sobota, 2 maja 2015

Rozdział osiemnasty: Najmilsza kolacja Zakonu Feniksa w historii Zakonu

       Tej nocy już nie zasnął. Z samego rana, gdy Moody jeszcze spał, zrobił śniadanie dla siebie. Ciągle myślał o tym co mu się śniło. To była prawda, czy tylko głupi sen? Wydawał się być prawdziwy...
       Auror wszedł do kuchni i zaczął robić kanapki z szynką, natomiast Lupin sięgnął po książkę. Milczenie trwało bardzo długo. Remus już chciał iść do swojego pokoju i napisać listy do przyjaciół, ale nagle usłyszeli dzwonek do drzwi. Alastor poszedł sprawdzić kto to i po chwili wrócił z Arturem Weasley'em - mężem Molly Weasley.
– Cześć, Remusie!
– Dzień dobry – uśmiechnął się.
– Alastorze, nie przeszkadza ci, że wpadłem na kawę?
– Nie, ale co się stało, że nie przyszedłeś z Molly? Jest chora?
– Nie, tylko trochę zmęczona. Dzieci nie dawały nam w nocy spać.

***
      Tydzień później, w niedzielę, odbyło się kolejne zebranie Zakonu Feniksa. Zebranie trwało prawie cztery godziny i wszyscy zgłodnieli. Molly zaproponowała, że zrobi im kolację, a Remus udając, że przywabiły go zapachy, wszedł do kuchni. Wszyscy siedzieli przy stole, przy którym zawsze omawiano ich misję, ale wszystkie dokumenty zniknęły. Nie było mu to i tak potrzebne. Usiadł obok Moody'ego, który założył rękę na rękę i siedział zamyślony. Przyjście Remusa jakby go obudziło.
– Zapomniałeś o czujności – powiedział ze śmiechem Remus.
– Ty o niej zapominasz cały czas – odparł Moody.
      Wkrótce Molly podała gulasz warzywny i rozdała każdemu porcję. Usiadła między swoim mężem, a Moody'm i już miała zacząć jeść, gdy Alastor zagadał do niej:
– Jak tam mały Percy? Słyszałem, że nie dawał ci znać.
– Niestety. Śpi krótko, jak to dzieci.
– Przyprowadź ich kiedyś do nas. Remus zawsze się nudzi, mógłby się nimi zająć.
– Już widzę jak panikuje, gdyby musiał zmienić któremuś pieluszkę – zaśmiała się Molly.
         W końcu goście poszli i Remus wrócił do swojego pokoju. Dzisiejsza kolacja była naprawdę miła. Wszyscy żartowali i opowiadali sobie różne rzeczy. Smutne, że większość z nich pewnie niedługo zginie. Ich misje były naprawdę niebezpieczne.
          Spojrzał przez okno na ciemniejące niebo i przypomniał sobie, że miał napisać do przyjaciół. Sięgnął po pióro, pergamin i zaczął skrobać:

Hej,
Tęsknię za Hogwartem i Wami. Dziś miałem dziwny sen i boję się, że może okazać się prawdziwy.

        Nagle rozmyślił się. Będzie się zwierzał ze snu? To głupie!

Hej,
Co tam u Ciebie? Już się nie mogę doczekać aż Was zobaczę. Niby wiem, co dzieje się w Zakonie, ale jest tu bardzo nudno. Kiedy wybierasz się na Pokątną? Może wybierzemy się w ten sam dzień całą paczką?
Remus

        Przepisał list jeszcze dwukrotnie i przypiął Nowowi do nóżki.


 Leć – szepnął, a ptak odbił się od jego ręki i wyleciał przez okno.
        Zapatrzył się w księżyc. Już niedługo pełnia. Westchnął, bo przypomniał sobie sen. Patrzał tak w czarne niebo i naszła go melancholia. Chciał do Hogwartu. Odkąd stracił rodziców to Hogwart, a nie mieszkanie Moody'ego, stał się jego prawdziwym domem.
      Czekał go ostatni rok szkoły. Ostatni rok. A później? Jaką przyszłość ma przed sobą wilkołak? Gdzie będzie mieszkać? Gdzie pracować? Przyszłość go przerażała. Na pewno nie da rady wyżyć. Nawiedził go pysk Greybacka mówiący, że jest oczekiwany w Podziemiu, że będzie traktowany jak książę...
       Pokręcił głową. To nie jest wyjście. Nigdy nie postawi stopy w tym brudnym miejscu. Wstał, poszedł do łazienki i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Zielone oczy wydawały się być zmęczone i zagubione. Westchnął i zauważył, że ostatnio bardzo często wzdychał. Kiedyś potrafił idealnie ukrywać uczucia, teraz był już tym zmęczony. Rozebrał się i wszedł pod prysznic. Gorąca woda uderzała w jego ciało i odprężała.

     Wrócił do pokoju i położył się na łóżku. Nie poleżał długo, gdy nagle wleciała sowa Syriusza i rzuciła na niego list, po czym wylądowała obok klatki i zaczęła skubać pokarm dla sów.
– Nów nie będzie zadowolony – mruknął i przeczytał wiadomość.

Luna,
Też tęsknię, ten dom mnie dobija. Chciałbym się już stąd wyrwać. Moi cholerni rodzice wymyślili, żebym znalazł sobie dziewczynę w Slytherinie. Jeszcze miałem pogadankę na temat tego, żebym seksu nie uprawiał ze szlamami i mugolami, bo jeszcze zapłodnię i narażę na szwank reputację rodziny, albo się zarażę czymś. Ta cała czystość krwi mnie męczy. Kiedy ludzie zrozumieją, że to nie jest ważne? Jak tam u Moody'ego? Jest ciężko?
       Niedługo pełnia, więc trzymaj się i powodzenia. Śpij, Luno!
                                     Twój na wieki 
Syriusz

       Remus zaśmiał się. Syriuszowi ostatnio coś odbiło. W mugolskiej bibliotece znalazł dziwny komiks. Styl rysowania był inny niż w komiksach, które czytał. Historia opowiadała o dziewczynce, która spotkała gadającego kota i stała się czarodziejką. Kotka nazywała się Luna i miała na czole znak półksiężyca. Opisał to Remusowi i wypomniał mu jego lenistwo, słabość do ciepełka i kotów (Remus zawsze marzył o kocie, ale nigdy nie odważył się żadnego adoptować) i zaczął nazywać go Luną.
       "W Hogwarcie wyczaruję ci na czole ten znak!" zagroził w pewnym liście. 
       Remus postanowił, że odpisze mu jutro, dosypał trochę pokarmu do miski, by sowa Syriusza nie głodowała i poszedł spać.

          Pewnego szczególnego dla niego dnia wstał, ubrał się, rozczesał włosy i poszedł zrobić sobie śniadanie. Gdy kończył jeść tosty, do kuchni wszedł Moody. Remus zmył swoje naczynia i idąc do przedpokoju powiedział:
 Wychodzę.
 Gdzie?  Moody spojrzał na niego podejrzliwie.
 Przejść się.
 Dokąd?
 A tak o...  odparł Remus wymijająco.
 Powiedz gdzie, albo nigdzie nie idziesz. Dobrze wiesz, że zwolennicy Voldemorta są coraz bardziej aktywni. Już raz cie porwali, mało ci było?
 Nie, ale spokojnie, wrócę i nie dam się złapać. Jestem prawie dorosły. Potrafię zadbać o siebie.
         Zanim Moody zdążył cokolwiek powiedzieć, wyszedł na zewnątrz. Promienie słońca jakby przywitały go po tych kilku dniach nie wychodzenia z domu. Było przyjemnie ciepło. Chwilę zastanawiał się czy jechać Błędnym Rycerzem, czy dotrzeć tam pieszo. W końcu postanowił nacieszyć się dobrą pogodą.
        Szedł spokojnie, jednak w głowie miał mętlik. Mimo to zwracał szczególną uwagę na swoje otoczenie, by upewnić się, że nikt go nie śledzi, ani nie ma na jego drodze żadnej magicznej pułapki. Po godzinie przyjemnej wędrówki dotarł na cmentarz.
         Ogarnęła go melancholia i - mimo słońca - przejmujący chłód. Nie był tu od tak dawna. Ominął kilka grobów i stanął przed dwoma położonymi bardzo blisko siebie.

