. Padał deszcz, więc naciągnął na głowę kaptur. Uśmiechnął się najszczerzej, jak potrafił i ruszył na poszukiwanie domu staruszki o nazwisku Buchanan. Po kilku minutach odnalazł swój cel, po czym zapukał do drzwi. Usłyszał szuranie kapci po podłodze i już po chwili kobiecinka stanęła w drzwiach.
– Dzień dobry!
– Dobry, dobry, ale... Nie spodziewałam się dzisiaj gości. Kim jesteś młodzieńcze?
– Jestem Remus Lupin. Przysłał mnie do pani Alastor Moody.
– Alastor! Oh, wejdź szybko. Brzydka dzisiaj pogoda.
    Przesunęła się, by zrobić mu miejsce. Następnie podreptała do stolika w salonie.
– Remus, Remus... Kojarzy mi się... Tylko z czym? Chcesz herbatki, chłopcze?
– Jeśli to żaden problem.
    Uśmiechnęła się do niego miło, a on ściągnął przemoczony kaptur. Nie wiedział, czy może usiąść, więc czekał. Mamrocząc coś pod nosem, pani Buchanan odstawiła magiczny czajniczek na podstawkę i odwróciła się w jego stronę. Nagle zamarła, a uśmiech na jej twarzy powoli zanikł. Wpatrywała się w niego, nawet nie mrugając. Mając złe przeczucie, Lupin odwrócił się, jednak w oknie za sobą nie zobaczył nic podejrzanego.
– Pani Buchanan...?
– Remus – powiedziała cicho.
– Jeśli to problem to nie musi mi pani parzyć herbaty. Przyszedłem tylko...
– Skąd masz ten szram na twarzy?
    Chłopak zbladł. Nie może jej przecież powiedzieć prawdy.
– Miałem drobny wypadek, ale na szczęście nie było to nic poważnego.
– Nie. – Kobieta ścisnęła mocno wargi. – Miałam już do czynienia z takimi, jak wy. Uwiódł moją Florę i prawie zabił.
– Chyba nie bardzo rozumiem, o co pani chodzi. Może po prostu wezmę te rzeczy dla Moody'ego i...
– Jesteś wilkołakiem. Twarz pełna tych blizn, imię niczym jeden z rzymskich braci, wychowanych przez wilczycę. Zabawne. Sam sobie nadałeś to imię, mieszańcu?
    Zamarł. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale miał pustkę w głowie. Kobieta zaczęła błądzić wzrokiem za różdżką, więc postanowił cokolwiek zrobić, zanim rzuci w niego klątwą.
– Tak, jestem wilkołakiem, jednak nie takim, jak większość. Nikogo nigdy nie zaatakowałem. Nie przemieniłem, ani nie zabiłem. – Wiedział, że lepiej nie przyznawać się do ostatnich wydarzeń. – Tylko wykonuję prośbę Moody'ego. Nie mam złych zamiarów.
– Kłamiesz! – Sięgnęła po lampę stojącą na komodzie i cisnęła w jego stronę. W ostatniej chwili się uchylił, a przedmiot roztrzaskał się o ścianę. Prawie wybiła okno. – Wilkołaki przechodzą na stronę Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać! Oszukujesz nie tylko mnie, ale także Alastora! Wynoś się ode mnie albo wezwę aurorów!
– Proszę pozwolić mi chociaż zabrać te rzeczy i sobie pójdę. Naprawdę nie mam złych zamiarów.
    Schylając się po różdżkę, cisnęła filiżanką w stronę jego głowy. Złapał ją i odłożył na półkę. Wycofał się w stronę drzwi. Gdy dotknął klamki, zaklęcie trzasnęło we framugę. Szybko wybiegł z mieszkania pani Buchanan i deportował się. Był teraz niedaleko domu Weasley'ów. Oparł dłonie o kolana i głośno oddychał. Bardziej ze zdenerwowania, niż zmęczenia. Wiedział, że zdenerwuje Moody'ego swoim niepowodzeniem, więc wolał nie podsycać tego i teleportować się kilkanaście razy, tak jak czarodziej tego od niego wymagał. W końcu jednak wylądował przed domem aurora. Z ponurą miną wszedł do środka.
– I jak, masz wszystko?
– Nie. Nic mi nie dała, rzucała we mnie przedmiotami i zaklęciami. Do tego prawie zawiadomiła aurorów. Jeśli chcecie, żebym szpiegował dla Zakonu w ośrodku to myślę, że niedługo nadarzy się ku temu okazja.
– Co ty mówisz? – Mężczyzna dokuśtykał do przedpokoju najszybciej, jak potrafił. – Stara Buchananka przecież nie jest aż taką świruską. Co jej powiedziałeś?
– Właściwie to nic. Wszystko było dobrze, dopóki nie zobaczyła blizny na twarzy. Sama domyśliła się, że jestem wilkołakiem i mnie zwyzywała. Naprawdę jakiś wilkołak prawie zabił jej córkę?
– Nic mi o tym nie wiadomo. No nic, jednak będę musiał sam ją odwiedzić. Uspokoję ją jakoś.
    W tym momencie przez okno wleciała biała sowa, trzymająca w łapkach czerwoną kopertę.
– To...
– Wyjec – dokończył Remus.
    Moody zacisnął usta, przybrał bordową barwę i uchylił kawałek papieru. Prawie natychmiast rozwinął się długi jęzor, a z wnętrza wydobył się głos pani Buchanan.
ZAUFAŁAM CI, A TY PODAŁEŚ MÓJ ADRES MIESZAŃCOWI, KTÓRY MÓGŁ MNIE ZABIĆ I OKRAŚĆ! DOSKONALE WIESZ, JAK NIEBEZPIECZNE SĄ TO CZASY. DOSKONALE WIESZ, ŻE GROZI MI TERAZ OGROMNE NIEBEZPIECZEŃSTWO. ON JEST SZPIEGIEM SAMI-WIEMY-KOGO. POWINIENEŚ GO ZABIĆ JAK NAJSZYBCIEJ. JA NIE ZDĄŻYŁAM, BO UCIEKŁ! JESTEM OBURZONA!
– Ouu...
– No ouu. Chyba straciliśmy sojusznika, czy coś. – Remus machnął różdżką a popiół po spalonym wyjcu zniknął.
– Pójdę zaraz do niej i to wyjaśnię.
    Mężczyzna zbliżył się do drzwi i ubrał buty.
– Ale będę dostawał jakieś misje, tak?
– Przerosło cię odebranie kilku rzeczy od byle staruszki. Dziwię się, że w ogóle żyjesz. – Chłopak nie miał żadnych uczuć na twarzy. – Nie no, zobaczę. Tylko dziś masz się już nigdzie nie ruszać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz