piątek, 5 stycznia 2018

Rozdział dwudziesty ósmy: Złe nowiny

        Zirytowany Moody cisnął kubkiem z herbatą. Remus drgnął, spojrzał na niego z niepokojem, ale nic nie powiedział. Machnął różdżką, a odłamki naczynia złączyły się. Machnął nią ponownie i podpłynęło ono do szafki.
– Już nie wiem, co w tej sytuacji mamy robić! Jeszcze do tego wszystkiego ty chcesz się wyprowadzić i narazić nas na to, że stracimy kolejnego członka Zakonu. Dumbledore po to tak się starał, byś uczył się w Hogwarcie, żebyś po miesiącu od ukończenia szkoły myślał nad bezsensowną śmiercią?
– Nie myślę o bezsensownej...
– Myślisz! Twoja decyzja jest niedojrzała. Zamiast skorzystać z tego, że staramy się ciebie chronić, sam chcesz pchać się w objęcia Greybacka.
– Nie robię tego. Prędzej czy później i tak mnie dopadnie, nie ważne czy tutaj, czy wtedy, gdy będę na własnym, a po prostu nie chcę być pasożytem. Byłem już zbyt długo.
– Przecież z twojego mieszkania tutaj są same plusy. Tu jesteś bezpieczniejszy. Gdyby ktoś zaatakował mnie, mógłbyś mi pomóc. Opiekowałeś się mną też, gdy straciłem nogę. Jeśli jest jakieś nagłe zebranie, jesteś na miejscu. Dumbledore'owi też nie podoba się twój pomysł.
– Wiem o tym. – Remus westchnął. – Jednak nie sądzę, by były to same plusy. W każdej chwili mogę ukąsić ciebie albo innego członka Zakonu. Doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. Wielu się mnie boi. Samej mojej obecności tutaj.
– Tylko nowi. Starzy członkowie wiedzą już, że jesteś niegroźny. Po prostu nie chcemy wystawiać nikogo na talerzu dla Greybacka. Znasz zbyt dużo tajemnic Zakonu.
– Co to za argument? Przypomnę tylko, że już raz mnie porwano. Przeżyłem, nic nie zdradziłem.
– Ale ktoś mógł zginąć podczas akcji ratunkowej. – Moody spojrzał na niego. – Dopóki sytuacja się nie uspokoi, powinieneś zostać z nami. W tym momencie jesteś jednym z najbardziej poszukiwanych członków Zakonu, zaraz po Albusie.
– Wiem. – Remus uśmiechnął się cierpko. – Już mu obiecałem, że zostanę.
    Moody skierował się ku schodom, a Remus został w salonie. Usiadł na kanapie, wziął książkę, ale nie potrafił skupić się na jej czytaniu. Spojrzał przez okno. Niebo było całkiem czarne, nie widział ani jednej gwiazdy. Za dokładnie dziewięć dni ma być pełnia. Zamknął oczy. Co prawda nigdy nikogo nie ukąsił, ale były ku temu okazje. Severus, pijany mężczyzna w Hogsmeate, Moody. Dobrze wiedział, że czasem podczas jego przemian, organizowane są zebrania Zakonu. Gdyby tylko udało mu się jakoś uciec, mogliby zostać okaleczeni do końca życia.
      Nagle zobaczył przed sobą Greybacka. Patrzył na niego łakomym wzrokiem, z szerokim, tryumfującym uśmiechem. Remus zauważył jak pozostałe, nieznane mu wilkołaki, trzymały Lily, Jamesa, Petera i Syriusza.
– Jeśli do nas nie dołączysz, będziesz mógł wyć do księżyca razem z przyjaciółmi, chyba, że moje dzieciaczki zechcą ich zabić. Jaka jest twoja decyzja?
       Remus stał jak sparaliżowany. Jak do tego doszło? Fenrir wyciągnął do niego rękę. Jego długie i brudne pazury wyglądały złowieszczo. Spojrzeli sobie w oczy. Śmierciożerca już otwierał usta, gdy Remus wyrzucił na wydechu:
– Dobrze, przyłączę się, tylko zostaw ich i ich rodziny w spokoju. Błagam!
      Ocknął się i usiadł szybko. Był na kanapie, w salonie Moody'ego. Książka leżała na ziemi. Rozejrzał się gorączkowo, jednak był sam. Szybko wstał i podszedł do zlewu, by opłukać twarz. To był tylko zły sen. Ciągle zdenerwowany, udał się do kuchni, by zaparzyć sobie melisy. Przed oczami wciąż miał dziką twarz Greybacka. Rodziła ona u niego różne emocje - od nienawiści do strachu.
W kuchni przesiedział aż do poranka, podczas którego sowa przyniosła Proroka Codziennego dla Alastora. Ten jednak jeszcze spał, więc Remus pozwolił sobie ją przeczytać. Na pierwszej stronie widniał ogromny nagłówek: Ucieczka dziesięciu wilkołaków z ośrodka! Str. 4.
     Szybko otworzył gazetę na odpowiedniej stronie i odczytał:

      Ministerstwo Magii poinformowało o ucieczce dziesięciu wilkołaków z Ośrodka dla Likantropów, do którego trafiają prawie wszyscy przedstawiciele tego gatunku. Za osiem dni będzie pełnia, dlatego przestrzegamy wszystkich o wzmożoną ostrożność. Uważajcie także na mugoli w swoim sąsiedztwach, poinformujcie o obecności dzikich zwierząt. Trucizna likantropa jest zbyt silna na ich niemagiczne organizmy i prowadzi do natychmiastowej śmierci.

       Odłożył gazetę i westchnął. On też miał trafić do takiego ośrodka, jednak jego rodzice się na to nie zgodzili. Oczywiście dalej mu to groziło, gdyby tylko zrobił coś nieodpowiedniego i Ministerstwo by się dowiedziało. Nie wiedział jak tam jest, ojciec też nie chciał udzielić odpowiedzi na jego pytanie. Był ciekaw, jednak nie odważył się tam udać. Był to nieoficjalny bilet w jedną stronę. Jednak jak strasznie musiało tam być, skoro ludzie uciekali? Czy może to nie było ich głównym motywem? Co jeśli w ucieczce pomógł im Voldemort?
       Usłyszał stukot drewnianej nogi Moody'ego. Czekał na niego z rosnącą niecierpliwością.
– Coś się stało? – spytał mężczyzna, widząc poważną minę Lupina.
– Tak, zobacz. – Wskazał na Proroka Codziennego. – Dziesięć wilkołaków uciekło z ośrodka. Niedługo pełnia.
– Myślisz, że przyłączyły się do Voldemorta? – Remus przytaknął. – Ale... Może po prostu miały dość tego miejsca? Jak tam jest?
– Nie wiem – odparł chłopak. – Nigdy tam nie byłem. Gdybym poszedł, nie miałbym jak wam opowiedzieć. Nie wiem czy wilkołaki są tam dobrze traktowane, czy nie. Tata nigdy mi nie mówił.
– Chyba powinniśmy powiadomić Dumbledore'a. Zajmę się tym. Potrafiłbyś ich wyśledzić? Gdzie są, czy używają magii?
– Nie. Nie znam ich zapachów, nie wiem, gdzie jest ośrodek i gdzie mógłbym zacząć szukać.
– Dobra. Idę do Dumbledore'a, będę za jakąś godzinę. Mógłbym cie prosić o jakieś śniadanie? Potem od razu zwołamy posiedzenie.
     Remus zgodził się i wpatrzył w twarz ośmiu mężczyzn i dwóch kobiet. Wyglądali całkowicie normalnie.
     Moody wyszedł, a Remus przejrzał pobieżnie gazetę i zaczął robić tosty. Usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwiło go, że Moody sam ich sobie nie otworzy, ale dopiero po chwili okazało się, że to wcale nie był on. Był do Gideon Prevett. Nie czekając na reakcję Remusa, przepchnął się przez drzwi.
– Gdzie Moody?!
– Poszedł do Dumbledore'a...
– Dumbledore'a? Czy stało się coś jeszcze?!
– Jak to "coś jeszcze"?
    Gideon spojrzał na niego z przerażeniem.
– Śledziłem Amycusa Carrowa. Teleportował się na jakieś odludzie, ale były tam budynki. Wyglądało to jak jakieś miasto, ale gdy próbowałem znaleźć je na mapie, nie istniało. Na nowe nie wyglądało. Zniknął na dwie godziny, gdy w końcu wyszedł, był w towarzystwie dziesięciu osób. Miały tyle samo blizn co ty, Remusie. Boję się, że to wilkołaki.
– Bo to są wilkołaki, Gideonie. – Westchnął chłopak. – Pisali o tym w dzisiejszym Proroku. Dlatego Moody udał się do Dumbledore'a, bo podejrzewamy, że to nie była tylko ucieczka od zamknięcia. Powinieneś jak najszybciej ich o tym poinformować.
     Mężczyzna podziękował mu za informacje i wybiegł z domu. Po chwili Remus usłyszał trzask.
A więc Śmierciożercy postanowili werbować odseparowane od społeczeństwa wilkołaki. Było to o wiele łatwiejsze niż szukanie plotek i śledzenie podejrzanych o likantropię. Gdyby sam tam trafił, pewnie też próbowaliby go uprowadzić.
      Dokończył śniadanie i czekał na Moody'ego. Wkrótce przybył i zjadł bez słowa. Gdy przeżuł ostatni kęs, odsunął od siebie talerz.
– Dumbledore będzie za godzinę. Zwołałem też resztę członków.
– Wiemy coś nowego? – spytał chłopak.
– Nie. Jesteśmy w czarnej dupie. Przynajmniej Gideon szybko nas poinformował o swoim odkryciu.
     Czekali w milczeniu. Do Kwatery Głównej zaczęli schodzić się członkowie. Remus tradycyjnie robił wszystkim kawy i herbaty. Molly wyglądała na przerażoną i co chwilę na niego zerkała. W końcu zjawił się i sam Albus Dumbledore. Wszystkie rozmowy ucichły, gdy zasiadł u szczytu stołu.
– Dzisiejszej nocy z ośrodka dla wilkołaków uciekło dziesięciu z nich. Zostali wyprowadzeni przez Śmierciożercę, Amycusa Carrowa. Poinformował mnie o tym Gideon. Gideonie, mógłbyś nam to wszystko powtórzyć? – Mężczyzna zgodził się i pokrótce opowiedział o nocnej wyprawie Carrowa. Gdy skończył, wszyscy zaczęli głośno dyskutować o zaistniałej sytuacji.
– Razem z Moodym przedyskutowaliśmy to – zabrał głos Dumbledore i znowu zapanowała cisza. – I chcielibyśmy prosić cie, Remusie, o pomoc.
      Wszystkie oczy skierowały się na niego.
– Tak?
– Mamy kilka rzeczy należących do Carrowa, a wszyscy doskonale wiemy, że masz ostrzejszy węch od nas. Gdybyś tylko udał się z Gideonem w okolice ośrodka i spróbował odkryć, gdzie się udali, ułatwiłbyś nam wszystko.
– Dobrze, mogę to zrobić choćby zaraz.
– Świetnie!
– Ale Albusie, to zbyt niebezpieczne... – zaczęła Molly. – Lokalizacja tego ośrodka jest tajemnicą. Jeśli zobaczą Remusa w jego okolicy, znajdą byle pretekst, by go tam zamknąć.
– Nie dopuścimy do tego, a niestety, Molly, Remus jest jedyną osobą, która może wpaść na ich trop. Złożył Przysięgę Wieczystą, tak jak my wszyscy, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by pomóc Zakonowi. Przecież nie będzie tam sam.
     Kobieta już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale Remus ją uprzedził.
– Profesor Dumbledore ma rację, złożyłem Przysięgę. Zresztą to nic niebezpiecznego, pójdziemy tam na chwilę i zaraz wrócimy.
– Myślę, że nie powinniście tracić czasu. Jeśli ustalimy coś nowego, Moody wam to streści. Lećcie.
– Możemy iść z nimi? – Zaczął James, gdy Remus i Gideon wstali.
– Wolałbym nie. Im mniej ludzi, tym trudniej będzie ich nakryć. Przykro mi, James.
    Ten ponownie usiadł na swoim miejscu. Podał jednak przyjacielowi małe zawiniątko.
– Weź i uważaj na siebie.
     Gideon i Remus wyszli z domu aurora, złapali się za ręce i teleportowali. Chłopak rozłożył pelerynę-niewidkę, Prevett odkrył się własną. Szli bardzo blisko siebie, aż doszli na kraniec lasu. Przed sobą widzieli małe miasto otoczone murami. Gideon podał Remusowi maskę Śmierciożercy. Ten wziął ją delikatnie i przysunął do twarzy. Zaciągnął się zapachem Carrowa i złapał Gideona za nadgarstek. Nic nie mówili.