Hope Lupin      Lyall Lupin

         Na płytach pisała również data ich narodzin i zgonów. Patrzył przygnębiony na kamień, pod którym spoczywali jego rodzice, a raczej już kości po nich. Było mu smutno. Tęsknił za nimi. Zawsze bezwarunkowo go kochali, wspierali, a gdy się buntował, to bez słowa to znosili.
 Mamo, tato...  szepnął i spuścił głowę. Ułożył na ich grobach kwiaty, które kupił przy bramie cmentarnej.  Tęsknię za wami. Został ostatni rok Hogwartu. Szkoda, że nie doczekaliście aż skończę szkołę. Nie wiem, co mam dalej zrobić i nie wiem, kto mógłby mi pomóc. Gdy wrócę z Hogwartu po raz ostatni, będę już zupełnie sam. Chcę należeć do Zakonu, ale to mi przecież nie zapewni pieniędzy na życie. Mogłem przewidzieć to, że nic się w moim losie nie poprawi i położyć z wami, nie?
         Postał przy nich jeszcze jakiś czas, wspominając swoje dzieciństwo i to, jacy byli. Smuciło go, że już nigdy nie usłyszy ich głosów, nie poczuje ich zapachu, dotyku...
         Otrząsnął się ze smętnych myśli i postanowił, że pójdzie zobaczyć swój rodzinny dom. Był niedaleko cmentarza. Idąc kompletnie się zamyślił.
        Nagle stanął jak wryty. Nie... Nie, NIE! Szerokimi oczami patrzył na spalone szczątki swojego domu. Nie mógł uwierzyć w to co widział. Bo przecież to nie mogła być prawda! Zgliszcza nie wyglądały na świeże, lecz nikt nie kwapił się ich posprzątać. Wszedł powoli za furtkę do ogródka. Ostrożnie chodząc po szczątkach czegoś, co kiedyś było jego azylem, rozejrzał się. Rozpoznawał, gdzie co było. Ogarnął go gniew. Nie wiedział, kto to zrobił, ale obiecał sobie, że osoba ta poczuje smak jego zemsty. Dlaczego o tym nie wiedział? Zakon, gdyby wiedział, poruszyłby temat przy posiedzeniu, prawda?
        I wtedy zobaczył coś dziwnego. Coś, czego na pewno nie powinno tu być. Kartka z krwistą plamą w kształcie łapy. Nie byle jakiej łapy. Sam smród kartki, choć leżała pod gruzem już bardzo długo, powiedział mu, kto to zrobił.

 Gdzieś był tak długo?!  Przywitał go wrzask Moody'ego.  Wiesz jak nieodpowiedzialnie się zachowałeś?! Obchodzi cie w ogóle twoje bezpieczeństwo i to ile osób stara się ciebie chronić?
 Poradziłbym sobie – odparł pustym głosem.
 Coś się stało?  Auror spojrzał na niego, marszcząc brwi.
 Wiesz o tym, że mój dom spalono?  odpowiedział pytaniem na pytanie. 
 Co? Nie... Kiedy? Na twoich oczach?!
 Czy gdyby spalono go na moich oczach, to podpalacz pozwoliłby mi odejść? Musiało się to stać dawno.
 Wiesz kto to zrobił?
 Nie - skłamał Remus. Nawet się nie zająknął.
 Musimy powiadomić o tym Dumbledore'a. Nie sądzę, by to był przypadek. Już raz cie porwano i wiemy, że Greyback dalej chce cię mieć w swoich szeregach. Myślisz, że to mógłby być on?
        Remusa wzruszyła postawa Alastora. Naprawdę się tym przejął i chciał pomóc. W pierwszej chwili chciał mu powiedzieć o znaku zostawionym przez wilkołaka, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Musiał mu za to odpłacić sam. Bez niczyjej pomocy. Przypomniał mu się jego koszmar. Co to wszystko może oznaczać?
 Nie wiem czy to on. Nie wiem tez czy podpalili dom magią czy po prostu rozpalili ogień jakimś mugolskim sposobem. Greyback nie używa magii, chyba, że to konieczne.
 Wszystko w porządku?
 Tak  skłamał chłopak.  Po prostu jestem wściekły. 
 Rozumiem cie. Gdyby ktoś spalił mój dom...
 Idę do pokoju  odparł Remus i wszedł po schodach, zostawiając Moody'ego samego. Mężczyzna natychmiast skontaktował się z Dumbledore'em i wyjaśnił mu czego się dowiedzieli.
         Remus zauważył, że Nów wrócił z listami od przyjaciół. Przeczytał je szybko, choć prawie nie skupiał się na treści i bardzo szybko napisał na trzech pergaminach to, co odkrył. Łącznie z karteczką ze śladem wilkołaka. Nów spojrzał na niego z wyrzutem.
 Wiem, że chciałbyś odpocząć, ale proszę, to ważne  szepnął. Uszczypnął go w palec trochę za mocno i odbił się od jego ręki; wyleciał przez okno. Patrzał za nim na tle zachodzącego powoli słońca, dopóki nie zniknął mu z oczu.
        Zasiadł przy biurku, oparł łokcie o blat i zakrył twarz w dłoniach. Chciał dziś tylko odwiedzić rodziców. Nie sądził, że dzisiejsze wyjście tak pognębi mu humor. Nie wiedział już co ma zrobić. Nawet jeśli nie robił nic, to i tak wszystko co działo się wokół niego musiało mieć jakiś negatywny wpływ na niego. Jęknął. Za dużo myśli chodziło mu po głowie.
        Sięgnął po jakąś książkę z półki. Nie obchodziło go, co to będzie, chciał tylko zatopić się w tej fabule i choć na chwilę uwolnić od własnych problemów i myśli. Wszystko się w nim kotłowało.  
      Myślał już, czy nie położyć się spać, gdy do domu wleciał Nów z listem od Syriusza. 

Luniak,
Morze w przyszłą niedzielę sobotę wybralibyśmy się w czwórkę na Pokątną pojeździć? po podręczniki? Ten stary wredny Moody chyba się zgodzi, nie? Porozmawialibyśmy na spokojnie o tym co napisałeś, bo listownie to nie ma co. Czekam na odpowiedź, ale najpierw daj Nowowi odpocząć, bo biedak padnie!

Syriusz
PS. Miałem dość i zwiałem z domu. Mieszkam teraz trochę u Rogacza. Sorka, że Ci nie napisałem we wcześniejszym liście, ale jakoś kompletnie zapomniałem. Tutaj jest cudownie! Taka normalna rodzina, nie ześwirowana na punkcie czystości krwi. Miła odmiana.

      Próbował nie zauważyć błędów i skupił się na treści, choć zmęczenie trochę mu to utrudniało. Łapa kilkukrotnie skreślał słowa. Pojeździć? Czyli zamierzał wziąć motocykl. Mogłaby to być fajna odskocznia tego lata. Wiedział, że przyjaciel pomieszkuje u Jamesa. Rogacz napisał mu to w liście. Zazdrościł im. Sam chciałby już ich zobaczyć. Ich życie było o wiele prostsze od jego. Co prawda nad nimi i ich rodzinami wciąż wisiała groźba ze strony Voldemorta, jak zresztą nad wszystkimi, ale teraz, w ciepłe lato, nikt nie trzymał ich jak w klatce, mieli gdzie wracać, mieli swoje rodziny, byli zdrowi i ich przyszłość zależała tylko od ocen. Zazdrościł tego zwykłym ludziom. Tej całej normalności.
       W końcu wstał powoli i w ciszy przygotował się do spania. Jeszcze zanim zasnął jego senne myśli zawędrowały do rodziców i ich zniszczonego domu. Poczuł w brzuchu jęzor wściekłości. Stłumił ją jednak natychmiast, a po chwili zasnął.

