piątek, 2 marca 2018

Rozdział trzydziesty piąty: Expecto...

    Tym razem nie śniły mu się koszmary, toteż odespał wcześniejsze noce i wstał z łóżka dopiero po jedenastej. Bał się jednak wyjść z pokoju i skonfrontować z Alastorem. Nie licząc najbliższych przyjaciół, nikt nigdy nie widział go w takim stanie. Zawsze starał się nad sobą panować. Przeczesał dłonią włosy tak, jak miał to w zwyczaju James. Nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Udawać, że nic się nie stało? A jeśli Moody sam zacznie temat?
    Wyszedł z pokoju i w tym samym momencie usłyszał rozmowę dwóch osób. Jakim cudem wcześniej nie zwrócił na nią uwagi? Czyżby jednak Wywar Tojadowy miał jakieś skutki uboczne?
    Bardzo szybko zorientował się, że odwiedził ich Albus Dumbledore. Gdy wszedł do pomieszczenia zauważył mężczyzn pochylonych nad gazetą.
– Dzień dobry.
    Dumbledore przywitał się z nim i z rezygnacją odsunął się od czasopisma.
– Jak się czujesz, Remusie?
– Wszystko w porządku. Już jest dobrze. – Dyrektor spojrzał mu prosto w oczy. Czuł się trochę tak, jakby chciał mu wejść przez nie do umysłu i sprawdzić, czy mówi prawdę. – Coś się stało?
– Kolejne wilkołaki zostały uwolnione przez Śmierciożerców. Chciałbym móc się zdziwić, że udało im się przebić przez zabezpieczenia ledwo dwa tygodnie później, gdy jeszcze jest o tym głośno, ale przecież my też łatwo dostaliśmy się w te tereny. Ministerstwo nie chce nic zrobić.
– Może dlatego, że boją się do nas zbliżać – powiedział Remus i usiadł obok nich, by przyjrzeć się twarzom na pierwszej stronie. Tym razem zbiegło tylko sześciu. Czyżby to byli wszyscy, których potrzebował Voldemort? A może chwilowo tylko tylu przekonał? Czy będą wracać po resztę?
– Czyli co, dziś zebranie?
– Nie, Alastorze, rozmowy nic nam w tej chwili nie pomogą. Musimy skupić się na innych rzeczach. Teraz niestety muszę iść. Tego typu ucieczki sprawiają, że Ministerstwo bardzo chce wysłuchiwać mych rad. Gdyby jeszcze robili, co im mówię, może zakwitłaby między nami jakaś współpraca...
    Czarodziej podniósł się i raz jeszcze uważnie przyjrzał Remusowi. Machnął różdżką, pożegnał się i wyszedł. Lupin w tym czasie przysunął do siebie gazetę.
– Nie sądzisz, że to trochę zabawne na jednej stronie pisać i o ucieczce bardzo groźnych osób, i o przepisie na ruchome ciasteczka z nieskończonym lukrem?
    Chłopak uśmiechnął się.
– Czujesz się lepiej? Wczoraj...
– Może nie wracajmy do wczoraj? – zaproponował i przewrócił kartkę gazety. Bał się spojrzeć Moody'emu w oczy.
– Nie widzę niczego złego w tym, że się otworzyłeś. Już trochę czasu jestem twoim opiekunem, dogadujemy się. – Jego głos zawiesił się. – Możesz mnie traktować jak drugiego ojca. Nie mam nic przeciwko.
    Powstało między nimi nieprzyjemne napięcie. W końcu Remus westchnął. Ostatnimi czasy robił to coraz częściej.
– Dziś nie śniły mi się żadne koszmary, jeśli o to pytasz.
    Chłopak przewrócił kolejną stronę Proroka Codziennego. Coraz więcej miejsca zajmowały klepsydry. Martwe ciała znalezione na obrzeżach Londynu, zamordowana wycieczka szkolna mugoli... Było coraz gorzej. Walia i Szkocja coraz bardziej zwracała na nich uwagę.