Przy bramie kręciło się wielu aurorów, jednak byli zbyt zajęci dyskutowaniem, niż rzeczywistą pracą. Remus skupił się na znalezieniu zapachu Śmierciożercy. Zbyt wielu czarodziejów się tu kręciło i prawie stracił nadzieję na powodzenie misji, gdy poczuł jego niknący zapach. Sunąc prawie bezszelestnie, ciągnął za sobą Prevetta. Oddalili się od głównej drogi, okrążyli miasto i znaleźli na małej polance. Remus od razu wyczuł kilka zwodzących zaklęć, jednak szedł dalej po zapachu. Coraz bardziej też czuł ślady dziesięciu wilkołaków. Puścił rękę Gideona i przystanął. Było tu zbyt dużo magii, tak samo jak wcześniej zapachy innych ludzi utrudniały mu identyfikację. Musiał tylko bardziej się skupić... I nagle wyczuł to. Miejsce, w którym magia najbardziej wibrowała. Deportowali się.
     Wszedł w nikły ślad magii i zamknął oczy.
– Już wiem – powiedział szeptem i wrócił do miejsca, w którym zostawił Gideona.
– Cirencester. To tam się aportowali.
    Gideon bez słowa złapał go za ramię i pozwolił Remusowi się teleportować.
Ich oczom ukazała się wąska i ciemna uliczka. Tutaj jednak chłopak natychmiast namierzył zapachy jedenastki osób i poszedł za nimi. Szli chyba z czterdzieści minut, w końcu wyszli z miasta i znaleźli się w lesie. Im głębiej szli, tym bardziej Remus czuł zapach innych ludzi oraz krwi. Nagle ukazały im się obdrapane drzewa. Zatrzymał się.
– Dalej nie powinniśmy iść. Wydaje mi się, że gdzieś blisko jest Podziemie. Czuję świeży zapach Greybacka. Spotkał się z nimi. Carrow tutaj zawrócił.
     Gideon zaznaczył kilka miejsc na mapie za pomocą różdżki i rozejrzał się.
– Chyba masz rację, wracajmy. – Zacisnął dłoń na ramieniu chłopaka i okręcił się. Już po chwili byli przed domem Moody'ego. Weszli do środka, by prawie natychmiast usłyszeć głuchy stukot drewnianej nogi.
– I jak? – wychrypiał mężczyzna. Dumbledore, pani Weasley, Syriusz i Peter siedzieli w salonie.
– Wiemy gdzie są oni i... Chyba odkryliśmy Podziemie. Remus znalazł trop pod Cirencester. Wewnątrz lasu wyczuł jednak zapach Greybacka i kilku innych wilkołaków, więc woleliśmy się wycofać.
– Dobrze zrobiliście – wtrąciła Molly.
    Remus usiadł obok swoich przyjaciół. Niebieskie oczy wpatrzyły się w niego.
– Dziękuję, Remusie, bardzo nam pomogłeś.
    Chłopak skinął głową. Nie była to ciężka misja, wypełnił tylko swoją powinność.
– Gdzie James?
– Poszedł do Lily. Ona w końcu dalej nie wie...
    Nastała między nimi niezręczna cisza. Odkąd wstąpili do Zakonu, było to dość częste. Bolało ich okłamywanie przyjaciółki, wiedzieli też, że mogą ją stracić, gdy w końcu się domyśli. Nie nalegali jednak na Jamesa i nie zdradzali go. 
– Zaprosiła nas dzisiaj na kolacje.
– Och... Byłoby jej przykro, gdybyśmy nie przyszli.
– Mhm – mruknął Peter.

2 komentarze:

  1. Jakoś nie widzę Dumbledore'a przymuszającego kogoś przysięgą. Ale w sumie to inne czasy, inny, młodszy Dumbledore.
    Podoba mi się wątek ośrodka. Rozwiniesz go jakoś?
    Pozdrawiam, Morriga
    PS. Odpisałam (wreszcie) na maila. Przepraszam za opóźnienie

    OdpowiedzUsuń