        Gdy się obudził słońce już świeciło. Wsłuchał się w ciszę i wiedział, że Moody jeszcze śpi. Bardzo dobrze, znaczyło to, że przynajmniej na razie uniknie pytań. Wkrótce jednak auror się obudził, lecz po szybkim spożyciu posiłku poszedł do gabinetu.
        Pół godziny później w salonie zebrało się dziewięcioro członków Zakonu. Pochylali się nad jakimiś papierami i dyskutowali głośno, lecz Remus nic z tego nie rozumiał: porozumiewali się jakimś szyfrem.
        W końcu spięci, z poważnymi minami, spojrzeli po sobie i sprawdzając czas wyszli. Lupin został sam w domu. Pozmywał naczynia ze śniadania oraz kubki po kawach, które pili członkowie. Zrobił to bardzo szybko. Nienawidził zapachu kawy. Był ciężki i wpychał się do jego nozdrzy. Smak też nie był lepszy. Chłopak wolał pić herbatę. Z nudów zaczął sprzątać mieszkanie. Dawno nikt tu nie odkurzał, ani nie ścierał kurzu. Moody kiedyś dbał o to, teraz często był zmęczony. Łączenie pracy aurora, gdzie w każdej chwili mogli go wezwać z byciem zastępcą założyciela Zakonu było trudne, zwłaszcza, że Voldemort zwiększył swoją działalność.
        Wkrótce nie miał już co robić. Przeszukał jeszcze raz biblioteczkę Alastora, ale nie znalazł w niej nic ciekawego. Z westchnięciem opadł na kanapę. W głowie wciąż rozmyślał o swoim koszmarze i spalonym domostwie. Greyback czegoś od niego chciał. Czy aż tak bardzo zależało mu, by Remus dołączył do Podziemia, ponieważ go ukąsił? Wilkołaki najczęściej atakowały małe dzieci, by te znienawidziły społeczeństwo czarodziejów, które je odrzuca i udaremnia im znalezienie pracy. Wiedział, że był prawdopodobnie jedynym, który został ''stworzony'' przez Fenrira i do niego nie dołączył i jako jedyny uczył się w Hogwarcie. Dla takich jak on były specjalne wyznaczone przez Ministerstwo oddziały, ale nigdy tam nie był.
         Gdy zgłodniał, odmroził sobie łazanki i zjadł. Zmył od razu miskę, by nic nie zaśmiecało zlewu. Strasznie się nudził. Poszedł na górę do pokoju i wyjął z kufra swój podręcznik do numerologii. Powtórzy sobie materiał. Około dwudziestej znów zgłodniał i zszedł do kuchni zrobić sobie trochę kromek z szynką Nie wiedział co miałby jeszcze porobić, więc postanowił, że pójdzie wcześniej spać. Około północy obudził go hałas na dole. W przedpokoju krzyczeli ludzie. Zerwał się szybko z łóżka i zbiegł sprawdzić, co się dzieje. Jeszcze u szczytu schodów poczuł świeży zapach krwi. Gdy zbiegł po nich, zauważył jak cztery osoby wnoszą zakrwawionego Moody'ego do salonu i kładą na kanapie. Wszędzie było pełno krwi aurora. Z twarzy także lała mu się krew; Remusowi wydawało się, że mężczyźnie brakuje kawałka nosa. Czarodzieje natychmiast zaczęli szeptać zaklęcia i machać różdżkami nad nim. Pewna kobieta, której imię zawsze wylatywało Lupinowi z głowy, upewniła się, że oddycha. 

          Po kilku minutach westchnął i otworzył swoje paciorkowate oczy.
 Gdzie jest ten skurwysyn?  wysapał.
 Spokojnie, Alastorze. Jesteś u siebie w domu.
          Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego. Skrzywił się z bólu i próbował usiąść i wtedy też Remus zauważył coś przerażającego. Takiej ilości krwi nie mogło być tylko przy uszkodzeniu nosa. Alastor Moody nie miał lewej nogi.

2 komentarze:

  1. Taki rozdział wyjaśnieniowy. W sumie to tak trochę nie za wiele się tu działo.
    Nadal nie mogę pojąć, jak Dumbledore mógł postawić Remusowi warunek na wstąpienie do Zakonu.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje niezadowolenie da mi, mam nadzieję, porządnego kopa w dupę i się poprawię.

      Usuń