    Moody wkrótce wyszedł do Ministerstwa, pozostawiając go samego. Z nudów zaczął wertować książki na półce. Koniec końców wziął podręcznik Zaklęć i szukał zaklęć, których jeszcze nie znał lub nie opanował. Po kilkunastu minutach jego wzrok napotkał Expecto Patronum. Kiedyś już próbował tego zaklęcia, jednak mu nie wychodziło, więc w końcu zaprzestał tego. Podniósł rękę, machnął różdżką i powiedział głośno zaklęcie. Nic się nie wydarzyło. Zerknął raz jeszcze do podręcznika. Z treści wynikało, że trzeba było pomyśleć o czymś szczęśliwym. Skupił się więc na tym i spróbował przywołać do siebie któreś z nich. Nawet takie momenty, które do tej pory wydawały mu się odpowiednio radosne, nie doprowadziły do pojawienia się patronusa. Zirytowany zaczął szukać innych zaklęć, jednak zostawił róg strony zagięty.

    Gdy auror wrócił do domu, książka leżała na kanapie, a Remus był zajęty jedzeniem Pie and Mash.
– Że też ci się chciało – mruknął mężczyzna i nałożył sobie potrawę na talerz. – Czy może przyszła Molly i stwierdziła, że nam pogotuje, bo pewnie już umieramy z głodu?
– Prawdę mówiąc wpadła tu i sama zaproponowała, że to zrobi, ale jej pomogłem.
– I już jej nie ma? – Rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby miała się skryć za jakąś zasłoną.
– Nie, Bill i Charlie dalej są chorzy. Złapało ich tak mocno, że nawet eliksir pieprzowy nie daje rady. Jeśli kolejne dawki nie pomogą do jutra, planują zabrać ich do Munga.
– Biedna Molly, zamęczy ją to wszystko. Nie dziwię się, że w takiej sytuacji nie mają czasu dla Zakonu.
    Szybko skończył jeść i poszedł do salonu. Na stoliku rozłożył dokumenty i zaczął je segregować w pokaźne stosy. Gdy skończył, spojrzał na to wszystko i jęknął. Tak bardzo nie chciało mu się zaczynać papierkowej roboty, że sięgnął po podręcznik do zaklęć. Szybko zobaczył zagięty róg i otworzył książkę w tym miejscu.
Expecto patronum? – Skierował pytające spojrzenie w stronę chłopaka. Ten wzruszył niechętnie zamionami.
– Próbowałem się tego nauczyć, ale mi nie szło.
– Bo nie wiesz, jak się za to zabrać. Trzeba pomyśleć o czymś szczęśliwym, a dopiero potem wypowiedzieć zaklęcie.
– Robiłem tak. Nic to nie dało.
– Bo dalej nie rozumiesz. – Moody uśmiechnął się. – Musisz o nim myśleć cały czas, nawet podczas wymawiania zaklęcia. Musisz się wręcz w nim zanurzyć. A jeśli nie potrafisz sobie przypomnieć takiego wspomnienia, to wystarczy je sobie wymyślić i w nie uwierzyć.
    Remus wziął kolejnego gryza i nie odpowiedział. Gdy skończył jeść, usiadł na kanapie niedaleko aurora i wziął podręcznik do rąk. Nie wrócił do Patronusa, tylko wertował książkę dalej, w poszukiwaniu czegoś nowego. Z każdym dniem miał coraz bardziej dość tego, że nic nie robi. Nudził się niemiłosiernie. Wszyscy pracowali, zajmowali się swoimi rodzinami, bądź wykonywali jakieś misje. Kiedy wreszcie przestaną tak na niego dmuchać? Czuł się już przecież dobrze...
    Po kilku godzinach ciszy udał się do pokoju. Napisał krótkie listy do przyjaciół i położył się. Nie miał już czym zająć rąk. Przeczytał cały podręcznik i ostatnim zaklęciem, którego z niego nie potrafił był Patronus. Usiadł po turecku na materacu, wyciągnął różdżkę i zamknął oczy. Wrócił myślami do momentu, gdy Dumbledore zgodził się, by uczęszczał do Hogwartu. Prawie natychmiast wspomnienie to wyparło inne: trójka przyjaciół, która szukała go po tym, gdy wykrzyczał im w twarze, że jest wilkołakiem. Ich zapewnienia, że go nie opuszczą. Uśmiechnął się kącikiem ust i wyszeptał zaklęcie. Czuł, że się udało. Z jednej strony chciał wiedzieć, jaki kształt przybrał. Wszyscy piszący o Patronusach byli zgodni, że jest on tym samym zwierzęciem, w którego zmienia się animag. On nie mógł się nim stać, gdyż sama pełnia utrudniała mu dokończenie procesu. Otworzył oczy i zamarł. Przed nim siedział i wpatrywał się w niego srebrny wilk. Zacisnął zęby, machnął różdżką i ponownie zamknął oczy. Nie tego się spodziewał.
    Czy to znaczyło, że nie ważne, co by zrobił, nigdy nie uwolni się od swojej wilczej części? Już dawno pogodził się z tym, że nie wynajdą lekarstwa na jego przypadłość, jednak miał nadzieję, że chociaż jego strażnik będzie czymś odrębnym od tego. Należącym do jego ludzkiej części.
    Czuł gniew i żal, jednak powstrzymywał się, by nie rzucić podręcznikiem w cokolwiek. Nawet w lampę stojącą irytująco na stoliku nocnym. Zamiast tego poszedł pod prysznic. Rana na boku dalej doskwierała przy kontakcie z wodą, jednak powoli wszystko się goiło. Wiedział, że to będzie największa blizna na jego ciele, jednak nie przejmował się tym. Już dawno się do nich przyzwyczaił. Przynajmniej ta na oku wyglądała fajnie, chociaż mało brakowało a straciłby oko. Kiedyś zemści się na Fenrirze za to wszystko, co mu zrobił.

    Gdy wstał następnego dnia, zastał Moody'ego, który zasnął nad papierami. Wywrócił oczami i wyjął kilka ostatnich kartek spod ramion mężczyzny. Przejrzał na szybko wcześniejsze dokumenty i już po chwili przepisywał raporty z prywatnych notatek. Podrabianie pisma nie było dla niego żadnym problemem. Właśnie kończył ostatnią stronę, gdy Alastor wymamrotał coś pod nosem i otworzył oczy. Na widok piszącego Remusa poderwał się szybko.
– Co ty robisz?
– Dokańczam twoją pracę. Musiałeś być zmęczony – odparł obojętnym tonem, nawet nie podnosząc na niego wzroku.
– Ale jak ty...? Skąd wiesz, jak to robić? Pokazuj mi, co tam nabazgrałeś. – Porwał jedną z kartek i ze skupieniem zaczął czytać. Usta miał ściśnięte. Remus przerwał na chwilę pisanie i czekał na jakąś reakcję.
– Ty huncwocie, wszystko dobrze napisałeś. Od kiedy potrafisz tworzyć raporty?
– Po prostu przeczytałem to, co pisałeś wcześniej i się na tym wzorowałem. Nic trudnego. – Moody objął ramieniem chłopaka i poczochrał mu włosy. Ten skrzywił się i próbował mu uciec, jednak bezskutecznie. – Dzięki, ratujesz mi tyłek. Teraz się zbieram to może jeszcze zdążę dotrzeć do Ministerstwa na czas. Jak wrócę, pomogę ci z wyczarowaniem Patronusa.
    Lupin nie odpowiedział, ale jego nastrój diametralnie się zmienił. Czy powinien udawać, że nie jest w stanie go wyczarować czy po prostu spróbować stworzyć bezcielesną formę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz